WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

środa, 17 grudnia 2014

Cała prawda o Panience Jazzowej

Dawno, dawno temu, na pierwszym roku studiów, dostaliśmy zadanie - narysować swój ulubiony przedmiot, tuszem i piórkiem, używając TYLKO kropek.
Ulubiony przedmiot? To jasne - babeczka z kremem i wisienką na wierzchu. Wybrałam się do cukierni i powstrzymując się od zjedzenia, przyniosłam ciastko do domu.
Na wykonanie pracy mieliśmy 2-3 tygodnie. I przez ten cały czas dzień z dzień zajmowałam się kropkowaniem. Aż do doprowadzenia rysunku do stadium hiperrealistycznego. Tyle wieczorów przy lampie nad stołem, w moim pokoiku na górze, odseparowana od świata.
Zostały do zrobienia trzy kropeńki na czubku łodyżki - i wtedy rozległ się huk, oślepił mnie błysk, po czym zapadła ciemność...
Znieruchomiała, bez oddechu, siedziałam i słyszałam walenie swojego serca.

Wreszcie podeszłam do włącznika górnego światła, zapaliłam je i oczom ukazał się potworny widok.
Nad stołem, czyli nad Babeczką, wybuchła żarówka... Cały kwadrat bieli kartonu upstrzony był kropkami - ale nie moimi, tylko kropkami z popiołu, gdzieniegdzie wypalonymi na brązowo.
Wielkim głosem wrzasnęłam "NIE, NIEEEE!!!" i zbiegłam na dół, piszcząc jak na filmikach, gdzie straszy się nieświadomych niczego uczestników (ustawiając "potwora" za drzwiami albo coś w tym rodzaju).
Mama, kiedy mnie zobaczyła, biegającą w kółko, zbladła nie mniej, niż ja, i wreszcie udało się mnie uspokoić (za pomocą ryku "CISZA w tej chwili!") - ale jąkałam się jeszcze przez następny dzień. Prawdopodobnie również z powodu jej strasznego głosu.
(babeczkę, zachowaną na pamiątkę, po paru latach kurzenia się na półce, zjadł mój pies Żuczek i nic mu nie było)

No więc, po zaopatrzeniu się w większą ilość pędzelków oraz silne okulary, siadłam do roboty.
Prawie żadna z linii nie wydawała mi się dość doskonała, więc poprawiałam, cyzelowałam.
Mikrofon dostarczył mi wielu wrażeń - bo jego niby prosty kształt wciąż mi się nie podobał...

Wreszcie... ufff... dobrze jest. Jeszcze tylko zrobić zdjęcie - ustawiłam obrazek pod lampą i dostrzegłam nierówności farby, właśnie w pobliżu mikrofonu.
Niewiele mysląc pociągnęłam po szorstkości wierzchem paznokcia - i zmartwiałam.


Zamalować - powiedziałby ktoś, i ja też. Ale okazało się - za cholerę. Róż przeświecał i tak.
W końcu - udało się


Jeszcze sznur i cieniowanie włosów - oraz w dalszym planie tło.
I będzie koniec (?).



O ile znowu nie zniszczę kawałka palca albo nie uznam, że krzywizna przestała mi pasować.
To skutki tych błękitnych zresztą okularów o mocy 3,5.
Syndrom lusterka.
Znacie te dwustronne lusterka? Jedna strona nawet miło odpowiada na pytanie zaczynające się od słów "Lustereczko powiedz przecie...", za to druga strona... kto to w ogóle jest? Kratery, bruzdy, nierówności...
Więc może jednak, kiedy już uznam, że dobrnęłam do końca, zdejmę okulary i poproszę W. żeby je schował i nie powiedział, gdzie (jak to czasem robi z czekoladkami).

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Zwierzęta u Mamy - kolekcja obrazów

To ja może zacznę prosto z mostu - dużą rolę przywiązuję do muzyki, dlatego też niejednokrotnie tutaj ją zamieszczam. ALE prawie nigdy nie dostałam na ten temat żadnej "informacji zwrotnej" - więc pytam - czy ktoś tego słucha? Grzecznie wciska PLAY we wskazanych przeze mnie momentach?
Czy nie...?

