WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

piątek, 26 sierpnia 2016

Krytyczny Piątek - CSW

Szanowni Państwo, z radością zapraszam na relację z bieżącej wystawy w CSW, a właściwie dwóch wystaw, choć to drugie coś to jednak raczej nie wystawa - nawet w moim szerokim rozumieniu.

Oderwana od malowania, postanowiłam się przejść do Zamku Ujazdowskiego, po cichutku licząc jednak na to, że : a) będzie zamknięty b) jeśli nie, to zobaczę coś ciekawego.
Niestety! Żadne z pragnień nie zostało spełnione.

Przynajmniej tyle, że zamiast zalewu "twórców" ZUJ został zdominowany przez niejakiego Sy z Senegalu. Sztuka zaangażowana - przeciw rasizmowi, ogólnemu zduszaniu wolności itepe - czyli bardzo poprawna politycznie.
Tyle tylko, że Sy nie ma niestety, wg mnie, za grosz talentu, no ale jak można zabronić wolnemu człowiekowi wyrażać swoje zdanie ? Szczególnie, że mówi, że mu się nie pozwala.
Szkoda, że pokazują go w CSW, a nie w Domu Kultury, gdzie i  prace pana Sy i tak zaniżałyby poziom.
Żeby nie być gołosłowną - porcja zdjęć.




Te twarze są rysowane (malowane), jak to się u mnie na ASP mówiło - z pamięci (czyli bez obserwacji), mechanicznie, po prostu nieumiejętnie.
Jeśli ktoś nie dawał sobie rady z twarzą / dłonią itp - były sposoby :
- zamazać "artystycznie", koniecznie tak, żeby wyglądało na specjalnie
- zasłonić czymś (np. nagle przed ręką na rysunku pojawiało się oparcie krzesła, szmata czy inna martwa natura)
- nie przejmować się i zniekształcić, niby tak nonszalancko -  np. na "Starych Dzikich" (piszę "starych", bo to było modne w latach 70tych, ale niektórym tak zostało - nie dlatego, że są konsekwentni, tylko dlatego, że nie umieją inaczej)



Jak dla mnie - wypisz wymaluj prace z ZPT (zajęcia praktyczno - techniczne).
Dobrze też jest opatrzyć "dzieło" tytułem - wieloznacznym (czytaj : nic nie znaczącym) - ten pierwszy bohomaz nazywa się "Bal Narodów".

Można też iść w malarstwo naiwne - w którym chodzi wszak o prawdę, wrażliwość, a nie umiejętności warsztatowe.


Tu przynajmniej znajdzie się jakiś wdzięk (i bezpretensjonalność).

Albo walnąć całkowitą abstrakcję


Problem w tym, że zawsze widać, czy artysta ("artysta") ma talent, czy nie. Kompozycja powinna mieć rytm, a malarz wyczucie kolorystyczne, temperament - cokolwiek. Żeby było widać PO CO.
Powyżej, niestety, nędza. Tytuł za to "Wschód Słońca - Ptak z Ludzką Głową" (w sumie mógł być dużo gorszy).
Popatrzmy i porównajmy : abstrakcje, autor Wassily Kandinsky



Była mowa o zniekształceniu twarzy.
Dla przykładu - proszę popatrzeć, jak wyglądają obrazy prawdziwego Artysty, stosującego podobne metody do Sy.
Genialny Francis Bacon






Obrazy ekspresyjne, szalone, przerażające i wspaniałe.
I ani przez moment nie pojawia się przypuszczenie, że Bacon nie umiał konstruować postaci, czy miał jakiekolwiek braki warsztatowe. Widać pewność, temperament, JAJA widać - a pana Sy stać tylko na popłuczyny. Po tym, co już dawno niemodne.

Ale, ale, zapomniałabym, że dokonałam dziś wielkiego odkrycia. EUREKA!
Otóż CSW prezentuje wg mnie tak złe wystawy, gdyż ma ambicje "zapełnić przestrzeń".
Sale to przecież nie tylko ściany - podłoga nie może pozostać wolna.
To samo z resztą wnętrza.
Sposoby są.
No przecież nie rzeźby - najwyraźniej lansuje się twórców, którzy potrafią szybko uporać się z problemem "co by tu rzucić na ziemię". Sy się załapuje.




