WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Projekt OlfaktoVisium (???) - wpis wysoce subiektywny

Drodzy Czytelnicy,
chcąc się wcielić w artystkę awangardową, postanowiłam potraktować zmiany całościowo - a więc zamiast śniadania i obiadu pochłonęłam to:


Napis hurraoptymistyczny, ale mnie nie było do śmiechu.
W założeniu - mam wyprodukować 5 obiektów (wykluczam nazwę "obraz" jako nienowoczesną), które miałyby być stworzone tak, by spełniać kryteria Sztuki Awangardowej - (powiedzmy - współczesnej, odłamu pogardzanego przeze mnie).
Czyli :
- powielanie pomysłów
- przerost formy nad treścią
- odhumanizowanie lub nad - humanizowanie
- kolory nieładne lub przynajmniej nie pasujące do siebie
- bezsensowny, a najlepiej i pretensjonalny tytuł
- prowokacyjne szczegóły (w rodzaju genitaliów na krzyżu - wiem, było)
- bardzo poważny stosunek do własnej twórczości i osoby
Na razie nic więcej nie przychodzi mi do głowy, ale jestem przed wycieczką do Centrum Sztuki Współczesnej.
UWAGA Nie twierdzę, że cała sztuka współczesna nadaje się do... Są chlubne wyjątki.

Należy wykorzystać fakt, że moje nazwisko jest nieznane - i wystąpić jako osoba, która nie posiada kompromitującego dorobku w postaci zwierzątek, panienek oraz obrazów realistycznych, przyjemnych, nie daj Boże lirycznych.
Powinno być ostro, a jak się nie da, to przynajmniej bezsensownie.

I tu pojawił się problem - wewnętrzny sprzeciw. Bo to nie ja! Jak mam wyprodukować "knoty" i firmować je swoim podpisem?

A jeżeli...nie swoim?

Najwyższy czas wyjaśnić, czemu moim idolem w tym Projekcie stał się Ziggy Stardust?
Otóż znana jest Państwu zapewne postać Davida Bowie. Na początku lat 70tych wymyślił sobie artystyczne wcielenie, właśnie Ziggy'ego, przybysza z kosmosu, który stał się gwiazdą rocka (glam rocka).
Podobno czasami naprawdę Bowie wierzył, że Ziggy to on, być może ułatwiały mu sprawę narkotykowe przygody.




Jednak nadal pewne szczegóły, istotne, nie dają mi spokoju.
Nie chcę, po prostu nie dam rady namalować złych obrazów.
Ale...jeśli to miałaby być parodia?
Powolutku zaczęło mi kiełkować, że jeden obraz rzeczywiście wymyślę od początku, do końca, a potem powielę go i pozmieniam tylko szczegóły.
Jest ryzyko, że wobec braku dorobku i wystaw (co oczywiście nie jest prawdą), Kierownicy Artystyczni nie będą usatysfakcjonowani, dlatego postanowiłam JEDNAK, że wyprodukuję obiekty zapachowe.

Ponieważ moja kolekcja perfum odznacza się spójnością, więc bohaterem/rką (nieistotne) wszystkich części projektu uczynię znaną już Państwu postać :


Aczkolwiek żal mi trochę pomysłu, niezrealizowanego, na namalowanie salcesonu - monstrum. Dyptyku - Biały i Czarny (Black & White). Format, powiedzmy 2 na 2 metry, Wierzejki jako patron. (i tak mam wciąż - nieustanne dygresje).

Tytuły, jakie wymyśliłam z Karolą (nieoceniona konceptualistka) na początek:
- Scent by See
- Smell by See
- Laboratorium Zderzeń OlfaktoVisium
- Scent Inependent (odpowiednio bezsensowne)
- SeeSmell
- Picturescent
(wzięło nas na angielszczyznę). Oraz:
-WstrętScent (Wstręscęt)
I mój faworyt:
- ODORYZM (od ulubionych perfum Odeur 71 i Odeur 53 Comme des Garcons)- "jestem przedstawicielką i wynalazczynią Odoryzmu" - dobrze brzmi?

