WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

piątek, 17 stycznia 2020

Zwierzątko klozetowe - siła wspomnień

Dawno dawno temu, kiedy w domu w mieście - ogrodzie, leniwa niedziela dobiegała końca, siedziałam sobie na kolanach Taty, bezmyślnie patrząc na stołowe fornirowane nogi.
"A co by było, córeczko, gdyby na tych stołowych nogach i pod stołem mieszkały sobie maleńkie ludziki, takie same, jak my, tylko wielkości mrówki?"
No właśnie, co by było!
Inaczej by było. Strach chodzić by było.


Nasz dom zamieszkiwały dziwaczne stworzenia, które tylko Tato widział. Np zwierzątko klozetowe, które bało się spuszczanej wody, nie można więc było o tym zapominać. Tato widział też, że zabawki w nocy ożywają i w ogóle był niezwykłym człowiekiem.



Kiedy dorosłam i malowałam, Tato zapytał mnie : "Justysiu, czy sądzisz, że jestem choć trochę odpowiedzialny za wypaczenie twojej wyobraźni?"
"O tak!" przyklasnęłam z zapałem, bo jestem Tacie bardzo wdzięczna.



Od tamtego czasu fascynuje mnie przeskalowanie. Lubię czuć się mała przy ogromnym obiekcie - domu, górze. Albo wyobrażać sobie siebie ogromną, jak Godzilla.



Znacie Klej Comme des Garcons? To perfumy.
Parę lat temu zawładnęły mną. W nich malowałam obraz.
Na wystawie Oni będą pachnieć Klejem.



Zaprowadziłam męża do obrazu.
Chociaż nie miał okularów, twierdził, że wszystko widzi.
"Ale wg mnie nic tu się nie zmieniło od poprzedniego razu"
"A dwójkę widzisz?"
"Gdzie??? Ty bez okularów też jej nie widzisz"
"To włóż, cholera jasna!"
Włożył.
"Rzeczywiście! O, i kabel, łączący jedną rzeczywistość z drugą oraz...



Czas na bezcenną radę dla artystów:
"... gdyby cię ktoś pytał, co to jest np (tu wskazał maleńki punkcik) NIC nie mów. Jakby pytał, czy oznacza to lub nie, mów : Nie potwierdzam i nie zaprzeczam" i do niczego się nie przyznawaj"


Aura tajemniczości.
Ale z drugiej strony, co, jeżeli obraz zostanie zinterpretowany przez jakiegoś cymbała, których nie brak, wyciągających daleko idące wnioski, nie mające z moją koncepcją nic wspólnego?


Okienko na przestrzał


Numer 2
50 x 70 cm
Akryl na płycie

Duftart do Kleju CdG
Status : przeznaczony na wystawę

wtorek, 14 stycznia 2020

Kulisy czarnego ekranu - nowość

W ramach wykorzystywania wszystkiego, co się da, po namalowaniu obrazu doskonałego, o którym wspomniałam w poprzednim odcinku, na rozruszanie się (mimo tego, że dochodziła druga i nie mam na myśli czternastej) wzięłam podkładzik obity płótnem.


Właśnie mi się przypomniało, że ktoś mówił, że piszę zbyt długie zdania, na dodatek wielokrotnie złożone, czemu nie chcę dać wiary, oczywiście, bo ten ktoś prawdopodobnie wszystkie zdania, poza równoważnikami, uważa za zbyt długie, czemu nie dziwię się, bo nasza "kultura" jest niestety obrazkowa i to się niestety - dla piszącego - nasila.
To był żarcik, na życzenie mogę go wytłumaczyć.
Jako ilustracja nieczytelne fragmenty obrazu, które też mogę wytłumaczyć.



No, w każdym razie, kiedy wszyscy moi bliscy śpią, co czasem oznacza ciszę (kiedy nie chrapią), często mnie bierze, żeby może ot, tak, jeszcze coś zmalować.
Może pejzaż?





Ale portretu dawno nie było!

Z płótna, jak w wywoływaczu, zaczęła się ukazywać twarz. Wojtek o moich portretach mawia, że wyglądają, jak konkretne osoby. I Ona też została powołana do życia przeze mnie, jako ktoś istniejący. Jakaś Ania.



Postawiłam ją sobie "na oczach", żeby od razu spojrzeć, po obudzeniu. Miałam tak męczące koszmary (coś sprzątałam, w zapętleniu - tzw mop świstaka), że mściwie pogroziłam palcem Jakiejś Ani. Podjęłam decyzję, by osłabić jej działanie.
Bo, wiecie, jak to jest, kiedy czujecie, że ktoś na was patrzy? Z obrazami też tak bywa i wówczas je trochę odrealniam.




