WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

piątek, 27 maja 2016

Panienka Lucy - w trakcie

Mili Państwo, wyjazd wyjazdem, a Panienka Lucy zrobiła postępy.
Suknia, która kojarzyła mi się z koloru i wzoru z bistorowym wdziankiem, które moja Babcia przywiozła z USA, została zmieniona
(nawiasem mówiąc, przywiozła mnóstwo przedziwnych przyodziewków - w tym np bluzkę o korpusie granatowym, haftowanym na twardo srebrną nicią z kwiatowe motywy i rękawy a la motyl z plisowanego tiulu)


Wprowadziłam nowy obiekt w obrazie



Ale to jeszcze nie to - początkowa koncepcja sukni zakładała złoty kolor i bardzo mi się go zachciało.
Poza tym - taką nóżkę, jak u Lucy, należy podkreślić.
TO chyba nie jest jeszcze wersja ostateczna stroju, ale już blisko.




Oczywiście trzeba położyć jeszcze ze dwie warstwy ciemnego tła (a okulary trójki znów wcięło).
Złoto pojawiło się też w motywie roślinnym (też niedokończonym)


Cały czas waham się, co do tła.
Ale po kilkudniowych wywczasach na pewno będę znać odpowiedź.

czwartek, 26 maja 2016

Wesoły barack czyli reportaż z wyjazdu

Domek pani Wiktorii, do którego zawsze jeździmy, okazał się zajęty - ale nie poddaliśmy się i oto piszę do Państwa siedząc na dziecięcym krzesełku i patrząc na regał na wysoki połysk, na którym dumnie stoi półmetrowa, kolorowa, szklana ryba.

Jesteśmy outsiderami, gdyż obiekt nasz, który bardzo dowcipnie nazywam "barack" stoi nad samym jeziorem. Czyli półtora metra od tafli wody. z dala od "naszego" domku i domu Pani Wiktorii.



Na myśl o porannej kawie na werandzie z ogromnym, miękkim fotelem (w który się wpada, z rozkoszą zresztą, gorzej wstać) ogarnęła mnie dzika radość, ale okazało się, że z jakiegoś powodu gniazdka umieszczono pod sufitem, a czajnik ma króciuteńki przewód - więc musiałabym go trzymać na wyciągniętej w górze ręce i nie zaryzykowałam.

Bardzo byłam ciekawa, czy zachodzi w obiekcie syndrom kiosku Ruchu - czyli grillowa temperatura w słoneczny dzień i lodowato w nocy - ale nie.
Wnętrze można określić jako hipsterskie.



Tapczan, kiedy się na nim położyć, gra jak jakiś strunowy instrument, zatopiony razem z wrakiem, gdzie czasem, na głębinach, struny trącane są przypadkowo przez ryby.
Barak w środku (może też i przez maleńkie krzesełka) przeniósł mnie w czasy, a może raczej fantazje z dzieciństwa - przypomina bowiem jakieś tajemne miejsce zabaw, niedostępne dla dorosłych.

Zapachowo mocno "pracuje" - rozgrzewając się intensywnie pachnie drewnem, papą i warsztatem, cofając mnie wspomnieniowo do wakacji, kiedy byłam kilkuletnim brzdącem.

Słychać dźwięki z jeziora (szczególnie w ciemnościach) - bo jezioro wcale nie śpi. Prym wiedzie jakiś upierdliwy trzcinowy ptaszek, który przenikliwym, lecz ochrypłym głosem wciąż nadaje (w dzień i w nocy!) swoją śpiewkę "Tłit tłit tłit trrr łiiiii", z krótką przerwą na złapanie oddechu, a towarzyszą mu jakby rozpaczliwe kwilenia przyduszanych niemowląt. Od późnego wieczora pohukuje tęsknie sowa.

Ale ja czekałam na księżyc - i ukazał się, koło pierwszej w nocy, jajowaty, czerwonawy, potem zmienił barwę na żółtą, jak spokojny płomień świecy.


Czasem od nieba odcinały się sylwetki nietoperzy, furkoczące pośpiesznie skrzydełkami, jak nerwowo tasowana talia kart. I kiedy, bliska ekstazy, miałam ochotę podziękować Bogu za to wszystko, nagle po wsi rozbrzmiało donośne, męskie, twarde "SPIERDALAJ" - niosące się po jeziorze "...dalaj ...alaj...alaj".

Dziś zapowiadano gradobicie, burze i apokalipsę, ale nic z tych rzeczy. Z zadowoleniem stwierdziłam, że mój miękki, miastowy tyłek się utwardził i nie cierpię na rowerze.


