WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

sobota, 20 września 2014

Walka z Wroną

Zamiast szykować się na jutrzejsze spotkanie - włosy i manicury, siedzę nad Wroną.
Tło i takie tam wyszły dobrze -


...tyle tylko, że Wrona - o czym wiedziałam od pierwszej rozmowy ze Zleceniodawcą, ma być nastroszona. W takich przypadkach tym ptakom łeb powiększa się zdecydowanie, przypominając niemiecki hełm.
Po przesłaniu zdjęcia Klientowi, dowiedziałam się (tak, miałam nadzieję, że będzie ok), że łeb jest za mały...
Dobry, jako normalny, jako zjeżony - nie.
Co tu robić?
Co robić?
Obiekt ów znajduje się niedaleko od górnego brzegu - czyli po zmianie rozmiaru, w najlepszym wypadku, dotykałby ramki.
No więc CO?
Obniżyć dziób i zmienić wszystko?
Zastosowałam wariant radykalny


...i zastanawiam się, czy to już tak ZAWSZE będzie, że moje obrazki okaleczam w trakcie malowania i znęcam się nad nimi?
Nad sobą też - bo oczywiście nie obywa się bez kosztów psychicznych.
Teoretycznie powinnam tworzyć z większą łatwością, tymczasem im dalej, tym gorzej. Nie o rezultaty mi chodzi, lecz o PROCES.

Tymczasem Gucio dziś, na obiecanym festynie Komunikacji Zbiorowej, bawił się świetnie.



 Jutro - szersza relacja, bo po autobusowej sobocie jutro niezwykła gratka dla Gustawa - niedziela z metrem!

I dodatek zdjęciowy :



piątek, 19 września 2014

Wrona, Felicjańska i Mała Warszawska Jesień

Proszę Państwa, w tej chwili Wrona patrzy już na mnie, brakuje jej tylko błysku w oku.
A ja najpierw pokryłam turkus żółtym ( bo obrazek ma mieć charakter jesienny)


Dojdzie jeszcze pomarańcz i cieniowania ombre.
Potem - szkic


Tymczasem tuberoza wyciąga się - przystawiłam nawet stołeczek na stałe, żeby móc obwąchiwać pączki (tak, na wszelki wypadek. by nie przeoczyć jakże ważnego momentu)



Idąc po Gucia, zobaczyłam coś takiego :


Kreatywność mózgów od sprzedaży nieraz mnie zaskoczyła, jednak uważam, że "chwyt na alkoholizm" (bo p. Felicjańska ma z nim problem, się przyznała, kiedy ją złapali na jeździe pod wpływem) zasługuje na wyróżnienie. Tutaj zresztą zbyt trzeźwo nie wygląda - trochę jakby klop się pod nią załamał, a ona trzyma się za głowę "Ależ to śmieszne, ha ha. O, jakie mam ładne ramionko".
Kuriozum.

Plakacisko wisiało w drodze do Królikarni, w której trwała zabawa dla dzieci w cyklu Warszawska Mała Jesień. Dorożki - taczki, grały melodie, zależne od tempa. Gucio od razu rozgryzł, że dynamo pełni rolę zasadniczą. I zasuwał wiele okrążeń wokół dziedzińca.




W krzakach kukułki metalicznym dźwiękiem odtwarzały popularne utwory, od czasu do czasu sapiąc i pochrząkując.


Bardzo spodobała nam się rzeźba


 "Czy mogę usiąść na stworzeniu?"


Kiedy ucałowałam synka, miałam rozpuszczone włosy, skonstatował "Włosy nie mają smaku. Czy są trujące, czy tylko niejadalne?"
Zaczarowany ogród - zza krzaków wyłaniał się neon


Jutro - ciąg dalszy Wrony, a jako atrakcja - Dzień Transportu Publicznego. Gustaw, fan komunikacji miejskiej, aż podskoczył z radości. Jedziemy zwiedzać tabor i bawić się do zajezdni Ostrobramska.

czwartek, 18 września 2014

Eksperymenty malarskie

Po wielu dniach żmudnej pracy nad nogami Panienki, zaczęłam robotę nad nowym zleceniem. Oraz uzyskałam pozwolenie na relację.
A tym zleceniem jest... Wrona. Jeden z moich ulubionych ptaków. Więcej w najbliższym wpisie - teraz powiem tylko, że ptak ma być wiernie odwzorowany, wobec czego, by obrazek nie nudził, uznałam za właściwe dać mu interesujące tło.

