WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Komunikat

Z różnych względów nie mogę pisać prawdy, w związku z czym, po przerwie, zapowiadam odcinki, w których nie wiadomo, co będzie (poza zdjęciami nowych obrazów).
Wyłączyłam też możliwość komentowania, oczywiście mogę to zmienić w każdej chwili, ale na razie nie chcę.

Zaczynam nowy rozdział, nie tylko w malarstwie.

Każdego dnia, kiedy się budzę i nie dociera jeszcze do mnie, jak jest, mam tę cudowną chwilę niepamięci, fałszywy klejnocik.

CDN.

piątek, 4 sierpnia 2017

Koniec

Wczoraj...
Jechałam rowerem Moją Promenadą. Upał zelżał.
Na końcu Promenady - czyli po prostu przecinki w lesie, jest słupek. Na nim zawsze siadam, marzę. To też ulubione miejsce naszych zabaw, moich i Gucia.
I tak od lat.
Wielu lat.
Ale nagle, w oddali, zamajaczyły beżowo - rdzawe plamy.
Tylko jedna rzecz ma taki kolor. Ścięte drzewo.


Zapach - najpiękniejszy, żywiczny, a przecież zapach śmierci.
Przyspieszyłam, zawsze zapiera mi dech z zachwytu, ale nie tym razem.




Odcięte korony drzew płaczą żywicą, reszta już ułożona.
Tu rosło drzewo Gucia (każde z nas miało swoje)



W jedno popołudnie zmiana rzeczywistości.
Na jednym z pni naliczyliśmy 143 słoje. A więc zaczęło rosnąć w XIX. wieku.
Co to drzewo widziało, ile przeżyło. Wystarczy parę sekund - i koniec.

Parę sosen ocalało - okaleczone, stoją , zwieszając niedocięte konary jak ramiona w geście bezsilności.


Nie do wiary, że dwa dni temu szliśmy naszą drogą, słuchając szumu wiatru w gałęziach


a teraz...




...i "nasze" miejsce


...tak wygląda teraz



Oczywiście, las państwowy, wycinka jest na porządku dziennym.
Drzewa nie są wieczne, ja wiem.

Piszę o swoich bardzo osobistych uczuciach.
O tym, że coś ważnego stało się tylko wspomnieniem. Coś, co koiło, teraz przeraża.
Dodatkowo schizofreniczność całej sytuacji pogłębia fakt, że kiedy, jak zwykle, siedzę na kamiennym słupku i patrzę do przodu, jest jak dawniej


...ale za plecami nie ma już szumiącej ściany drzew.


Tak. Jadę tam dzisiaj.
Boję się.
Co ocaleje? Te drzewa?


*właśnie wróciliśmy.
Resztka drzew nie ocalała.
I nasza brzoza ze zdjęcia powyżej też nie




Leżała w kawałkach. Na jednym z nich odnalezliśmy napis sprzed lat, już mocno zatarty


"Moje drzewo".
Siedzieliśmy i płakaliśmy, a wokół fruwała para czarnych motylków, co chwila przysiadając na odsłoniętym rdzeniu pnia.


Rusałka żałobnik.


Koniec.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Robale i inne atrakcje

Domek nad jeziorem.
Nasze miejsce. Jak go nie lubić? Ale jest i mroczna strona, której poświęce dzisiejszy odcinek.
(w tym miejcu uprzedzam wrażliwe osoby - natychmiast przestańcie to czytać)


Gdy zapada wieczór, złachana po rowerowej wycieczce padam na łóżko, wcale nie bezładnie, gdyż wiem, co będę oglądać w TV. Planuję rano i cieszę się (aktualnie na kolejny film z Brudnym Harrym z 1973 roku). Albo na kretyński horror klasy Z. Królują mordercze zwierzęta - psy rasy, ktora wymknęła się spod kontroli, anakonda w końcu pożerająca Jona Voighta, pająki w metrze lub węże w samolocie.

Wreszcie, gdy seans się kończy, gaszę swiatło i  zaczyna się prawdziwy horror.
Przykrywam się kołdrą po uszy, mimo upału, gdyż w ciemności nadciąga szwadron - jakby ściana jęcząco - brzęczących myśliwców. To komary. Upierdliwce, które uwzięły się użreć mnie w czubek głowy, nic sobie nie robią z płynów odstraszających insekty i kołują coraz bliżej i bliżej.
Ale - w ostatniej chwili następuje rezygnacja z ugryzienia, nie wiem, może to zasługa moich perfum? Wojtek określił je jako "pszczoły w majtkach" (Speakeasy Frapin).


Jednak najgłośniejsze są szalone ćmy.
Te z ciężkimi odwłokami trzepoczą się na ziemi jak zraniony ptak, nie mogący ulecieć. Inne, nagle pozbawione światła, tłuką głowami o ściany, wreszcie za którymś razem spadają jak kulki papieru rzucone o ziemię, lub, co gorsza, lądują na poduszce, w panice omiatając moją twarz spazmatycznymi uderzeniami skrzydeł.
Jest też taki, który zrywając się do ślepego lotu, brzmi jak strzepnięcie mokrej koszuli wyciągniętej z prania (tylko oczywiście ciszej).
W łazience zawsze beżowy osobnik wali mnie prosto w czoło, potem wykonując spiralę śmierci (ma kilkaset żyć) i lądując mi między stopami.


