WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

piątek, 22 sierpnia 2014

Znów od początku

Tak, to doskonały sposób, by sprawdzić, czy dana poza jest prawdopodobna - stanąć jak postać na obrazie.
Inne sprawa, jeśli sylwetka szkicowa jest w ruchu - w skoku czy coś.
Niby z moją postacią tak miało być, ale zgodnie z przysłowiem "Jak ci trzech mówi, że jesteś pijany, to choćbyś nie był, idź się połóż".

W dziennym świetle i jeszcze przed kawą (zrobioną przez Gustawa) doszłam do wniosku, że postać flamenco, która wali się do przodu, musiałabym opatrzyć opisem na miarę CSW i jeszcze przykazać czytanie, żeby uniknąć pytań "Co się dzieje z tą panią?"

No i znów skarpetka w robocie - i została część, co do której nie miałam wątpliwości.


Ponieważ Zleceniodawczyni wypoczywa na wyjeździe, lecz istnieje ryzyko, ze może to zobaczyć, by zaoszczędzić jej stresu wykonałam rysunek następujący :


(mam pewne uwagi, ale generalnie chyba ok - do jutra rana przynajmniej).

Tymczasem siedząc nad niespodziankami oraz przymierzając się do pejzażu z molo w Sopocie, kombinuję nad maleńkim obrazkiem.
Co lepsze?

Domy?


Czy wiadukt?


A może... zrobić obrazek dwufunkcyjny? Że można go wieszać do góry nogami i wygląda równie dobrze? I nie jest to abstrakcja typu, tfu, czarny kwadrat.

Dni coraz krótsze...z mojego punktu widzenia to dobrze, gdyż Gucio chodzi spać "z kurami", a ja już przygotowałam oświetlenie do malowania obrazów na wystawę w Barcelonie (jeden już jest zarezerwowany, choć nawet nie tknęłam dykty).
Cieszę się na tę pracę w długie wieczory - jesienne, przy chrapiącym Gustawie.


Ale ale, jeszcze lato, jeszcze wakacje...


Jeszcze...

czwartek, 21 sierpnia 2014

Nowa Panienka Flamenco

Ktoś mógłby pomyśleć, że mam dużo czasu na malowanie, tymczasem doszły mi w ostatnich dniach dwie niespodziewane prace... Ale zgodnie z moją dewizą, by nigdy się nie śpieszyć, spojrzawszy na szkic flamenco, zdecydowałam się na jego likwidację i panienka będzie wyglądać inaczej :


...śmiem twierdzić, że dużo lepiej, dynamiczniej i w ogóle. Oraz szkic białą kredką o konsystencji kredy nie powoduje, że chcąc zmienić linię, wycieram ołówek w pocie czoła, zużywając połowę gumki.
Wystarczy szmatka, wilgotna, byle pod ręką ( w tym wypadku skarpetka Gucia - czysta).

W domu - radość. Pepa tym razem nie przechodzi żadnego okresu aklimatyzacji - od razu wesoła, w zabawowym nastroju, uśmiechnięta.



I to już koniec na dziś (tzw. klamra kompozycyjna).

PS. Panienki już nie ma - tzn zostawiłam szczątkowo, jedną nogę.

środa, 20 sierpnia 2014

Ofiary mody na koncercie

Ponieważ pracuję nad niespodziankami, które mogę wkleić dopiero wtedy, gdy dojdą do szczęśliwych, mam nadzieję, właścicieli, więc postanowiłam odnowić cykl Ofiary Mody, bo na koncercie Kasi Cygan (świetna!), byłej żony Wojtka, naszło się ich wiele - mimo niezobowiązująco plenerowych okoliczności.

Panią, która wylewała się z plastikowego krzesełka, postanowiłam oszczędzić - w końcu pewnie wcale ze swojego wyglądu nie była zadowolona.