(skrzynie pomalował, co wg mnie dowodzi jednak, że w panu Sy siedzą jeszcze jakieś resztki uczciwości czy poczucia wstydu)



Tym samym potwierdza się przypuszczenie, że wystarczy, by COKOLWIEK znalazło się w sali CSW - tym samym zaczyna funkcjonować jako Dzieło Sztuki.
Przyjrzyjmy się uważnie, co tu jest napisane :


Skoro "obiekty" czy scenografia, tylko dlatego, że "uczestniczą" w tym, jak mu tam, performansie, stają się istotną częścią PROCESU, za przeproszeniem, to w CSW wszystko jest możliwe.
Zapytałam Wojtka (przypominam, aktora), jakby się czuł, gdyby nagle, załóżmy, sztuczne jabłka na stole na scenie (stół też), nagle stały się równouprawnionymi aktorami spektaklu, mruknął tylko "Nie takie rzeczy widziałem".

Takich "aktorów" na wystawie widać mnóstwo - poza skrzyniami do przewozu "dzieł" widzimy porozcinane worki


Kolory użyte w taki sposób, że uwierzcie lub nie, ale oglądanie ich po dłuższym czasie spowodowało u mnie uczucie głębokiego niesmaku, żeby nie powiedzieć obrzydzenia. Coś, jak przebywanie w nieremontowanym ośrodku zdrowia albo patrzenie na "rzeźby" z odpadów z blachy, popularne w parkach w latach 70tych. Albo zjedzenie nieświeżej potrawy, która potem niestety długo przypomina o sobie.

Jeśli już zajęte są ściany, podłoga, dobrze, by doszedł jeszcze dźwięk i ruch.
Pomyślmy - w wielkiej sali wystarczą dwa projektory i można odfajkować wystawę (że została zrealizowana). Czyli pieniądze podatników - wydane.I wzięte!

Tu Sy podziałał bardziej kameralnie


Trzeba wszystko dokumentować! To podstawa.
Twórca ma robotę, krytyk okazję do opisania, a przede wszystkim - jest czym zająć miejsce, którego w Zamku Ujazdowskim dostatek.
Zaprezentowano również film (żeby jeden!), na którym "uczestnicy" nagle zamierają, żeby potem bardzo szybko biec (bez dania racji), padają na ziemię, potem idą jak gdyby nigdy nic - co przypomina zajęcia w amatorskim kółku teatralnym. Sztucznie i pretensjonalnie - jakby parodiowali Grotowskiego.


Oczywiście szmata rozpięta z tyłu zaistniała na wystawie.


...bo oto przed nią odbywał się performatywny proces. Duża rzecz - zapełni pół sali, a to jest przecież najważniejsze.
(nawiasem mówiąc, przypomniał mi się wierszyk z dzieciństwa "Pod tą gruszką siedział Kościuszko, a pod tą drugą Kołłątaj Hugo").

Obsługę, która pilnowała, by nie dotykać bohomazów i nie robić zdjęć z fleszem, przy wyjściu z każdej z sal, z nadzieją pytałam, czy to już koniec (nie uzyskując twierdzącej odpowiedzi, aż wreszcie pan z rozbieganym wzrokiem rzekł poważnie : "Senegalczyk się tu kończy - a w sali z przodu jest Polak".

W tej samej chwili dobiegły mnie dźwięki muzyki relaksacyjnej, nawet takiej do rzeczy (orientuję się, bo często stosuję przy malowaniu). "Czy chce się pani wymasować?" nieoczekiwanie spytał pan z niespokojnym spojrzeniem. "Jak to?" zdziwiłam się.
Zajrzałam do sali "z Polakiem" - na nóżkach ustawione monitory, przed nimi - fotele masujące.
Tam przejęła mnie zasuszona starsza niewiasta, również z obsługi.
"Proszę przeczytać instrukcję"
Zapomniałam okularów (szczerze mówiąc, nie mam wprawionych optycznych szkieł, oprawki noszę, bo lubię, z zerówkami), więc nic nie widziałam, poza tym, że nie mogę mieć rozrusznika, mokrego ciała ani włosów.
Usiadłam na fotelu, pani nacisnęła guziczek w pilocie i podała mi słuchawki.
Kojące dźwięki i głos, powtarzający monotonnie:
"Your life is peaceful" (kilkanaście razy)
"You love art" (kilkanaście razy, z naciskiem)
Na ekranie ruchome schody.
Tak przez 4 minuty,
Na słowo "art" fotel ściskał mi łydki.
Poboksowało mnie po kręgosłupie - i koniec.
Bardzo przyjemnie (poza łydkami).

