WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

wtorek, 12 listopada 2019

Czyj to pomnik? Premiera

Wszystko staje się całością. To, że pożegnałam się z Moją Promenadą, czyli ukochanym miejscem na Mazurach. W mieście dzieje się moje życie, ono daje mi możliwości wystaw, wernisaży, że nie wspomnę o perfumeriach.


Bo Warszawa to perfumowe Eldorado, oczywiście na naszą, polską skalę. Tu ulokowały się perfumerie oferujące zapachy, których nie znajdziemy w sieciówkach typu Sephora czy Douglas. Kiedyś, jeszcze parę lat temu, granica między niszą a mainstreamem wyraźnie się rysowała. Teraz wiele, swego czasu, bezkompromisowych firm, produkujących niespotykane kompozycje, wchłoniętych zostało przez koncerny. Jednak i tak zostało sporo perfum dających wrażenia jedyne w swoim rodzaju. Szczególnie "dymy" i industrial, świadoma zabawa syntetykami - to mnie zawsze pociągało.
Postanowiłam złożyć hołd "miejskiemu" zapachowi - i powstał Pomnik, do mojej dwuskładnikowej kompozycji.


Co prawda przestrzeni tu nie ma, ale jest specyficzne osamotnienie miasta nocą czy o świcie, kiedy na ulicach nie ma żywej duszy (poza tajemnymi stowarzyszeniami łataczy dziur w jezdniach, rurarzy od kanalizacji i śmieciarzy typu flash, którzy w biegu zeskakują z samochodu, małpimi ruchami porywają kosze ze śmieciami, błyskawicznie opróżniając je do siatkowych pak, rzucając na miejsce i wskakujących do nie zamkniętych drzwi obok kierowcy, na stojąco w jadącym samochodzie wypatrujących kolejnego celu - śmietnika ulicznego).




Podświetlone budynki, okna - czarne prostokąty, połyskujące szybami, latarnie.
Nowoczesność często sąsiaduje z resztkami architektury sprzed kilkudziesięciu lub więcej lat. Wiekowe enklawy w różnej kondycji zamknięte wśród szklanych domów.
Działki budowlane nieduże, więc ściany rosną wzwyż.



Zainspirowała mnie Wola, dzielnica niemal zrównana z ziemią podczas Powstania Warszawskiego. Jej obszar niedaleko Centrum (miasta) to właśnie rosnące niemal na naszych oczach wieżowce. Żelazna, Sienna, Towarowa, Chmielna, Złota, Prosta.

Po napadzie, jakiego doświadczyłam niedawno, mój zapał do nocnych wędrówek po Warszawie mocno ostygł. Jest prawie pewne, że nikt mi nie pomoże - jakby co. Niestety.

Ale swego czasu nachodziłam się, chłonąc atmosferę opustoszałego miasta. Potem kadry ze spacerowych wędrówek wchodziły mi do snów.


Czyj to pomnik?


Zauważyliście być może, że podpis na obrazach bywa niedbały, jakby nie było dla niego odpowiedniego miejsca. Są też oczywiście podpisy wystylizowane i zintegrowane z obrazem.
Na tablicy pomnika widnieją moje inicjały. Ale nie odnoszą się do statuły (!), tylko jego twórczyni.


Tylko światła się zmieniają, nie wiadomo, dla kogo.


Chociaż nie, inteligencja objęła sygnalizację świetlną i dzięki czujnikom ruchu zamiera, czyhając na zabłąkanych przechodniów.
Miasto śpi.
Tylko moje okno jasne.
Maluję.

sobota, 2 listopada 2019

Wszystko, co lubię w obrazie - duftart do Blamage Nasomatto

Dawno temu mój mąż, kiedy grał w Teatrze Muzycznym w Gdyni, uczestniczył jako asystent w przesłuchaniach egzaminacyjnych. Jeden z kandydatów wyrecytował wiersz, zaśpiewał piosenkę, zatańczył - a na koniec, ku zdumieniu wszystkich, zaczął stepować.
"Czemu pan stepował?" padło pytanie
"Bo umiem"


Na TYM obrazie jest więc prawie wszystko, co chciałam pokazać, marzyłam o połączeniu różnych "światów" - przestrzeni i pustki czyli bezludzia, ale też sylwetki.
Jak namalować człowieka, żeby był doskonale nieobecny i nie zakłócał pustki?


Ten człowiek nie może żyć!
Może być pomnikiem.
Figurką



Manekinem.
Kształtem z dymu / chmur
Odbiciem w lustrze (czy tafli wody czy czegoś)




Trupem być nie może - trup to też obecność
Lalką, marionetką


albo... wizerunkiem człowieka - i oto geneza PiPu czyli Picture in Picture. Nawiasem mówiąc, nie ja to wymyśliłam, określenie używane w odniesieni do obrazu w TV.