W przeciwieństwie do panienki typu lachon.
Zacznę od góry - fale tlenione sztywne, trzeszczące przy dotyku, oczy typu czarne dziurki (typ makijażu), pyszny dekolt z wisiorem w formie krzyża, koszulka biała na ramiączkach, przykrótka, żeby było widać pępek z kółkiem jak w nosie byka, tylko mniejszym, legginsy białe - a na deser zostawiam obuwie, a raczej złożony obiekt wykonany jakby z białej ceraty, metalu, szkła i sztucznego jedwabiu.
Nie wiem, jak je nazwać - mankiety? Ozdobione diamentami i ćwiekami oraz imponującą kokardą z niby jedwabiu, wielką jak monstrualny motyl. Paznokcie u nóg francuskie, z białym, szerokim brzegiem.
Na ręku niezliczona ilość bransoletek z wisiorkami, na drugim za to blacha nad łokciem, z wyciętym, jak w wychodku, serduszkiem.


Drugi wiktim - młodzieniec. Fantazyjny irokez z pasemkami, bluza z wzorem "wieniec laurowy", oplatającym ramiona, spodnie celowo dresowe (dressowe) z troczkiem dyndającym w okolicy intymnej, krok o 30 cm niżej i buty białe, glanotrampki z paseczkiem w szufkach i z klamereczką, też jakby z ceraty wyciętym.
Wyraz twarzy zaczepny, kontrastujący z bardzo chudą szyjką


 Gucio tymczasem stał się zadeklarowanym miłośnikiem środków komunikacji miejskiej. Biletu nie wypuszcza z rąk. Nigdy.



Nawet przy przenosinach do łóżeczka.

A w ogóle Gustaw od niedawna jest jakby wujkiem (dla Juliana, synka bratanicy Wojtka)



Nawiązali coś w rodzaju dialogu, niekompletnego z powodów oczywistych.
Potem Gucio westchnął : "O, ja bym chciał, żeby ten dzieciak już dorósł!"

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Ach! Co to był za ślub! I wesele! I wyjazd!

Jestem już i szykuję się do intensywnej pracy malarskiej. Z ochotą, tym bardziej, że wyjazd udał nam się wspaniale.
Gucio jeszcze poprzedniego wieczora zadeklarował, że będzie niósł najcięższy bagaż "żebyś się, mamusiu, nie męczyła". Tymczasem plecak był naprawdę parokilogramowy, z bijącym zegarem w środku - prezentem dla ślubnej pary. Aż synka przeginało do tyłu, ale na propozycje pomocy reagował "poniosę, dam radę".


Na autobus przyszliśmy wcześniej, żebym mogła się w stojącym pojeździe umalować bez wsadzania sobie kredki w oko. Perfekcyjnie pokryłam rzęsy fioletowym tuszem (W. mówił mi, że boi się wtedy mojego spojrzenia, bo przypominam trującą gąsienicę).
Aż tu nagle, przy wjeździe do Lublina, zaczął padać nie deszcz, to za mało powiedziane - rozszalała się nawałnica, z wściekle bijącymi biczami wodnymi. Rety, rety, co z włosami??? Z makijażem??? Gustaw miał nieprzemakalny skafanderek, ale ja tylko króciutką kurteczkę nasiąkającą wilgocią.
Pan kierowca wysadził nas pod drzewem, w błocie, że ani nosa nie wystawisz.
Cud! Nagle przestało lać i przemieściliśmy się do skansenu, na terenie którego miał stać zabytkowy, drewniany kościółek - cel podróży.

Tyle, że do niego prowadziła droga przez mękę - pół kilometra bruku. A panie na szpilkach... klęły jak szewc.


Wreszcie dotarliśmy.


Czekaliśmy w napięciu, para młoda piękna


Zaczęły bić dzwony - Gustaw oznajmił z ulgą w głosie "No, teraz WRESZCIE zacznie się ten pogrzeb", aż się ludzie obejrzeli.
Kiedy zagrała muzyka, Gucio błagał mnie : "Oooo, mamo, tak bardzo chcę zobaczyć organ!"
Ceremonia jednocześnie podniosła i sympatyczna, dzięki księdzowi na luzie, który nawet trochę dowcipu przemycił "Rozmawiałem kiedyś z długoletnim małżeństwem i zapytałem męża, czy myślał kiedykolwiek o rozwodzie. "Nie, nigdy, ale żeby zabić moją żonę - wielokrotnie" - odpowiedział".
Pod koniec mszy duchowny, składając życzenia, rzekł "Stwórzcie, moi kochani, trójkąt z Jezusem, zapraszając Go do waszej miłości" (zachichotałam niemal bezgłośnie, mam nadzieję).
Organista okazał się na tyle łaskawy, że wpuścił synka na górę


Gucio zachwycony - "To była najlepsza rzecz, ten organ, jaka mi się zdarzyła w całym moim życiu!"