Dziś zacznę, dla nastroju, od Allana Holdswortha - jednego z moich ulubionych gitarzystów


Dom moich Rodziców...
Uliczka z gazowymi latarniami, piętrowy domek z tarasem i balkonem, ogródek...
Cudo...

A jednak nigdy nie zapomnę, kiedy, mając 20 lat, wyniosłam się stamtąd, z dnia na dzień, pewnego dżdżystego, listopadowego poranka.
Z dwiema torbami siedziałam na ostatnim miejscu w autobusie, a rodzinna okolica zostawała z tyłu i im bardziej się oddalała, tym silniej biło mi serce, z niepowstrzymanej radości, z poczucia wolności, które aż przeszkadzało mi oddychać.

Bywam tam raz na tydzień... i wystarczy. Nie mam sentymentu do tych ścian, ale do tego, co się na nich znajduje, owszem.


Na poważnie zaczęłam malować dobrych parę lat po studiach.
Wcześniej, będąc w małżeństwie z pierwszym mężem, nie stworzyłam żadnego (!) rysunku ani obrazka, przez 9 lat. Tak długiego życia z kimś (może raczej "przy" kimś, niż "z" nim) nie da się przekreślić, choć teraz prawie cały tamten okres jest dla mnie jak ciemna smuga...

Kiedy zostałam sama (2003) - już w obecnym mieszkaniu (10 razy mniejszym od domku, w którym mieszka Mama), pomyślałam, że albo zwariuję, albo zacznę malować. Przyniosłam z komórki sztalugi, ustawiłam w prawie pustym pokoju, i choć nie wiedziałam, co ma być na obrazie, poczułam, że jakiekolwiek wątpliwości, czy to ma sens, zwątpienie, czy poczuję w sobie zapał, w jednej chwili zostały zdmuchnięte jak pyłek, przestały istnieć.
Spojrzałam na swoją świnkę (morską) - i tak się zaczęło.
Zaczął się cykl "Zwierzęta".

I dziękuję losowi, że wówczas nie sprzedałam wszystkich swoich obrazów!
Rodzice odetchnęli z ulgą, że mój związek małżeński się zakończył (choć zięcia bardzo lubili) i wyciągnęli do mnie pomocną dłoń.
A ja malowałam i malowałam - to mnie trzymało w pionie.
Czas intensywnej twórczości, w którym pamiętam najdrobniejsze szczegóły i radości.

Dlatego tak bardzo się cieszę, że zostały mi pamiątki - niby nie u mnie, bo u Mamy, ale wiem, gdzie są.


To jeden z pierwszych Zwierzaków - nazywany, nie wiedzieć czemu, sową.

"Oczy zza Drzwi", które naszkicowałam na serwetce w kawiarni podczas randki z jakimś nastepcą


I chyba mój ulubiony obraz - Miś za Wazonem


Mój znajomy - też malarz, zobaczywszy Misia, skrzywił się i z mądrą miną stwierdził "To nie jest droga. Nie. Zostaw to."
Pierdu pierdu, że tak powiem.

A tutaj - Gołąbek


... w moich ulubionych żółcio - fioletach (Gustaw na gołębie mówi "gołomby").

Sa i jeszcze starsze pamiątki - z czasu studiów, olejne pejzaże.



Powodem tej szlachetnej kolorystycznej monochromatyczności była niechęć do mycia pędzli.