Najważniejszy jest nastrój. Jeśli go nie ma, takiego obrazu nie cenię. Nastrój to światło. Większość obrazów na świecie nie ma nastroju, w taki sposób, w jaki ja to rozumiem. To oznacza, że nie chciałabym mieć ich na ścianie. Są mi zwyczajnie obojętne. Nie bierze mnie doskonały warsztat, bo dla mnie to narzędzie. Ani publicystyka - zajmowanie stanowiska, komentarz czasów współczesnych.
Poprawność nakazuje, by zaznaczyć, że to moja osobista opinia.

Chorągiewka : jest.
Domek : jest
Pusty horyzont : jest
I w ogóle czego tam, panie, nie ma.

 
plus cała faktura

Chcę Was zaprosić do swojego świata i liczę na to, że trafi swój na swego.
Inspirował mnie Blamage Nasomatto. Drzewny i industrialny zarazem, chemiczny i  jednocześnie miły, choć przechodzi fazy dziwnie sterylno - techniczne, żeby wreszcie zostać przytulasem.


Blamage - Blamaż, "Kompromitacja". Kolejna prowokacja Alessandro Gualtieri - nosa firmy Nassomato.



piątek, 25 października 2019

Wpis lużny o Krakowie, absurdzie i Nokii z klawiszami

Czasem, kiedy opowiadam ludziom nie związanym z perfumami o zlotach, widzę, że patrzą na mnie jak na kogoś innego gatunku. Mam wrażenie, że niekoniecznie potrafią sobie wyobrazić, jak takie pachnące zgromadzenie wygląda. Bajka o żelaznym wilku.
Tak było tydzień temu







Mam ogromne szczęście znać to całe towarzystwo i jeszcze większe szczęście, że spotkania odbywają się regularnie i często - jutro następny zlot, z motywem przewodnim (zapachowym) MIÓD.

Tuż po powrocie ze zlotu, pachnąc WSZYSTKIM, wyruszyłam do Krakowa, biorąc ze sobą świeżo nabyty telefonik.
Niebieski <3
Ma grę w węża <3
Kapitalne sygnały <3
Klawisze! (tu przyda się mały trening, co chwila pukam w szybkę i nic - ekran nie dotykowy).
Robi zdjęcia - trochę jak w mętnej wodzie. Ale po co mi zdjęcia telefoniczne, skoro mam dobry aparat foto?
Najważniejsze : koniec wożenia ze sobą power banku, ładowarki, koniec skomlącego o prąd ajfona


Nadmieniam, iż wieczne pióro tzw. wieczne pióro chińskie również nabyłam parę dni temu.
Jeszcze co do telefonu... wchodzę do autobusu / metra / kawiarni - wszyscy nosy w telefonach, okropne! Ale chwileczka, a ja co robiłam? To samo!
Chyba ta potrzeba ciągłego doładowywania przeważyła.
Konsekwencje są takie, że noszę ze sobą książkę i aparat foto, zdjęcia mogę wrzucać wieczorem, a nie NATYCHMIAST.

Kraków. Miasto, które powoli poznaję. Bo wydaje się, że o Krakowie każdy wie co trzeba, ale dla mnie ważna jest nieuchwytna atmosfeira, tam, gdzie tłumy się nie przewalają.


I tu wchodzimy w Krainę Absurdu.


Całymi godzinami chodziłam po Kazimierzu, a ponieważ uliczki często przecinają się po kątem i zakręcają, więc mając pełne przeświadczenie, że idę śmiało w kierunku domu, oddalałam się coraz bardziej, na dodatek kręcąc się w kółko - i trafiając (co za złośliwość losu!) na Skwer Kółeczko, mający kształt trójkąta zresztą.


Na ulicy Józefa, poza tym bliskim mi miejscem :



jest tam też i Kolanko moje ulubione


oraz miejsce, gdzie kupiłam sobie oczy!



Musiałam na nie chwilę poczekać, gdyż


Wspomniałam o mieszkaniu - w kamienicy z XIX wieku, IV piętro bez windy. Kolosalna wysokość kondygnacji, więc szukając kluczy (zawsze szukam cholera jasna, niezależnie od wielkości torebki) dyszałam próbując wymotać się z szalika.
Ale w środku - och.
Jakie kolory.




Że ściany turkusowe, ok, ale do tego fuksjowy sufit!
Czułam się tam wspaniale


Z  perfumami!



Była taka pogoda, rety, 20 stopni więcej niż teraz. Teraz...


A teraz co - jesienna manipulacja czasem i malowanie po nocy, która zaczyna się o 16.