Po wszystkim, kiedy przepakowywałam bagaże, poczułam dotknięcie dłoni na ramieniu "Justynko, jestem Kasia..." - oznajmiła drobna, atrakcyjna blondynka o ujmujących rysach - "...była żona Wojtka". Bilety i klucze, które trzymałam w ręku, upadły mi na ziemię. Nie widziałam Jej wcześniej na oczy, ale od razu poczułam sympatię i na weselu miałam, dzięki Niej i jej mężowi, świetne towarzystwo (jednocześnie ciesząc się, że makijaż mi nie spłynął, fryzura się nie rozleciała i zrobiłam sobie czerwone paznokcie, nie wspominając o zeszczupleniu o 8 kilo).

Stoły uginały się od wszystkiego - najpierw obiad, z deserem i lodami, jeszcze nie ochłonęłam - wjechały półmiski z przekąskami oraz mebelek pełen najróżniejszych, na miejscu wypiekanych ciast - cudów sztuki kulinarnej, a jakby jeszcze tego było mało... FONTANNA z czekolady!


Gustaw zanurzył w niej rączkę i oblizał, z błogim wyrazem twarzy. Obok leżały kopczyki w owocami, które nabijało się na patyczki i oblewało czekoladą. Raj!
Synek poszedł do pokoju, żeby tam złożyć wielki samochód - prezent od brata Wojtka i ojca panny młodej, więc bawiłam się, śmiałam i tańczyłam bez oglądania się, co też robi mój chłopczyk.


Rano zeszliśmy na śniadanie - wspaniały szwedzki stół, otwarte na ogród drzwi i słoneczna pogoda.




Siedzieliśmy sobie przy stoliku z Kasią i jej mężem, jakbyśmy się znali nie od wczoraj. No... przypadliśmy sobie do gustu.

A potem pojechałam w gościnę do Agnieszki, przyjaciółki z forum perfumowego, ksywa Skarbiątko. Kiedy się nagadałyśmy i nawąchałyśmy, wyruszyłyśmy w miasto - gdzieżby - do perfumerii. I ciuchów.
 Przy okazji spełniając marzenie Gucia - jadąc trolejbusem.


W przymierzalni Gucio się nie nudził - robił sztuczki (również dźwiękowe) z balonikiem.


Jedyny zgrzyt - w Douglasie, stojąc przy półce z perfumami, zauważyłam, że pani strąca flakon. I tak niefortunnie rzuciłam się na ratunek, że zwaliłam na ziemię Tuberose Criminelle... Poszarzałam na twarzy, potem zalała mnie fala gorąca... obsługa chyba również była w szoku, bo zapadła martwa cisza, z zaplecza wychynął młodzieniec, w milczeniu podnosząc z ziemi testery i, zalewany tuberozą, znikł, jako i my uczyniliśmy.

Spałam razem z synkiem na piętrowym łóżku. Łatwo nie było, gdyż mój gagatek nieustannie się przewalał, ściągając kołdrę i racząc mnie mimowolnymi kopniakami.


Cała ta wyprawa była dla mnie jakby ukoronowaniem lata - bo drzewa już zaczynają, na razie ledwie - co, żółknąć, i zbliża się moja ulubiona pora roku - jesień, a z nią coraz bliższy przyjazd Wojtka.
Roboty huk - więc pewnie czas szybko zleci.
Jutro wpis obrazkowy - zapraszam.

piątek, 15 sierpnia 2014

Na jesień - Piesek Jesienny

Myślę, że Emilka, jedna z moich ulubionych Klientek, bardzo się ucieszy, ponieważ praca nad Pieskiem Jesiennym postępuje.
Zarzekałam się niejeden raz, że kopii nie robię, ale...
Pojawiło się ALE. I już tak zostanie - mianowicie: jeśli komuś bardzo zależy na tym, żeby obrazek z mojej strony neyman.pl zawisł na jego ścianie, już trudno - zrobię kopię. JAKAŚ zmiana być musi, z zasady, żeby każdy obraz pozostał niepowtarzalny.