Ciekawe, co pisze nt sali z masażem kurator :
"Prace R. są analitycznymi, popartymi głębokim researchem, ale jednocześnie intuicyjnymi próbami zrozumienia świata wokół nas. R.podejmował problematykę mechanizmów rządzących współczesnymi systemami projektowymi, w oparciu o które powstaje produkcja artystyczna".
to może powtórzę, żeby nie umknęło :
PROBLEMATYKA MECHANIZMÓW
RZĄDZĄCYCH WSPÓŁCZESNYMI SYSTEMAMI PROJEKTOWYMI
W OPARCIU O KTÓRE
POWSTAJE
PRODUKCJA ARTYSTYCZNA.
Zdaje się, że kurator się wygadał - to żadna sztuka jest, tylko produkcja artystyczna.
Współczesne systemy projektowe...mechanizmy nimi rządzące - wg Wojtka to po prostu układy.


Ale do rzeczy - po relaksie zapytałam : "Czy mogę jeszcze raz? Może przed innym monitorem?" (tam z kolei płynął łabędź)
"Niestety, mnie tam wszystko jedno, ja pani nie żałuję, ale jest kolejka"
Faktycznie.
"Zresztą" szepnęła pani konspiracyjnym szeptem "Za dużo nie można się masować.Z piętra wyżej przychodzi pan z serwisu sprzątającego i wciąż się masuje, i mówi, że go wszystko boli. Co za dużo, to niezdrowo"
"Tak!" spojrzałam na panią z obsługi ze zrozumieniem "Trzeba znać umiar"
"Właśnie - żeby pani wiedziała, co tu się działo wcześniej! Tłumy do masowania - bo dziś dzień bezpłatny".

To utwierdziło mnie w przekonaniu, że sztuka (w rodzaju prezentowanej w CSW) przechodzi kryzys i CSW o tym wie. Zresztą "instalacja" z masażem nosi wymowny tytuł TIME IS OVER.
Może - za jakiś czas - okropne wystawy będą rekompensowane zabiegami SPA? Albo chociaż manikiurem?
Czyżby to właśnie było przyszłością PRODUKCJI ARTYSTYCZNEJ?

środa, 24 sierpnia 2016

Panienka Sarah - ciąg dalszy, pod górkę

Mili Państwo, niemal zaraz po przyjeździe zasiadłam do Panienki Sarah, spędzając nad nią długie godziny i to z rosnącym zadowoleniem...
...gdy NAGLE
...patrzę... co się dzieje???
Lewa ręka taka jakby przydługa.
Przyglądam się, skóra cierpnie - niestety! Jak mogłam tego nie widzieć, pytam się...?

A jednak - jaka szkoda, dłoń udała mi się pięknie, w wymownym geście, ale co robić. Odpuścić nie można. No i Sarah nie tylko nie ma palców, nadgarstka, lecz znikło i przedramię.

Powolutku.


Znów ciachnęłam


...i jeszcze bardziej


Aż w końcu amputowałam powyżej łokcia


Taka elegancka Panienka, jasny gwint.

Jeśli dziś jeszcze (w nocy) będę kombinować, to jestem PRAWIE pewna, że nie obejdzie się bez destrukcji całej postaci. Nie umiem czekać, ale dla dobra obrazka oraz mojej równowagi twórczo - psychicznej chyba poczekam.

No szkoda.
Jakoś bardzo mnie to jednak nie martwi, może dzięki cudownemu dostępowi bieżącej zimnej i ciepłej wody - bo to naprawdę odbieram jako cud po pobycie w naszym baraku, który i tak kocham bardzo.
Ale teraz korzystanie z wygód sprawia mi niebywałą przyjemność - i tego będę się trzymać.

