WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

sobota, 22 kwietnia 2017

Premiera....czy jakoś tak

I to są dobre strony malowania obrazów nie na zlecenie - można się nad nimi poznęcać, dosłownie i słownie.
Obraz powstał spontanicznie, tuż przed snem i spowodował, że zasnęłam niemal w euforii.


Ale nastąpił "the day after" i nie było mi do śmiechu.
Zaczęłam poprawiać, wciąż mi coś nie grało.
Typowe - wydaje się, że wystarczy chwila i po sprawie, tyle, że owa chwila przedłużała się do godzin, potem na następny dzień i następny...


...a ja wciąż szukałam idealnego uderzenia pędzla. Bo w tego rodzaju obrazach, gdzie środki są surowe, lakoniczne, jedna plama musi być maksymalnie nasiąknięta prawdą.


Milimetr w tę lub wewtę - i czar pryska.
Czepiłam się najpierw prawego oka, potem ust.



Właściwie NAPRAWDĘ byłam zadowolona tylko z jednego fragmentu



Myślę, że osoby, które się malują (znaczy robią makijaż) bez problemu wyczują, dlaczego - rozmyta kreska, gdzie indziej ostra, przenikanie się szarości ostrych i aksamitnych... no, wiadomo, o co chodzi.


Ucho też kapitalne.
Ale ja traciłam serce do całości - bo wiecie, to duża gęba jest. Format 70 x 50 cm.
Ta wielkość zaczęła mi przeszkadzać, odległości pomiędzy szczegółami.


Doszło do takiego cyrku, że malowałam przed lustrem, żeby odzyskać świeżość spojrzenia.
Doprowadziłam obraz do takiego stanu :



...po czym postanowiłam babę zamalować.
Ulga.
Tymczasem przyszła do mnie w odwiedziny serdeczna przyjaciółka i zakochała się w tej osobie namalowanej. "Przecież to Ty jesteś, Justynko!".
Od słowa do słowa - i wyszła z dyktą pod pachą.
Ufff.

Kurtyna.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Obraz, którego nikt nie widział. Premiera


Prawie nikt, ale ci, którzy widzieli, bardzo różnie zareagowali.
W. powiedział, że nic nie może powiedzieć, bo się musi przyzwyczaić.
F. że przerażający.
B. że jak postać z innej planety.
K. na mój mms nie odpisała nic.


Ja osobiście zgadzam się z M. (albo on ze mną) - dla mnie ten obraz jest melancholijny, ale nie smutny.


Wyobrazcie sobie, że namalowałam go prawie miesiąc temu.
I wciąż mnie coś powstrzymywało, żeby Czyjąś Siostrę (bo taki nadałam tytuł roboczy) upublicznić.
Trzymałam ją dla siebie - jak skarb. Sprawiało mi przyjemność, że tylko ja się nią cieszę.Gdybym miala wybrać JEDEN obraz, najbardziej reprezentacyjny, byłby to ten.


Faktura, niejednoznaczność, kontrasty i współbrzmienia pomiędzy bielą, szarościami i czernią, przenikanie się kształtów.

I twarz - niedosłowna.


Konsekwentnie pozbawiałam Czyjąś Siostrę wszelkich ozdobników, maksymalnie wyzbywałam ją efekciarstwa. Tylko na swetrze pozostawiłam kropkowany deseń z jednej, bardziej oświetlonej strony, żeby rozbijał masywność czarnej plamy.

Sylwetkę umieściłam ni to w oknie, ni to w umownych ramach obrazu - poniżej fragment z lewej strony.


Oczywiście zawarłam ruch - lekko uniesione ramię, przechylenie głowy.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie chciałam pokazywać Czyjejś Siostry - zależało mi na tym, żeby to nie był obraz, który mi się UDAŁ, lecz żeby umieć to powtórzyć. Nie tyle taki sam czy podobny, co równie silnie na mnie działający.
Każda kolejna praca mnie otwiera, rozpędza, mówi coraz bardziej adekwatnie to, o co mi chodzi.
Obserwuję, co mi się podoba, jakie środki wyrazu i sposoby wzmacniać i je udoskonalać, z jakich zrezygnować. Tego się nie wymyśli, potrzebna jest praca, czasem dłubanina zakończona niszczeniem.

