WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krytyczny Piątek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krytyczny Piątek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 września 2016

Krytyczna Sobota - "Bogactwo" z nędzą w Zachęcie

Dziś zapraszam serdecznie na zapoznanie się z moim spojrzeniem na wystawę Bogactwo w Zachęcie.
Wystawa zbiorowa i dość nierówna, przypomina mi zadania, jakie jako studenci ASP dostawaliśmy czasem do zinterpretowania. W dowolnej formie. (np Muzyka - kiedy to weszłam na stół i zaśpiewałam profesorowi "Miłość ci wszystko wybaczy").

Bogactwo.
Temat rzeka, bo przecież to pojęcie można zrozumieć na wiele różnych sposobów, ale w Zachęcie pokazano w przeważającej ilości dosłowne, najprymitywniejsze skojarzenie. Czyli bogactwo - złoto, pieniądze. Jeśli mimo to interesująco zaprezentowane - to ok, ale niestety.

Banknoty w roli głównej :



CYTAT : "Seria prostych kolaży wykonanych z banknotów różnych walut ukazuje skomplikowane zależności rynkowe. Praca opowiada o relatywiźmie i krytykuje mechanizmy rządzące nie tylko rynkiem, ale i obowiązujące w relacjach społecznych. To gorzki żart artysty na temat handlu sztuką o bardzo krytycznym podejściu".
Naprawdę, powiem Wam, że kiedy widzę na wystawach Szt. Nowocz. coś błahego, takie nic, można rzec, to już się cieszę, co znajdę w opisie - bo prawdziwymi bohaterami wystaw są Krytycy! Bez nich Sztuka by nie istniała, ba, to, co piszą, jest Sztuką i to osobnym gatunkiem, który powinien doczekać się specjalnego opracowania. Widzę spójność i podobne cechy języka - choć Zachęta prezentuje odłam ascetyczny - CSW - rozbuchanie.

Same kolaże przypominają mi zabawy z podstawówki - tam co prawda nie mieszało się wielu walut, ale zabawa była przednia. I ideologii nikt nie dorabiał.

Poniżej - fotograficzna rekonstrukcja autentycznego zdarzenia, kiedy złodziej wyrzucał świeżo zdobyte pieniądze z balkonu w banku


No tak, tyle, że zdarzenie, owszem, ciekawe, chętnie zobaczyłabym reportaż na ten temat, może nawet i film - ale rekonstrukcja fotograficzna? Ja wolałabym posłuchać, co myślał sprawca całego zamieszania.
Szkoda, że bardzo powszechnie pokazuje się "zapisy działań" w postaci fotografii, filmów z projektora, tyle, że te działania do niczego ciekawego nie prowadzą.
Na to odpowiada się teraz, będąc artystą - liczy się proces.
Ale... pomyślmy... procesy same w sobie bywają szalenie interesujące, są takie! Choćby kręcenie filmu. Zaplecze sceny podczas przedstawienia.
Czy coś staje się ciekawe i godne uwagi TYLKO przez to, że dostaje etykietkę "Sztuka nowoczesna"?
Nie dla mnie.

Zobaczmy tę pracę z wystawy - zasadza się oczywiście na prostym pomyśle, ale jaki efekt!
Zabawa skalą, gra absurdem - świetne!


Opis może wzbogacić wiedzę - ale NIE ZASTĘPUJE całego "dzieła". I o to chodzi.

Nie to, co tutaj :


...wyświetla się prymitywnie zrobiony filmik, na którym widzimy płonącą sztabkę złota - skojarzenie nasuwa się samo, niby taki kontrast - czy mnie to zaskakuje? Porusza? Jest atrakcyjne wizualnie? Nie.
Za to opis - atrakcyjny jest jak najbardziej :
(cytat) "Praca odnosi się do iluzoryczności tego kruszcu i jego wartości oraz niematerialności dzieł sztuki konceptualnej. Artysta posługując się strategiami konceptualnymi, prowadzi ironiczny dialog z historią (sztuki) i stawia pytanie o wartość (również rynkową) efemerycznych działań artystycznych".