A które się Państwu najbardziej podobają?

Czas realizacji - tydzień (max).
Potem - wydrukować pocztówki, info o mnie, najlepiej z recenzją mojej nieistniejącej sztuki oraz metamorfoza (wyglądu) - ale nieznaczna, żeby nie wyglądało, że się narzucam ze swoim artyzmem. I przede wszystkim, że za bardzo mi zależy.

Przypomina mi się opowiastka Mamy, fakt autentyczny.
Był u Niej w pracy facet, który założył sobie, że awansuje. Dwoił się i troił, schlebiał, brał nadgodziny, wszędzie pierwszy. I - ku jego rozpaczy - awansowano niezbyt pracowitą koleżankę.
Gość nie wytrzymał, poszedł do dyrektora niemal z płaczem i wyjąkał "Dlaczego NIE JA???"
Dyrektor zmierzył go zimnym wzrokiem "Bo pan za bardzo chciał".

No więc zamierzam potraktować całą te akcję jak zabawę, eksperyment - naprawdę nie wiem, jak wyjdzie i co. Zastanawiam się również, czy afiszować się na fb, bo jednak istnieje ryzyko, że zostanę zdemaskowana.

I nie wiem, co sądzicie o pseudonimie artystycznym? (nie mam na razie żadnego w zanadrzu).

Poproszę o pomysły - wszystkie zostaną uważnie rozpatrzone.

niedziela, 16 czerwca 2013

Niekomercyjna Komercja

Szanowni Państwo,

przepraszam, że piszę teraz rzadziej, ale jako osoba jednokanałowa nie jestem niestety w stanie jednocześnie być pochłonięta nową koncepcją (nazwa w tytule) i zdawać z tego relację.
Za to gadam jak najęta, przy Mamie tylko się pilnuję, bo biedna gotowa się przestraszyć (jak zawsze, kiedy daję się ponieść twórczemu wrzeniu).
Obiecuję, że kiedy tylko "projekt" zacznie mieć ręce i nogi, nie omieszkam go tu przedstawić.
Z drugiej strony, istnieje wiele niepewnych punktów - od podcinania gałęzi, na której się siedzi, począwszy.

W każdym razie mam zamiar wykonać parę prac "nowoczesnych", ale potraktować tę przemianę całościowo (jakbym nie miała znanego Państwu dorobku i w ogóle mnie innej nie było).

Postacią mnie inspirującą jest Ziggy Stardust, o którym więcej w następnym odcinku.

I apel - jeśli ktoś miałby pomysł na nazwę "obrazów zapachowych" (może być w obcym języku) - będę bardzo wdzięczna za propozycję.

Jutro poniedziałek, więc przypuszczam, że jak w każdy pierwszy dzień tygodnia, ruszę do działania.
Bo dykty już kupione!

Na koniec - coś z repertuaru, którego będę słuchać realizując INFORMELE.


"Aha, właśnie - nie umiem wklejać muzyczki z YT w taki sposób, żeby był obrazek z trójkącikiem.
Ktoś wie?" - chyba właśnie się udało. Nie wiem, czy mogę to powtórzyć... Zaufam intuicji.
W szerszym znaczeniu również.

piątek, 14 czerwca 2013

Marzenia artystki z czasów młodości (nie pierwszej)


Powiem Państwu, jakie jest moje największe marzenie - utrzymać się z malarstwa, a przynajmniej w znaczący sposób dokładać do budżetu.

Przy okazji każdej wystawy, w którą (każdą z czternastu) wkładam całe serce, po cichu liczę na to, że zdarzy się COŚ, co posunie moją "karierę" (niestety, cudzysłów) do przodu. No nie wiem, przyjdzie ktoś, kto się zachwyci, a akurat będzie inwestorem, galernikiem, mecenasem - i spowoduje, że współpraca z nim stanie się krokiem, dzięki któremu moje nazwisko stanie się znane przynajmniej w kręgach artystycznych.
Oczywiście miałam niemałe oczekiwania w związku z pokazem w Mon Credo. Jednak owo wydarzenie nie pozostawiło żadnego echa.