Ach, jak silnie odzywa się teraz potrzeba rysunku! Graficzności obrazu. Ten wręcz wygląda na grafikę warsztatową, linoryt konkretnie, prawda?

Oto całość


M. powiedział mi jeszcze coś, co mnie ucieszyło - że im dłużej się na ten obraz patrzy, tym więcej się widzi. Powiesiłam Czyjąś Siostrę w pracowni nad fotelem. A nie mam takiego zwyczaju - bo kombinuję, co by tu zmienić, przemalować.
Ale od Siostry nie chcę niczego.
Jest sobie taka, jaka ma być.
Przypomina mi chwilę, kiedy ją skończyłam - jeden z najwspanialszych momentów tego roku.

Czyjaś Siostra - akryl na płycie
70 x 50 cm.

niedziela, 16 kwietnia 2017

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!!!

Chciałabym z całego serca złożyć gorące życzenia świąteczne.
Nie tylko na niedzielę i poniedziałek, ale przynajmniej na resztę roku, a już przede wszystkim na tę  kapryśną wiosnę, która nas wciąż zwodzi.


Ponieważ życzenia mają być z serca, więc będę Wam życzyć tego, co sama chciałabym usłyszeć.

A więc - odwagi do przeprowadzenia zmian. Każda prawdziwa zmiana - przemiana, musi być okupiona wysiłkiem i konsekwencją. Wcześniej w ogóle dostrzeżeniem potrzeby. Z tym niekoniecznie jest łatwo.


  Czasem tak długo "siedzi się w czymś", że dopiero próba, by przestać to robić (bywa, że przypadkowa przerwa), daje oddech, potrzebny do wyjścia ze strefy komfortu. Nagle widzi się, że można inaczej - albo po prostu ma się gęsią skórkę, kiedy wyobrazić sobie, że tak, jak jest, może być już zawsze.
I co wtedy?
Za parę miesięcy, lat?


Życzę dobrego rozeznania sytuacji, odróżnienia, co zostawić, co porzucić.
Życzę zaufania i oparcia w sobie, niezależnie od tego, co inni będą mówić. Uniezależnienia od opinii - również tych dobrych, uniezależnienia od głaskania i stabilności dzięki przeświadczeniu, że się i tak wie, co dobre, a co niekoniecznie.


Wreszcie życzę nagrody - ale nie tyle w czyimś uznaniu, co najlepszej nagrody - satysfakcji z wierności sobie.
Życzę też, by niepotrzebne stało się zmaganie z różnymi uwikłaniami, bo nagle się okazuje, że nie są przeszkodą. Nagle - tak można to widzieć, lecz naprawdę coś dobrego musiało się dziać już dużo wcześniej, niedostrzegalnie. Sytuacje, w których zaczyna się reagować inaczej. Rzeczy, które ni stąd, ni z owąd przestają być potrzebne.
I wreszcie - inny ogląd samego siebie, prawdziwszy, pełen szacunku.


Napięcie, nawet oczekiwania, stają się mniejsze, może nawet znikają. Rezultaty to efekt uboczny - a najważniejsze, to robić swoje.
To jest satysfakcja.
Wewnętrzna zgoda.


Ale życzę też umiejętności zabawy, nie przyjmowania wszystkiego na poważnie, radości, odczuwania bieżącej chwili, pomiędzy sekundą przed i sekundą po.


Przecież nie ma obowiązku ciągle się starać, niech paliwem będą momenty, kiedy zdaje się nie istnieć nic więcej poza podmuchem ożywczego powietrza nasyconego zapachem kwiatów, kropli deszczu na chodniku, plamą słońca, w której można się rozgrzać. Życzę, żeby można było usiąść sobie wygodnie, i siedzieć, nigdzie się nie spiesząc - tylko sobie patrzeć i słuchać.

Wesołych Świąt!

sobota, 15 kwietnia 2017

Moje Święta

Wielkanoc.
Dla mnie to nie jest po prostu przerwa na przyjemności - nie tylko.