Szkoda, że nikt nie stawia odpowiedzi - byłabym bardzo ciekawa, ile konkretnie wart jest taki filmik? Czy Artyście za niego zapłacono? I ile? Czy się targował? To pytania, które JA stawiam, wg mnie bardzo interesujące.

W sali znalazło się miejsce dla malarstwa - jeden ładny obraz, jeden brzydki i dwa bardzo brzydkie (te dwa poniżej) :



(Gucio stwierdził "Wygląda na świetnego didżeja").

Swoją drogą, uświadomiłam sobie, że w zasadzie ja, fotografując, staje się Artystką Nowoczesną - przecież przetwarzam to, co widzę, mało tego, na niektórych fotografiach widać moje odbicie. Opatruję je opisem, cytatami - teraz już tylko umieścić laptop, na którym piszę recenzje, w szklanej gablotce (tak na wszelki wypadek) i gotowe.
A nie, jeszcze opis i nazwa - zapis akcji pt. Mniejsza Połowa Krytycznego Tygodnia (bo były już Czwartki, Piątki, dziś Sobota).

Odnośnie wystawy - można zagospodarować przestrzeń ciekawie? Można.
Lustrzany, ogromny "diament", dzięki wielopłaszczyznowości zbierał odbicia prawie wszystkich prac z sali.
Zyskiwał przez to jakby wciąż nową formę, widziany pod różnymi kątami.



Poza tym... ja czuję słabość do luster. Lustro nigdy nie jest samo. Może być przyjacielem, wrogiem, rzadko kiedy chyba tylko informacją (w rodzaju "czy mam coś na twarzy"). Może zniekształcać, a z drugim lustrem wpada w zapętlenie.

Wracając do wystawy :


Dolar udostępniony dzięki uprzejmości artysty, pamiątkowy. Mnie osobiście irytuje ten napis - charakter pisma, nawias - widzę wszystkie "dziubki" świata na selfikach. No ale dobra, rozumiem.

Całkiem w kącie, na uboczu ekspozycji - "bursztynowy kebab" - a szkoda, bo wizualnie całkiem, całkiem. Znaczeniowo - kontrast bursztynu, kiedyś niezwykle cennego i inwazji budek z kebabami.


Szkoda, że nie postawiono go w oddzielnej, ciemnej salce - wyglądałby jak lampa, tajemnicza lampa Alladyna. Ale o oświetleniu i jego niezwykłych możliwościach Zachęta zdaje się zapominać.

Bardzo efektowna praca (szczególnie w kategorii Wnętrza -> Tapety) zajmuje całą ścianę w sali


Ma pokazać (i pokazuje) kontrast bogactwa i złego gustu, jakim dla artysty są torebki Vuittona.
Szkoda tylko, że nie zachował kolorystyki właściwej dla oryginału czyli sraczkowatych brązów (na ceratopodobnym tworzywie zresztą). Upiększył rzeczywistość - Vuitton mógłby od niego zgapić wzór, powiem szczerze.
Zresztą jego sklep nie jest stosunkowo niedaleko od Zachęty, aż się prosi.

Wielokrotnie padało tu - i w komentarzach, stwierdzenie, jakby dzieło nie miało racji bytu bez opisu krytyka. Są wyjątki : wnętrza. Oto przedstawiam Państwu tajemniczy pokój z "dłoniowymieniem".




Pośrodku salki, kupka papierów udających podarte banknoty, włączony monitor dawnego typu, a pod stołem... no właśnie, co to jest?
Wg mnie Wymię Samodojące, ale to jednak nie wyczerpuje tematu - obiekt bowiem, pomiędzy mackami, ma pośrodku obleśny odbycik.
Na widok tego czegoś, spowitego mrokiem pod stolikiem, wydałam cichy okrzyk przerażenia - pan z obsługi przyszedł mi na pomoc, twierdząc, że wymię znalazło się na wystawie przypadkiem i nie ma żadnego związku z Bogactwem.