Wczoraj do Mamy trafił nowy zwierzak


 Od razu znalazł swoje miejsce


Wiele obrazów poszło w świat.
Zrobiłam w 2004 roku pierwszą wystawę - i połowa Zwierzaków sprzedała się w ciągu dwóch dni.
Wyobrażacie sobie, jak strasznie mnie to ucieszyło? Bo wcześniej, poza bliskimi, nikt moich obrazow nie widział.
Poza moim profesorem, który zapytał mnie przed wernisażem "Czy wiesz, po co jest ta wystawa? Nie, nie dla innych. Ona jest dla ciebie".
I miał rację.
Ja oczywiście czułam, że to są dobre obrazy (i teraz też) - ale o ile radośniej, kiedy mam odzew publiczności. Pamiętajcie o artystach - jeśli jest okazja, a czyjeś prace Wam się podobają - powiedzcie o tym. To dla nas ("my, artyści", wiem) ważne.

sobota, 13 grudnia 2014

Wspaniałe i okropne... dzieciaki

Bernard Shaw powiedział kiedyś "Ludzie, którzy nie lubią dzieci i psów, nie mogą być tak całkiem źli" (co do psów, polemizowałabym).
Tydzień temu zadeklarowałam się, na ochotnika, spontanicznie, że poprowadzę warsztaty robienia kartek świątecznych na festynie w szkole Gucia. Kupiłam stosowne materiały i prawdziwie stremowana, nie mogąc spać do trzeciej w nocy poprzedzającej ten dzień, wyruszyłam do szkoły.
Założyłam sukienkę w czarno - zielony, nieregularny wzór, a na pytanie skierowane do synka, jak w niej wyglądam, Gustaw powiedział :
"Ja nie mogę ci tego powiedzieć, bo ci będzie przykro"
"Ależ mów, nie pogniewam się"
"Wyglądasz zupełnie jak... bagno"

Przemyślnie zaopatrzyłam się w litrowy napój energetyczny.
I od 11.30 do 15stej zajmowałam swoje stanowisko wśród hałaśliwej czeredy.



Dzieciaki obsiadły mnie, a najczęstsze pytanie to "Przez jakie Ż" pisze się  "życzenia"?. Gustaw dodawał mi otuchy, krzywiąc się na widok Krzysia, który Mu dokucza - ale zdaje się, synek nie pozostaje Mu dłużny.

Nauczyciele muszą być chyba specjalnym gatunkiem ludzi, bo ja po pół godzinie przebywania w hałasie, zaczęłam się czuć nieco otumaniona, a potem jakby odseparowałam się od zgiełku, ale też wyraźnie przygłuchłam, dwa razy prosząc o powtórzenie pytań od moich kursantów, jakbym była niespełna rozumu.

Muszę pochwalić Gustawa, bo jego kartka wyszła bardzo oryginalnie - na pierwszej stronie znalazł się pingwin z wybuchniętą głową i uszami z kolczykami, ze sprężynami zamiast nóg


...a na drugiej - żelazko "prasujące czapkę"


Bardzo cicha dziewczynka siedziała koło mnie z godzinę i pisała "rzyczenia" (jest możliwe, że nie słyszałam jej pytań)


Praca trwała w najlepsze


... z przerwami na poczęstunek (kosmiczna galaretka - pyszna)


Zaś w moim prywatnym konkursie wygrały dwa rysunki



I to jest dla mnie najbardziej niezwykłe i godne podziwu - dziecięca wyobraźnia.
Ach, gdyby jej nie traciły z biegiem lat!
Jakże inaczej wówczas mogłaby wyglądać Sztuka Współczesna...

Po skończeniu warsztatów, po uporządkowaniu korytarza, kiedy nie było już nikogo, tylko ja, Gucio i panie sprzątaczki, a z głośników wciąż sączyły się dźwięki kolęd, odtańczyłam z synkiem walczyka w ich takt, pod wielką plastikową choinką. Gdyż kroków walca nauczył się na ostatnich zajęciach z Tańca i Dobrych Manier, na który z ochotą, choć zmiennym szczęściem, uczęszcza.

czwartek, 11 grudnia 2014

Duftart Aqua di Sale - prapoczątek

Najpierw postaram się wprowadzić odpowiedni nastrój, żeby w ten ziąb nie było nam jeszcze zimniej, kiedy pomyślelibyśmy o morzu.