Popłynęliśmy też na wyspę, Gucio bardzo chciał wiosłować "Pokażę swoją brutalną siłę"


 Przed nami jeszcze 3 wypoczynkowe dni (i noce).

Ale przed wyjazdem opublikuję wpis panienkowy - bo nie ma prawdziwego wypoczynku, jeśli się człowiek wcześniej nie napracuje. 
Napracował się.

Gucio też się napracował - nad prezentem dla mnie na Dzień Matki. Pokażę - ze względu na kruchość filiżanka, ręcznie zdobiona, została w domu.

Co do matki - oczywiście złożyłam życzenia, zebrało się na wspomnienia...
"Pamiętasz, Mamo, ten śliczny fioletowy kostiumik, tak mi się podobał"
"Co takiego? Nigdy czegoś takiego nie miałam. Fioletowy? Nie noszę tego koloru!"
"A żakiecik khaki z futerkiem?"
"Justysiu, pomyliło Ci się z kimś innym"
"No a pamiętasz papierosy Klubowe, z których odrywałam czerwony paseczek celofanu?"
"Nie paliłam Klubowych!"
"To czy ja złożyłam życzenia właściwej osobie...?"

No naprawdę. Jak to mówią "Ktoś z nas się tu myli i to nie jestem ja"

poniedziałek, 23 maja 2016

Problemy techniczne

Mili Państwo, myślałam, że uda mi się wykonać taki manewr, by post sprzed roku zamieścić jako cytat w aktualnym - nie jako link, tylko całość, ze wszystkim, zdjęciami itepe.
Ale nie umiem.
Wcale się nie dziwię.
Do czegokolwiek, co wymaga poszukiwań w ustawieniach, instrukcjach, kombinowania, podstawiania pod wzór, podchodzę z nieufnością co do wiary w sukces z mojej strony.
I to nie jest żadne czarnowidztwo - tylko fakty. Nawet, kiedy zmienia się szata graficzna portalu, który lubię, i rożne polecenia, "przyciski" znajdują się w innych miejscach, gapię się w ekran jak sparaliżowana i czuję tylko niemoc i zniechęcenie.

Tak więc, może akurat ktoś odpowiedni przeczyta to dramatyczne wyznanie i doradzi...?

Dopóki to nie nastąpi, ograniczam się do zalinkowania dwóch wpisów rocznicowych :
Rocznica część pierwsza
Rocznica część druga

a żeby nie było tak łyso zamieszczam zdjęcie TEJ róży


Jutro przede mną trudny dzień, wymagający super mobilizacji, trzeba się postarać, bo dopięcie na ostatni guzik, jak lubię, nie będzie łatwe.

sobota, 21 maja 2016

Nasza rocznica

Mili Państwo, dziś mija właśnie 10 lat, kiedy poznałam Wojtka, mojego obecnego i najlepszego męża.

 Zawsze pisałam o tym, jak wyglądał tamten dzień - ale dziś mam ochotę na relację z 21go maja 2016go roku.


Zazwyczaj tak się dzieje, że kiedy mamy coś świętować, okoliczności sprzysięgają się przeciwko nam. Dlatego też wprowadziliśmy zwyczaj trzydniówki - żeby wszystko, co chcemy, się zmieściło. Bardzo dobry zwyczaj.

Źle spałam - obudziłam się z podkrążonymi oczami. Zasiadłam przed lusterkiem, wiedząc, że każdy korektor okaże się daremny, i jęknęłam (Gucio bawił się w pobliżu)
"Oooo, jak kiepsko wyglądam, jakie wory pod oczami!"
Gustaw zmarszczył brwi i przyjrzał mi się uważnie
"Masz na myśli TE dołki tutaj, takie ciemne?"
"Tak..." westchnęłam
"Ale mamusiu, to nie ma dla mnie żadnego, ŻADNEGO znaczenia. Wyglądasz brzydko tylko w połowie procenta!"
Zaczęłam się śmiać.
"A wiesz, że kiedy się śmiejesz, te dołki jeszcze cię upiękniają, naprawdę!"

Dołki dołkami, a po leniwej kawie mieliśmy ochotę zapaść w drzemkę kofeinową (bezpośrednio po kawie - tak stwierdzili amerykańscy naukowcy, ogarnia człowieka senność i powinien on nastawić budzik na dokładnie 20 minut, wówczas budzi się na gotowe, bo kofeina wtedy zaczyna dawać efekty).