O ile instalacja w stylu Lyncha mnie zaskoczyła, to widok TEN wcale :



Otóż jest to zapis akcji - rozbicie butelek szampana, z których każdy kosztował równowartość pensji brutto 2016. Kto bogatemu zabroni? Tym bardziej, że "hojny dziad z cudzej kiesy".
(nawiasem mówiąc, butelki przedtem wypił on albo ktoś, bo korki leżą obok, a przecież od uderzenia rozbiłoby się szkło, a nie wyskoczył korek)
Krytyk pisze :
"Kluczowym aspektem tego projektu jest proces. Raz już zniszczony towar luksusowy w tych okolicznościach staje się ponownie innym "towarem", czyli "dziełem sztuki" Jako swój wkład w wystawę artysta zaproponował akcję - na salach wystawowych rozbił butelki ekskluzywnego szampana. Tym samym dokonał się i unaocznił proces marnotrawstwa "w publicznej instytucji, za publiczne pieniądze ".
Przepraszam, ale bez komentarza. 

Reasumując : szkoda, że nikt nie podjął znaczenia bogactwa w mniej banalnym rozumieniu. Taki był jednak zamysł kuratorek, chcących zapewne uzyskać spójność. Mimo wszystko żal : można było poruszyć temat wyzysku, ubóstwa, ludzi znanych z bogactwa, wreszcie bogactwo może być tez niematerialne. Bogactwo wewnętrzne, bogactwo kolorów, smaków.
Uboga ta wystawa.

piątek, 11 lipca 2014

Krytyczny Piątek - Ohydne Dziurki i gówniany obraz

Zacznę nietypowo - od perfum. Firma Etat Libre*, która każde swoje perfumy opatruje opowiastką, ma ambicje, by uważano jej zapachy za awangardowe, skandalizujące czasem, a w każdym razie służące wyrażaniu wolności - wypuściła na rynek w 2006 roku Secretions Magnifiques - Sekretne Wydzieliny.
Pomknęłam oczywiście co tchu powąchać ów wytwór, nie mając zresztą większych nadziei na to, że zrobią na mnie wrażenie (wiele razy przewiozłam się na niby wyjątkowości perfum).

Ale tym razem stało się inaczej.
Wzdrygnął mną odruch prawdziwego obrzydzenia - i podziwu, że komuś coś takiego się udało. Nie byłam w stanie od razu zbadać, dlaczego? Na kupy, siki i nawet wymiociny (w perfumach - oczywiście rzekome), jestem odporna, głowa od zapachów w zasadzie mnie nie boli, mdłości również nie miewam.
Co najwyżej zapach mnie drażni, ale w sferze emocjonalnej.
Krótko mówiąc - uważam się za twardą zawodniczkę.
Ale tu do testów podchodziłam wielokrotnie - chcąc się dowiedzieć, czemu tak reaguję...?
Już wiem.
Dla mnie ta "sekretna wydzielina" to ropa, nie wnikam nawet, skąd. Nie jestem - jeszcze - w stanie zagłębić się (bleh) w temacie i dostrzec złożoność zapachu...

Znacznie mniej inwazyjny, przynajmniej dla mnie, niż zapach - jest obraz. Nie fotografia, tylko "coś" stworzone ludzką ręką.
I tak, jak szanuję twórcę Secretions Magnifiques (Antoine Lie) za naturalizm, tak szanuję płaskorzeźbę Anny Słonki - Moskwy. Patrzenie na "dziurki" do przyjemnych nie należy...? Mam rację?


