WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

niedziela, 29 marca 2015

Na wesoło - duftart Archives 69 - kontynuacja

Szanowni Państwo... czas robi się gorący - za miesiąc otwieram wystawę w Barcelonie!
Bardzo chcialabym zmalować jeszcze co nieco... zobaczymy, jak mi pójdzie.

Tymczasem powstaje może i mój ulubiony obraz do Archives 69 - czyli Ptaszek.
Słabo widoczny - bo w ołówku, ale może uda się Wam coś dostrzec.



Och, jak mi była potrzebna tego rodzaju praca po niezwykle obciążających tematach rodzaju Poison i Shalimar!
Na dodatek - prywatnie powiem, że udało mi się uporać z bardzo trudnym problemem typu "rzeczywistość skrzeczy" - co za ulga!

Nie chcę za wiele obiecywać, ale... ale... może uda mi się jutro sfinalizować bieżący duftart. Pogoda ma nie zachęcać do niczego - a wówczas doskonale mi się pracuje.

sobota, 28 marca 2015

Archives 69 Etat Libre d'Orange - prapoczątek

Proszę Państwa, recenzję zapachu przytoczę na końcu, teraz powiem tylko, że już wiosny bez niego sobie nie wyobrażam.
Słodko - ostry, z kamforową nutką i bezpretensjonalny, a mimo wszystko dość nietypowy. Rozweselacz!

I taki też ma być mój duftart - kolorowy, sympatyczny - lecz niebanalny.
Główna postać ma już szkic (na razie tylko na bilecie autobusowym - wszak nie wiadomo, gdzie zastanie mnie natchnienie).


Nie przewiduję męki twórczej - ale jak to wyjdzie w praktyce, no cóż...

A to moja recenzja z portalu Fragrantica.pl
 "Zapach z gatunku słodko - ostro - musujących. Dość specyficzną słodyczą, niebanalny - dzięki efektowi jakby bąbelków. Kamfora, owoce i czerwony pieprz + wanilia daje efekt zaskakujący, trochę sztuczny (co nie jest wadą, tylko świadomie użytym środkiem ekspresji), jakby "lekarstwowy" efekt.
Podobno jest kadzidło - ale wielbicieli tego składnika proszę o umiarkowany entuzjazm.
Trwałość - niezła. Projekcja - może być. Z czasem zapach z wieloskładnikowego wyostrza się z jednej strony - z drugiej - wysładza. Czyli nie najgorzej.
Ekstrawaganckim bym go nie nazwała, chociaż zwyczajnym - również nie.
Pasuje natomiast do niego określenie "rozweselający" i "energetyczny"."

Jutro przystępuję.
A za chwilę wychodzę w noc, z Pepą, poinhalować się oszałamiającą wonią magnolii - drzewka, dwie sztuki, rosną sobie za przystankiem.


Fala zapachu niesie się daleeeeko.
Pamiętam, jak za dawnych czasów, moja mocno wiekowa Babcia ni z tego ni z owego, potrafiła, np na rodzinnym przyjęciu, stwierdzić "Jaka natura jest wspaniała!" - patrzyliśmy wtedy po sobie, nie wiedząc, co powiedzieć - a może w jej biednej, skołowanej głowie, pojawiał się obraz podobny do powyższego?

piątek, 27 marca 2015

Shalimar - duftart - premiera!

Szanowni Państwo - premiera.
Zdaję sobie sprawę z tego, że ów obraz nie spodka się z szeroką aprobatą (nie to, co Poison), ale to nic, to nic.
Pozostałam wierna sobie, choć nie odbyło się bez kryzysów, potknięć i nieprzespanych nocy.
Na pytanie, które być może padnie - dlaczego tak? - odpowiadam - proszę MNIE o tym powiedzieć. Co widzicie? Ja poszłam za impulsem, intuicją - nagrodą spokój i czyste pole, by zacząć coś nowego.

Muzyka!


Bo przyznam się Państwu, że ja tego obrazu WRESZCIE nie traktuję serio - kiedy zaczęłam bawić się fakturą, odnalazłam właściwy sobie proces twórczy.
Na bogato!
Zacznę od fragmentów, w różnych oświetleniach.
Najpierw światło średnio intensywne, dzienne :


Sztuczne :


Ciemne, sztuczne :


Jaskrawe dzienne


I - uwaga, proszę Państwa, uwaga - całość - też zróżnicowana w zależności od światła





(muzyka)


i samo oko - nie jest najmłodsze... jak moje...
Raz...