A już wydawało się, że...
 Agencja PR - właściciele, zainteresowali się bardzo moimi obrazami w Mon Credo, pomysł na związanie zmysłu węchu i wzroku poprzez Portrety czy Ilustracje Perfum wydał im się ogromnie interesujący.
ALE w trakcie drugiej rozmowy stało się jasne, że muszę zagwarantować im wynagrodzenie, na które mogą poczekać na po-wystawie, jednak to ja muszę znaleźć sponsora czyli bogatego wujka, że o przygotowaniu obrazów nie wspomnę. No i - bagatelka - powinnam mieć dobre miejsce na ekspozycję.

Co to znaczy "dobre miejsce"?
Takie, o którym media zechcą napisać, miejsce "żyjące", z ludźmi z "grupy docelowej", z łatwym dojazdem...

Krótko mówiąc - Pruszków nie nadaje się.
To nie znaczy, że wycofuję się z pomysłu na wernisaż w Eskaemce, ale on może nastąpić jako drugi - po Warszawie. Bo...wpływowe osoby muszą wydarzenie zobaczyć jako pierwsze.
Jeśli się dowiedzą, że premiera już była - nie będą zadowolone.


W związku z tym zaczęłam intensywnie myśleć, gdzie by tu uderzyć?

Mój nowy projekt to wystawa może niekoniecznie portretów perfum, ale obrazów malowanych w konkretnym zapachu. Z mojej kolekcji. Przy każdej z prac byłby umieszczony sześcianik szczelnie zamykany, a w nim kawałek irchy nasączonej okazem z mojego perfumowego zbioru.
Roboczy tytuł - OKONOS.
Rozumiecie - oko - nos.
Wojtek powiedział, że kojarzy Mu się ze zwierzątkiem... ma rację...chyba niedobrze.


No dobrze - skoro "projekt" gotowy, wyposażyłam się w materiały "promocyjne" - pocztówki z moimi pracami, wrzuciłam do torby Tar (Smołę) i Klej Comme des Garcons oraz kilka innych i poszłam w oko cyklonu - czyli do galerii sztuki współczesnej.

Wisiały tam obrazy drugiej, zrobionej przez nich, wystawy - dość okropne, ale najważniejsze - tworca ma "nazwisko".
Pan Kierownik Artystyczny zaprosił mnie na kanapę - rozłożyłam pocztówki z trzech rodzajów malarstwa - Zwierząt, Panienek i Obrazów Zapachowych. Było bardzo miło, ale...w skrócie - moje prace mu się nie podobają, jednak idea ilustrowania zapachów - owszem, i to bardzo, dlatego mógłby mi ew. zaproponować wystawę...w roku 2015. Musi jednak porozmawiać ze wspólnikiem.
Zdobyłam się na odwagę i zapytałam, czemu nie interesują go moje prace?
Wiecie, czemu?
Bo są komercyjne.


Absolutnie nie można tego powiedzieć o bohomazach z nazwiskiem.

Określenie "komercyjny" można rozumieć dwojako - negatywnie (twórca "robi pod publiczkę") i - wg mnie - pozytywnie (obrazy sprzedają się, bo ludziom sprawia przyjemność na nie patrzeć, a autor przy tym wszystkim wypowiada się szczerze - realizuje, co mu w duszy gra).
Uważam, że moje prace bywają efektowne, jednak nigdy nie przekraczam granicy schlebiania gustom i guścikom.


Nie pierwszy raz w miejscach z tzw. sztuką nowoczesną słyszę jako zarzut, ba, obelgę, że maluję rzeczy "sprzedażne".
Szkoda, wielka szkoda, że wielu zdolnych (w końcu studiowałam na ASP i wiem) twórców nie tylko zupełnie oddala się od publiczności, ale traktuje owo zjawisko jako zdrowe i pozytywne, a nawet - jedynie słuszne.

