WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

poniedziałek, 20 października 2014

Tato

Dziś rocznica śmierci Taty.
Pierwsza rocznica.
Może ktoś nie zna zeszłorocznego wpisu o Nim - to proszę http://justynaneyman.blogspot.com/2013/10/poznajcie-mojego-tate.html.


Właściwie nie umiem Go wspominać sprzed choroby, ale jednak coś się zmieniło...
Dwa tygodnie temu, w nocy, w półśnie, zaczęły mnie nachodzić najstraszniejsze wspomnienia - nie broniłam się, pomyślałam "wóz albo przewóz" i zasnęłam całkiem przed szóstą...
Ale obudziłam się w dobrym humorze, i nawet mogę chyba zobaczyć Taty zdjęcie...

Tylko jeszcze nie jestem w stanie słuchać naszego jazzu (uczę się) - kiedy na godziny zamykaliśmy się w samochodzie i słuchaliśmy głośno nagrań, które zrobiły na nas wrażenie.


                                                Ulubiony Count Basie i Oscar Peterson

Tata grał na pianinie już w liceum (zarobkowo), potem na Wybrzeżu (Gdynia) w klubach. Uwielbialiśmy Fatsa Wallera...


(śmiejąc się, że były to czasy, kiedy pianista musiał mieć twarz zwróconą do publiczności i uśmiech)

Absurdalnie, obecność Taty teraz, kiedy nie żyje (bo nie powiem, że Go nie ma), czuję silniej, niż za Jego życia. Boli. Rwie. I tak ma być.


Żebym jeszcze nie dostawała gęsiej skórki na dźwięk samolotu... Kiedyś uwielbiałam ten odgłos.
Centrum Onkologii stoi niemal na trasie do lądowania - ileż my tam, na balkonie, przegadaliśmy godzin, zgadując po dźwięku typ samolotu. A naokoło chorzy, "z terminem" - i On wśród nich.

Tata tyle mnie nauczył - poczucia humoru, autoironii, słuchania muzyki oraz upodobania do "opowieści z dreszczykiem", iluż rzeczy nie wymienię! "Jesteśmy z jednej krwi" mówił czasem.
Nie dało się ukryć.

Na koniec - zamiast nokturnu czy Marsza Żałobnego - Modern Jazz Quartet.


Ja WIEM, że całkiem się nie umiera.
Prawda, Tato?

niedziela, 19 października 2014

Wpis organizacyjny wystawowy

Taaak...
Czas leci, Barcelona majowa coraz bliżej.
Myślałam, że kiedy uporam się ze zleceniami, zrobi się większy luz i wówczas popracuję nad wystawą.
Tyle tylko, że zlecenia napływają, o luzie nie ma mowy - co mi się zresztą bardzo podoba.
Konieczna jest weryfikacja planów malarskich.

Na razie wiem, że Szanowni Właściciele zgodzili się udostępnić mi na hiszpańską wystawę następujące obrazy :

                                                 Shalimar



                                                Cuirs Carner Barcelona



                                               Scent Costume National



                                               Manic Love Neotantric (ten jest u mnie)



                                               Bois Plume Esteban



                                oraz - również w moim posiadaniu, ulubiony Eau du Soir Sisley


Do dyspozycji będę mieć dwie sale, na parterze i piętrze.
Marzyłabym o pokazaniu Duftartu nie tylko "przedstawieniowego", ale również abstrakcyjnego.

Sądzę, że w ciągu tygodnia - szczególnie po powrocie Wojtka - uda mi się wygospodarować może nawet trzy dni tylko na malowanie na wystawę.
W związku z tym prawdopodobnie powstanie cykl wpisów poświęconych relacjom z tego rodzaju pracy.

A ja tymczasem kończę niespodziankę, wymagającą ode mnie zegarmistrzowskiej precyzji - odnośnie jednego, najistotniejszego detalu.