Przystąpiłam do eksperymentów. Dyktę pokryłam pomarańczem, a po wyschnięciu - turkusem, wziętym wprost z bajkowego nieba, jakim raczy nas cały dotychczasowy, piękny wrzesień.


(jaśniejsze kropki to zajączki z lusterkowej kuli, wiszącej w oknie pracowni)
Następnie chwyciłam stary i już nie do noszenia podkoszulek wojtkowy, położyłam na dwóch warstwach farby i odtańczyłam wcieranego piętami trepaka. Efekt mnie nie zadowalał, w związku z czym przyszła Wrona poszła pod kran.
Oto rezultat :


Zaciekawił mnie podkoszulek - proszę zobaczyć, czy nie piękna odbitka?


Z tego, co sobie przypominam, kolory są trwałe - pranie nie niszczy wzoru.
Może jakoś to wykorzystam?

Dla przewietrzenia się zajrzałam niezobowiązująco tam, gdzie prowadzą wszystkie drogi - czyli do perfumerii. Napotkałam w niej, wcześniej już mnie zdumiewającą, sprzedawczynię nie tylko odgadującą myśli - lecz również wypowiadającą je na głos. Czarnowłose medium wpatruje się z wielką intensywnością w usta rozmówcy (trochę to deprymujące) - i dokańcza każdą kwestię wcześniej od niego.
Aż miałam ochotę mówić szybciej, żeby zobaczyć, jak działa ten przedziwny, wypracowany mechanizm przystojnej skądinąd brunetki.

Oraz spotkałam dziadygę, który swego czasu zrobił mi niesprawiedliwą awanturę o wory pod śmietnikiem. Tym razem wzburzony stał obok samochodu, krzywo zaparkowanego, i mełł w bezzębnych ustach przekleństwa. Wtem, nie wytrzymał i wymierzył w oponę starczego, bezsilnego kopniaka, nie przestając bormotać.
Tylko się uśmiechnęłam - co za amplituda. Od ponad - uprzejmej ekspedientki po zgorzkniałego starucha, który chyba tylko po to wychodzi z domu, by naurągać światu.

środa, 17 września 2014

Dzień Dziecka z powodu nóg

Dzisiaj, Mili Państwo, późnym rankiem, namalowałam nogi flamenco.
Najpierw jedną


W leciutkim wykroku, następnie drugą - żeby nie zapeszyć, wklejam zdjęcie z odległości.


W stanie euforii zaplanowałam wizytę w Sephorze, w Arkadii, spodziewając się, jak wieść głosi, unikatowych Guerlainów. Spotkała mnie niespodzianka - bo stały tam również, z ekskluzywnych serii, flakony Ermenegildo Zegna, Atelier Cologne, The Different Company, Givenchy unikatowe oraz Van Cleef & Arpels.



Nawiasem mówiąc, zakładam ostatnio na siebie śliczne Automne VC&A. Zapytalam Gustawa, jak Mu się podoba. "Bardzo ładne, pachnie jak spocenie mężczyzny".

Gucio, entuzjasta zabaw z wodą, przepadł dziś w łazience.
"Co tam kombinujesz, słonko?" zapytałam.
"Robię eliksir niewidzialności, że jak się nim kogoś POLA, staje się niewidzialny. Tylko nie mam przepisu, muszę nad nim popracować. Wrzucę trochę papieru do nosa"


Obok - mój śmiały zakup - wibratorek. Otóż nie służy on niecnym celom, lecz masowaniu okolic oczu. Bardzo dziwne uczucie - przy okazji wprawia nos w drżenie, z lekkim warkotem. Czy pomaga - jeszcze nie wiem, ale że cena nie przekracza bardzo umiarkowanej kwoty kremu do oczu, zaryzykowałam.
Oczywiście synka masażerek zachwycił - jako pojazd. wsadzony w pudełko, porusza nim jak samojezdna zabawka.
Dziś Gucio zasnął, oglądając zdjęcia Taty. Wciąż wypytuje, ile jeszcze dni Go nie będzie.
Wg moich obliczeń około 42. dni.
Da się wytrzymać.