Już na Grafice jeden z moich profesorów zżymał się, oglądając obrazy podpisane J.N., że "Jak to? Dlaczego takie ładne? Kolory pasują, kompozycja właściwa - a przecież trzeba sobie flaki wypruwać, ryzykować, narażać się - nawet własnym kolegom!" - i postanowiłam stworzyć COŚ innego.
Wzięłam złamany, ohydny parasol, poplamione szmaty, wszystko namalowałam w tonacji niebiesko - różowo - sraczkowatej (ugry), z nieprawidłową perspektywą, farby ba rdzo grubo.
Profesor się zachwycił  - "No, nareszcie. Wzięłaś sobie do serca moje słowa."
Chyba potem dotarło do niego, że Parasol był żartem, nawet kpiną, bo na przeglądzie końcowym był mi, mówiąc delikatnie, silnie niechętny.

I tak się, wiecie, zastanawiam, czy nie wyprodukować, powiedzmy, trzech (żeby się nie narobić) nowoczesnych wybryków "niekomercyjnych" - i z nimi nie pójść do Świątyni Sztuki Współczesnej?


Oczywiście, istnieje pewne ryzyko, że zostanę zdemaskowana, jeśli Znawca czy Krytyk zajrzy do Brulionu, ale prawdopodobieństwo jest minimalne.
Ze smutkiem bowiem zauważam, że komentarzy już prawie nie dostaję, wyświetleń jak na lekarstwo.
Ech.


PS. Antylopa jest wsadzona trochę bez sensu, jedynie w celu przerwania długiego wywodu.
Różowa okropna postać to mój autoportret z dawnych czasów (chociaż nie jest zły).
Mam przeszłość

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Wystawa w Eskaemce Pruszków

No więc...mam dwie wiadomości - dobrą i złą.
Pierwsza - że będę mieć wystawę w świetnym miejscu.
Zła - to miejsce jest w Pruszkowie. Czyli daleko od Centrum Wszystkiego.

Sam Pruszków bardzo mi się podoba - ma niepowtarzalny klimat. Ja w ogóle lubię niespieszną miasteczkową atmosferę - czasem mam wrażenie, że gdzieniegdzie czas się zatrzymał.
Proszę zwrócić uwagę na inkrustację budynku ze zdjęcia poniżej







Owszem, weszłam na klatkę schodową z bramy.



Jest porządny dom towarowy, elektrociepłownia i fabryka Ołówków.




Dziś - podobno wyjątkowo - nie było łatwo się tam dostać. W kasie na Dworcu Śródmieście pani w okienku się niemal obraziła, że ją zapytałam o najbliższy wyjazd do Pruszkowa.
Nikt nic nie wie.
Wsiadłam do pojazdu stojącego na torach - klima włączona na lód, może dlatego, że staliśmy?

Okazało się, że jakiś pociąg miał awarię i na dodatek tory zalało (wczorajsza nawałnica) więc pojazdy puszczane są w ruchu wahadłowym, a poza tym od wczoraj zmieniono rozkład jazdy.

ALE - ja zawsze, kiedy decyduję się na kolej, zakładam, ze czeka mnie przygoda, więc się nie martwiłam.

Dworzec - bardzo ładny budynek z XIXgo wieku, a w nim m.in. Maxi Bar, który może uda mi się sfotografować, jeśli zbiorę się na odwagę, by zapytać, czy mogę.
Przyległości dworca - takie, jak pamiętam z dzieciństwa.


.
Wyczaiłam też pana, podobnego do Thierry Muglera z ubioru i wyglądu.


                                                     W tych laczach jechał na rowerze.

Zaznaczam - zdjęcia umieszczone tu przeze mnie są nieobiektywnym wyborem - ciągnie mnie do rozpadu, niszczejących budynków, reliktów przeszłości - prawdziwych, często nieładnych.
Zawsze uruchamia mi się wyobraźnia - myślę o ludziach, którzy mieszkali w domach przeznaczonych teraz do rozbiórki, dzieciach, które teraz są staruszkami - ITD. (żeby nie było za patetycznie).


