WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

niedziela, 20 kwietnia 2014

Na leniwo - Wesołych Świąt!

To może bez wstępów :


Troszeczkę jestem spóźniona, ale taki leń mnie obleciał, jak.... (nie mogę napisać, jak nigdy, chm).

TE Święta spędzamy na absolutnym luzie i to bardzo mi odpowiada. Dzisiaj w domowym gronie.
Po symbolicznym śniadaniu Gustaw oznajmił, że nie będzie już więcej jadł, gdyż "musi zachować miejsce na torty".
"A teraz się przespam" powiedział, przykrył kocykiem i kazał się obudzić na ciasta.



Gucio jest asystentem Wojtka (który przygotował w pełni całe przyjęcie w sensie potraw).
Ja, jako łakomczuch, przyznam się, że też nie mogłam się doczekać słodyczy, przyrządzonych - uwaga - bez cukru i bez tłuszczu!



Obiekt pierwszy - sernik na zimno z orzechami i rodzynkami
Obiekt drugi - tort czekoladowo - pomarańczowy - ostro - słodki.
Oba wilgotne, rozpływające się, ach!

Święta...szczególnie Wielkanoc, mają dla mnie wymiar symboliczny, są bardzo szczególne...bez Taty.
Ale o tym pisać nie chcę.
Jeszcze wciąż za wcześnie.

Ale przyjemności cieszą


A więc - Wesołych Świąt! Takich, które potem wspomina się z przyjemnością i naprawdę jest żal, że się skończyły.
(tymczasem jutro Lany Poniedziałek i jeśli ktoś z domowników potraktuje mnie wodą, w zemście mam przygotowany zapach z NRD o mocy równej dawnym radzieckim pachnidłom).

Teraz muszę pilnie się oddalić - zaczynają się "Megamacki kontra Megaszczęki". Po ostatnim filmie, gdzie w wyniku tornada na Los Angeles spadł deszcze krwiożerczych rekinów, nabrałam apetytu na tego rodzaju produkcje.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Jak pies do jeża

Tak się, rozumiecie, złożyło, że zamiast myśleć o Świętach, muszę sprężać się ze zleceniami.
Tym razem dwa jekże wdzięczne tematy - nie wspomniany wcześniej Jeżyk i znany piesek Mezo.

Zastanawiałam się, czy w ogóle publikować Jeżyka, który jest - na życzenie Klientki, bardzo podobny do pierwowzoru powstałego 11 lat temu - zdecydowałam, że tak.
Co jakiś czas bowiem zdarza się, że KTOŚ wchodzi na moją stronę, upatruje sobie jakiś obrazek - a tu pach - sprzedany (na ok. 250 namalowanych po 2003 obrazów aktualnie zostało mi 25).

Tak więc, jeżeli widz - załóżmy, z Państwa grona - zakocha się w którymś z obrazów, nie będących w moim posiadaniu - mogę zazwyczaj strzelić bardzo podobny (są wyjątki, ale nieliczne).

I w ten sposób powstał Jeżyk II.



 Dzięki srebrnemu tłu pod różnymi katami mamy w zasadzie do czynienia prawie z dwoma obrazami.

Ciekawa byłam, swoją drogą, jak po 11stu latach będzie mi się malowało ten sam obiekt? No cóż, podstawowa różnica to okulary, i to +2. Dzięki nim widzę ostro - to oczywiste, ale efektem ubocznym, do którego nie mogę się przyzwyczaić, jest powiększenie obiektów widzianych przez szkła. Własny palec np - przeraża i wydaje się obcy. Świat - przeskalowany - wrażenie nieco niepokojące.

Zwierzyłam się Wojtkowi :
"Wiesz, ze kiedy pracuję nad precyzyjnymi szczegółami w okularach, to one wciąż wydają mi się nie dość dokładne. Tymczasem zdejmuję okulary - i jest pięknie!"
W. się chwilę zastanowił :
"Nie łatwiej byłoby malować bez okularów? Jak np myję samochód o zmierzchu, szybko wydaje mi się piękny. Jest tylko warunek - nie należy się mu zbyt dokładnie przyglądać w dzień".

