WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Tajemniczy obraz

Upał przerywany burzami na zewnątrz, a ja w pracowni, jak w kapsule czasoprzestrzennej maluję inspirując się snem.


Jako kilkuletnie dziecko już zdradzałam ciągoty ku melancholii, ale tam, gdzie inni widzieli ponurość, ja - uspokojenie czy tajemniczość. Kiedyś postanowiłam sobie, że przez cały dzień nie będę się odzywać, tylko nucić melodię własnej kompozycji.
"Co tam mruczysz, Justysiu?" zapytała Mama.
"Moja nowa muzyka"
"No proszę. Czy ma tytuł?"
"Oczywiście - Smutek i Zapomnienie"


Ten obraz powstał, zanim jeszcze zaczęłam cykl Biało na Czarnym (chociaż lampa nosi cechy negatywu) i wg mnie za wiele tu się dzieje.



Niemniej jednak, kiedy tej pracy poświęci się trochę uwagi i czasu, można "wsiąknąć" w specyficzną atmosfeirę, inną w każdym rogu.


Nie ma tu, co prawda, "mojego" charakterystycznego domku ani chorągiewki, ale kto wie? Może nagle chwycę za pędzel i domontuję.
Dużo starań poświęciłam kałuży, bo bardzo lubię zjawisko odbicia - czy to w wodzie, czy szybce czy lusterku. Odbicie pokazujące coś, co nie znajduje się bezpośrednio na obrazie.



Naprzeciwko moich okien, wychodzących na południe, stoi przedwojenna kamienica. W swoim mieszkaniu nie widzę zachodniego nieba, ale w budynku naprzeciw ktoś uchyla okno i dzięki temu jego szyba "łapie" miejsce, gdzie zachodzi słońce, przesiane przez gałęzie włoskich topoli. Te drzewa mają specyficznie umieszczone liście, pod kątem innym niż reszta, dzięki czemu szumią i szeleszczą przy najlżejszym powiewie. Zwróćcie uwagę.


Na moim obrazie też wieje, lubię taką dynamikę (fryzur szczególnie).




Swoją fryzurę rano utrwalę lakierem "Taft na każdą pogodę", gdyż wyruszam daleko, do miast, w których moja stopa jeszcze nie postała.

sobota, 27 czerwca 2020

Czarna pani - totem

Wiele razy powtarzałam, że wciąż nie mówię pełnym głosem, jeśli chodzi o malarstwo.
Choć obrazów nie uważam za złe, lubiłam niewiele, może z 5 procent, bo żaden nie miał wszystkiego, o co mi chodziło. Jak była sylwetka, brakowalo pustki, jak była pustka, brakowało linii albo obraz nie działał specyficznym nastrojem, który lubię najbardziej i za który cenię obrazy innych.
To nastrój właśnie, a nie techniczna biegłość czy spostrzegawczość lub treść, powoduje, że chcę na coś patrzeć.


Nareszcie mogę Was zaprosić do swojego świata, który i przede mną uchyla drzwi.

Muzyka!


...uchyla drzwi!



Czarna Kobieta z obrazu była gotowa już dwa tygodnie temu, i od razu oprawiłam ją w ramy, podpisałam i powiesiłam w pracowni, choć wiedziałam, że jeszcze z Nią nie skończyłam. Pierwszy obraz w życiu, który tak entuzjastycznie potraktowałam.

Czekałam na odpowiednią chwilę, mogłabym napisać, na odpowiednią noc, ale pracowałam w jasny dzień, hipnotyzując się dźwiękami - przestrzeniami Bartosza Dziadosza. Jak nań trafiłam, to zupełnie inna historia.
Ta twarz ma wzrok, dobry wzrok, dobry dla mnie.


Była zbudowana z większej ilości elementów, które eliminowałam (Eliminacja to moje drugie imię)



Poza tym zlikwidowałam (nareszcie!) prostokątne ograniczenie formatu.