Eskaemka  - Klubokawiarnia (a jakże!), w której będę mieć wystawę, jest podobno najmodniejszym i w zasadzie jedynym lokalem na poziomie.
I, co miłe, znajduje się naprzeciw dworca PKP.
Z zewnątrz wygląda niepozornie, ale za to w środku - panie!

Ta daaam!




Widzicie tę czarną ścianę z reflektorkami? Tam będą wisieć moje obraz w liczbie sztuk 10.



Czyż to nie piękne? Wszak wymarzone na wystawę industrialnych obrazów.
Nawiasem mówiąc, mam wielką sympatię do pociągów, maszyn (szczególnie dużych), fabryk itp.


 Po lewej napis Ladies - który wyjaśnia, gdzie się udajemy.

Tak się głośno zastanawiam - myślę, że w przypadku tej wystawy powinnam zainteresować nią miejscowych - ciągle mam pietra, że z Warszawy goście nie dopiszą.

Jednego jestem pewna - przy jadłospisie zawiśnie Mucha w Zupie.



niedziela, 9 czerwca 2013

Moje Perfumy

Może zacznę od krótkiego wstępu - od małego byłam przyzwyczajona do jednego zapachu, którego używała moja Babcia, Mama - i te właśnie perfumy dostałam jako pierwsze od Taty.
Soir de Paris Bourjois.
Charakterystyczny flakonik z kobaltowego szkła i zapach - dość ciężki, kwiatowy, retro, pobrzmiewały w nim fiołki, wydawał mi się wcieleniem szyku, takim naszym rodzinnym klejnotem.



Potem były różne fascynacje zapachami typu Vanilla Fields Coty, Wild Musk, pamiętam też przedziwne gęste wonie, z których korzystałam jako młodziutka dziewczyna - używałam ich, póki trwał związek z tym, kto mi je dał - a potem przechodziłam do następnego. Jednak sentyment pozostawał.

Pierwsze perfumy, które sama sobie wybrałam, nazywały się Popy Moreni i były najbardziej skoncentrowanym ulepem, jakiego znam.



Kiedy poznałam Wojtka, pomyślałam sobie, że chyba powinnam mieć WRESZCIE signature scent - i oczywiście przyszło mi do głowy Soir de Paris.
Wpisałam nazwę w Googla i wyskoczyła recenzja...Dzikiej Truskawy z Forum Perfumowego na Wizażu.
Dowiedziałam się, że zapach został zreformułowany i w niczym nie przypomina dawnego SdP....

Ha! Trzeba więc było szukać dalej - i w taki sposób zaczęłam jednocześnie intensywnie interesować się perfumami i przyjęłam nick "justynaneyman" (nawiasem mówiąc, ludzie z forum namówili mnie do pisania blogu i są najliczniejszą klientelą).

Zapachy, które wydały mi się najbardziej godne uwagi, to tzw. babcine, retro, które Wojtek nazywa "dryndusami". Wyrażenie to weszło na stałe do słownika perfumoholików.

Wyjaśniam - dryndus jest zapachem, w którym można wyczuć następujące elementy (nie zawsze wszystkie występujące) : zasikana brama, źle wyprana ścierka, kadzidełka, stara pielucha, zepsuta marynata z bambusa, majciochy.
Większość perfum vintage mój mąż określa mianem dryndusa.

Wreszcie doszło do tego, że nie tolerował żadnych moich woni.
Zaczęłam skłaniać się ku innemu typowi, ale zostawiłam sobie te najdroższe mojemu sercu.


Przyznaję - Aromatics Elixir Clinique jest STRASZNY. Raz nawet, kiedy użyłam go na spacerze z psami, przejeżdżający koło mnie rowerzysta zachwiał się i mało nie wpadł na drzewo.
Ale jednoczesnie to jeden z najbardziej "moich" zapachów - kocham go.