Wzięłam rozmach i nagle... patrzę... jest.



Ooo, tego nie oddam nikomu.
Uczucie jakby uskrzydlenia ("dla takich chwil warto żyć").

Oko na ekranie jeszcze zbyt czytelne, ale zostawię je na razie. W końcu to pamiątka po Jakiejś Ani.


(chociaż Gucio powiedział, że widzi bardzo wyraźnie głowę lwa - dwoje oczu, uszy i grzywa)

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Psia pogoda - obraz deszczowy

Już nie jest tak bardzo strasznie, jak w listopadzie, bo (podobno) dzień się wydłuża. "Zimy" coraz mniej. Wychodzić się nie chce, a trzeba.


Czas na bezcenną radę : białe ciałka krwi, zwane odpornościowymi, jak się człowiek nie rusza, przyklejają się do ścianek naczyń krwionośnych i tam sobie są. Ale gdy się człowiek zerwie i krew żywiej płynie, ciałka odpornościowe odrywają się i zaczynają krążyć. Czy to się przekłada na odporność? Czy dlatego ruch to mniej chorób?
Chyba.



Ten obraz powstał niestety na płótnie. Niestety, bo gdybym namalowała go na płycie, to byłby świetny i w moim stylu. A tak...
Nie lubię go i dlatego podaruję pewnej osobie, wobec której mam pewne zobowiązania i nie darzę jej sympatią. Niemniej jednak zarówno osoba, jak i obraz, są interesujące, w dobrym stylu, tylko że niekoniecznie chce się przebywać w ich pobliżu. W domyśle : na sztalugach kończę obraz DOSKONAŁY.
Poniżej jego fragment, sami zobaczcie



Do rzeczy : czemu trzeba wychodzić? Choćby na spacer z psem. Mogę powiedzieć, że do pracy, żeby nie wywołać zawiści szarego śmiertelnika swoim spaniem do 11stej i wolnością w dysponowaniu czasem. Do pewnego stopnia.

Jest szaro, jakby zaraz się miało ściemnić lub rozjaśnić
A nic się nie dzieje


Światło latarni prześwituje przez deszczowe warstwy. Gasną czy się zapalają?


Pies. Wyciąga na dwór.
To się idzie.


Obraz / ek jest malutki, ciut mniej niż A4.


Żeby sprawdzić, czy na pewno nie lubię płótna, namalowałam jeszcze jeden.
Ale ten lubię.
Do zobaczenia wkrótce.

piątek, 10 stycznia 2020

Mokre Rysunki - prapoczątek

Dawno, dawno temu, tyle lat, że się nie przyznam, chodziłam za licealnych czasów na kółko plastyczne. Wśród moich tworzących znajomych istniały dwie frakcje : chodzących na Łazienkowską (Dom Kultury im. Broniewskiego) i Nowolipki.
Jak w starym kawale - Anglik na bezludnej wyspie po latach uratowany wskazał wybawicielom na okazałe dwa szałasy, przez siebie zbudowane "To jest klub, do którego chodzę, a tam - klub, do którego nie chodzę" 


Nie byłam dziewczęciem z Nowolipek. Lubiłam Łazienkowską i Pana Moszyńskiego - prowadzącego, obdarzonego wielką charyzmą. Swój NOWY Obraz opatrzyłam cyferką - Jeden.



Najwięcej energii poświęcałam na studia postaci węglem. Pozowaliśmy wszyscy, każdy po kolei, czasem, za drobne wynagrodzenie, zgadzała się modelować jakaś bidna starsza pani. Raz zjawił się ekshibicjonista, ale rysunki z sesji z nim wyglądały tak karykaturalnie, że więcej nie przyszedł.



Rysunek - to był mój żywioł. Węgiel! Usmarować się po linię włosów, zmieniać papier co pół godziny, to lubiłam. Człowiek - postać, uchwycić go w ruchu, zakląć tę jedną chwilę tak, by pozostała dynamika



Nagle - naprawdę nagle, na jesieni zeszłego roku, nie mogłam już powstrzymać rąk od kreślenia linii. Ołówkiem, dla podpowiedzi obrazu. Wystarczyło, że te linie poprawiłam farbą i coś we mnie odżyło.
Tak niepowstrzymanego, że pomyślałam : "To jest DROGA"



Oto, z grubsza, geneza Mokrych Rysunków. Wciąż używam zapachów przy malowaniu, ale teraz w większości sama je robię, albo nawet nie muszę - wystarczą mi niezmieszane, pojedyncze składniki.