Nagle, po narysowaniu (kredą), na tle, Pieska, poczułam to samo (jego) spojrzenie, co 10 lat temu. Wzruszyłam się.


Spojrzenie...przestępcy - oczywiście takiego sympatycznego.

Co do przestępców - wczoraj przechodziliśmy z Guciem obok aresztu na Rakowieckiej. Tłumaczyłam, co oznacza areszt. Synek bardzo ciekawy - szczególnie tego, gdzie można zobaczyć ukaranych. Nawypatrywał sobie oczu - bezskutecznie.
Obok więzienia, wzdłuż ulicy, trwały roboty drogowe. Mała kopareczka zafascynowała Gustawa - zapatrzył się. Pan w kabince przyjemnie połechtany zachwytem w oczach dziecka, wyłączył maszynę i wykonał zapraszający gest, odpowiedziawszy uśmiechem.
I wtedy Gucio zapytał mnie scenicznym szeptem, z nadzieją :
"Mamo, czy ten pan jest PRZESTĘPCĄ?"
A panu zrzedła mina.

Raźnie za to wyglądali dziś żołnierze, po defiladzie wojsk, czekający przy autobusach, gdyż cieszyli się wzięciem dzieciarni i panien, ochoczo pozując do zdjęć. Za to Gustaw średnio był zainteresowany... (chyba żołnierze bardziej są dla bab)


Ale nie ma, jak czołg! Choćby malutki.


Na koniec - komunikat - jutro wyjeżdżamy do Lublina, więc w sobotę i niedzielę chyba wpisów nie będzie...
Chyba, że będę mieć dostęp do netu. W niedzielę.
Będę tańczyć, jeść oraz wyglądać - na ślubie i weselu, i liczę na to, że synek też się wybawi.

środa, 13 sierpnia 2014

Panienka Flamenco - szkic

Przyznam, że z niemałym trudem i tremą oderwałam się od "odpoczynkowego" pejzażyku z kolejowym mostem i przystąpiłam do szkicu flamenco.
Skąd ta trema? Ano stąd, że w zasadzie tańca niemal nie liznęłam, poza jakimiś bardzo autorskimi wygibasami, a zatopiwszy się w zdjęciach i nagraniach flamencowych postaci miałam do wyboru mnóstwo póz. Ściśle określonych - ponieważ ta dziedzina sztuki właściwie rządzi się określonymi regułami - a więc sposób trzymania nawet palców, głowy, napięcie mięśni, każda krzywizna jest określona. Mała zmiana - i już wygląda źle.
Dodatkowo - obrazowi, jako nieruchomemu ujęciu, trudniej nadać dynamikę postaci, a na niej mi bardzo zależało. Tak więc nie tylko obserwowałam i wybierałam, ale nawet (z pewnym wstydem się przyznaję), odchodząc od szkicu, sama, jako podpowiedź, sobie pozowałam.

No i - na teraz, roboczo, obraz wygląda tak (nogi przedłużę) :


A do tego wszystkiego potwornie rozprasza mnie Gustaw, który "wsiąkł"w aktywność kuchenną.
Oznajmił wczoraj, że przygotowuje imprezę.
Wrzucił do malaksera najpierw banany i oznajmił "Dodałem trochę sólu". Spróbowaliśmy - dla mnie ohyda, ale jemu smakowało. Mając przed sobą półeczkę z przyprawami, otwierał każdą z nich i kierując się zapachem - dodawał je do słonych bananów. Potem poszatkował nektaryny i śliwki oraz dużą ilość czosnku, wzbogacił smak curry, majerankiem i sokiem z cytryny oraz odrobiną świeżo zmielonego pieprzu - i wyprodukował bardzo interesujący i naprawdę smakowity, pikantny sos.