Dwa...


Trzy!


A jako suplement - cztery



To na do widzenia - a jutro coś z ZUPEŁNIE innej beczki!
Zapach, którego używam na co dzień.

czwartek, 26 marca 2015

Shalimar - przedpremierowo

Więc, proszę Państwa, stała się rzecz przedziwna.
W nocy, koło czwartej nad ranem, obudziłam się głodna tak, że burczenie w moim brzuchu przebiło głośnością chrapanie Wojtka. To nie było dziwne - dziwne, że przy okazji kursu do lodówki, po serek ze szczypiorkiem, zorientowałam się, że mam po prostu niebywale... dobry humor!
Bez żadnego absolutnie powodu.
Wspaniałe samopoczucie aż mnie rozsadzało - i przy wstaniu było tak samo.

Siadłam, albo raczej stanęłam do roboty, nie wiedząc, co dalej - poza jedną istotną sprawą. Obraz należy... zasłonić. Dodać coś na pierwszym planie, bo działanie oczu było zbyt intensywne.
Przemknęlo mi przez myśl, żeby wziąć wielką szmatę, zamalować Shalimara, przykryć materiałem i odtańczyć na nim trepaka - ale (dzięki Bogu!) nie znalazłam wystarczająco dużej płachty.

Dlatego pracowicie zaczęłam tworzyć ażur, o, taki :




 (powyżej w sztucznym świetle).

Niestety, musiałam wyjść na spotkanie, przerwać pracę - tymczasem na talerzyku, służącym mi za paletę, została bryła z farby, której więcej nie miałam, przypominająca żywo (z kształtu) kupę Pepy.

Następna dziwna sprawa - po powrocie farba na spodeczku nie wyschła - nawet teraz nie do końca - tak więc cały dzień, z doskoku, budowałam misterną konstrukcję.

I teraz kwef zniknął, ku mojej wielkiej radości, i tylko jedno oko nie jest zasłonięte - ni to strukturą komórkową, spod której przeświecają złote błyski, ni to koronką.
Jest dobrze, choć nie ukrywam, dziwnie..
Jutro PREMIERA! A niech tam.




środa, 25 marca 2015

Meldunek z pola walki

No więc... wczoraj położyłam się spać przed piątą rano, dając sobie spokój z Oczami.
Dałam za wygraną - zamalowałam je całkiem... od czego obraz zrobił się awangardowy i zaczął przypominać jakiegoś dziwacznego wojownika Ninja.

Dziś rano, przy obudzeniu, czułam wszystkie możliwe złe emocje - zawód, poczucie porażki, lęk (przed praca nad Shalimarem), zmęczenie - ogólnie jakby mnie przygniatały wszystkie ciężary tego świata (sąsiadka mówi, że wyglądam jak śmierć na chorągwi - ale pamięta mnie, kiedy ważyłam 10 kilo więcej - "te obrazy żywią się tobą").

ALE co robić - otworzyłam okno i się zaczęło.
Wzloty i upadki. Na dodatek tak dalece zatraciłam "obiektywizm" spojrzenia, że wydawało mi się, jakbym zupełnie inny obraz miała przed sobą, a inny w aparacie fotograficznym. Niestety, ten ostatni dużo gorszy - ba, rozpaczliwie zły.
Więc wiecie, co robiłam? Malowałam z aparatem, na jego ekranie widząc, co robię.
To pomogło - ale na ile, nie jestem w stanie ocenić... Kiedy widać wszystkie niuanse i błyski błękitu i złota - jest dobrze. Ale w półmroku - nie za specjalnie.

Które wrażenie prawdziwe? Zakładam, że gorsze - lecz z kolei puszczam światło na Shalimara - i dech zapiera.

Po raz pierwszy coś tak mną targa, niepokoi i zrozpacza.

Do tego stopnia, że nie wiem, czy zdecyduję się go pokazać na blogu. To obraz wybitnie do obejrzenia na żywo.