TEN obraz powstał do technicznego, lodowatego kadzidła.
Mógłby się nazywać Kropla Drąży Skałę... albo Oziębienie Klimatu przewrotnie
Albo Taka Sytuacja nr 1


Światło musi być. Ostre, sceniczne. W tym wypadku.



W. mówi "chyba malujesz coraz lepsze obrazy, bo coraz mniej je rozumiem. Jakieś popieprzone są postaci tutaj. Kobieta chwieje się na wietrze, gość biegnie nie wiadomo, dokąd"
A bo ja właśnie nie dopowiadam.
Nie znajdzie się tu żaden mistyczny księżyc, królujący w realiźmie magicznym, mój ulubiony, wieloznaczny element to strzałka (drogowskaz) i "mój" domek z rodzinnych stron.



Chmury. Lubię bardzo. Przybierają kształty, jakie chcą.


Gucio stwierdził "Dziwny obraz, szczególnie, że jak się przyjrzeć, kobieta ma włosy jak biegnący koń"


Wreszcie - całość. Pierwsza wersja i druga, ostateczna (na tę chwilę)



Na koniec składam podpis. Często podpisanie to problem, bo nawet parafka jest elementem graficznym, dlatego tym razem wmontowałam ją w całość kompozycji jako litery na chorągwi, której trzon wydobyłam na pierwszy plan


Bardzo wiele dni, tygodni zajął mi ten obraz. Bo nie było tak, że sobie siadłam i hop siup namalowałam a to sylwetki, a to inne elementy. Zaczynałam od portretu w pionie, do tej twarzy traciłam serce, aż wreszcie przekręciłam podobrazie o 90 stopni i wszystko się zmieniło.
Malowałam, potem wycierałam, zmieniałam umiejscowienie elementów, żeby powstał rytm, w przestrzeni.

Kropla drąży skałę.
Akryl na płycie
Format 70 x 50 cm.

Mój pierwszy Mokry Rysunek.

wtorek, 31 grudnia 2019

2020

Szanowni Czytelnicy!
Życzę z całego serca wszystkiego dobrego w Nowym Roku!
Niech będzie szczęśliwy, a my wszyscy zadowoleni, uśmiechnięci. Zdrowia też życzę - to zrozumiałe.
Zdjęcie poniżej - ze zlotu perfumowego przedwczoraj. W Stoczni Gdańskiej.



Mój Nowy Rok zaczął się pięknie - Pepa nasza kochana, która zachorowała, kiedy byliśmy na wyjeździe, zostawiając pieska u mojej Mamy, cudownie ozdrowiała. Zaalarmowani, że nic nie je, ja i Gucio wsiedliśmy w pociąg Gdynia - Warszawa i pobiegliśmy do mojego rodzinnego domu w mieście - ogrodzie Sadyba.
Po dzwonku do furtki rozległo się radosne szczekanie, a nam aż serca podskoczyły z radości! Pepa tęskniła za nami, aż straciła apetyt. Nerwy z powodu fajerwerków też dały się we znaki. Ale u nas zjadła, a ogon mało się jej nie urwał od machania.

Chciałam zacząć nowy obrazek, żeby dziarsko wejść w Nowy Rok, ale zginął mi ołówek. Było za 5 dwunasta, dałam za wygraną. Jak mi coś się gubi, mówię w myślach "Święty Antoni, pomóż" - i pomaga. Obrazkowo końcówkę grudnia miałam bardzo pracowitą. Dokończyłam parę obrazów, zamykając pewien rozdział.




Postanowienia noworoczne... i ja dołączam do grona, zamierzającego zrzucić parę kilo. Ile, nie wiem, bo nie miałam odwagi się zważyć. W zeszłym roku dostałam kijki do nordic walking i stoją sobie przy drzwiach. Rowerek stacjonarny jest doskonałym, wielofunkcyjnym wieszakiem na ubrania, ale nigdy nie byłam entuzjastką ruchu w miejscu. Jednak jak iść, to dojść. Gdzieś.