Więc moja kobieta - totem, patrzy na mnie znad sztalug. Wyrozumiale, przyjaźnie.


Podpis! Mój nowy podpis, też od dawna wymyślony, ale sygnuję tak tylko bardzo mi bliskie prace.
Zwierzyłam się kiedyś Guciowi, że brakuje mi nowych inicjałów.
"To idź sobie, mamusiu, napij się kawy, a ja to zrobię"
"Aha, na pewno" pomyślałam. Ale po kawie podpis był gotowy.


"Chciałem, żeby był na nim twój domek i chorągiewka".
To jest coś.


Posłuchajcie i popatrzcie jeszcze raz.


wtorek, 23 czerwca 2020

Negatywne obrazy - początek

Dziwny czas. Przesilenie letnie, nów, zaćmienie słońca. Dzień Ojca.
Świt straszy zza okna, kiedy zapomnę o czasie (się położyć).



I ta pogoda! Człowiek zlistopadziały, jak ja, czuje się jakby na wakacjach.

Przewrotnie, w ten Czas Krótkich Nocy, wzięłam się za projekt, jak to się teraz mówi, nazwany Biało na Czarnym. Różnica nie tylko mechaniczna w stosunku do czarnego na białym. Zafascynowana linią, odkrywam malowanie światłem. Albowiem gdyż czarna linia na białym tle nie świeci, a biała - owszem!
To wspaniałe.



Kto wie, może mnie poniesie na dłużej ten Negatyw?


Ponieważ mam 2-3 sny co noc, postanowiłam (jeszcze bardziej) się nimi inspirować. Szczególnie, że ulotność zapachów i marzeń sennych ciekawie się łączy!


Tata w moich snach nie usiłuje mi czegoś powiedzieć, On po prostu jest. Chociaż... zaraz... powiedział mi raz, że umarł "na próbę".
Można się przyzwyczaić do tego, że kogoś kochanego brakuje, nie szarpie już tak, ale wiem, po prostu wiem, że moje życie byłoby lepsze, gdyby żył.
Tyloma rzeczami chciałabym się podzielić, nowo poznaną muzyką, zdarzeniami, obrazy pokazać.


Sierota ze mnie.
Pół.

czwartek, 18 czerwca 2020

Wielki błękit i cześć.

No to nadszedł typowy, upalny czerwiec. Duszno, koniec dnia z początkiem dzieli chwila ciemności.
Połówka księżyca przybita do ciemnego granatu nieba.
Namalowałam niebieski obraz, pusty. Nikogo nie ma, cisza. Wschód słońca, które jeszcze się nie ukazało, tylko horyzont rozjaśniony. Chłodne, rześkie powietrze, stojące, wszystko zamarło.

Pustka jest sugestywna, ale jednak mnie męczy. Czegoś brakuje - czego? Jeszcze nie wiem. I się nie dowiem, gdyż obraz poszedł do nowego domu.



Nie będzie sam - razem z nim pozbyłam się też Żółtaszka


W ostatnich dniach moją pracownię opuściło kilkanaście obrazów.
1. Pali się
2. Dom ze światełkiem
3. Wybuchowa kobieta
4. Apollo
5. Niespokojny pejzaż
6. Aniołek w czerwonych bucikach
7. Wysypisko
8. Wielki błękit
9. Żółtaszek
10. Sosna zachodnia
11. Sosna wschodnia
13. Zamyślenie
15. Kosmiczna miłość

To jeszcze nie koniec.
Zachowuję tylko te, które chcę wystawiać. Trochę zamalowałam.


Znacie zapewne potrzebę oczyszczenia. Nie zajmuję się tym, czego nie ma. Niech cieszy innych, szczególnie, że wybieram tylko te osoby, które lubię, które okazały mi bądź okazują serce.