Piesek Mezo, którego mam nadzieję skończyć w sobotę, piękny wydawał mi się nawet w okularach.
Na zdjęciu poniżej jeszcze nieskończony - sierść będzie bardziej lśniąca i zróżnicowana walorowo (jasno - ciemno). Oraz dojdzie wysmakowane tło.


No powiedzcie, czy to nie są jedne z sympatyczniejszych moich obrazków?

Nie powstrzymam się i na pożegnanie Jeżyk w innym ujęciu.


A tak w ogóle (delikatnie nadmienię), miałam dziś ważne spotkanie w sprawie zagranicznej wystawy - bezpośrednio z organizatorką. Odnoszę wrażenie, że zrobiłam kolejny krok ku swojemu marzeniu...(szkoda tylko, że zsuwały mi się rajstopy - stary numer, co powodowało pewien dyskomfort w koncentracji - ale dzięki temu wszystko skrzętnie zapisywałam w notesiku).

środa, 16 kwietnia 2014

Zdrada...? Czy nie zdrada?

Pod wpływem pewnego filmu, którego tytułu... nie zdradzę... odbyliśmy z W. bardzo ciekawą rozmowę.

W scenariuszu facet zdradził żonę, którą bardzo kochał (tak deklarował) - na co ona pokazała mu drzwi, nie chcąc oglądać go więcej na oczy i oznajmiła, że co do widzeń z dziećmi, przekaże mu wiadomość przez adwokata.
Usiłował się tłumaczyć, że to tylko raz, że po pijanemu, że tamta pani była bardzo samotna itd.
(niektórzy twierdzą, że po pijaku, to nie grzech, w czasie wakacji, w niedzielę - też nie - ale żarty na bok).

Właściwie od razu przyszło mi na myśl, że ja bym się tak nie zachowała (nie będę wchodzić w szczegóły, ale miałam okazję się o tym przekonać w czasach przedwojtkowych, więc doskonale wiem, co piszę). Po pierwsze dlatego, że najczęściej tzw. "zaufanie" jest ułudą. "Ufam ci" oznacza - "powinieneś zachować się tak, jak sobie to wyobrażam/chcę/oczekuję" itd. Jak mówił Tata o relacjach z ludźmi - "Calkowity brak zaufania podstawą dobrych stosunków".
Co prawda człowiek odpowiedzialny nie udziela obietnic bez pokrycia - ten punkt powinnam jeszcze dopracować.

To, że z kimś jesteśmy, nie oznacza, że ten ktoś traci tożsamość, stając się częścią nas.
"Wydawało mi się, że cię znam, tyle lat się oszukiwałam, teraz wydajesz mi się obcym człowiekiem, brzydzę się tobą" - padają słowa ze srebrnego ekranu.
No dobrze, ale czy gość z jakimiś tam doświadczeniami w dziedzinie męsko - damskiej nie jest równie "obrzydliwy", kiedy zaczynamy z nim układać plany? (cudzysłów celowy)

W każdym razie głośno wyraziłam swoją dezaprobatę dla postępowania bohaterki filmu, co Wojtka szalenie zdziwiło.
-Dobrze wiedzieć, że mam taką tolerancyjną żonę
-Nie, to nie znaczy, że aprobuję zdradę, ale jeśli już się zdarzyło, a druga strona szczerze żałuje - dałabym szansę. Chyba trudniej byłoby mi znieść kłamstwo. Najgorzej oszukiwać drugą osobę
-Jeszcze gorzej trzecią. A już najgorzej oszukiwać pierwszą osobę - to utrata kontaktu z rzeczywistością. Np mówisz do siebie : "Jesteś ok", a tu takiego wała!
-Wojtek, a Ty byś mi wybaczył zdradę? - zapytałam czując, że wchodzę na grząski grunt.
-Nigdy w życiu! wziąłbym pistolet, najpierw zabiłbym siebie, ciebie, a potem kochanka...