 "Dziurki" są na tyle dobrze zrobione, że mnie przkonują.
Gdyby zamiast nich Moskwa umieściła zdjęcia - byłabym na NIE (a niestety wielu "artystów" współczesnych nie widzi tej subtelnej, lecz decydującej granicy).
Zupełnie jak w anegdotce o gościu, który na jarmarku, za pomocą swoich rąk w worku i wydawanych odgłosów imitował świnki - że niby są tam naprawdę. Do kapelusza sypał mu się grosz od ubawionych gapiów.
Zobaczył to "spryciarz" - pomyślał "W czym problem?", schował do takich samych worków prawdziwe prosięta i dziwił się, że nikt mu nie płaci.

Tak więc z obrzydzeniem zapraszam na bliższe spotkanie z otworami :




Intencja autorki to ukazanie dwoistego stosunku, jaki ma się do własnego ciała - z jednej strony swojskość, a z drugiej...te okropne szczegóły...(garmażerka, mówiąc w skrócie).

A teraz - dla porównania - gówniany obraz. Może nie dosłownie, bo nie jest z prawdziwego gówna, tylko udaje, ale ze średnim rezultatem.




I ten motyw w fiolecie, niby służący kontrastowi, a - nie bójmy się tego słowa - słaby jest. I jakiś taki pretensjonalny.
W opisie czytamy, że obraz "powstał jako test (...) do wnioskowania o nieuświadomionych treściach czy zaburzeniach psychicznych. (...) W obrazie tym pobrzmiewają echa taszyzmu - niegeometrycznego abstrakcjonizmu, który przybierał formę agresywnego ataku na płótno."
W tym wypadku płótno zostało agresywnie zaatakowane przez odbyt, moim zdaniem, sztuczny...? (artisan)


Pomyślcie, ile Niewypowiedzianych Traum w Jamce można by zmieścić w miejscu tego czegoś, ech.
I mogłyby one na dodatek zmieścić się w konwencji Duftartu!

* Etat Libre d'Orange - nie wszystkie zapachy - oczywiście w moim przekonaniu - im się udały, ale te, które uważam za dobre, są wręcz powalające.

piątek, 4 lipca 2014

Krytyczny Piątek - Muzeum Neonów

Neony mojego dzieciństwa...
Widzę je, kiedy zamykam oczy
Chociaż ich nie ma...


Otóż dzisiejszy wpis poświęcam sztuce użytkowej, tworzonej przez najlepszych projektantów, a potem zniszczonej, bo w czasach kryzysu z powodu oszczędności neony wyłączano, a dłuższe nie używanie powodowało nieodwracalne szkody. Potem uruchomić się już ich nie dawało - bez naprawy. A kto by je naprawiał? Skoro wciąż za mało miejsca na reklamę. Na banery, zakrywające całe budynki.
Na tandetę, która jak pasożyt wyniszcza taniością to, co wartościowe.

ALE niektóre zdemontowane neony udało się ocalić.
Pani Ilona Karwińska, współdyrektorka warszawskiego Muzeum Neonów, która z Polski wyjechała jako dziecko, wróciwszy po latach do stolicy zauważyła dramatyczną, jeśli chodzi o tempo, zagładę neonów.
 Czasem w wyniku negocjacji udawało się neon odzyskać.
I tak początkowo przechowywała je w mieszkaniu, na balkonie, na balkonach znajomych...ZAPALEŃCÓW.
Aż wreszcie, na warszawskiej Pradze, w dawnych magazynach żywności z XIXgo wieku,  powstało Muzeum Neonów . Jego działalność obejmuje również wspieranie inicjatyw w rodzaju renowacji, przywracania do życia w "naturalnym środowisku".
Ja czułam się tak, jakbym dotykała wspomnień
(muzyka - press play)


