WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

środa, 25 kwietnia 2012

Szpiegowska środa

Ponieważ znajomy Wojtka, który przy okazji rozlicza Mu za darmo pit, ma urodziny, Wojtek poprosił mnie o wymyślenie prezentu. Sam miał pomysł na pendrive w postaci pieska, który po podłączeniu do komputera wykonuje nieprzystojne ruchy - ale widział go tylko na You Tubie i u nas piesek jest nie do dostania.
Wymyśliłam coś innego- długopis szpiegowski z kamerką i podsłuchem, dla niepoznaki również piszący.
Wojtkowi pomysł się bardzo spodobał- kolega jest już rozwiedziony, więc nie ma niebezpieczeństwa, ze przyczynilibyśmy się do rozbicia małżeństwa.
Zapytałam W., czy by mnie szpiegował takim długopisem "Nie ma po co, Justysiu. Węch wystarczy, żeby wiedzieć, gdzie byłaś".
Tymczasem W. ma katar, więc mogę szaleć zapachowo- "Ale Justysiu nie przesadź, Ty masz takie zajzajery, że na pewno bym poczuł". Guzik prawda- przetestowałam, dałam do powąchania rękę obficie skropioną Soir de Lunem Sisley'a- "Nic nie czuję, chociaz....chyba to jest coś lekko słodkiego?" Lekko słodkiego! To potwór, super mocny, na początku miodowy, potem się kwasi i gorzknieje.
Przypomniał mi się fragment "Trzech Panów w łódce", gdzie bohater kupił dojrzewający francuski ser, śmierdzący do omdlenia i wsiadł do pociągu. Zatłoczony przedział szybko opustoszał, została tylko przysypiająca starsza pani, która zapytana, czy coś czuje, odrzekła, że tak, rzeczywiście, dobiega ją delikatny zapach melona.

W kinie widzieliśmy "Lęk wysokości", obsada doskonała (Dorociński, Stroiński), ale film nie zrobił na nas żadnego wrażenia, poza tym, że moglibyśmy lepiej wykorzystać czas. Scenariusz dość dramatyczny, trudna relacja pomiędzy synem i psychicznie chorym ojcem, tymczasem wcale mnie nie obchodziło, co się dzieje z bohaterami, żadnego wzruszenia, nic. I niby było dobrze zagrane- ale wciąż zagrane, nie prawdziwe.
Gdybym nie widziała Dorocińskiego w Róży, pomyślałabym, że to przeciętny aktor.
Wojtek powiedział, że tak samo obojętni byli Mu bohaterowie w filmach Kieślowskiego.
Nie spotkaliśmy nikogo znajomego- wyglądałam normalnie, tylko włosy nie chcą mi się za nic ułożyć. Od fryzjera przyszłam piękna, ale co z tego- było dobrze do pierwszego mycia, a potem - wiadomo- człowiek zostaje sam na sam z włosami i prawda wychodzi na jaw.


Mimo użycia różnorodnych produktów stylizacyjnych, w tym pianki do loków, to, co miało mi się podwijać pod spód, wywija się na zewnątrz. Nawet wtedy, kiedy udaje mi się uzyskać zadowalający efekt, trwa on tylko do zetknięcia się z brutalnymi warunkami zewnętrznymi.

Gdy odbieraliśmy Gucia od Rodziców, Tato wręczył Wojtkowi prezent- laserowy miernik temperatury na odległość, który trochę wygląda jak pistolet. Oczywiście W. natychmiast zaczął go wypróbowywać. Zajrzałam jeszcze na chwilę do Mamy, Wojtek został w samochodzie- wracam, patrzę- a W. ma otwarte usta i celuje sobie w gardło laserem. "Co robisz???" "Mierzę sobie temperaturę w środku, bo na zewnątrz mam 29.". Po powrocie ze spaceru zostałam namierzona. Trzydzieści stopni.
Teraz Wojtek gotuje wodę, żeby sprawdzić, czy miernik działa.
Działa.
Nie myślałam, że jesteśmy tak chłodni z zewnątrz.