O, i tak.

sobota, 18 października 2014

Wpis częściowo humorystyczny

Najpierw zapraszam Państwa do posłuchania utworu, który za mną chodzi od dwóch dni


Trochę od czapy ta piosenka, gdyż zniszczyłam - z rozmysłem - obrazek z mostem kolejowym


Co zrobić? Wymyśliłam, że powstanie na tym tle pejzaż, a jeszcze na dodatek się okazało, że ponieważ częściowo obrazek był malowany eksperymentalnie przez Gucia, jego sztuczka wyszła na wierzch.
Zamiast białej farby użył... pasty do zębów i podczas wycierania uwolniła się intensywna woń mięty.

Tymczasem w Koniku niczego (na razie) nie niszczę


Gustaw mi nie przeszkadza - wie, że dzięki mojej pracy mogę mu np. kupić pistolet na gąbkowe naboje, z laserem. Dlatego kanapki synek robi sobie sam, przystawiając stołeczek do blatu.



W szkole idzie Mu doskonale, znajomość z Paulą rozwija się. Najpierw był jej mężem, potem wujkiem, ostatnio dziadkiem.

Przed sobotą zawsze robię zakupy i proszę zobaczyć, na jakie kwiatki się natknęłam :



Jeśli już jesteśmy przy zdjęciach kuriozalnych, zadziwił mnie sposób, w jaki przedstawiono dłoń


Poza zakupami kupuję do domu kwiaty w znajomej kwiaciarence niedaleko domu. Pani Krysia zna tajniki pielęgnacji roślin i lubię z nią pogawędzić. Nagle twarz jej spochmurniała
"Pani Justynko..." - przeżegnała się dwa razy - "Muszę panią o coś spytać, niech mi pani nie ma za złe, bo to nie ze wścibstwa..."
"Ależ proszę pytać!" (tu znowu wykonała znak krzyża)
"Pani Justynko, była u mnie sąsiadka, taka blondynka krótko obcięta... no wie pani... ona się strasznie martwi - bo pani męża już tak długo nie widziała, samochodu też, i pomyślała, że może mąż miał wypadek samochodowy, a pani sama z synkiem została..."
Uśmiechnęłam się szeroko
"Pani Krysiu, Wojtek wyjechał do Niemiec, do pracy, ma się dobrze i wraca pewnie jeszcze w październiku"
Patrzę, a kwiaciarka ma łzy w oczach - łzy radości. Ujęło mnie to.

Z Wojtkiem, dzięki internetowi, widzimy się na skajpie, często rozmawiamy, i jak to bywa u osób z charakterem, bywa, że się sprzeczamy. Swego czau umówiliśmy się, że gdybyśmy się zapędzili w pretensjach, mamy dać sobie znak, żeby się opamiętać.
Postanowiłam wykorzystać sposób - ale złość mi nie minęła, co było wyraźnie słychać w moim głosie.
"Wojtek, hola, hola, uspokój się, to ja, twoja ukochana żona"
"Dobrze, dobrze, ale proszę, żebyś zmieniła głos na milszy"
To mnie wkurzyło.
"Czyli co, rozejm nie działa, tak??? Miły głos, nie przesadzaj!"
"Powiedz mi, czy widziałaś kiedyś, żeby ktoś wywieszał białą flagę z napisem KURWA MAĆ?"

Jeszcze teraz się śmieję na samo wspomnienie.
Liczę dni do naszego spotkania.

Na koniec wkleję zdjęcie, już publikowane w ogólnoświatowych wiadomościach (czyli na fb)


To cała ja.

środa, 15 października 2014

Kartka z wyjazdu - odcinek II - Las

Proszę Państwa... mam pewien bardzo dalekosiężny plan...
Przeniosę się na Mazury - kiedyś, gdy Gustaw stanie się samodzielny i dam radę tego dożyć.
Oraz nie stracę sprawności.

Te miejsca to cała JA. Niczego, ale to niczego mi tam nie potrzeba. Wszak w życiu wciąż się dąży do czegoś, teraźniejszość służy właściwie (nie mówię, że u wszystkich), by przybliżyć do przyszłości, która - wiadomo - ma być inna, lepsza, z mniejszą ilością problemów egzystencjalnych i różnych.
Tymczasem ja na Mojej Promenadzie mam wszytko JUŻ. (proszę nacisnąć trójkącik)



Moja Promenada... nazwana tak 3 lata temu (swego czasu zaczytywałam się w Ani z Zielonego Wzgórza), znajduje się niedaleko domku. Bywaliśmy tam codziennie. I zawsze, kiedy ją widziałam, zapierało mi dech.