Czuję się zmęczona.
Obsesyjnie męczy mnie myśl, że nie zdążę pokazać w malarstwie tego, o co mi chodzi. To bardzo trudne.

czwartek, 11 czerwca 2020

Apollo gra w pollo

Nadejszła wiekopomna chwila, kiedy z pomocą Gustawa założyłam swój kanał na You Tubie.
Czekałam na odpowiedni moment, czyli na obraz przełomowy.
Nawiasem mówiąc, większość tego, co namalowałam, bym zmieniła. Czego mi żal, to sprzedaję albo się wymieniam.
Co w moim rozumieniu oznacza przemalować stary obraz?
1. zamalowuję całość, biorę zmywak i przecieram, żeby wyszło coś. Na zgliszczach
2. dodaję obraz na obrazie, traktując to, co pod spodem jako tło


3. domalowuję element, którego mi brak - taki znak czasu




W poniższej pracy, na dwóch postaciach (Apollo i pani z pupą) żywiołowo namalowałam konia - bestię. Żywioł na początku, potem zaczyna się dopieszczanie, wygładzanie, cieniowanie, bo linia to jeden z moich ukochanych środków wyrazu.



Koń! Banał nad banały, może przegrywa tylko z Jeleniem na Rykowisku.
Ale ten mój konik nie jest zwyczajny - i na tym oto filmiku dowiecie się, co miałam na myśli.


Nie będę zachęcać do "dawania łapek", jeśli możecie, dajcie znać, jak Wam się podoba. Coś na zachętę.

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Spokój pozorny - wściekły pejzaż


 Jest taki przyjemny moment, kiedy siedzę przed zagruntowaną płytą, pustą i myślę "Co by tu...?".
Wtedy idę do półki z perfumami, wybieram zapach i zamykam oczy.
Tego dnia nosiłam Dune Diora.
Kolor! Marzycielski, koralowo - pomarańczowy, spokojny, lecz energetyczny.

Linia horyzontu, cieniowane niebo. Przekonałam się - po raz kolejny, że Dune, jeden z najpiękniejszych zapachów, jest nie dla mnie. Nie mija godzina, a czuję irytację, przebranie. Zmyć z siebie Dune niełatwo. Po kąpieli i wyszorowaniu rzuciłam niechętnym wzrokiem na pejzaż.

Zadzwonił telefon, zła wiadomość. Wylałam kawę, rozbolała mnie głowa.

Jaki spokój?
Czy w ogóle CHCĘ się uspokoić, a może by tak wykorzystać złość? Od razu lepiej. Pach! biorę pędzel, dochodzą krechy, linie, obraz staje się coraz bardziej "mój"


Znowu ktoś ucieka. Kto? Przed czym? A może przed kim?
Pewnie nie chce, żeby ciężka chmura spadła mu na łeb.



No i został duftart bez zapachu... ale czuję (nosem wyobraźni) szypr z brzoskwinią. Musiałby być z goryczką, przestrzenny, ostry. Może trochę retro?


 Obraz mógłby nazywać się Lęk przestrzeni. Miałam takiego kolegę, z którym lubiłam spacerować po lesie. Mimo wszystko! Zawsze wybierał chaszcze i gęstwiny, gałęzie siekały nas po twarzach. Do domku wracaliśmy młodnikiem, bo mówił, że sam wyraz "łąka" napawa go strachem. Droga z kolegą zawsze trwała dłużej, kiedy zaczynało się ściemniać, G. drżał, bo zmrok również go przestraszał. Mimo potężnej postury piszczał jak myszka na widok cienia gałęzi. Czyżbym podświadomie jego uwieczniła na moim pejzażu?


Kiedy wieje wiatr, idę pod Łazienki. Słyszę szum w gałęziach. Wyobrażam sobie, że jestem na Mojej Promenadzie. I tak będzie. Pójdę tam sama, wyjdę na środek wycinki i zapłaczę.