Jeszcze tylko dodam, że (tak sądzę na podstawie niewielkiej ilości wyświetleń), że pod wpisem pt. Droga zamieściłam wspomnieniowy wpis z cyklu Krytyczny Czwartek. Zapraszam do poczytania o skarpetkach w szklanych gablotkach i co o tym sądzę - oraz wielu innych "obiektach", noszących miano "dzieł sztuki". Ha. ha.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Droga - nowy obraz

Z prawdziwym wzruszeniem i przejęciem przedstawiam Państwu mój najnowszy obraz "z lasu".
Ze trzy razy już wydawało mi się, że jest skończony, ale ciągle w nim coś majdruję, dlatego nie piszę "premiera", bo nie wiem.

Naliczyłam, że od 2003go roku, od kiedy wznowiłam malowanie po długiej, kilkuletniej przerwie, powstało ok. 300 - 400 prac...
Dużo.
Ale spośród nich żałuję, że sprzedałam tylko JEDEN.

Co chciałabym więc oglądać na ścianie u siebie?
Nie dekoracyjność, nie portrety, lecz pejzaże. I najważniejsze - z nastrojem. Takim, żeby chciało się wejść w obraz. Nic innego nie zdobędzie mojego serca, nie porwie mnie - i dlatego właśnie, choć ceniłam swoją robotę, sprzedawałam bez najmniejszego żalu.

A więc teraz przedstawiam drugi, na przestrzeni 13stu lat pejzaż, z którym żal byłoby mi się rozstać, choć to jeszcze nie to, co chcę osiągnąć.

Zaczynamy!
Strona prawa :



Strona lewa :




Obie :


Powyżej jeszcze bez cieniowania, które wg mnie wniosło bardzo wiele


Aktualnie obraz stoi w bezpiecznym  miejscu, a w baraku nie ma ich zbyt wiele, że względu na ruchomą podłogę.
Np przy nocnej rozgrzewce w jednym końcu pomieszczenia - w drugim na szafie podskakuje szklana ryba. Kuchenka to najstabilniejszy sprzęt.


I wreszcie całość - o zmierzchu :


Za dnia :


I po dodaniu zachmurzenia :


Mogłabym opowiadać o tym, dlaczego wybrałam drogę - ja zresztą w większości moich fotografii, ale wszyscy chyba mają świadomość, jak pojęcie drogi naładowane jest symboliką, emocjami, w jak wielu przenośniach funkcjonuje.

Moja droga - plan na teraz - malować obrazy osobiste. 
Niczego sobie nie narzuciłam, po prostu inaczej już nie mogę.
Rzucam się na głęboką wodę - więc poproszę o wsparcie. Wasze. 

Wiadomo - od zleceń nie zamierzam odchodzić, ale duftart zmieni się na pewno, a moja Droga może też. 
(też - już mam pewien pomysł (żeby jeden!))

środa, 17 sierpnia 2016

Krytyczny Czwartek - wspomnienie II

Zapraszam serdecznie na drugie Wspomnienie z cyklu Krytyczny Czwartek.

"Nie będę już pisać wstępów - zainteresowanych odsyłam do poprzedniego Krytycznego Czwartku.
Tak więc doszłam do wniosku, że "sztukę" (trzeba znaleźć na to zjawisko jakąś inną, adekwatną nazwę) bieżącą w CSW (lub z Zuju - od Zamek Ujazdowski) można podzielić na 3 kategorie :
- przepływowo - refleksyjna
- dowcipna
- zaangażowana

Jeśli założyć, zgodnie z prawdą, że jestem odbiorcą wnikliwym i starającym się, to z mojego punktu widzenia kat. 1 jest najmniej wkurzająca.
Co nie znaczy, że wartościowa. Po prostu dwie pozostałe są dużo gorsze. I przykre.