Słupek nr 133 to było nasze stanowisko - tam robiliśmy najdłuższy przystanek, połączony czasem z piknikiem kabanosowym




Zdarzało się, że wracaliśmy późno





Duuużo za późno, wiem...

Z Gucia zrobił się rewelacyjny towarzysz podróży - pod warunkiem niewielkich, częstych postojów



 ...oraz roweru wodnego


Droga prowadząca na Promenadę też niczego sobie




I sam las, zachwycający - przyznam się, że chyba po raz pierwszy w życiu zanurzyłam się w te wszystkie kolory, widziane dotąd najwyżej z drogi







Nie powstrzymam się przed pokazaniem, jak wyglądał ten las ( i Promenada ) w maju






Mogłabym na koniec stwierdzić coś niesamowicie oryginalnego, w rodzaju "Jaka natura jest wspaniała", ale tylko otrę łzę żalu, że mnie tam nie ma...

(żebyście Państwo nie myśleli, że od powrotu siedzę i toczę maślanym wzrokiem - nie, pracuję nad niespodzianką, która w stosownym czasie zostanie opublikowana - Panienka, ale kurczę, JAKA!)

wtorek, 14 października 2014

Kartka z wyjazdu - odcinek I z kotami

Drodzy Państwo - jestem.
Gratuluję sama sobie tego wyjazdu, a jeszcze bardziej, że zaproponowałam częściowe współuczestnictwo Przyjaciółce. Nie wiedziałam, jak odnajdzie się w tamtejszych warunkach, skromnym domeczku, o którym Gucio powiedział, że "jest smutny, bo ma bardzo małe wnętrzności".

Tymczasem moje obawy okazały się nieuzasadnione, zjadłyśmy razem może nie całą, ale z pół beczki soli na pewno, a i naśmiałyśmy się za wszystkie czasy.

Nasza chałupka stoi na podwórku schodzącym łagodnie wprost do jeziora.
Sumaki zachwyciły kolorem.





Gustaw natychmiast przystąpił do produkcji "eliksiru" - wrzucając do wody w butelce groszki czekoladowe.
Smak niestety rozczarowywał.


Popatrzcie tylko, jaki rano miałam widok z okna!





Pani Wiktoria, gospodyni nasza, jest kochaną, serdeczną, skromną osobą.
Nie tylko dla ludzi - ale i dla zwierząt. Sama nie zje, a zwierzakowi nie pozwoli głodować. Samotna, schorowana, z odmowną decyzją w sprawie renty - osoba, którą dwukrotnie cudem odratowano w szpitalach, z ledwie wydolnym sercem.
Swego czasu przygarnęła dwa koty. Ludzie, znając Jej dobre serce, zaczęli podrzucać niechciane zwierzaki. I w krótkim czasie populacja wzrosła do ponad 10ciu.

Starsza pani pojechała więc do Urzędu w Nidzicy, z pismem. Sama ledwie wiążąc koniec z końcem, zwróciła się o pomoc o dofinansowanie i sterylizację.
Podania podpisać nawet nie chcieli, ale twardo postawiła sprawę
"Skoro tak, poproszę o uzasadnienie na piśmie".
Wtedy, z łachy, przyjęto podanie, z komentarzem "I tak tu pani nic nie wskóra, zresztą kot SAM SIĘ WYŻYWI", za plecami pani Wiktoria, wychodząc, usłyszała "O, nabrała kotów, a teraz się martwi".

Ale gmina wniosek rozpatrzyła pozytywnie i ten sam opryskliwy buc przywiózł jedzenie dla zwierzaków.

Koty... ja jestem bardziej psia, ale obserwacja tych wspaniałych istot na wolności była prawdziwą przyjemnością.




Z niektórymi się zaznajomiłam. Bliżej.






W jutrzejszym wpisie wychodzę poza podwórko - a jako zachętę pokażę uroczą tabliczkę spod płotu z tyłu sklepu


Zatem zapraszam do Brulionu - mimo, że wpadłam po uszy w wir pracy, zobaczą Państwo tutaj jutro jesienny las.