Morze...
Fascynowało od zawsze, mnie również - ale chcę napisać o aspekcie zapachowym.
Tzw. nuty morskie w perfumach, ale też odświeżaczach, dezodorantach, żelach pod prysznic, coraz bardziej tandetne, sprofanowały delikatną materię, jaką jest morski aromat.
Ja właściwie znam tylko dwa zapachy, które uważam za piękne i woń słonego powietrza.

Jeden to Sel Marine Heeley'a, drugi - Aqua di Sale Profvmvm Roma (dla ułatwienia będę pisać "profumum"). O ile ten pierwszy można określić również jako lekko cytrusowy, o tyle AdS jest nieprawdopodobnie bliskie oddaniu słonych oparów.


Kiedy znajdziemy się w pobliżu morza - przynajmniej ja - nie mogę się nawdychać i nawąchać, wzruszona i pytająca siebie, jak w ogóle mogę mieszkać gdzie indziej? (Gdynia jest mi najbliższa).
Potem przestaję czuć słoność, przyzwyczajam się, może nawet nie zauważam, że jej nie ma - do następnego spaceru wybrzeżem.

A więc obraz ma być morskim pejzażem, może falą, może... nie wiem do końca.
Pomysły przepływają, jak woda.



To oczywiście fragmenty. Myślę, że podobnie jak Konik Morski czyli Duftart do Womanity ( Konik Womanity ) do końca utrzymam Widzów w niepewności, bez pokazywania całości obrazu.

Oraz intensywnie pracuję nad Panienką Jazzową...

Przerwał mi telefon od Mamy, która zapytała, czy ja rozumiem reklamę z misiem. O, tym :


"Widziałaś, jak on podpala bąki?"
"Widziałam, mówi się na nie bengale"
"To właśnie są te męskie żarciki - zauważyłaś, że nawet Gucia nic tak nie śmieszy, jak temat bąków i kupy? Z ojcem było to samo.Nigdy tego nie pojmę. Mężczyźni to jednak inny gatunek człowieka"

Może to i dobrze...?

środa, 10 grudnia 2014

Wpis krótki, ale ciekawy

Więc - fanfary -
(chociaż nie, może jeszcze nie, bo jestem przed konsultacją ze Zleceniodawczynią)
- Wokalistka ma włosy.


Prawda, że wypiękniała.
Mam zamiar na dniach ją wykończyć - czekają inni.

Po pierwsze - przebieram już nogami, żeby na całego zająć się Duftartem do Aqua di Sale firmy Profumum Roma -  a teraz ta daaam! Niespodzianka!


Taaak... to się nazywa eksperyment.
Jedno mogę obiecać - może nie od razu będzie pięknie, ale na pewno ciekawie.

Interesująco również wygląda kompletowanie przeze mnie garderoby. Bazowe rzeczy już mam. Teraz czas na te intrygujące.
Korzystając z możliwości zwrotów z sklepie, nabyłam taką spódniczkę, czekając również, przy okazji, na komentarz męża.


Nie zawiódł mnie :
"Wygląda jak najbardziej trujące wodne ślimaki".
No lubię bardzo mojego W.
Nie żartuję!

wtorek, 9 grudnia 2014

Konik PREMIERA!

Najpierw muzyczka - przy tej płycie pracowałam.


Z wielką przyjemnością i, nie ukrywam, zadowoleniem, zapraszam Państwa na Premierę Konika.

W ogóle chwała Najwyższemu, ze zesłał na trochę słońca, bo byłam w stanie uwierzyć, że gdzieś się na dłuższy (niż doba) czas schowało i tylko ignorancja w dziedzinie nauk ścisłych tłumaczy, że nic o tym nie wiem.

Do roboty! Zabrałam się ochoczo


W tym obrazie jak gdyby nigdy nic konik idzie sobie wzdłuż ulicy, zupełnie wolno, odbijając się w kałużach.


Zadowolony z siebie


... z punkową grzywą, ale nowobogacko wypasionym zadem w kółka z powodu dobrego odżywienia



Kosmiczny zad! Bodaj najpiękniejszy, jaki zmalowałam.