Sos posłużył za marynatę do pieczonego potem indyczego udźca.
Akurat, kiedy przyszła Milenka - zaproszony gość.
Muszę powiedzieć, że w domu dawno tak pięknie nie pachniało.
Nie, nie dziwię się, że synek to "węchowiec".


A kiedy już wszystko zjedliśmy i zostaliśmy sami, Gustaw wyznał mi, że nie o taką imprezę Mu chodziło
"No wiesz, nie było tańców".
Następnym razem to naprawimy - tymczasem w sobotę wyjeżdżamy na ślub i wesele, więc będzie miał okazję się wyszaleć.

I teraz powoli się oddalam, gdyż jutro rano umówiona jestem na odbiór lampy z lat 70tych, stojącej, w straszliwym stylu korzenioplastycznym. Będą zdjęcia. O ile okaże się wystarczająco interesująca.
A - nie dla mnie ta lampa - dla przyjaciółki.
Wolę dodać na wszelki wypadek.

Może jeszcze na koniec pokażę Państwu zdjęcia - okulary muszę nosić.



Któreś z nich...?

niedziela, 10 sierpnia 2014

Metamorfozy - Kotopies

Wspomniałam swego czasu, ze robię porządki i weryfikację WSZYSTKIEGO - w tym również obrazów.
Nie mam zwyczaju do nich zaglądać i niechętnie wieszam na ścianie (czego Wojtek nie akceptuje).
Dlaczego?
Gdyż... w bardzo niewielu przypadkach zostawiłabym swoje prace bez zmian. No trudno, niby należy się szacunek dawnym czasom, ale ja nie potrafię czasem przestać.
I jedynym wyjściem staje się albo pozbyć się obrazu (najmilej sprzedać oczywiście) albo schować w miejscu trudno dostępnym.

Jest taki jeden, w którym nie zmieniłabym niczego :


Szczególnie, że malowany w 2004 roku zwiastował najwyraźniej nastanie Pepy!
(kupiła go ode mnie dziewczyna, która stwierdziła : "Pani maluje takie abstrakcyjne obrazy, więc wybrałam ten, bo jest najbardziej realistyczny")

Tym razem w moje łapska wpadł Czarny Piesek zwany Figą, niebezpiecznie przypominający kotka.
No nie podobał mi się od początku - o ile sam zwierzak świetny i pocieszny, ale kolory  prosto z tubki, wielokrotne podróże na wystawy podrapały czerń - więc pomyślałam, że tylko troszeczkę go "pociągnę" ugrem (czyli żółtą kupką niemowlęcia, jeśli chodzi o kolor).
Tyle, że z "troszeczkę" zrobiło się "za dużo", nastąpiła gonitwa do łazienki, żeby zmyć - i wtedy wierzchnia farba zaczęła schodzić.
Dramat.


Wczoraj rozpoczęłam reanimację, polegającą na podmalówkach - widać było, że Kotopies chce żyć. Mimo plam na dekolcie.


A dziś skończyłam - plamy zniknęły


Odnowiłam kolorystykę - do błękitu na dole domieszałam jeszcze jeden odcień


(nie mogłam się powstrzymać i rozjaśniłam łapkę)
Zasadniczych szczegółów nie ruszałam -



Powyżej - najstarszy podpis (teraz tylko "jn").
Zmieniłam też biel tytanową na naturalną - czyli zostawiłam gdzieniegdzie stylowe przyciemnienia.


Pepa znowu jest towarzyszką mojej pracy


A Kotopies wisi wysoko na ścianie.


Obok drugiego obrazu, który czeka dopiero przemalowywanie (tzw. "obraz z kluczem")


A jeszcze na dodatek powstaje maleńkiego formatu Pejzażyk z Wieżowcami (coby się wyciśnięta w nadmiarze farba nie zmarnowała).


Ale jutro już mam zamiar zacząć robotę nad zleceniami, żeby nie nastąpiła jakaś koszmarna kumulacja.