No i tak.
W robocie 5 obrazów. Mam teraz.


piątek, 18 października 2019

Zostałam napadnięta

Wyszłam tuż po północy na spacer z psem. Chodzę zawsze przy ulicy, nie zapuszczam się w żadne zakamarki. Kiedy już skręcałam do domu, młody mężczyzna, kilkanaście metrów ode mnie, krzyknął "Czy to pani ten pies?" i zanim zdążyłam odpowiedzieć, zaczął biec w moim kierunku z takim wyrazem twarzy i desperacją, że wiedziałam, że się na mnie rzuci.
To był moment.
Dobiegł do mnie, przewrócił na chodnik, przycisnął do ziemi i zatkał mi usta dłonią.
Próbowałam krzyczeć, najpierw o pomoc, przypomniałam sobie, że to nie skutkuje i zaczęłam się drzeć "Pożar, ratunku" - ale nie mogłam, bo cały czas jego dłoń zasłaniała mi usta. "Nie boję się ciebie, skurwysynu" wrzasnęłam strasznym głosem, próbując się bezskutecznie uwolnić.
Wtedy i on, prawie do ucha, zaczął wykrzykiwać "Obronię cię, jesteś bezpieczna, nie dam cię skrzywdzić komunizmowi, nic ci nie zrobią".
Co zrobić, cały czas myślałam, a on wprost do ucha skandował prawie, jak maszynka, o komuniźmie, że nie pozwoli, żeby mi się stała krzywda.

Wtedy zmieniłam strategię - bo żadni z sąsiadów nie zareagowali. Widziałam, że w paru oknach zgasło światło. "Człowieku, jestem chora" - napastnik poluźnił uścisk, zdjął rękę z mojej twarzy. "Choruję na nowotwór, nie wolno mi się denerwować" - i zaczęłam symulować, że mdleję.
Cały czas trzymałam Pepę na smyczy!
"Zadzwonię po pogotowie" - powiedział i rzeczywiście wziął komórkę (swoją) i zadzwonił. "Gdzie my jesteśmy, jaki tu jest adres???" potrząsnął mną, bo widziałam, że się boi, że stracę przytomność. Dał mi komórkę do ucha "Mów!" - powiedziałam, że zostałam napadnięta, wtedy on zaprzeczył. "Co pani mówi???" - i do dyspozytorki powiedział, że upadłam i podbiegł mi na pomoc.
W międzyczasie dwie młode osoby (DZIĘKUJĘ) zainteresowały się, co się stało.
Leżałam na chodniku, trzymając wciąż psa, młodzi zapytali, co się dzieje.
Napastnik przejął stery "Pani zasłabła, upadła, więc rzuciłem się na pomoc".
Oczywiście zaprzeczyłam energicznie - para osób wyglądała na skonsternowaną.
"Dzwońcie na policję!" powiedziałam im. "Policja zaraz tu będzie" odrzekli.
Wtedy podszedł jeszcze jeden mężczyzna, najwyraźniej towarzysz napastnika.
"Spierdalamy, zaraz przyjedzie policja!"
Wówczas napastnik pochylił się nade mną, leżącą wciąż bez ruchu (tak mi doradziła dyspozytorka pogotowia) "Nie zostawię cię tutaj, do końca życia, weź moją rękę, zobacz, dotknij serca"

"Człowieku, dlaczego ja, skąd ty jesteś, z jakiejś partii? Dlaczego chcesz mnie uchronić przed komunizmem, co ja mam z tym wspólnego???"
"A co, lubisz komuchów? Uważasz, że są ok?"
"Nie, ale dlaczego ja Kim ty jesteś, należysz do jakiejś partii, kim jesteś???"
"Jestem żołnierzem"

Ściana, pod którą leżałam, zrobiła się niebieska od migających świateł radiowozu.
"Spierdalamy!" krzyknął drugi facet - i zniknęli za rogiem.
Młodzi ludzie nie odeszli, powiedzieli policji, gdzie poszedł napastnik z kolegą.

Policjantka wyszła z samochodu "Jak się pani czuje? Może się pani ruszać?"
Wstałam (trzymając pieska na smyczy), zaprosiła mnie do radiowozu. Pepa wsiadła z ochotą i zainteresowaniem i natychmiast wskoczyła na wolne obok mnie siedzenie z tyłu, opanierowując białą sierścią policyjną tapicerkę.

Okazało się, że mają jego telefon...

Przyjechało pogotowie, też mieli jego komórkę. Zapytali, jak się czuję, czy potrzebuję pomocy. Podpisałam papier, że nie, żeby formalnie mogli odjechać. Policjantka zadzwoniła pod numer napastnika - podał jej swoje dane, cały czas mówiąc swoją wersję - że rzucił mi się na pomoc, bo rzekomo zasłabłam.