A swoją drogą, rozpaczliwie potrzebuję odpoczynku, choć chwilowego oderwania się od tego szalonego kołowrotu, transu, czy jak go tam zwał. Jeszcze jutro nie odpuszczę Shalimarowi, ale chyba równolegle zabiorę się za coś wesołego, relaksującego i nieodpowiedzialnego (pod względem ekspresji).
Zobaczymy.
Ciekawa jestem, swoją drogą, na co mi ta męka? Co ona daje? Da? Czy zaowocuje w reszcie obrazów? Czy coś mi uświadomi?
Nie wiem, nie wiem.
Ale na pewne pytania odpowiedź poznaje się po czasie - nieraz długim.

Nie tylko ja mam inwencję, nawiasem mówiąc, Gucio postanowił wykonać napis (pochwalę się, że już niemal płynnie czyta!) - ciekawe, czy zdołacie odszyfrować :


Miało być : "Sport Gucia to jazda na rowerze".

Bo synek to zapalony rowerzysta (zdjęcie poniżej z zeszłego roku)


I tym, w sumie optymistycznym akcentem, się z Państwem żegnam.

wtorek, 24 marca 2015

Premiery (dziś) nie będzie

...gdyż główna postać dramatu straciła wzrok.

Nie na moje nerwy to całe malowanie. Tzn. lubię jak się coś dzieje, ale huśtawka emocjonalna - a raczej MIGAWKA emocjonalna przekracza moją wytrzymałość.
Co prawda, biorąc pod uwagę, że jednak oczy znowu są, i tym razem, nie wychylając się, powiem, że wydają mi się teraz dopiero prawdziwe.

Znalazłam dość sił, by na dziś pożegnać się z obrazem i odstawiłam go w cholerę.

Malowanie odbywało się pod silną presją - godzinę przed zajęciami (warsztaty dla dobrych rodziców!) nagle podjęłam decyzję - obraz przemalować, zdjęć nie pokazywać, te, które są - zlikwidować. Premierę odwołać.

Akurat tak się złożyło, że wszystkie niuanse złota i błękitu najlepiej widziałam na klęczkach, przed sztalugami. Potem się okazało, że jeśli obniżę środek ciężkości, widoczność się zwiększa...


A warsztaty coraz bliżej - wszak spóźnić się na nie to jakby nie być dobrym rodzicem troszeczkę - a ja się, rozumiecie, pół godziny przed zajęciami czołgam po podłodze, w sierści Pepy (bycie artystką stoi na przeszkodzie w regularnym sprzątaniu), w dresie z wypchniętymi kolanami i ze złotą szramą z farby na wysokości pół uda.

Prawie zdążyłam (a, jeszcze siadając, upewniłam się u najsympatyczniej wyglądającej osoby, że nie mam złotych ew. błękitnych wąsów).

Tymczasem oczy gapią się jakby wyraźniej - w serce wstępuje otucha.

Na jak długo? Już teraz boję się zajrzeć do kąta z Shalimarem, kojąc nerwy Glennem Millerem i góralką czekoladową. Nie, trzeba zajrzeć. Co to ja, dziecko jestem???

poniedziałek, 23 marca 2015

Shalimar - kontynuacja

Drodzy Państwo, dziś odzyskałam trochę sił.
Bladym świtem, skradając się do Shalimara na sztalugach, zadawałam sobie pytanie - odwróciłam go do ściany czy... nie - i spojrzy na mnie? Jak spojrzy?
Spojrzał.
Łaskawszym wzrokiem, niż wczoraj. UFFF.
Spokojna wróciłam pod kołdrę (na jakiś czas, rzecz jasna) - i mogę pokazać nowe fragmenty.



Oczywiście wszystko wymaga dopracowania, te błyski albo doprowadzają mnie do rozpaczy, albo satysfakcji - bo one stanowią o tym, czy ów obraz stanie się olśniewający. Taki jest plan.
Ach, oczekiwania!
Przypomina mi się rozmowa z filmu Whipflash - mistrza z uczniem.
Mistrz powiedział : "Czy wiesz, co jest najgorsze, co można powiedzieć? DOBRA ROBOTA".

Więc ja nie zadowalam się tym, co widzę na sztalugach - na razie to "dobra robota".