Te Święta mają swój wymiar duchowy - i nawet, jeśli nie jest się wierzącym (ja jestem), można je rozumieć symbolicznie.
W jednej chwili rozpacz przeradza się w radość. Wcześniej, jeśli prześledzi się historię Jezusa, jak gorzką widać prawdę, prawdę o ludziach. W niedzielę cieszą się, witają Go jak Zbawiciela, kładą w hołdzie swoje ubrania, żeby po nich przeszedł - a mija parę dni i lżą, opluwają, naśmiewają się, znęcają.
Nawet ci, którzy przysięgali zawsze przy Nim trwać, kiedy tylko wiatr powieje w inną stronę, przestają Go znać.
Zdrajcy.
Zostaje sam.
Sam jeden, cierpiący, opuszczony - tak się czuje. Gorzej! Bo wie, co Go czeka.


"Mój ojcze, dlaczego mi to robisz?" - wątpi.

A Jego matka? Co czuła?


 Od kiedy Jezus przychodzi na świat, nawet wcześniej, matka wie, że syna czeka męczarnia, niewyobrażalne tortury.
Tak, potem, ujmę to prosto, wszystko się bardzo dobrze kończy. Potem. I na zawsze.

No właśnie - jak wspaniałe musiało to być zakończenie, by tamta męka i zło niemal poszło w niepamięć? Mam na myśli tamten czas.



Lecz zdrajcy zostali zdrajcami - uzyskali przebaczenie, ale gdyby nie Zmartwychwstanie, czy przyszłaby im do głowy refleksja, że zachowali się podle wobec człowieka, który im nic złego nie zrobił?

Wcale nie miałam w planie tak dziś pisać.
Wprost przeciwnie, chciałam, żeby było wesoło i dowcipnie, wstawić zdjęcia zapowiadające nowy obraz, pogwarzyć o zapachach i potrawach, skręcając w stronę diet.
Może jutro, pojutrze.

Dziś czekam na dzwony o szóstej rano, których bicie upamiętnia coś, co według wierzących miało miejsce 1984 lata temu. Dzięki Bogu.

środa, 12 kwietnia 2017

Premiera - Okno w Pracowni

Co się działo wcześniej na tym obrazie, to tylko ja wiem.
Leśny pejzaż. Ciemna postać stojąca tyłem, zatopiona w mroku.

No dobra, tematyka mi bliska, bo tęsknię za Mazurami, malowało się więc... przyjemnie i z serca, ale rezultat mnie nie zadowolił.
Sentymentalnie do bólu. Więc zlikwidowałam, po długim namyśle, bo jednak pejzaż był udany.

Następna zmiana - strasznie mnie kusiło, żeby ta osoba miała twarz.
Wyzwanie.
Podjąć? Nie podjąć?
Stchórzyć? Ja?
Nie.



Muzyka!



Jest twarz.


Głowa ma przyciągać całą uwagę - toteż eliminowałam, eliminowałam, aż doszłam z czerni do prawie bieli.


Prawie. Zostawiłam szarość - fakturową, żywą.


Liczy się wyczucie - kontrasty i współdziałanie, rytm. Światło.


Nawet czerń nie jest nigdy "głucha", choć zawsze matowa. Cienie się przenikają, plamy kłębią - szczególnie na twarzy, która, szczególnie z bliska, robi wrażenie niemal abstrakcji.




Uchwycić ruch, gest. Kobieta nie stoi beznamiętnie - ona maluje. Ten bardzo charakterystyczny gest. To nie smutek, tylko skupienie. Zmrużone oczy, wyciągnięte ramię. Rozświetlony rożek obrazu, nad którym pracuje.


Czy to ja? Tak, w dużej mierze tak. Czuję powinowactwo.



Niedopowiedzenie, celowe nie wykończenie. To nie fotografia.
Widoczne smugi farby z grubego pędzla, ale też i miękkie fragmenty szarości, delikatnie kładzione.