Mieszkałam z rodzicami z dala od Centrum (Sadyba), do miasta jeździłam z Mamą co piątek, gdyż właśnie wtedy chodziła do fryzjera "Hanka", na tyłach Nowego Światu, do pani Ali, która zresztą czesała mnie do pierwszego ślubu.
Działo się to, moi mili, w latach 70tych ubiegłego wieku.
Zamiast nudzić się i przeglądać magazyny z pięknie umalowanymi kobietami, wyskakiwałam na Nowy Świat, najchętniej do sklepu akwarystycznego, w którym trochę przestraszał mnie sprzedawca z niesprawną ręką, o białej cerze i kruczoczarnych włosach (ach, ileż mi gupików wyłowił!).
W księgarni obok pracował starszy, tęgawy pan, chory na serce, który wyglądał tak, jakby lada chwila miał zbladnąć lub poczerwienieć i paść bez tchu.
Niedaleko znajdowała się Księgarnia Radziecka, ze wspaniałymi płytami m.in. z muzyką poważną...
Po fryzjerze chodziłyśmy do Igloo, z lodami, czekoladą i okrągłymi kulami szklanymi, w których ciągle mieszał się sok pomarańczowy w jednej - w drugiej z czarnych porzeczek (nawiasem mówiąc, w kolejce po lody nagle zaniosłam się szlochem i wyznałam zaniepokojonej Mamie, że "ten piękny mężczyzna, stojący przede mną nigdy się nawet nie dowie, że go kocham - musiał być podobny do Alain Delona).

A naokoło aż się skrzyło od neonów...jak w całej Warszawie...

W stanie wojennym odwiedziny w mieście się skończyły, nawet nie miałam świadomości, że neony niszczeją - jak ten w Kielcach


Wracając do Muzeum Neonów - atmosfera jest.




Aż coś we mnie podskoczyło, kiedy zobaczyłam te :





To tak, jakby ktoś przeniosł w inne miejsce dom, przeznaczony do rozbiórki, i go zabezpieczył (a, właśnie - koło dawnego Kina Moskwa (teraz Silver Screen), na prostopadłym budynku do niego, umieszczono neon "PRZEZORNY ZAWSZE UBEZPIECZONY" - w wyniku awarii świeciło się "PRZEZORNY ZAWSZE PIECZONY").

Wojtek powiedział, że neony tutaj spotkane, przypominają Mu przygodę z zapachami - kiedy jeden zapach jest w stanie przenieść nas do czasów dzieciństwa.





Czy uwierzą Państwo, że Warszawa od innych stolic podobno dla cudzoziemców była rozpoznawalna dzięki neonom? Jeden z nich, pół Polak, pół Kanadyjczyk, Eric Bednarski, nakręcił znakomity dokument pt. Neon.
Ten seans filmowy doprowadził nas do Soho Factory, gdzie umiejscowione jest Muzeum.


Czy swiat neonów odszedł na zawsze?
Otóż niekoniecznie. Okazuje się, że ludzie wrażliwsi - przedsiębiorcy, wolą wabić klientów (jak ćmy do lampy) nie szyldami czy "panelami", lecz wykonanym na specjalne zmówienie neonem.

Więc - może pojawi się ich więcej?  Oby.


Jak kiedyś...

piątek, 27 czerwca 2014

Krytyczny Pt. - Aleksander Laszenko - Miejski pejzaż z nastrojem

Najpierw proponuję wcisnąć play :


Wiecie, że nawet ciężko mi pisać, bo tak mi zależy na tym, żeby Państwo poczuli choć część wzruszenia (albo może poruszenia), którego przyczyną stało się malarstwo Aleksandra Laszenki.

Szukając w necie materiałów na Krytyczny Piątek, nagle, wśród innych obrazów, zobaczyłam ten :


...i ten...


 ...i przepadłam.

Znają Państwo moje upodobanie do miejskich pejzaży, jaką czcią otaczam elektrociepłownię Siekierki.
Czasami śni mi się, że jestem sama w mieście, bezludnym mieście, mam tego pełną świadomość i to działa na mnie...kojąco.
Wydawało mi się, że moje upodobania są na tyle osobiste, że trudno byłoby mi je przekazać - a tutaj widzę, że ktoś maluje to, co śniłam.
Puls mi podskoczył - kiedy dowiedziałam się, że Artysta jest Polakiem i mieszka w Warszawie..