A potem zaczęły się telefony - pokazy garnków, kuszące kredyty. Wojtek wie, jak odpierać te napaści. Otóż ktoś z tego rodzaju infolinii powiedział, że MUSI zachęcać klienta i pchać go w pajęczynę, dopóki ten trzy razy nie powie, że tego sobie nie życzy. Wtedy zaklęcie zostaje zdjęte.
Tak więc rozmowy tego rodzaju (z Wojtkiem) wyglądają następująco. W. odbiera :
"Dzień dobry, a teraz proszę posłuchać : NIE jestem zainteresowany po raz pierwszy, NIE jestem zainteresowany po raz drugi, NIE jestem zainteresowany po raz trzeci. Dziękuję, do widzenia."

Tak, jak dla Wojtka nie ma wykwintnego obiadu bez kartofli, tak dla mnie nie ma świętowania z pośpiechu. Naprawdę kiszki grały mi bardzo dziarskiego marsza, kiedy pojechaliśmy do nowego miejsca z tajszczyzną. Oboje jesteśmy jej wielbicielami.
Naprzeciwko nas siedziały dwie osoby, mając przed sobą czerwone curry i po chwili konsumenci dostali rumieńców i czerwonych nosów w znacznie intensywniejszym odcieniu niż dania przed nimi, potem zaczęli ocierać łzy, a pani nawet wydawała zgłuszone kwiki - kichanie w wersji dyskretnej.

Ja rozkoszowałam się białą od mleka kokosowego zupą ze świeżą kolendrą, czując graniczące z ekstazą zadowolenie - i wówczas z głośników dała się słyszeć moja ukochana piosenka :


Cóż było robić - łzy popłynęły ciurkiem, wtuliłam się w Wojtka, wstydząc je publicznie pokazać, dopóki nie wpadłam na pomysł, że można to zwalić na ostrość tajszczyzny.

Dostałam najpiękniejszą różę na świecie, wielką, pachnącą, w kolorze ognia, igrającego pomiędzy odcieniami jasnej żółci, poprzez śmiałe pomarańcze, cynobry, aż do ciemnej, prawie czarnej purpury - jak symbol naszego związku.

Potem odwiedziliśmy Park im. Czesława Szczubełka, w którym podstępnie Wojtek 10 lat temu skradł mi pierwszy pocałunek. Udał, że mam coś na nosie, przybliżał twarz, żeby niby zobaczyć - no i cześć. CMOK.
Kompletnie mnie to wytrąciło z równowagi, ale tylko przez chwilę - oczywiście rozbroił mnie żartem, jak zwykle. O, na tej ławeczce


Bo powiem Wam, że nie ma takiej złości, której by nie pokonał jego humor. I On o tym wie.
Szczubełek - nie chce się wierzyć, ale byliśmy tam tylko ten jeden raz, 10 lat temu.
(nawiasem mówiąc, Gustaw, siedząc na ławeczce i patrząc w dal, rzekł "Wiesz, mamo, zakończenie może być takie : żyli długo i szczęśliwie, albo inne : żyli krótko i smutno", po czym dostał ataku śmiechu)

10 lat. Mnie się wydaje, że wieki minęły. Nawet nie przypuszczałam, że będę mamą i jak to zmieni moje życie i mnie samą.


Jutro - dzień drugi rocznicy, ale już z malowaniem, nie mogę wytrzymać.
I na koniec Państwu życzę szczęścia, bo ono jest najważniejsze.

piątek, 20 maja 2016

Kraków z duftartem w tle

Właśnie mknę w tej chwili przez Polskę w pięciogodzinnej podróży do Warszawy, mówiąc szczerze chciałabym już osiąść na miejscu. I przez jakiś czas, tak z tydzień, może się nic nie dziać.

Duftart w Krakowie, tłumy na Rynku, Festiwal Nauki


Pod koniec trochę się uspokoiło


Pocztówki rozeszły się błyskawicznie, w namiocie pachniało mocno jak nie wiem, co (w pojemnikach zamknięte były zapachy, które co chwila ktoś otwierał i wąchał, wydobywając na światło dzienne jakby Dżina z butelki)  - wszystko udało się znakomicie.
Wyobraźcie sobie - po całym dniu, błądząc po uliczkach Kazimierza, wracacie na noc do przyjaciół, a tam na ścianach - moje obrazy.
Jak miło.








Oczywiście nie obyło się bez świeżych wrażeń zapachowych - w perfumerii Lulua pokładałam nadzieję w firmie Kerosene


Zapach Creature "pachniał" obiecująco - cudzysłów to taki żart w stronę mojego męża, On tego rodzaju wonie nazywa "smarowanie do pleców", niestety, dość szybko kreatura robiła się miła i nijaka.
ALE wyłonił się, zdaje się, mój zapach na lato.
L'Eau Lutensa.
Jowita Guja, której w tym miejscu serdecznie dziękuję za organizację i pomysł na stoisko, osoba o niezwykle czułym i cenionym przeze mnie nosie, potwierdzi.