wtorek, 16 września 2014

Przeboje z nogami Flamenco

Uuuch, tego jeszcze nie było!
Wpadłam, można powiedzieć, w trans, który zaczął się wczoraj po południu. Po przyprowadzeniu Gucia z przedszkola, planowałam Wieczór Piękności i pielęgnację stóp ryzykownym sposobem, ale przedtem pomyślałam sobie, że siądę i machnę nogi nie swoje, tylko panienkowe.

Szybka konsultacja z Panią Marzeną i zasiadłam. Szkicowałam, najpierw na papierze - ok, przenosiłam więc na obrazek i się zaczęło. Jak jedna noga pasowała, to druga - nie do pary. Pantofelek zrobił się tak gruby, że wyglądał, jakby mi się coś przyczepiło do obrazka.
Wreszcie wybiła druga - dałam spokój. Wstaję wszak przed siódmą, dziecko odprowadzam itd.

Po nocy z bzdurnymi snami, powróciwszy ze szkoły, doszłam do wniosku, że nogi są do bani. ALE zamiast likwidować namalowane - dwie - zrobiłam eksperyment.



Haha, ale śmieszne. Na wszystko wiedzącym fejsbuku dałam początek dyskusji, które zachować.



Jednak obrazek w postaci niemal płaskorzeźby wydał mi się niedopuszczalny, więc ze zmywaka, lajtowego, zmieniłam narzędzie.


Ferwor walki spowodował zniszczenia nieodwracalne.



Psychika przechodziła różne stadia, włącznie z tzw. głupawką, aż do rezygnacji i oklapnięcia. Oraz płaczu - ale mam oczy w mokrym miejscu, więc to u mnie naturalne. Dość.

Żeby było jasne - to nie jest tak, że sobie wymyślam, jak flamenco ma wyglądać. Oglądam zdjęcia, filmy...
...coraz bardziej pogrążona w niemocy.
Aż natrafiłam na coś, co mnie zachwyciło.


Energia i temperament tej kobiety (Carmen Amaya) tchnęły we mnie nowe siły.

W międzyczasie bardzo zmartwił mnie instruktor Gucia od jujitsu. Synek niestety poleceń nie słuchał, robił, co chciał, zawsze wynajdując usprawiedliwienie - i pan podszedł do mnie mówiąc, że w takiej postaci zachowanie Gustawa wyklucza go z grupy - dezorganizuje ją.
Czas wprowadzić znowu ćwiczenia dyscyplinujące. Mały uczęszczać chce i obiecuje poprawę. Poddać się nie zamierzam, ale jak to w praktyce będzie wyglądać... nie wiem.

Teraz znowu, po sesji w flamenco, mam szkic nóg, ale na razie ich nie pokażę.
Cieszę się, że wybrałam dyktę jako podłoże malarskie.
Jest cierpliwa, oj, jest.

Jutro natomiast czeka mnie nowe zadanie malarskie - muszę się jeszcze skonsultować ze Zleceniodawcą, czy mogę relacjonować.

I tylko tuberoza, ostoja spokoju, daje mi wytchnienie.


Trzymajcie kciuki... za nogi, bo idę do nich.

niedziela, 14 września 2014

Flamenco, Konik i nieoczekiwane skutki upiększania

Kiedy nadchodzi niedziela, zazwyczaj Gucio idzie do Babci, a ja zawsze sobie zamierzam zrobić Dzień Piękności. Tym razem postanowiłam zacząć w sobotę wieczorem.

Wydobyłam swój nowy olejek Beauty Body. Napisano na nim, że to olejek specjalny, suchy, a więc nie zostawiający tłustych śladów oraz ciało potraktowane nim wypięknieje, skóra wygładzi się, zyska nadzwyczajną miękkość i zrobi się niezwykle przez to kusząca.