Pomyślałam, że wręcz powinnam zrobić wszystko, żeby poznać kogoś, kogo twórczość w zasadzie mogłaby być moją (gdybym zdecydowała się na miejskie pejzaże) - i nie minęło pół godziny, kiedy zostałam zaproszona do pracowni Aleksandra Laszenko. Przez niego samego.

Żadna wystawa nie zastąpi widoku Artysty w jego środowisku, gdzie pod ścianami i na sztaludze stoją obrazy widziane wcześniej tylko w wirtualnej przestrzeni. Tu muszę zastrzec - opisuję tylko i wyłącznie swoje wrażenia, nie zaczynając każdego zdania od słów "wg mnie",  jedynie by uniknąć powtórzeń.



 Mimo, że AL jest człowiekiem pozbawionym jakiejkolwiek pozy, sympatycznym, zwyczajnie mówiącym o swoim malarstwie - było mi wręcz głupio, kiedy zająwszy miejsce siedzące, zapadłam w stupor.
"Mózg mi się wyłączył, przepraszam"
Na co AL odrzekł z uśmiechem "Jeszcze się obudzi"
Czy można się dziwić, skoro miałam TO na wyciągnięcie ręki :




Kiedy oswoiłam się z sytuacją, zaczęłam zadawać pytania, przekonując się, że na najważniejsze dla mnie kwestie dotyczące swego malarstwa AL odpowiada dokładnie tak, jak przewidywałam.
Czyli - rzeczywiście, najważniejszy jest nastrój. Niepokojący - po pierwsze przez pozbawienie architektury (przecież nierozerwalnie związanej z człowiekiem) ludzkiej obecności. Dlaczego nikogo nie ma? Kataklizm? Coś złego musiało się stać...?
"Kiedyś Bonanza w TV" zażartował AL (nawiasem mówiąc, wg malarza budynki są najdoskonalszymi rzeźbami miejskimi)
Fascynujący mnie moment przed burzą, kiedy niebo staje się ciemniejsze od budynków, obiektów, oświetlonych ostrym światłem od przodu - a z tyłu nadciąga nawałnica - jest równie interesujący dla AL.


Tego rodzaju obrazy AL tworzy od 12stu lat, a jednym z pierwszych był poniższy, zainspirowany modernistycznym budynkiem, zaprojektowanym przez ucznia Le Corbusiera (modernizm to również jeden z ulubionych okresów malarza) :



W pewnym momencie AL powiedział, że właściwie to ON chętnie zdałby mi pytania, jak odbieram jego twórczość. Co mnie zaintrygowało. Czego chcialabym się dowiedzieć.
Ciekawiło mnie przede wszystkim, jaki jest ktoś, kto tak maluje.
Spodziewałam się, powiem szczerze, mrukliwego introwertyka, a tu - proszę : człowiek, który, żeby nie zwariować, maluje parę rzeczy naraz, który - również z tego powodu - wyżywa się jako solista w zespole Zupa Trio, gdzie każdy z utworów nosi tytuł innej zupy - a więc Pomidorowa, Ogórkowa itp (nagrywają materiał studyjny). Zapomniałam zaproponować Szczawiowej...

Zapytałam - a jakże - o sztukę nowoczesną. Zdaniem AL kwestia o tyle trudna, że dopiero proces czasowy weryfikuje, pokazuje wartość. Jego zdaniem - jak wszędzie - tylko (?) pięć procent to rzeczy godne uwagi. Reszta jest hochsztaplerką, która się udaje dzięki temu, że widzowie w większości nie mają nic do powiedzenia, poza tym, że "ja się na tym nie znam".
Tutaj AL się ożywił - "Nie ma czegoś takiego, jak "nie znam się". Jeśli nie można nic powiedzieć, dopóki się nie przeczyta karteczki z opisem, nie mamy do czynienia ze sztuką. Która powinna bronić się i funkcjonować bez tłumaczenia.
"A co w takim razie..." -zapytałam- "...np ze sznurkami na ścianie, ktore okazują się szwami wyjętymi ze zwłok?"
"Wizualnie to nie jest interesujące. A wizyta w Oświęcimiu podziałałaby znacznie silniej."
"Po czym poznać w takim razie (mówimy o sztuce) prace godne uwagi?"
"Nie ma tanich efektów" - TANI - słowo, którego mi brakowało przy okazji Krytycznych Piątków.
Wówczas, żeby ukryć nierozsądny uśmiech i wzruszenie (że ktoś myśli podobnie), gorliwie przystąpiłam do picia herbaty.