Kolejna porcja muzyki -


Detale - mocna strona Konika



Myślałam, że może jeszcze coś wymyślę dowcipnego, ale jednak nie mogąc się doczekać, pokazuję.
Obraz fotografowany przy gasnącym dniu.
To wersja klasyczna :


I tu coraz ciemniej




No. I to wszystko.
Żeby tak nagle nie ucinać, jeszcze Konik w zmniejszeniu


Teraz czekam na oddźwięk ze strony Szanownej Zleceniodawczyni, której składam publiczne podziękowania za cierpliwość.
(i jak, i jak?)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Obraz pozornie dobry

Dziś opowieść o obrazie nieszczęśliwym.
Pejzaż.
Początek grudnia trzy lata temu.
O Brulionie nawet nie myślałam, Gucio zaczynał mówić, za to pasja perfumowa trwała w najlepsze.

I tak, w dzień podobny do dzisiejszego - pod względem świetlnym - i w oparach bodaj Classique Gaultier albo może Samsary, naszkicowałam i namalowałam taki pejzaż :


Była u mnie znajoma i zakochała się w nim.
Ale okazało się, że nie może z Sosnami przebywać w tym samym pokoju (tym bardziej w sypialni), gdyż wpada w melancholię, która potem przechodzi w poczucie beznadziei. Wymieniła S. na Czerwonego Kotka z oczami jak spodki.

Tak więc Sosny wróciły do mnie.
Ochoczo wzięłam się - już na wiosnę - za przemalowywanie.
Tym razem Sosny zaczęły przyjemnie oddziaływać, ale wciąż im brakowało... jakby dokończenia.
Wojtek niestety lubił je bardzo i powiesił na najgłówniejszym miejscu nad łóżkiem - tak więc po obudzeniu widziałam je i myślałam "Czego im brakuje, do cholery?"

Nadarzyła się okazja - urodziny W., na wyjeździe. Jaki wspaniały pomysł - jubilat wraca i widzi "swój" obraz, tylko lepszy, a ja piję poranną kawę w miłym polu oddziaływania pejzażu.

Nic z tych rzeczy. Ruch szybki - pomarańcz i zmywak, przeciągnięcie po całości półprzejrzystą barwą - i zrobiło się zdecydowanie źle.


Na dodatek zmierzch o trzeciej. To pracownia o tej porze.



Próbowałam najpierw zmyć pomarańcz - spociłam się, jak mysz, ale prawie nic nie wskórałam. Farba wniknęła w obraz, wżarła się, a moje szalone szorowanie tyle dało, że zaczęło odsłaniać się to, co pod spodem - czyli obraz poprzedni, na którym Sosny powstały.
I powiem Wam, że zachodzę w głowę, co też tam może być...?
Teoretycznie pasowałby mi Autoportret, ale za dużo wyczuwam poziomych linii. Chociaż...?


Wracając do tego, co na wierzchu - pomarańczu zmyć się nie dało, to sobie pomyślałam "Pójdę we mgłę" - i nałożyłam ze 40 lekkich warstw bieli.
Wyobraźcie sobie, że wredny pomarańcz po wyschnięciu, w połączeniu z "mgłą" daje jeszcze bardziej wredny różowy, jak świński ryjek.

Wtedy na moment przestałam wierzyć, że doprowadzę Pejzaż do końca.
Wzięłam ugier jasny, żeby może coś uratować - faktycznie trochę się polepszyło.
Trochę.
Niewystarczająco.
Poniżej w sztucznym i "dziennym" świetle



Oglądam się w nadziei, że polubię Sosny.


Ale nie lubię.
Nagle dziś porwał mnie pomysł, żeby zrobić z niego pejzaż nocny - ale to zostawię sobie na sam koniec, kiedy Wiosna nie wyjdzie.
A na najostatniejszy koniec zedrę wszystko do żywego, żeby się dowiedzieć, co jest pod spodem.
Kiedy? KIEDYŚ. Dla odpoczynku.

W najbliższym wpisie obiecuję - Konik premiera.

Za to teraz - powiem już dobranoc, udając się w ślady Gucia.


Zapraszam na Premierę!