Ale - na wszelki wypadek - nie zostawiłam sobie eksperymentu na rano. I kiedy już wszyscy spali, horror się skończył, potraktowałam się cudownym eliksirem.

W mgnieniu oka zyskałam błysk, ale nie glamour, tylko raczej pieroga w smalcu. Nic nie wsiąkało, mimo intensywnego wcierania (któremu towarzyszył szelest) - i przyszła mi do głowy uwaga znajomej na temat cudownych balsamów.
"Oni tak piszą, jakby naprawdę można było położyć sobie kotlet na brzuchu i w ten sposób go zjeść".
A potem, taka błyszcząca, jak Szwarceneger na zawodach, rzuciłam okiem naokoło - klęska. Lśniła pralka, na umywalce pokazały się oka, jak w rosole, zaś bambusowa mata, którą wielokrotnie starałam się pozbawić brzydkiej matowości, błyskała jak wypolerowany, granitowy nagrobek. I tu przyznaję - wypiękniała.
Ja - nie.
Cóż było robić?

Wrzuciłam na siebie jedyną piżamę, zimową, z flaneli i położyłam się spać przy otwartym oknie. Ale i tak gorąco sprawiło, że śniło mi się coś o płonącym domu - krótko, gdyż usłyszałam coraz bardziej natrętne pikanie. Nieprzytomna, poleciałam go Gucia - cisza. To zegarek - budzik w łazience kłuł w uszy natarczywym, wysokim dźwiękiem.
Gustaw nastawił mu alarm.
Zresztą jakiś czas temu też wyrwał mnie ze snu przykry sygnał, nieregularny. Biegałam po mieszkaniu, nie mogąc zlokalizować źródła - okazało się, że synek bawił się stacją pogody. Tu było trudniej - gdyż gładki prostopadłościan urządzenia nie posiadał żadnych przycisków. Bezsilna, próbowałam go uciszyć, naciskając ze wszystkich stron - wreszcie poddałam się i wrzuciłam na samo dno kosza z ubraniami do kosza, które zgłuszyły dźwięk dość skutecznie.

Do tego jeszcze wczoraj, w łazience, po pozbawieniu głosu budzika, usłyszałam pojedyncze "piii" oznajmiające równą godzinę (trzecią). Mój zaginiony od wielu dni zegarek! Musi gdzieś tu być! Przetrząsnęłam wszystko - nic. Już zaczęłam zadawać sobie pytanie, czy to może mi w mózgu piknęło?
Dziś rano, o każdej pełnej godzinie, szłam polować na zegarek, uciszając Gucia.
Jak sowa, wytężająca słuch, chcąc upolować mysz, próbowałam dociec, skąd dobiega piknięcie.
Niestety.

Zabrałam się do roboty - rzut oka na Panienkę Flamenco - szybka decyzja. Nogi zlikwidować! Ma być dynamicznie, zapierająco dech, a nie, że, jak to powiedział W., że "stoi, jak byk do dojenia".
No i nóg chwilowo brak.


Jutro będę kombinować.
Nie wiem, czy z jakąś Panienką miałam tyle przebojów. Jednak czuję ulgę, bo góra bardzo mi odpowiada.

Na szczęście Konik od razu wygląda, jak trzeba.



Kiedy rzucam okiem na tę linię, aż chce mi się rysować.

Gustaw, po ostatniej próbie echolokacji, powiedział, ze idzie siusiu.
"Guciu, z Ciebie już duży chłopczyk. Możesz mówić inaczej, nie spieszczając - o, na przykład - idę odcedzić kartofelki"
Spojrzał na mnie zadziwiony, okrągłymi oczami i zniknął za drzwiami - lecz za chwilę je uchylił i ze zmarszczonymi brwiami oznajmił swoim najpoważniejszym tonem "Mamo, uwaga, idę ODWIEDZIĆ kartofelki".