Kwiaty - Narcyzy - niepokój

Była okazja, dostałam kwiaty, pachnące miodowo narcyzy, ale przyjęłam to zupełnie zimno, bo wcześniej poległam w jakimś głupim starciu słownym. Głupim, bo oboje wiemy, co kto powie i w jakiej kolejności.


Narcyzy długo leżały na stalowym, zimnym blacie w kuchni, a potem powędrowały do wazonika z niebieskiego szkła. Potem przeszkadzały, zasłaniając rozmówcę przy stole i wylądowały wysoko, na regale.



Patrzyłam, jak się starzeją, płatki coraz cieńsze, jak z pożółkłego papieru, łodyżki jakby druciane, za delikatne do utrzymania uschniętych główek.
straciły całkiem zapach. Jedyne życie to pleśń na końcówkach łodyżek.
Bardzo martwa natura.



Co ciekawe, łatwiej mi ściąć kwiaty niż je wyrzucić do śmieci. A już złamać, w życiu. Położyłam trupki na wierzchu torby. W nocy, jakby ukradkiem, pozbyłam się odpadków. Rano okazało się, że parę kwiatków mi wypadło. Leżały, zdeptane, ubłocone.



Więc pamiętajmy, by się nie kłócić, szczególnie, jeśli obchodzimy jakąś okazję kwiatowo podarunkową. Chyba, że jest się malarzem, bo wtedy wszystko można wykorzystać.

Pomysł na obraz wziął się z niebanalnej formy, jaką przybrały moje kwiaty (zresztą u nas w domu znajduje się więcej takich obiektów - nie wykluczam cyklu warzywnego).

Still Life - Dead Rose

Dawno, dawno temu, po rozwodzie, zawarłam bliższą znajomość ze znajomym z pracy.
Jeszcze na studiach, pracując na wynajmowane mieszkanie, zwróciłam uwagę na tego czarującego mężczyznę. Jak się opisze w dawnych romansach, o ujmującym sposobie bycia.



Potem nasze drogi się rozeszły, aż tu nagle, widzę przygarbioną sylwetkę, smaganą deszczem i wiatrem (bo listopad był), sylwetkę dziwnie znajomą.


"Marek!" krzyknęłam - odwrócił się, podbiegł ucieszony. Pracował niedaleko, prawie przy moim rodzinnym domu, zaczęliśmy się spotykać.


Mała uwaga : dzieliła nas drobna różnica wieku, 28 lat, toteż Mama przezwała Marka "wujaszkiem".


Od razu wiedziałam, że wpadł po uszy. Patrzył na mnie jak w obraz. Co za odmiana po mężu zamykającym drzwi przed nosem! Pragnęłam ciepła i opieki, bardzo chciałam się zakochać, ale serce nie sługa.
Dostawałam kwiaty bez okazji, drobne i wdzięczne, ale też pyszne i dumne pąsowe róże.



Stały wyprostowane w krysztale, aż z dnia na dzień zwieszały główki. Ratowałam, podcinałam, wkładałam do wanny z wodą - na nic.


"To znak!" stwierdziła, podnosząc palec w gorę, przyjaciółka. "Tylko nie trzymaj zwiędłych kwiatów, bo to oznacza koniec miłości". Jedna z róż wybitnie okazała, wysoka, trzymała się długo, została sama, postanowiłam ją zasuszyć.


"Wyrzuć ją, dostaniesz zaraz nowe" prosił Marek, ale nie wyrzuciłam. Stała tygodniami, długo po tym, jak powiedziałam Wujaszkowi do widzenia. Nie dam głowy, czy płatki nie leżą zasuszone gdzieś w pudełku na szafie, z innymi, nikomu niepotrzebnymi drobiazgami z przeszłości.