Poza sentymentem do dzieciństwa i młodości, od zawsze silne było we mnie dążenie do odnalezienia woni znanych z ASP - terpentyna, farba drukarska, kalafonia, kwasy do wytrawiania blach na grafice warsztatowej, farby, kredki, żywice...
Lubiłam też zapachy industrialne, metaliczne, benzynę itp.

W mainstreamie raczej się tego nie znajdzie (bywają wyjątki potwierdzające regułę) - i tu zaczęła się moja przygoda z niszą - perfumową.

Po wielu testach, dręczeniu obsługi częstą obecnością (i gadulstwem, co tu kryć), znalazłam swoich faworytów.
Właśnie te perfumy - niemal manifest artystyczny - noszę najchętniej.



Od lewej - Garage i Tar (Smoła) CdG - nie do końca oddają nazwę, bliżej im do skóry, lepiku, ale i tak przepadam za nimi - nie są już produkowane.



CdG 2 to zapach z pozoru sympatyczny, otulający - tymczasem czasem ujawnia swoje metalowe serce, potrafi mnie wykończyć - kiedy indziej znowu nic mi bardziej nie pasuje, niż on.



Odeur 53 i Klej CdG to moje filary kolekcjonerskie. Chyba w nich czuję się najbardziej "artystycznie" - oba pozornie zwyczajne, kwiatowe, ale pokrętne - świdrująco - chemiczno - przestrzenne, niebywałe.



Z kolei moje oudowe Montale - Dark i Black Musk, które fascynowały mnie lizolowym aromacikiem oudu, już mnie nie biorą - szczególnie, że Wojtek nazywa je "spaleniuchami" i "wyziewami", a to dyskomfort.



Scent Costume National - piękny, nostalgiczny, mglisty, zawsze przypomina mi jesienne wakacje.



Za to Oud Immortelle Byredo jest zatrutą cytrynową landrynką o przenikliwym zapachu, jednocześnie wesołym dzięki co prawda pozornej słodyczy, ale zawsze.



Craft Andrei Maack jest jak lodowaty dotyk metalu, na mrozie, na dodatek w wiejącym wietrze - niezwykle sugestywny. Przeszywający. Wspaniały. Wybitna kreacja.



No i wreszcie Harissa z Krakowa - ekscentryczka z pomidorem i czerwoną papryką w składzie.
Optymistyczna, szorstko - cierpka, z kroplą słodyczy.



Ktoś mógłby zapytać, dlaczego teraz piszę o swoim zbiorze? Otóż ma to związek z wrześniową wystawą, więcej jutro, kiedy zamieszczę reportaż o tym gdzie, na jaki temat i dlaczego tak, a nie inaczej.
Planuję wydarzenie ciekawe dla wszystkich zmysłów - ale więcej teraz nic nie powiem...

piątek, 7 czerwca 2013

Miniaturki, pociąg i duży pies

Jak to z powrotem z Krakowa było - opowieść obiecana, zaległa. Świadectwo, że choć lata płyną, pewne rzeczy zostają niezmienne.

Niedziela, ostatni rozsądny pociąg. Przy kasie byliśmy (ja, Truskawa, Adam i Gucio) dużo wcześniej - ale co z tego, skoro pani w okienku poinformowała mnie, że biletu nie sprzeda, bo wszystkie miejsca są wykupione... Wojtek, na którego radę zawsze mogę liczyć w podbramkowej sytuacji, powiedział, żebym się nie przejmowała i wlazła do pociągu i tak, za wagonem konduktorskim.
Na peronie panował tak niebywały ścisk, że nawet mowy nie było o wyborze otworu w pojeździe. Miałam szczęście - usadowiłam się w prawie pustym przedziale - a na korytarzu tłok, bo ludziska czekali, aż pociąg ruszy, żeby miejscówkowicze zajęli wykupione siedzenia. Widać jestem bardziej leniwa, niż inni, na nic nie czekałam, tylko klapnęłam sobie z Gustawem wygodnie.