Pachnę- nie bez obaw jednak- Aromatics Elixirem Clinique'a. Moje najbardziej cuchnące i mocne perfumy. Mają wszystko- i zasikaną pieluchę, i spoconą babę, gorycz walczy, aż iskrzy, ze słodyczą i z kwasem.Wystarczy, że zdejmę korek, a W. już krzyczy z sąsiedniego pokoju, że śmierdzi. Rewelacyjne.
Noszę je tylko na samotny spacer z psami po północy, po powrocie zrzucam jak najszybciej ubranie, daję wielki krok do łazienki i się szoruję, przy włączonym wyciągu. W końcu śpimy razem i ja to szanuję.
Idę do pokoju- w TYCH perfumach...

Nic nie poczuł!

Szuka teraz zapalniczki, żeby zapalić świeczkę i zmierzyć, jaka temperaturę ma płomień.
Chyba mi nic nie grozi? Bo strasznie się strzaskałam Aromaticsem.

Promień lasera przechodzi przez płomień na wylot, wobec tego teraz Wojtek rozgrzewa nad świecą śrubokręt.
Oboje lubimy eksperymenty- kiedyś W. użył opalarki do farby, żeby przyrumienić mięso na pieczeń. Niby się udało, ale już więcej tego nie robił.

Śrubokręt jest za wąski- trudno trafić laserem- teraz W. z ledwie widocznym półuśmiechem rozżarza do czerwoności okucie meblowe, trzymając je w obcęgach. Leci dym, bo okucie jest czymś pokryte, ale Wojtek nic nie czuje "Muszę iść nad gaz, bo blaszka bardzo szybko stygnie".
Ciekawe, co będzie robił, kiedy wrócę ze spaceru z psami?
Spróbuję namówić go do mierzenia niskich temperatur. Tylko że to jest nudniejsze. Nie mamy ciekłego azotu.

Do Aromaticsu dodam jeszcze- na rękę- Lou Lou, na drugą- Eden. Co za luksus!

PS. Jednak muszę się umyć. Poczuł...powiedział "Co za SYF!"
Szkoda.

9 komentarzy:

  1. o jesu jak sie Ciebie czyta - bosssko ( nie ma emotek i co teraz ???)
    rachell111

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nooo, jest pewnym trudem uzyskać ekspresję bez znaczków, tym bardziej, że nie puszczam oka- ale mnie taka "czysta" sztuka pisania odpowiada, a twoja wypowiedź nie potrzebuje buziek!

      Usuń
  2. Nie mogę :)))))

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowne :) Lepsze niż wiele powieści w odcinkach ;) Dobrego wieczoru, tri

    OdpowiedzUsuń
  4. A, i Aromatics uwielbiam, tylko że na mnie rzeczywiście kwaśnieje :) ale samo otwarcie wspaniałe, śmierdziuchowato-ziołowe. Przy ludziach jednakowoż nie używam ;) Pieluchy zasikanej i spoconej baby nie czuję. Chociaż nawet nie wiem, czy mam EDP czy EDT, bo kupiłam miniaturkę jakiś czas temu i na razie wystarcza. I zapachu nie zmienia. A przynajmniej tak mi się wydaje.
    Uwielbiam Cię czytać. I oglądać Twoje prace. A ta pierwsza z cyklu melancholijnych smutasów ołówkiem i piórkiem, to postacie ludzkie są :) I podobają mi się, chociaż za często na nie patrzeć chyba bym nie umiała. Pozdrowienia,
    tri

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam edp starą wersję. I bardzo dziękuję- dodaje mi otuchy myśl, że ktoś to czyta i lubi, i to ktoś, kogo bezpośrednio nie znam. Choć pisałam kiedyś pamiętniki i nikt ich nie czytał - pisałam z potrzeby, bo ta potrzeba we mnie jest.

      Usuń
  5. Justyna bardzo często wyczuwa w perfumach dziwne nuty :D Cały dzień się męczę i za cholerę nie mogę sobie przypomnieć określenia, które używa. Justiś pomóż. Dyrdus? Jak to było :)?
    A rysunek piękny!
    I w ogóle znowu się uśmiałam! świetnie piszesz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dryndus! Od Hindus- dryndus- czyli kadzidełka z hinduskiego sklepu, skisła marynata z bambusa, zasikana pielucha/brama i ogólnie zapyziała drogeria z lat 70tych

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.