A więc - znowu na pierwszym piętrze przywitał mnie szum (morza) i stukanie (skorupki) - czyli Kobieta Zbierająca Małże (swoją drogą, ciekawe, czy autorka słyszała o sztuce Stara Kobieta Wysiaduje?).
W salce filmikowej naprawiono, niestety, projektor i zamiast wytchnienia w wielkim błękicie, oznaczającym awarię, starsza pani ze śladami dawno zgasłej urody ćwiczyła ni to tai chi ni to coś.


Drugi odłam na drugim piętrze to sztuka dowcipna.
Niejaki C (litera wybrana losowo) prezentuje nam kilkanaście "projektów", które są kompletnie niezrozumiałe bez kogoś, kto o nich opowie. Czasem jednak po wyjaśnieniach wie się jeszcze mniej.
 
 
 
 Zdjęcie na górze to części męskiej garderoby w gablotkach.
Czy budzą jakieś uczucia, jeśli się nie jest molem?
ALE po objaśnieniu specjalnie przeszkolonej pani przewodniczki dowiadujemy się, że mamy do czynienia z dowcipem, i to gorzkim - obnażającym mechanizmy rządzące rynkiem sztuki - ciuchy należą do licytatora, który sprzedawał je zdejmując z siebie - i podobno niesamowita jest możliwość obserwacji momentu, kiedy rzecz "nasza" taką być przestaje i byle przedmiot staje się dziełem sztuki. Bla bla bla.
Krytyk (zapewne pani kurator Ewa Gorządek) objaśnia :
"Poprzez zakwestionowanie mechanizmów funkcjonowania świata sztuki (Ce) zwraca uwagę na kwestię kreowania symbolicznej wartości oraz zależności między sztuką a ekonomią".

Czyli Ce mówi :
"Patrzcie, głąby, w te gablotki, bo nawet, jak wam wytłumaczę, czemu tu są skarpety, to i tak zapłacicie, żeby je oglądać, bo mi dali na to dwie sale" - to moja subiektywna interpretacja.

Wszak około stu lat temu taki sam chwyt zastosował Duchamp, pokazując w galerii muszlę klozetową.
Ani to śmieszne, ani odkrywcze. Rozbierany poker jest 1000 razy fajniejszy, niż licytator, którego bielizna nie podlega licytacji - czyli rozbiorowi.
Do działań Ce jak ulał pasuje pytanie : "To żart czy wysiłek?"

Ce ma jednak dużo więcej do zaproponowania - oto w wielkiej sali wiszą kolosalne obrazy.




Ale nie on je namalował, tylko chińscy kopiści, którym dał zdjęcia gołych ścian w rusztowaniach z budowy nowego muzeum i kazał dodać to, co by chcieli w tym muzeum zobaczyć.
Oczywiście i tu spotykamy się ze szczegółowym wytłumaczeniem owych pseudointelektualnych wygibasów, ale już ich nie zapamiętałam.

Co on tam jeszcze wymyślił :
w proporcjach 1:1 wyrzeźbił ludzi udających nieruchome posągi ("zmieszał fikcję z rzeczywistością" - jak pisze krytyk, ale po co już nie pisze).
Wynajął ciężarowców, żeby podnosili pomniki, kreci z tego film opatrzony relacją przypominającą słowotok dziennikarzy sportowych (zdjęcia - cała ściana w wielkiej sali, projektor i siedziska - połowa pomieszczenia, druga połowa - sztangi leżące na ziemi). Krytyk : "Premierowa praca, łącząca w oryginalny sposób sport, sztukę i historię. Podjęcie kwestii funkcjonowania naznaczonej historią przestrzenie publicznej". PO CO?