 
(nad morzem wiało mocno, ale ku mojemu rozczarowaniu tylko wygładziło powierzchnię)

Zapachowo 2020 rok zapowiada się bogato. Mam na sobie trzy zapachy, każdy z innej bajki. Blanche Byredo - minimalistyczny, czysty, jak świeże pranie. Dolce Vita Diora - kiedy go noszę, czuję przyjemną wdzięczność, że tak piękny zapach wymyślono. Wreszcie Rossy de Palma ELdO - róża, geranium, imbir, przeszywający, śmiały, jak w pysk strzelił.



Dobrze wrócić do domu, szczególnie, że sąsiedztwo miłe. Pewnego wieczora, znalazłam na klamce torebeczkę z listem po włosku i ciasteczkami. Pomyśleliśmy, że to miało coś wspólnego ze śpiewem Wojtka (ćwiczył m.in. pieśni neapolitańskie). Znajoma przetłumaczyła. Oto treść liściku  : "To dla pana, który śpiewał piosenki po włosku wczoraj po południu.
To było coś zachwycającego. Następnym razem proszę się nie przejmować i podgłośnić, żebym mogła lepiej słyszeć w swoim mieszkaniu. Byłam zachwycona i poruszona słysząc Wróć do Sorrento, ponieważ to moje ukochane miasto, w którym się urodziłam.
Przyznam, że się wzruszyłam, dlatego proszę z całego serca przyjąć tradycyjne neapolitańskie ciasteczka świąteczne. Mam nadzieję, że będą smakowały.
Życzę Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!
Mieszkam obok, przez ścianę. MF"



Cieszę się nawet z takich rzeczy, że dzień zaczyna się wydłużać. Odliczam tygodnie do wiosny.


A więc na koniec prześliczne kwiaty jabłoni Jana Wittenberga.
Szczęścia, jeszcze raz!!!!

niedziela, 1 grudnia 2019

Czyżby to...? On?

Tego dnia, w 1926 roku odsłonięto w Łazienkach pomnik Fryderyka Chopina.
Karykaturom nie było końca, bo też i dramatyzm romantyczny i secesyjna ekspresja aż się prosiły, żeby zażartować. Do tego to drzewo, które wygląda, jakby miało pożreć kompozytora, kiedy nikt nie widzi.


Chopin to kolejny wielki Polak, noszący obce nazwisko. Większość podobno myśli, że był Francuzem. Poza tymi, którym wbijało się do dziecięcych głów metafory nt muzyki Chopina, słynne "armaty w kwiatach". A obywatelom pokazywano plakaty z wierzbami na pięciolinii.

Chopin to bezsprzecznie geniusz. Człowiek z wielkim talentem literackim, bon vivant paryski - bo niestety zmuszony był wyjechać z Polski pod zaborami jako dwudziestolatek i nigdy do ojczyzny nie wrócił.*


W jego muzyce jest dla mnie coś rozdzierającego, nie mogę spokojnie słuchać, a jednocześnie, kiedy zacznę, następują dni z Chopinem i jedno określenie adekwatne dla Chopina przychodzi mi do głowy: namiętny. Człowiek, uwięziony w chorowitym ciele, zmarły przed 40stką. Jak to możliwe, że parę taktów jego muzyki i wiem, że to szopenowskie nuty. Nie do pomylenia.


A w przyszłym roku mamy Konkurs Chopinowski! I od maja do września koncerty pod pomnikiem Chopina w Łazienkach, po raz 61. I znowu, mam nadzieję, zdarzy mi się uronić łezkę wśród róż, bo one rosną przy pomniku.


Pomnik Chopina, jak i cały łazienkowski park, mają wpływ na mnie, mieszkającą tuż obok. Kiedy dni skracają się, tak, jak teraz, wiele nieprzyjazny, przenikliwy wiatr, patrzę przez zapocone okna w autobusie linii 180 na pomnik i z trudem udaje mi się wyobrazić słońce i zapach rozkwitłych roślin, kiedy siedzę na schodkach, bo na ławkach nie ma już miejsc i słucham.


Teraz pomnik, podświetlony, wśród mroku naokoło, wygląda jak obiekt z filmu sf.
Dlatego... ten obraz.
Jest taki.
Z "moim" domkiem.




* Chopin zażyczył sobie, by jego serce przewieziono do Polski. Zgodnie z jego wolą, dokonano sekcji zwłok i serce włożono do słoja z alkoholem (prawdopodobnie koniakiem). Siostra Chopina przez jakiś czas przechowywała słój w swoim mieszkaniu na Podwalu, by przekazać je do Kościoła Świętego Krzyża (tuż obok mojego Wydziału Grafiki na ASP).


Posłuchajcie.
Kamień by się nie wzruszył.