Okno - ledwie zaznaczona futryna. Okno jako obiekt mnie fascynuje, nie tylko teraz, zawsze. Lubię, choćby jadąc autobusem, zaglądać do okien, obserwować ludzi w nim stojących, zastygłych, patrzących w dal, czasem mocno czymś zajętych.

Zajrzyjcie więc w moje okno.


Okno w Pracowni.
Akryl na dykcie.
Format 70 x 50 cm.


To nie jest wspominany wcześniej obraz, którego (prawie) nikt nie widział. Tamten wciąż chowam, jak skarb. Przyjdzie na niego czas.

piątek, 7 kwietnia 2017

Krytyczny Piątek - Francesco Romero

Kiedy w piątkowy wieczór robiłam sobie notatki do niedzielnego Przeglądu Tygodnia, postanowiłam jako Artystyczne Odkrycie pokazać fotografie Francesco Romero z Toskanii.
Oczywiście wysłałam Mu wiadomość na ten temat i zyskiwałam coraz większą pewność, że FR zasługuje na oddzielny wpis. Tu znajdziecie więcej jego prac i informacji : instagram : @alfarom70, a jeśli chcielibyście napisać email : crashworshop@gmail.com




(powyżej prace z serii V O I D, o której jeszcze wspomnę)

muzyka! (WAŻNE - dla Francesco muzyka jest bardzo istotna jako zródło inspiracji i sam ją wybrał do mojego wpisu)



Co mnie ujęło?
Wiecie, co... cisza. Pozornie spokojna, lecz pełna napięcia. Ta cisza krzyczy, choć może lepiej byłoby napisać, że dzwięczy. Światło, jedyne w swoim rodzaju. Ostre, lecz przyjazne - ostatnio widziałam podobne w Barcelonie dwa lata temu.

(poniżej 3 zdjęcia z serii D A R K M A T T E R)




Serię V O I D, nad którą pracuje teraz najintensywniej, określił tak : "V O I D is all about substraction and absence". Tak - nieobecność, niemal fizycznie odczuwalna.

Przypomniały mi się wszystkie moje sny miast opuszczonych przez ludzi i tę ogromną, jedyną w swoim rodzaju przyjemność wynikającą ze świadomości, że jestem tam jedyną żywą ludzką istotą.





muzyka!


Ja pracuje bardzo intensywnie, bodzców mam zbyt wiele, wręcz hałas, ustający tylko podczas malowania i kiedy, właściwie przypadkiem, natknęłam się na te zdjęcia, czułam się tak, jakbym zatrzymała się, odpoczywając. Doświadczenie bliskie medytacji.

To pierwsza fotografia, którą zobaczyłam - zachwyciła mnie


Reflection

Czasem wkracza przyroda - pierwsze zdjęcie z innej serii DROID


poniżej - z jeszcze innego cyklu MDP


i znowu V O I D



"I'm more into color now, but I believe in my dark / black phase helped me to give life to my most aseptic shots"


Minimalizm, geometria, RYTM!
Zawsze uważałam i uważam, że naprawdę dobry obraz - i zdjęcie - muszą mieć rytm.
W abstrakcjach geometrycznych to oczywistość, ale przecież nie tylko - u impresjonistów aż huczy!

Mnie osobiście fotografie Francesco Romero dają wytchnienie, zachwyca mnie ich wyszukana klarowność, bezwzględne uporządkowanie, mające swoje głębokie uzasadnienie. Uzasadnienie dla mnie nie do wytłumaczenia, ale po prostu wiem, że mają być takie a nie inne kąty, w określony sposób ujęte płaszczyzny, światło - bo inaczej nie działa. Nie zdziwiłabym się, gdyby można było napisać do tych kompozycji algorytm, wg którego są zbudowane (V O I D)




"I love aseptic stuff and also dirty textures and decay. I try to focus on this three aspects in my work"
Poniżej z serii D A R K M A T T E R



(a tu z serii S C A P E)

Na koniec posyłam HUG



 i życzę, by te - wg mnie fenomenalne prace - podziałały podobnie, jak na mnie. Na chwilę choć wyłączcie się i przestańcie cokolwiek robić, a jeśli nie macie czasu, powróćcie tu w odpowiedniej chwili.