Ce to prawdziwy kpiarz, mądraliński, pozujący na stańczyka, "bawi się" naszym kosztem - tak! - organizując następujące performanse :
- przez tydzień strzela z łuku do produktów w supermarkecie, odżywiąjąc się tylko nimi (krytyk : "Ten niecodzienny obraz (!) porusza bardziej generalną kwestię naszych zachowań w społeczeństwie konsumenckim")
- na targach sztuki w Kolonii zatrudnia osoby pracujące w telezakupach, by sprzedawały w ten sposób dzieła sztuki
- zdobywa pieniądze od biznesmenów, aby zrobić okładkę nr 23 do magazynu o sztuce, w zamian za umieszczenie na owej okładce znaków firm. Idzie do kasyna, stawia wszystko na 23, pieniądze przegrywa i wobec tego nie zatrudnia grafika, ale pieczętuje pismo za pomocą stempla z kartofla. Ha ha ha. 
- nie mając pomysłu na wykonanie prac na Biennale w Wenecji (!), dzwoni do włoskich jasnowidzów, by mu powiedzieli, czy zaistnieje na biennale. Dostaje twierdzące odpowiedzi, które nagrywa i puszcza jako swój udział w Wenecji - i osiąga wielki sukces (niestety - nie  żartuję)
- prosi krytyków, by napisali recenzje jego nieistniejącej wystawy, umieszcza je w butelkach, a na ścianie wiesza zdjęcia flaszek z nazwiskami



Czy naprawdę NIKT się nie miał skojarzeń z nabijaniem w butelkę??? (krytyk - na poważnie : "Sztuka recenzencka została włączona do wystawy i unieśmiertelniona, ale też pozbawiona siły, która ujawnia się w otwartym dyskursie").

Wszystkie te działania może byłyby śmieszne (choć przydługie), ale jako anegdotki, a nie dzieła, pokazywane na całym świecie - i, co tu dużo mówić, zabierające miejsce prawdziwej sztuce.

Co jeszcze proponuje Ce? Zamieszcza fotografie dzieci z obrazami obok. Dzieci miały swoimi słowami opowiedzieć to, co przedtem wyłuszczał twórca dzieł na ich temat. Tylko, ja się pytam - czemu zdjęcia? Przecież to bzdura - najciekawsze byłoby usłyszeć, CO mówiły dzieciaki. Przecież to pomysł na przerywnik w Telewizji Śniadaniowej, a nie sztuka! Nawiasem mówiąc, działanie nazywa "Projektem Matrix".

Przecież Ce robi eksperyment - na ile można sobie pozwolić, drwiąc z krytyków i publiczności?
Otóż NIE MA takiej granicy.
W kolejnym "projekcie" Ce zostaje rzekomo zamieniony w gołębia ( przez tydzień nikt go nie widzi), dyrektora muzeum pyta, kim chciałby być i zamienia go "po magicznym zabiegu" w pudla, a widzów przedstawia jako Stado - tak, proszę Państwa - stado BARANÓW



Czy nadal uważacie, że na sztuce trzeba się znać? Chcecie być baranami?
Zastanówmy się, jakimi umiejętnościami musiał się wykazać taki Ce, żeby zaistnieć na międzynarodowym "rynku sztuki"?
Przecież, żeby zdobyć najgłupszą pracę, musimy dwoić się i troić i udowadniać, że się nadajemy.

Podoba Wam się, że CSW robi Was w ZUJA?
Bo mnie nie.

O sztuce zaangażowanej, czyli filmie (45 min), gdzie rżną się analnie czarni z białymi lub odwrotnie (mężczyźni - kobiety, mężczyźni - mężczyźni), co ma być protestem przeciwko rasizmowi oraz innych "pionierach analizy form partycypacji poprzez sztukę abstrakcyjną" opowiem kiedy indziej.
Teraz nie mam siły.

Ale gwarantuję, że za tydzień do Zachęty pójdę wypoczęta.

Krytyczny Czwartek - wspomnienie

Tak, jak zapowiadałam, inicjuję dziś wpis wspomnieniowy - oto mój pierwszy Krytyczny Czwartek, wpis z czerwca 2013 roku.
Zapraszam do lektury - będą, co jakiś czas, ukazywać się następne, bo czytelników, ku mojej radości, przybywa, a materiał uważam za dobry i uniwersalny.

A więc...

"Szanowni Państwo,
z radością zapraszam na pierwszy odcinek stałego cyklu Krytycznych Czwartków.

Wyrażam subiektywną i moją własną opinię.
Mam jednak nadzieję, że nie jestem odosobniona.
Uważam, że jako osoba wykształcona i aktywna zawodowo, a tym samym wiarygodna (bo nikt mi nie zarzuci, że sama nie umiem a innych krytykuję) powinnam dać głos.
Z powodu zwykłej uczciwości.