niedziela, 24 maja 2020

Tajemniczy Obraz w Tajemniczym Pokoju

W domu rodzinnym przez pewien czas mieszkaliśmy my, nasza trójka i zajmowaliśmy "górę", a "dół" należał do Ciotki i jej męża, który prawie nigdy się nie odzywał. Na górze znajdował się mój dziecinny pokoik w kolorze wyblakłego słonecznika i duży, nazywany pokojem z telewizorem, choć stało w nim też pianino. Na nim bezskutecznie uczyłam się grać, a w szafce pod telewizorem Mama trzymała słodycze, tam też znalazłam paczkę papierosów, chyba zapomnianą, bo leżała obok mydełek Lux. Stołeczne, ohyda. Aż mnie zemdliło, straszny syf.W pokoju wisiał też, i wisi, Tajemniczy Obraz. Właśnie w kolorach mojego Pejzażu z Niepokojem.



Przedstawiał budynek, jakby półprzejrzysty, stojący na wzgórzach w kształcie pup. Nie zwracałam na niego uwagi, dopóki pokój z telewizorem nie stal się Tajemniczym Pokojem. Ciocia się wyprowadziła, miejsca w domu przybyło, więc pokój zagarnęła tylko dla siebie Mama.
Prawie zawsze zamknięte okiennice zacieniły pomieszczenie, ledwie można było zobaczyć, że ściany mają odcień różu indyjskiego. Kiedy zapalało się światło, sączyło się ono przez wiklinowe abażury, wysmukło kielichowate. Tajemniczy Obraz z domem wydawał się drgać dzięki plamkom rozproszonego światła. Wchodziłam tam, żeby tylko popatrzeć na ten pejzaż. Kiedy zapadała ciemność, słychać było suche trzaski stygnących wiklinowych lamp.



Dawno go ni widziałam. Pokój zamknięty, Mama urzęduje na dole i zawsze mówi "Tylko nie idź na górę!". Jestem pewna, że w szufladzie są jeszcze te obrzydliwe Stołeczne.



Tak, mój Pejzaż z Niepokojem powstał z tęsknoty do morelowo - koralowych odcieni Tajemniczego Obrazu w zamkniętym, spowitym ciemnością pokoju.
Chyba muszę się tam zakraść.


Jak za dawnych lat będę stała bez ruchu i dawała się hipnotyzować obrazowi sprzed wielu dziesięcioleci.

Obraz nie jest skończony - będzie jeszcze na nim coś małego :)

środa, 20 maja 2020

Hardkorowa pocztówka z przeszłości

Nigdy nie byłam nieśmiała, prawdopodobnie z powodu wrodzonego gadulstwa. U nas w domu, jeśli nie przerwało drugiej osobie, traciło się prawo głosu.
Ciche dni? A w życiu. Lubiliśmy rozmawiać. Z naszego tria został duet, mój i Mamy i nasz dwugłos nie stracił na dynamice.


Na szczęście w moim obecnym rodzinnym domu to się nie zmieniło i każde z nas dostaje ex aequo pierwsze miejsce, no, może Pepa przoduje, gdyż jest psem, który musi wszystkich poinformować o tym, że dozorczyni zmywa podłogę albo wchodzi listonosz.
A jednak jest w moim życiu pasmo wielu lat, kiedy byłam zgłuszona i brakowało mi zwykłego animuszu. Nie wszystko pamiętam. Tylko smugę. Aż się sama dziwię, jak mogę mieć aż takie dziury w życiorysie. Jak się postaram, to tak, składa się rok do roku, przeszłość, dawne sprawy, które, jak mawiał Tato, rzucają długie cienie. Długie, ale nie nieskończone, tym niemniej od czasu do czasu robi się ciemnawo.