Nie ma, jak wesoły mąż, powiem Wam.

Czasem aż ciężko poważnie porozmawiać - ale tym razem mi tego nie brak.

A w ogóle jutro mija 5 miesięcy, od kiedy przygarnęliśmy Pepę. Tak było :

A tak jest :

Serce rośnie.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Powrót do zleceń - Agnieszka i Mezo

Nastał wreszcie normalny czas, kiedy dni mierzy się obrazami i zapachami, a nie telefonami do Zusu i wizytami w Ministerstwie. Co oznacza, że można spokojnie - w miarę, bo nadchodzą Święta - oddać się twórczości.

Zresztą na pomysł dotyczący pieseczka wpadłam, kiedy zgnębiona wracałam z Zakładu.
Ponieważ Mezo ma być ujęty w miłych okolicznościach przyrody, a świetnie wygląda na trawie - zaczęłam myśleć, jakby tu przy jego małej postaci działo się coś więcej niż kiełkowanie źdźbeł.
No i zobaczcie :


 Zastanawialiście się kiedyś, do czego potrzebne są kałuże? (poza tym, że dają możliwość bardziej lub mniej przydatnego taplania się) - otóż kałuże są lustrami.
W przypadku powyższego obrazka - mimo ujęcia ziemi (no bo inaczej się nie da, skoro na Mezo patrzymy z góry), na owym "portrecie" będzie miejsce dla nieba.
Tutaj to nie - zwykłe kałuże, tylko...
O tym w następnym odcinku...

...ale na razie dam Państwu przedsmak powstającej Panienki!


Na pytanie, czy to księżyc, odpowiadam przecząco.
Aczkolwiek w sumie...

W ogóle czuję się tak jakoś świątecznie i to już od zeszłego tygodnia po przedawnieniu długu.
Np czwartek przypomina piątek, piątek - sobotę, która trwa dwa dni, a w poniedziałek - niedziela.
Tylko dziś jak raz jest wtorek, ale jakiś taki czwartkowy..

niedziela, 13 kwietnia 2014

Jutro, co będzie jutro...

...spodziewam się, że jutro nastąpi wyczekiwany pierwszy dzień wolności - bo o 16stej mija czas, do którego można złożyć dokumenty do Ministerstwa.
A i tak po tym, jak Wojtek został uznany za niewinnego przez ZUS - kamień spadł mi z serca i wciąż się cieszę - ponadto dieta i ruch przynoszą efekty - zadzwoniłam do W. wdrapując się na skarpę wiślaną.
"Wiesz, chciałam tylko powiedzieć, że czuję się taka wolna!"
"A gdzie jesteś?"
"Idę pod górę"
"Oczywiście, gdybyś szła w dół, czułabyś się szybka"

Wszystko już zgromadziłam - a dziś cały wieczór szykowałam zapachowe zestawy. Wg udoskonalonej metody.


 
Okazuje się, że przy cieńszej folii, nie trzeba otwierać torebki z zapachowym nośnikiem (w moim wypadku filc) - wystarczy przytknąć nos do kwadratu (nawiasem mówiąc, mam zamiar na każdej pocztówce napisać "Proszę Powąchać Kwadrat" czy coś w tym rodzaju).

Swoją drogą, dopiero teraz do mnie doszło, jak drogi jest Duftart.
Na jedną pocztówkę zużywam 16 - 20 "psików" w zależności od intensywności zapachu. Czyli ok. 2 ml.

A więc najprawdopodobniej swoje zapasy zużyję w ekspresowym tempie!
I nie są to żadne, broń Boże, FMy, tylko najczęściej - niestety (?) - niszowce! A tu 2ml na JEDNĄ reprodukcję...