Jutro, poza malowaniem, zamierzam kontynuować proces upiększania - wykonam domowym sposobem, podobno rewelacyjny piling stóp. Podobno skóra sama schodzi.
Taaak. Może przy okazji wycyklinuję podłogę?

sobota, 13 września 2014

Dina, Konik i Święto Wisły

Dziwną sytuację zaobserwowałam - Brulion sprawił, że mam... mniej znajomych!
Dlaczego?
Otóż zadzwoniłam parę razy do osób, które wcześniej się odzywały, a teraz przestały. "Bo ja wszystko wiem, znaczy - co u ciebie. Z bloga". Po pierwsze - nie wszystko, bo o wszystkim nie piszę. Niektóre, ważne nawet sprawy, zachowuję dla siebie. Po drugie - przecież "żywy" kontakt to co innego. A po trzecie - ja również chciałabym wiedzieć, co dzieje się po drugiej stronie.
Ech.

Dziś malowałam, oczywiście, flamenco, ale tu na razie nie pokażę, bo zmiany malutkie, ot, żmudna robota.
Za to Dina, wydaje mi się, coraz bardziej naturalna. W dziennym świetle mniej żółta.


Oraz zabrałam się za Konika 2. Kolejny obraz ze strony, o który poprosiła miła Zleceniodawczyni.
Okazało się, że z wielką przyjemnością, nie patrząc na oryginał, powtórzyłam wszystkie deformacje...


...w imię płynności linii i zabawy sylwetką Konika.

Dziś również zażyliśmy atrakcji z okazji Święta Wisły.
Dziecko szczęśliwe to dziecko brudne (czy jakoś tak) - Gustaw babrał się w glinie. Na kole.



Utoczył bardzo ładną miseczkę, ale nie wytrzymał i na sam koniec w sam środek denka włożył palec.
Pan od ceramiki, sekundujący, chwalił synka "O, jak ładnie!", zaniemówił, kiedy zrobiła się dziura w dnie, wreszcie rzekł "To chyba jakiś specjalny obiekt, nowoczesny".

Potem płynęliśmy promem


Kapitan jak trzeba, choć wyglądał na trunkowego.
Najbardziej Guciowi podobały się wielgachne szachy.


Z mniejszych elementów wykonał figurę monstrum. Był z niej tak dumny, że na odchodnem ją pocałował.


"Mamo, proszę cię, żebyś nie kasowała tego zdjęcia nigdy, do końca mojego życia". Mam zamiar sprawić Mu niespodziankę - wywołać zdjęcie i oprawić.

Ciepły wieczór, z przyjemnością przeszliśmy od Mostu Łazienkowskiego do Poniatoszczaka.


I jakby nie dość pięknie - Wisłą płynął stateczek ze sceną, na której saksofonista grał dziką solówkę jazzową. Zresztą na wodzie unosiły się różne jednostki pływające.



(smuga na moście to tramwaj).
Najbardziej osobliwa wydała mi się pogłębiarka "Chudy Wojtek II", z wesołymi pasażerami.


Mosty - wiecie, jak je lubię.



Tylko, nie wiedzieć czemu, przypominało mi się zdarzenie poranne.
Poszłam wyrzucić śmiecie, niestety, bez kluczyka. Wobec tego wory położyłam pod śmietnikiem. Widział to ponury dziad i jak nie zacznie gadać, jednocześnie ochrypłym i skrzeczącym głosem. Że to chamstwo, że do czego podobne - potoki słów, ton świętego oburzenia. Połowy nie zrozumiałam przez jego braki w uzębieniu. Próbowałam zaprotestować, że właśnie wracam po kluczyk, a on nic, dalej jazgocze w najlepsze.
Tak mnie wkurzył, że tupnęłam nogą "Czy panu, do cholery, nie zdarza się niczego zapomnieć?".
Poszłam po kluczyk i synka, worki wrzuciłam, jak trzeba.
A tu - na przystanku - stoi dziadzisko.
Podeszłam bliżej "Proszę pana, wyrzucone" - i pokazuję kluczyk.
Staruch nic.
"Słyszy pan?"
Typulo zadarł nos i spojrzał gdzieś w bok.
Moje właściwe postępowanie nie pasowało mu widać do obrazu świata, w którym roi się od chamów i złych ludzi.
Ja też powinnam odpuścić sobie, w imię szacunku dla starszych. Czy ja wiem, co się temu dziadu zdarzyło, że jest... dziadem? Nie staruszkiem?