Gdyby kogoś zapytać, jaka byłam wtedy, pewnie powiedziałby "nieśmiała". Wtedy były ciche dni i tygodnie, ale w najgorszych chwilach dostrzegałam komizm sytuacji. Pierwsze małżeństwo trwało 10 lat, bardzo długich lat, kiedy dawaliśmy sobie wzajemnie do wiwatu. Już po rozwodzie, kiedy byłam związana z moim obecnym mężem, Witek utrzymywał ze mną, z nami, kontakt.
Pamiętam, byłam już w ciąży z Wojtkiem, ze śmiechem powiedziałam do byłego męża :
"Jak ja mogłam wyjść za ciebie za mąż???"
"To jeszcze nic!" - odrzekł "Jak ja mogłem się z tobą ożenić?"
Naprawdę się cieszył, że jestem szczęśliwa, że maluję, myślę, że kamień spadł mu z serca
"Przecież mówiłem ci, że będzie drugie rozdanie!" - to fakt. Wojtek i ja, oboje po rozwodzie.


Witek podarował Guciowi, jeszcze nienarodzonemu, pierwszy wózek, bo nasi synowie są w podobnym wieku.
Pewnie poznałabym tego chłopca, Leona, ale kontakt z Witkiem nagle się urwał.
Kiedy byłam w 9-tym miesiącu ciąży, zadzwonił telefon. Wojtek odebrał, byłam w sąsiednim pokoju. "Kto dzwonił?" zapytałam (dzwonili z telewizji z programu Uwaga)
"Usiądź"
"Co się stało?"
"Witek nie żyje. Został zamordowany"



Stare sprawy rzucają długie cienie.



Paradoksalnie, kiedy moje pierwsze małżeństwo się skończyło, wróciłam, po latach (!) do twórczości. Kiedy było mi źle, malowałam wesołe obrazy. Bajkowe zwierzęta.



Teraz... widzę to, co przeszło, ale się nie oglądam. Chyba, że to do czegoś potrzebne. Gdyby można było wziąć z bagażu lat to, co najlepsze, a resztę odrzucić. Melancholia i energia idą w parze, co jednak mocno spowalnia prędkość, za to przebyta w ten sposób droga jest bardzo cenna. Może się tylko usprawiedliwiam?




Obraz jest o zmianie, która wciąż zachodzi, o przepoczwarzaniu, bo nie osiągnęłam jeszcze swojego celu ale bardzo na niego pracuję.



 Ale też o współistnieniu smutku i radości, gwałtowności i spokoju. Ten obraz miał ilustrować mój sen o zaczarowanym ogrodzie, tymczasem zdominowała go rzeczywistość.


Chyba, że jeszcze go przemaluję.

poniedziałek, 18 maja 2020

House of Merlo

Marzenia należy spełniać. Nie wiem, czy wszystkie, ale te, które mają choć szansę powodzenia i powodują szybsze bicie serca.

Pani Adriana Kos pisze tak :

"Drodzy koleżanki i koledzy dzielący perfumiarską pasję. Chciałabym przywitać się i opowiedzieć o tym jak postanowiłam pójść za głosem serca, zająć się tym, co kocham i zrealizować marzenie o własnej niszowej perfumerii. Na rynku jest już kilka świetnych perfumerii, w których sama też jestem klientem. Istnieje jednak niezliczona ilość pięknych kompozycji, które jak dotąd nie zmieściły się na ich półkach. Wizytując zagraniczne niszowe perfumerie wielokrotnie napotykałam olfaktoryczne działa sztuki. Gdy w połowie zeszłego roku zdałam sobie sprawę z tego, że ponad połowa mojej cudownej kolekcji jest niedostępna u nas w kraju postanowiłam to zmienić … Mimo ogromnej motywacji, którą daje pasja nie było łatwo dojść do tego punktu, w którym otwarcie jest tuż, tuż. Na szczęście w projekt włączył się mój mąż – żartujemy sobie, że ja jestem sercem tego projektu a on … od załatwienia wszystkiego do czego nie mam głowy .😅 Do tej pory aż ciarki mnie biorą jak w głowie zadźwięczy mi jeden z wielu biurokratyczno-formalnych skrótów jak KRS, NIP, REGON, BHP, PPOŻ, BDO, WNT, ZUS, CIT, EXW, RODO, VAT, polityki, regulaminy, procedury, paragrafy, umowy!! „Boże” – krzyknęłam w pewnym momencie – „przecież ja chcę tylko otworzyć perfumerię i robić to co kocham!!” Gdy widziałam już światełko w tunelu tej całej trudnej drogi i planowałam datę otwarcia, spadła na nas wszystkich ta nieszczęsna światowa wirusowa pandemia "*