Dziękuję też Kasi Cygan i "jej" Krzysztofowi, bo jak zwykle było mi u nich jak u Pan Boga za piecem.


No i tak.
Cieszę się na moją pracownię, podskakując na wybojach Ziemi Radomskiej.

wtorek, 17 maja 2016

Malarsko

Panienki, duftarty, panienki, duftarty...
Aż tu nagle zakiełkowała nowa myśl - powrót do zwierząt, na razie do jednego, ale w specjalnym wydaniu.

Dawno, dawno temu, kiedy nawet Wojtka nie znałam (a w sobotę minie 10 lat od pierwszego, że tak powiem, kontaktu), malowałam tylko zwierzęta.
(przy okazji -  poniższy obraz dedykuję wszystkim anonimowym donosicielom. Niektórzy wiedzą, czemu.)


W każdym razie już wtedy wśród zwierząt pojawił się motyw kota - olbrzyma.
Drzewa sięgały potworowi do łokcia.

I nagle dziś - z powodu desktrukcji obrazka - wpadłam na pomysł powrotu do kota giganta.


Wiadomo, że każdy PROJEKT musi mieć nazwę - poznajcie Państwo KOCILLĘ.


Oczywiście pojawią się ruiny, ogień, zniszczenie, połamane latarnie, uciekający ludzie - nie wiem, czy wszystko naraz.

W tym momencie uspokajam Szanownych Zleceniodawców - Kocilla nie dzieje się zamiast. To tylko przyprawa, taka pikanteria.

Panienka Lucy... wciąż nie jestem zdecydowana na tę suknię. Chyba szlachetniej wyglądałoby coś gładkiego, może powrócę do pierwszego zamysłu czyli złotej sukni?



Oczywiście na powyższym obrazku bardzo wiele jeszcze dojdzie - drzewa, rozumiecie, sowa na gałęzi, sama nie wiem co do końca. Mam wizję, ale raczej świetlną.

A jutro wsiadam w bus i już po pięciu godzinach jestem w Krakowie. Taaaaa....

W co się tu ubrać, kurka wodna? Pytam Wojtka
"Zimno dziś na dworze?"
"Nieeee, jakieś 12 stopni"
"Cooo?! To przecież straszny ziąb!"
"Nie przesadzaj, człowiek wrzucony do wody o takiej temperaturze umiera dopiero po pół godzinie"
"No właśnie, Wojtek!"
"Ale w wodzie koło zera po 3 minutach"

Więc załóżmy, że nie jest tak zimno, jak się nam wydaje. I tego będę się trzymać.

poniedziałek, 16 maja 2016

Festiwal Nauki z duftartem w Krakowie!

Chwilowo, proszę Państwa, jestem zmuszona zaprzątnąć myśli czymś innym niż zmartwienia i malowanie, bo oto radosna wieść.
Na Rynku Głównym w Krakowie, 19go maja, we czwartek, uruchomione zostanie stoisko, gdzie wiele można będzie zobaczyć i powąchać - w tym między innymi moje duftarty.


Jakiś czas temu idea zafrapowała panią Jowitę Guję - porozumiałyśmy się no i jadę.
Organizatorka opowiada :
"Wystawa jest bardziej wizualna niż perfumiarska, bo nie jest skierowana do osób zajmujących się perfumami. To będzie tylko parę klasyków, najstarszy Mitsouko. Chcemy tylko w prosty sposób zadać pytanie jak kultura działa na nasze zmysły i jak widzimy zapachy. Najbardziej ciekawią mnie reakcje dzieciaków na takie zapachy jak chanel no 5. Śmierdzą stara baba czy nie :) Dzieci są najbardziej kreatywne w wizualizacji różnych rzeczy. I tak jak pisałam wcześniej, zapachy są tu podporządkowane szerszej idei."


Ja też jestem bardzo ciekawa, co powie tłum!
Otwarcie o 10. 

Co mnie bardzo cieszy - duftart zyskuje zainteresowanie od naukowej strony.  Na razie cicho szaaaa, ale powstaje praca naukowa, która opiera się na mojej idei, ale nie chcę psuć niespodzianki.

I bardzo dobrze - udowodniono, że w wyniku pobudzania komórek węchowych z komórek macierzystych umieszczonych niedaleko nich tworzą się neurony. Piszę z dużą dozą ogólności, by mieć pewność, że niczego nie pokręciłam.


Serdecznie zapraszam do Krakowa, a jeszcze wcześniej tutaj, na wpis malarski.
TAK. Trochę poprawiłam, więcej zniszczyłam, jest ciekawie.