Będę jeszcze doskonalić metody - a jutro z tajemniczym pachnącym pudełkiem odwiedzam Biuro Podawcze.
Ale najważniejsze, co mam zamiar robić przez najbliższe dni - to malować i spać. No i może ew. jakieś przyjemności mnie czekają...prezenty?


Ach! Jak tu pachnie Angelem!


Ostatni dziś element zapachowy - oczywiście dla W. nie do zniesienia.
wyobraźcie sobie, że ten biedny człowiek (ma bardzo czuły węch), sam mnie namawiał do obfitego używania najbardziej wyrazistych perfum - dla dobra sztuki. Zawsze "gonił mnie" za wonie z charakterem.

Nie ukrywam, że z przyjemnością słuchałam, jak dusząc się, syczy "więcej tego dryndusa*!" (Eau du Soir)


*dryndus - nazwa wymyślona przez męża, określająca wszystkie tzw. "babcine" zapachy

środa, 9 kwietnia 2014

Uniewinnienie

Wmawiając sobie, ze jestem całkowicie spokojna - mimo, że o 15stej czekał mnie telefon do Zusu, dla oderwania się od rzeczywistości, poszłam przedtem z mężem na Budapest Hotel.

A potem, starając się znaleźć najcichsze miejsce, wyszukałam numer Działu Egzekucji, już mając obmyśloną treść odwołania.

Ale nie!
Usłyszałam ni mniej, ni więcej, że co prawda ośmiu lat nie wliczą Wojtkowi do emerytury, ale dlatego...
...dlatego, że...
...jego zobowiązania finansowe względem Zusu...
...ta daaaam - uległy PRZEDAWNIENIU !!!

Nie podejmuję się opisać, jak się czułam - ja nie szłam do Wojtka, żeby Mu to powiedzieć, tylko frunęłam, całą siłą woli powstrzymując się przed śmianiem się w głos.


No.
Reszta...jest milczeniem :)

wtorek, 8 kwietnia 2014

BWA, Kielce i ja

Mimo porannego telefonu do ZUSu, w którym Dział Egzekucji miał dla mnie niestety druzgoczące wiadomości (jeszcze jutro do sprawdzenia - ostatnia nadzieja, ze uda się wszystko załatwić bez odwoływania się) - więc mimo to nie zrezygnowałam z planów i wybrałam się do Kielc.

Tam bowiem znajduje się nowiuteńkie Biuro Wystaw Artystycznych oraz Pani Dyrektor, z którą umówiłam się na spotkanie. Jak mogą się Państwo domyślać, sprawa dotyczy Duftartu i stypendium. Aby się o nie ubiegać, należy się wyposażyć w dwie rekomendacje. Jedną mam, z zagranicy, od instytucji, która planuje zorganizować mi wystawę.
Ministerstwo zasugerowało, że dobrze byłoby, gdyby druga wystawiona została przez krytyka sztuki, otwartego na nowe kierunki.

I tak dowiedziałam się o Kielcach, gdzie miesiąc temu otworzyło się w nowej siedzibie BWA (Biuro Wystaw Artystycznych), a Dyrektorka prawdopodobnie jest najodpowiedniejszą osobą.
Po rozmowie z Warszawy i przesłaniu zdjęć obrazów mailem, zgodziła się napisać poręczenie.

Tak więc znowu wykończyłam Wojtka przygotowaniami zapachowych nośników, wskoczyłam do piętrowego busu i pomknęłam w Polskę.

Kielce spodobały mi się od pierwszego wejrzenia, gdyż naprzeciwko przystanku zauważyłam witrynę z obiecującym napisem PERFUMERIA. Co Wam będę mówić - marzenie. Cały regał z wycofywanymi bądź wycofanymi perfumami, o niektórych nie miałam pojęcia. Oczywiście mój nos wychwycił natychmiast wszystkie zapachy z tuberozą, dla dobra spotkania powstrzymałam się od ich użycia...nooo, tylko nędzne dwa psiki na nadgarstki.
Wrócę tam...