Wszystko fajnie, tylko nie jechaliśmy. Ze strzępków informacji i podniesionych głosów doszła do nas porażająca wiadomość - oto po wagonie nr 22 następował 24, a pasażerowie z 23 klęli na zewnątrz, na czym świat stoi.
Na doczepkę czekaliśmy godzinę - wyjechaliśmy, a sytuacja się nie zmieniła - przedział prawie pusty, a na korytarzu nieszczęśnicy stojący lub przyczepieni do siedzisk wielkości stołeczka wędkarskiego.
Musielismy zapraszać do środka, kiwać żeby weszli - nieufni.
Nikt nie miał biletu.
A konduktor nie zdążył do nas dojść - więc wszyscy dojechaliśmy za friko.
Zaczarowany przedział.

Następnego dnia - od rana przedszkole. Gucio, nauczony, że należy spać do przyzwoitej pory, ledwie się dobudził. "Gdzie idziemy?" zapytał nieprzytomnie.
"Do przedszkola"
"No nie, znowu to samo".

Potem mieliśmy w planie wypad w miasto.
Na przystanku autobusowym stał starszy pan z wielkim psem o nieprzyjaznym wyrazie pyska, w kagańcu.
Gustaw podszedł do bestii "Jak się nazywasz, piesku?"
"Brutus" odpowiedział pan z uśmiechem. "On bardzo lubi dzieci. Pogłaszcz go, chłopczyku"
Ale synek czegoś był niechętny.
"Mamusiu, wiesz, że on ma na imię Chrutus???"


Staruszek nie ustawał w namawianiu.
"No podejdź, synku, zobacz, jaką ma miłą sierść."
Gustaw niepewnie wyciągnął rączkę - w tym momencie Brutus gwałtownie otarł się o niego, niemal nie przewracając, by się wyswobodzić z kagańca.
Pan uśmiechnął się wzruszony "Widzisz, jak się czuli? Kiedyś dwie dziewczynki go głaskały, był taki szczęśliwy, a jak babcia to zobaczyła, zaczęła krzyczeć na nie, żeby odeszły, bo ugryzie. I wie pani co? Rzucił się na nią. Bronił dziewczynek. Taki jest. Dla dzieci wszystko zrobi"
Dyskretnie odsunęłam Gucia - na szczęście podjechał nasz autobus.
Pan machał nam z przystanku a pies wyglądał na wściekłego.

Tymczasem po uporaniu się z namalowaniem Kate w miejsce pękniętego obrazka, wzięłam się za obiecane Henrykowi Janowi Dominiakowi miniaturki - do Muzeum Miniaturowej Sztuki Profesjonalnej.
Temat dowolny - a sugerowany format 2 na 2 cm (!).
Zrobiłam potrójny autoportret - trzy wcielenia - jako mama, malarka i pani z psami. W stylu komiksowym.



Jak wiadomo, miniatury to robota precyzyjna, a więc wymagająca skupienia, tymczasem Gustaw ćwiczy "metalowy głos". U Truskawy dorwał się do płyt, zrobił selekcję (od razu odrzucił Closterkeller) i w odtwarzaczu zostawił składankę trash metalu. Udało mi się Go namówić, żeby nauczył się profesjonalnie modulować głos - i sukces. Bardzo zgrabnie potrafi wyryczeć "Jestem Gustaw Cygaaan, łaaaaa".

Na koniec - dobra wiadomość. Na jesieni planuję wystawę. Mam miejsce. Aczkolwiek nie wiem, czy ktoś z moich gości dotrze na wernisaż. Dostać się tam nie jest łatwo.
A może tylko mi się tak wydaje?


środa, 5 czerwca 2013

Kraków Mon Amour część 2 - Lulua

Proszę Państwa, przypuszczam, że niektórzy znają prawdę - prawdziwym celem wycieczki do Krakowa było odwiedzenie perfumerii Lulua.
Na myśl o testowaniu nieznanych woni aż dostawałam gęsiej skórki.

Tak więc rankiem po Bożym Ciele zebraliśmy się szybciutko, ja porządnie wyszorowana bezwonnym peelingiem (żeby nic nie zakłócało wyników badań) i pojechaliśmy na Kazimierz, na ulic Józefa.