 Na szczęście perfumeria jest już otwarta HOUSE OF MERLO i można to tylko wytłumaczyć instynktem, jakimś pozarozumowym atawizmem, że weszłam w kosowe progi jako pierwsza klientka. A ponieważ zobaczyłam znane mi perfumy JMP Artisan, do których malowałam obrazy - Mossy Soil i Forest, po okrzyku "Pani Justyna!", nawiązała się miła konwersacja.



Jak zwykle w nowym miejscu, mam ambicję wszystko poznać (czyt. przetestować).
Nie będę tu wymieniać wszystkich marek, lecz wspomnę o zapachach, które szczególnie mnie zaabsorbowały.


Francesca Bianchi - zapachy esencjonalne jak super ekstrakty, często z animalnymi składnikami i pierwszorzędną projekcją. Taki jest mój faworyt, który wyłonił się po dwóch dniach obcowania z zawartością próbek - a mianowicie Lover's Tale. Od zwierza w perfumach zawsze mnie odrzucało, ale tutaj dzieje się coś niesamowitego, jeśli chodzi o tzw pracę na skórze. Skóra - to ona jest dominantą tego zapachu, który ujmuje szlachetnością składników i oczywiście, jak każdy zapach z charakterem, wywołuje sprzeciw mojego męża.



AEOM (All Eyes On Me) to perfumy, o ktorych moja znajoma mawia "podstawowe", mając na myli ich uniwersalność. Mistrzostwo polega na tym, żeby, choć pasują na wiele okazji, nie były nudne. AEOM nie jest, uwodzicielski i kobiecy.



Phyllis - Punks in Paradise, och. Mocny i wyrazisty zapach, powiedziałabym, że agresywny, indywidualista. Reszta, poza jednym, delikatniejszym od reszty



 Ten gagatek powyżej też niczego sobie - upajający jakby likier wiśniowy.

Merchant of Venice - we flakonach ze szkła z Murano. Ponieważ mam w sobie tęsknotę do super słodyczy, takiej z waty cukrowej, ten wywołał pełne zachwytu "OOOO!!!"



Berdoues - nie są z mojej ulubionej kategorii "czystych" perfum, przejrzystych, ale Assam of India to genialna herbata. Flakoniki <3


Imaginary Authors - marka znana już z Krakowa, tu moim faworytem jest Slow Eksplosion, który na mnie jest jabłkową paczulą, choć w składzie jej nie ma. Jest też świetny Yesterday Haze, przemiły i bardzo nastrojowa tonka figowo - śmietankowo - orzechowa.



Gritti - tu mnie ujął mandarynkowy z tych turkusowych i biały - kremowo piżmowe Macrame





Są też przejrzyste Acqua Alpes, gdzie perełką jest ten fioletowy - różany dedykowany Sissi.


Warto przyjść do Kosowego Domku, każdy poczuje się tam swojsko. Właściciele są bezpośredni, emanujący sympatyczną, dobrą energią. Widać, że włożyli w Merlo całe swoje serce. To przemiłe miejsce, szczerze je polecam <3
Nie wymieniłam wszystkiego, popatrzycie na miejscu lub na stronie - HOUSE OF MERLO
Myślę, że wkraczamy powoli w normalność, takie miejsca dodają życiu urody.
Można kupować próbki i rozkoszować się w domu łakomymi zapachowymi kąskami, co zaraz nastąpi. Chyba pójdę spać w Anielskim Pyle (Angel's Dust) pani Bianchi.