Obwąchując się dyskretnie znalazłam się pod nowym BWA.



Cóż będę pisać - rozmowa, początkowo oficjalna, przerodziła się w prawdziwą konwersację, a kiedy usłyszałam treść rekomendacji, mało nie wyskoczyłam z butów (nawiasem mówiąc, Wojtek ciągle mnie skłania, abym pozbyła się swoich ciżemek naleśnikowatych - i dziś też, powiedział, że niby ładnie wyglądam, ale "obuwie masz jak repatrianka z Kazachstanu", a na mój protest, że się nie zna, bo to są designerskie buty, rzekł "Tak samo dizajnerskie jak torby w kratkę przybyszów zza Buga").

Mam nadzieję, że nie wezmą mi drodzy Czytelnicy za złe, jeśli przytoczę fragment rekomendacji :

"Zależność formy wizualnego wyobrażenia od zapachu jest w sztuce spotykana bardzo rzadko, a to, ze artystka czyni z niej podstawowe założenie swojej twórczości i ze każda z jej prac jest określonym zapachem dopełniona, czyni jej koncepcję unikatową.
(...) Wzrok, słuch, dotyk - to te zmysły od zawsze biorą udział w tworzeniu sztuk plastycznych, i to doznania dzięki nim dostarczone inspirują artystów. Zmysł powonienia na ogół jest przy tym pomijany, wręcz niezauważalny.
(...) Plastyczno - zapachowa twórczość Justyny Neyman ma posmak eksperymentu - poszerza przestrzeń odbioru sztuki, wnosi nowe aspekty poznawania obrazu, zwraca uwagę na możliwości, jakie daje świadomość funkcjonowania w świecie, który jest określany nie tylko impulsami dźwiękowymi, wizualnymi, dotykowymi - ale także zapachowymi. "

Miałam przyjemność obejrzeć katalog artystów Kielecczyzny. No no. To jest zdaje się ten "drugi obieg", prawdziwej sztuki nowoczesnej. Imponujące.

Muszę powiedzieć, że nowa siedziba BWA, chociaż w czasie wojny mieściło się w niej gestapo, a potem NKWD mordowało ludzi, nie ma w sobie ani odrobiny "złej energii" - jak to powiedziała Pani Dyrektor "To żywi szkodzą". Zostałam oprowadzona po wnętrzach budynku, zupełnie jak przez dumną panią domu - i czułam, że Zus oddala się i robi malutki - choć na kilka godzin wytchnienia.





Nawet drobne szczególiki, jak numerki w szatni albo obiekt poniższy, dopracowane starannie


Nawet widok z wejścia, na słynny deptak - ulicę Sienkiewicza




Kielce mają swoją atmosferę, nieśpieszną, bez zadęcia, przyjazną.
Mnóstwo sympatycznych miejsc - o, to np (z boku Pani Dyrektor)


Podczas wspólnego spaceru, rozczulił mnie pewien szczegół :


A do tego wszystkie instytucje kulturalne mieszczą się blisko siebie, w Centrum, prawdziwych galerii nie zastąpiły galerie handlowe.
Piękne miejsce



Aż się nie chciało patrzeć na zegarek - co poskutkowało koniecznością truchtu w dizajnerskim obuwiu w kierunku przystanku odjazdowego - a i tak udało mi się przelotem zahaczyć o perfumerię.

Zadumałam się nad pojęciem "prowincja", mającego pejoratywny sens, a tymczasem często odnosi się tylko do umiejscowienia na mapie. A jak się przyjrzeć - dzieje się mnóstwo rzeczy, wartościowych, znaczących, dzięki oddanym swojemu działaniu ludziom.

PS. Dodam jeszcze, że syn Pani Dyrektor jest basistą w zespole heavy metalowym Belzebong, z którym koncertuje w Niemczech i USA - i wcale się nie dziwię, że mają sukcesy.

O!