Tytułem wstępu
Od kiedy pamiętam, tzw zwykli ludzie, kiedy mają się wypowiedzieć w kwestii sztuki - szczególnie współczesnej, używają frazesu, który niby usprawiedliwia ich milczenie - "Ja się na tym nie znam".
A przecież każdy prawie ma zdanie na temat filmu, muzyki, sposobów leczenia, pogody, polityki itd.
Być może dlatego nie wyraża opinii na temat dziedziny artystycznej, że sztuka w zasadzie nie jest weryfikowalna. W śpiewie od razu słychać fałsz, a tu... nie.

Dlaczego widz przestał szanować swoje zdanie? Czy dlatego, że się przyzwyczaił do nabijania w butelkę i już tego nie widzi? Że słowo "ładne" w odniesieniu do dzieła mającego ambicję właściwie traktuje się jak obelgę?
Czemu w temacie Sztuki nie obowiązuje zdrowe kryterium "podoba się - nie podoba się"?
Powodów jest parę i nawet nie mam ambicji, żeby teraz je wyszczególniać, ale ten, który mi się narzuca - NIE WIADOMO, CO JEST SZTUKĄ. (zaprzyjaźniony profesor mawiał "Sztuką jest zrobienie fikołka do tyłu w naszym wieku").
Ba! Gorzej - nawet nie wiadomo, co NIE JEST sztuką i czy w ogóle taka rzecz (?) istnieje.

Przypomina mi się film, w którym kosmici wylądowali w Wesołym Miasteczku, a nie wiedząc nic o Ziemi sądzili, że tak własnie wygląda - a ludzie muszą być szaleńcami.
Czy świat sztuki nowoczesnej (w większości przejawów) nie przypomina jakiejś alternatywnej rzeczywistości, w której tworzy się obiekty (projekty, performanse, itp), których celu powstania do końca nikt nie rozumie, za to krytycy - nie wiadomo, cyniczni czy głupi, je uwielbiają (udają?) i nikt nie ma odwagi zakrzyknąć 'Król jest nagi!".
Koniec wstępu.

Żeby nie być gołosłowną, wybrałam się do CSW na 3 wybrane wcześniej wystawy.

Z doświadczenia wiem, że lepiej zawczasu dowiedzieć się, co nas czeka.
Pamiętam, przy dawnej bytności Gucio, zobaczywszy dziurkę w podłodze, radośnie do niej pobiegł i już, już miał zajrzeć - a tam przez otworek można było podziwiać film z mówiącą waginą.

Od razu zaznaczam - jeśli uważam wystawę nic nie wartą, nie będę zamieszczać nazwiska "twórcy", bo nie mam zamiaru go popularyzować.

Projekt nr 1
Wystawa pierwsza zajmuje całe piętro. Przypominam, że mówimy o ogromnym Zamku Ujazdowskim.
Obejrzeć można było fotografie i filmy.
Zastanawiam się, skąd w CSW tyle filmów? Chyba to wygląda nastepująco.
Dyr : "Jest pan wystarczająco nowoczesny jak dla nas. Damy panu jeden poziom na wystawę. mamy dużo salek z projektorami. Chce pan coś wyświetlić? Jak nie, to je zamkniemy"
Artysta : "Nie, nie zamykajcie, coś tam zawsze wymyślę, żaden problem"

I tutaj X też coś wymyślił - otóż zajął się "rytuałem czasu" - jak to nazwał w opisie Adam Budak.
Czyli co widzimy?
Kobieta zbiera małże.
I zbiera.
I zbiera.
Długo.
Koniec.
W dwóch przeciwległych salkach to samo.



 Wierzcie mi, że byłam o krok, żeby krzyknąć do siedzących tam osób "hej, frajerzy!", ale zorientowałam się, że mówią po francusku.

W trzeciej salce na ekranie łódzkie podwórko z bawiącymi się dzieciakami.
Samemu by się siadło na murku i popatrzyło na prawdziwe podwórko, tylko po co?
A może, gdyby nam powiedziano, że doświadczamy, czy nie wiem, tworzymy sztukę (czemu nie?) to stalibyśmy się artystami?
Artystami? Wierzycie w to?