Wreszcie policja odwiozła mnie pod drzwi - weszłam do mieszkania i oczywiście zadzwoniłam do Wojtka, który był na planie filmowym.
Nagle... domofon

Nie rozłączyłam się z W. tak, na wszelki wypadek, ale przed domem stał radiowóz. Z otwartymi drzwiami - a na siedzeniu kto? Tak, on. Znowu z gadką, że potrzebowałam pomocy, że kłamię, że zostałam napadnięta, że przecież nic mi nie zginęło ani mnie nie skrzywdził.
"Jak to, nie skrzywdził? Przewróciłeś mnie, nie dałeś się ruszyć i zatkałeś ręką usta - to jest pomoc?"
"Ona kłamie! To ja wezwałem pogotowie, rzuciłem się na pomoc!"
(ponieważ wczoraj zmieniłam telefon i nie do końca umiem go obsługiwać, zrobiłam bezwiednie na głośnomówiący, a W. wciąż był na linii)
Nagle z kieszeni rozległ się głos "Ale koleś pierdoli, ja nie mogę" - rozległ się baryton mojego męża.

Policjantka wyszła z samochodu. Zapytałam, co ja mogę zrobić?
Mogę wnieść sprawę sądową o naruszenie nietykalności, o ile będą świadkowie.
Czy będą? Jutro się dowiem. Okazało się, że napastnik sam podał policji miejsce, gdzie jest.
Chory psychicznie, niebezpieczny człowiek. Jeśli faktycznie żołnierz, to powinien wylecieć natychmiast.
Policjantka powiedziała, że w samochodzie też chciał policję bronić przed komunizmem i do wiary przekonywać.

Teraz najlepsze, co mogę zrobić, poza spaniem (a chyba jednak nie zasnę szybko) to pójść do malowania. Przed feralnym spacerem zlikwidowałam głowę postaci na nowym obrazie.
Poperfumowałam się Rundholtzem 2020 Mars, kadzidlanym mocarzem - praktycznie niezmywalnym. Śmiem twierdzić, że ręka tego zbira wciąż pachnie kadzidłem, co w kontekście jego chorej wiary może być zinterpretowane jako znak, przez niego, oczywiście.

Idę do malowania, emocje mi zejdą.
Dobrej nocy.
Nic mi nie jest, tylko siniak na łokciu.

wtorek, 15 października 2019

Lato Jesienią - premiera. PiP

Szanowni Państwo, dostałam szczególne zlecenie. Kiedy właśnie rozmyślałam w dość melancholijnym nastroju o czarno białym obrazie, z przewagą czerni zresztą, Pani Katarzyna Taranko zamówiła u mnie obraz pokaźny, 100 x 70 cm. Żeby był wesoły, z zielenią, pełen życia.
I stał się cud - chłody i szkwały minęły i wróciło lato.
Melancholia poszła w odstawkę.


Często jest tak, że kiedy zabieram się za pracę "pod włos", potrzeba, by obraz był "mój", generuje nowe pomysły.
PiP! Czyli Picture in Picture.
Obraz na obrazie / obraz obrazu. Troszkę kojarzy mi się z powieścią szkatułkową.


Podpis złożyłam więc nietypowo - nie na rogu właściwej pracy, lecz na obrazie wewnętrznym.
Zaczęło się od aktu.


Strzałka, moja ulubiona, niebieska, jest poza aktem.
Takoż kotek, prawdziwą taką figurkę mam z porcelany.
Linię horyzontu zastąpił blat czy podłoga.
A litery kojarzą się z logo TARANKO, gdyż Kasia jest stylistką i ma swoją firmę z ubraniami, nazwa od nazwiska.



Ile możliwości w Pip - ie, za przeproszeniem! Mogę malować wnętrze pracowni z obrazami opartymi o ścianę. Na obrazach zamieścić co mi się żywnie podoba. Czy to duftart, czy pejzaż lub portret.
Do tego jest moja ulubiona przestrzeń i pustka (w skrócie znowu PIP).
Mam szczególny pociąg do niebieskich strzałek.
Przyznaję się, to symbole. Sygnalizują, że na wszystko mam pozwolenie. I że dobrze pójdzie.



Twarz potraktowałam szkicowo. Może jeszcze do niej wrócę. Wydanie obrazu pojutrze... jest czas.


Oto całość :


Lato jesienią. Nie moglam się powstrzymać i zamieściłam zdjęcia w sztucznym świetle, ale jutro zobaczycie, jakie kolory naprawdę tam są.


Zmierzam dziarsko w stronę malowania w towarzystwie, bo takowe znalazłam.
Jutro.
Jutro!
Do zobaczenia.