A naokoło mnie takie cuda (pierwszy obrazek ma wielkość mniej więcej dwóch dłoni!) :




AL mówi o sobie, że jest raczej leniwy, ale gdyby musiał się podporządkować jakiemuś trybowi regularnej pracy - np plener czy malowanie od godziny do godziny, to nie byłoby problemem. A co byłoby? Konieczność porannego wstawania.
Pytałam o przewidywalność pracy nad obrazami - coś takiego u AL nie występuje. Zawsze jest niespodzianka. Natomiast gdyby miał namalować dwie, powiedzmy, takie same prace, to proszę bardzo (nawet coś podobnego miało miejsce - jacyś celebryci zażyczyli sobie bezwzględnie obrazu wcześniej sprzedanego - i dostali podobny).
AL maluje w różnym świetle, chętnie wieczorami, w sztucznym, wychodząc z założenia, że obrazy i tak są często prezentowane w takim rodzaju oświetlenia.
Precyzja...jest potrzebna, tak


Przy okazji wyjścia, mając przed sobą perspektywę marszu piechotą z Ochoty do Łazienek, zapytałam o spacery. Czy lubi. Pasjami. Nawet zygzakiem po mieście.
Tak, jak ja, uważa, że to najodpowiedniejsze tempo dla obserwacji.
Co nie przeszkadza Mu być fanem metra.


Przyznam się Państwu, że szłam do AL trochę z duszą na ramieniu - co się we mnie stanie, kiedy zobaczę "swoje" obrazy? Obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione. Świadomość, że ktoś już maluje "za mnie", a ja mogę zająć się spokojnie czymś zupełnie innym, spowodowała, że poczułam się tak jakoś lekko.

A mijając miejskie widoki wiedziałam, że jeśli coś zatrzyma mój wzrok, mogłoby znaleźć się na płótnie AL.


Na koniec - notka biograficzna ;
Aleksander Laszenko urodzony w 1978 w Warszawie. W latach 1994 - 1999 ukończył Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych imienia Wojciecha Gersona w Warszawie, a następnie w latach 1999 - 2004 warszawską Akademię Sztuk Pięknych na wydziale malarstwa. W czasie studiów naukę pobierał w pracowniach:
- malarstwa profesora Jarosława Modzelewskiego [dyplom],
- rysunku profesora Tomasza Żołnierkiewicza,
- rysunku profesora Stanisława Baja,
- rzeźby profesora Piotra Gawrona [aneks do dyplomu].

Obecnie zajmuje się malarstwem, rzeźbą, oraz działalnością muzyczną. Współzałożyciel powstałej na jesieni 2004 grupy artystycznej Der Blaue Ratler. Brał udział w czterdziestu wystawach indywidualnych oraz zbiorowych w Polsce, Austrii, Niemczech i na Słowacji.

aaach...!

 A w ogóle pracownia jest jedną z wielu w budynku - bo to kamienica artystyczna (Kamienica TA3), w tym jeden poziom zajmuje galeria. Kamienicę współtworzą dwie organizacje: stowarzyszenie artystyczne FRONT SZTUKI i FUNDACJA POMPKA z galerią fotografii "OBSERWACJA" i pracownią .
 I pachnie tam jak na ASP - terpentyną, farbami i SZTUKĄ. (a po mojej wizycie również Aoudem Montala, pomarańczowym)