Szyld ze znakiem Lulua zobaczyłam z daleka (jako grafik muszę powiedzieć, że logo mają wybitne).


Tempo kroków i bicia serca przyśpieszyły się - i oto weszłam do do zaczarowanej krainy.




Wyobraźcie sobie, że pani, z którą rozmawiałam telefonicznie, kupując Smołę (Tar) CdG, poznała mnie po glosie - i pamiętała, że jestem ze stolicy (tej aktualnej).

Kiedy zobaczyłam regały z zapachami Comme des Garcons, która to firma występuje szczególnie licznie w mojej "kolekcji" - nogi się pode mną ugięły, jak przed ołtarzem.




 Truskawa od razu sięgnęła po prosty flakonik z matowego szkła. Potem mówiła mi, że nie wie, czemu.
I ten zapach stał się lajtmotiwem krakowskiego pobytu.


Harissa CdG. Pozornie mainstreamowa, a jednak złożona i bardzo oryginalna, w dyskretny sposób. A więc nie - "Zobaczcie, jaki ze mnie dziwny zapach!" tylko - jeśli przyrównać by ją do kobiety - niby normalnie wyglądająca, z miłym uśmiechem, a źrenice ma pionowe - jak kot.

Wnętrze Lului jest raczej nieduże, ale pojemne. Lilie - wszak agresywnie pachnące, tworzyły przedziwnie harmonijną "całość" z tłem.
Oczywiście mnóstwo firm oprócz CdG.



W tym, zasługujące wg mnie na wielką uwagę zapachy Durga.
Nie jestem wielbicielką drzewnych woni na sobie (czuję się w nich jak kłoda ew. stara szuflada), ale Burning Barbershop i Missisipi Medicine są powalające. Trwałością również.

Pani z Lului, doceniając mój trud, włożony w przyjazd i przejazd, obdarowała mnie próbkami - tak więc każda godzina spędzona w Krakowie była pachnąca.

Próbki próbkami, a atomizer to co innego, tak więc wiarygodne testy mogłam wykonać tylko na miejscu.
Tak, przyznaję się - nie byłam na rynku, Wawel widziałam tylko z tramwaju, ale państwa z Lului dręcyłam siedmiokrotnie.
Aż się czułam głupio - no pomyślcie - leje, wręcz szkwał, na Kazimierzu żywego ducha - ale mnie to nie przeszkadza, i jak zjawa, z włosami poskręcanymi od deszczu, w chlupoczących butach i kroplą deszczu na końcu nosa - staję w drzwiach perfumerii, tworząc w szybkim tempie kałużę na podłodze.

Gustaw zajmował miejsce w ulubionym fotelu - a nawet w nim spał.


W Lului czuł się swobodnie - wypytał o wszystkie kontakty, naprawił lampkę, zwiedził łazienkę - żeby obadać, czy woda "w klopie" jest niebieska.
Najważniejsze - niczego nie zrzucił.
Ja za to dostałam niemal zawału, bo zachwiałam czarnym postumentem - kubikiem, na którym ustawiono wazon z liliami. Na szczęście pan właściciel okazał się człowiekiem z refleksem i uratował Luluę przed katastrofą (podobno nie pierwszy raz).


Naprawdę, atmosfera była tak miła, że nie sposób przesadzić.
Ani przez chwilę nie czułam się natrętem...
Po prostu klasa.

I nie piszę tego, by się komukolwiek podlizać - po prostu uważam, że firmy z prawdziwego zdarzenia, skrojone wg najlepszych, tradycyjnych wzorców, zasługują na szczególne wyróżnienie w naszych czasach, królowania tandety, amatorszczyzny i...ech, daruję sobie resztę.

W każdym razie niby Kraków zostawiłam - ale nie do końca!
Utrwaliłam najważniejszy moment na zdjęciach.



 Dostałam zapachowy "prowiant" wiecie, do czego dodany...



 Ja tam jeszcze wrócę!