W czwartej salce zepsuł się projektor - podobno lampa padła.
I tam było najładniej.
I najweselej - w strumieniu niebieskiego światła widzowie za pomocą dłoni bawili się w teatr cieni.
Gdyby nie napis "error" w rogu, nie wiem, czy ktoś by się zorientował, że nie tak miało być.


 Fotografie wisiały. Nawet niezłe. W związku z tym ujawnię w nagrodę płeć twórcy (kobieta) i inicjały - SJ.


Wystawa nr 2
Z przyjemnością prezentuję nazwisko kolejnego autora - Bartek Buczek.
Wielki plus, bo zobaczyłam obrazy. Z nastrojem!



 Wystawa tylko w jednej małej salce nosiła tytuł Czarny Charakter i od opisu za bardzo wiało dowcipem (mocno się starał), za odkrywcze te prace nie były (czarno biały hiperrealizm), ale przynajmniej Bartek się napracował i widza nie zlekceważył. I umiejętności posiada.

Za to
Projekt nr 3 - dno (nie, to nie nazwa).
Film, oczywiście wyświetlany w jednej ze wspomnianych salek, pokazywał tańczących ludzi (chyba w większości profesjonalnych) w miejscach plenerowych, również miejskich.
I już.
Z muzyką albo zarejestrowanym dyszeniem tancerzy (z wysiłku)



 Teraz czas na porcję bełkotu "krytycznego" z opisów wystaw. Może bezpieczniej -  projektów.
O filmie z tancerzami :
"Film rejestruje wewnętrzny monolog tancerzy, pokazując ich zaplanowanie zgodne z własnymi scenariuszami ruchu"

"X. filmuje ciało myślące, tłoczoną w nie krew, synkopowany oddech i wibrujące molekuły" (gdybym była dziennikarką, poszłabym do tego orła i zapytała "Czy pan wie, co znaczy synkopowany oddech?"

O pierwszym projekcie (Adam Budak) :
"Eksperymentalne filmy i fotografie stanowią często analizę ontologicznego statusu obrazu". Jak Boga kocham, każde ze słów rozumiem (nawet zaglądałam do Wikipedii), ale całości ni hu hu.

"Ambicją wystawy jest pokazanie eksperymentu oscylacji pomiędzy obrazem filmowym (...) i fotograficznym" ("Czy pan wie, panie Budak, co znaczy oscylacja? Ja wiem, mąż mi wytłumaczył")

"Na wystawie zobaczymy instalacje składające się z ruchomego obrazu, dźwięku oraz elementów performatywnych"

Z braku pana Adama Budaka zapytałam Wojtka, co to element performatywny.
"Jak masz, rozumiesz, instalację i przyczepiony do niej wiatraczek, który się nie obraca, ale mógłby - to on  jest elementem performatywnym. Albo jak Ci spodnie opadają - są elementem performatywnym, jak spadną, żeby się chociaż trochę rów odsłonił - to jest performans."

Pod koniec wycieczki do CSW zapytałam zażywną niewiastę  o drogę (chciałam zrobić jeszcze zdjęcie skarpety w gablocie) i nawiązała się rozmowa. Pani Monika z ochrony, okazało się, interesuje się sztuką i nawet bywa, że sama pyta kuratora, o co się rozchodzi. Żeby móc klienteli wytłumaczyć. I z własnego wścibstwa, jak powiedziała.




"A seks pani widziała?" zapytała  "Nie wszyscy o nim wiedzą. Tylko zdjęć pani nie robi".


 Widziałam.
W głowie się nie mieści. Żeby seks był taki nudny. Tym bardziej, że w specjalnych zestawach.
Ale o tym - i skarpecie - w następnym czwartkowym odcinku.
Na zachętę - dwa zdjęcia. Oba porywające.





Na ostatni "projekt" z elementami butelkowymi tylko rzuciłam okiem. Wow?

Chyba po raz pierwszy naprawdę ucieszyły mnie odwiedziny CSW.
Przy okazji następnych zobaczę się z panią Moniką.
Jesteśmy umówione."