Najwięszy respekt budzi bombowiec owadzi, nie wiem, kto to jest, czy jakiś chrząszcz? Wyobrazcie sobie, zamykacie oczy, robalom udało się wreszcie czepić pazurkami swoich miejsc, kto miał ugryzć, to ugryzł - pod powiekami już senne marzenia. I wtedy słychać buczenie jakby spod poduszki, co nie jest możliwe (przecież!).
Wydaje się, że COŚ się zbliża, niemal wyczuwam podmuch na policzku. Nie wiadomo, czy otworzyć oczy w ciemnościach, licząc na ostrzeżenie dzięki maksymalnie rozszerzonym zrenicom, czy własnie wprost przeciwnie. Zacisnąć powieki w imię zasady "Jak ja nie widzę, to mnie nie widać" (reguła stosowana przez dzieci, i to nie wszystkie, ale co tam).
Wreszcie ostatnie delikatne trzepociki skrzydeł, należących do nocnych motylków w kształcie usteczek i teoretycznie można spać.



ALE...

Za oknem - jezioro. Chichot starca. Widziałam go w dzień, mini marabucik (tylko z opierzoną głową), kiedy senny, o świcie, wyciągał bez pośpiechu z mułu szczudłowate nogi. Jest też ktoś (podobną bąk), buczący, jakby się dmuchało w butelkę. Czapla wydaje okrzyk duszonego niemowlaka, tylko sowy normalne. Puchają sobie.
Na drugim brzegu niesie się głos psa. Szczek, powiedziałoby się, ale on zamiast "hau hau" czy czegoś podobnego, psim głosem gada "do it! do it! do it!".
Nie wspomnę o karygodnych incydentach kotów, których głosy przeczą powabnemu wyglądowi i miękkim ruchom - gonią się wrzeszcząc jak obdzierane ze skóry.

Ostatniej nocy zostałam ukarana za nałóg papierosowy i już nigdy, przenigdy nie pójdę na zewnątrz w klapkach. Schodzę sobie, rozumiecie, przez podwórko w kierunku jeziora, rozmarzony wzrok utkwiwszy w księżyc. Aż tu nagle - jak mnie coś nie utnie w stopę! Wydałam nicenzuralny okrzyk, ale ból przy ciosie był niczym w stosunku do tego, co mialo nadejść. Rwanie, szarpanie od wewnątrz pięty, a potem jakby ktoś przepychał mi kamień przez żyłę na łydkę, do kolana i przez udo. Przemknęła mi myśl - co będzie dalej? Jeśli trucizna dojdzie do serca, to co? Zamieni się w twardy głaz?
Co dziwne, żadnej opuchlizny, zaczerwienienia, tylko mała czerwona dziurka.
Dla odmiany - akurat przy finale filmu Siła Magnum z Estwoodem, stopa zaczęła pulsować i boleć jakby oblana wrzątkiem. Tak więc, kiedy Callahan zastrzelił wreszcie zbrodniarza, tkwiłam na łóżku z nogą uniesioną prostopadle do tułowia i posykując.
Spać - niemożliwe, więc obejrzałam następny film pt Dreszcz, bzdura do kwadratu.


(dusze pięciu Chińczyków tragicznie zmarłych, zona jednego z nich, przypadkowo czarownica, zaklina i tworzy Potwora szukającego zemsty - czyli zabijającego (z mlaskaniem) każdego, kto się nawinie)

Już świtało, potem na wodzie zaczął się ludzki ruch.
Mówię Wam, najgorsi są kajakarze w dwójkach. Tu wymagana jest praca zespołowa. A to zobowiązuje.

Moja przyjaciółka, widząc to zdjęcie, skomentowała "Aż słyszę tę ciszę".


Nie wyprowadzałam Jej z błędu, nie chcąc burząc nastroju, ale zza kadru słychać było taki dialog :
"Ochujałeś, kurwa? Trzeba było wiosłem w prawo!"
"Chyba ci odpierdoliło! Przez ciebie teraz jesteśmy w tych pierdolonych trzcinach. Wez teraz kurwa zrób tym coś!"
"Co mam, kurwa, zrobić? Przez ciebie w dupie jesteśmy!" - i tak dalej.
Na szczęście chłopaki na kajaku wydostali się z matni, a na jezioro zaczęli wpływać wędkarze, być może gwałtowni z natury, ale cisi z zachowania.

Na szczęście to tylko epizody, większość dnia upływa leniwie


A kiedy upał zelżeje, nikt mnie nie dogoni na rowerze, kiedy mknę na Moją Promenadę.


Czasem kładę się na kocu i patrzę w górę. Jak jakiś żuczek...


...tak mała w stosunku do drzew.
I ta małość, paradoksalnie, daje mi spokój i dystans.
Czego i Państwu życzę.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Zosia. Cześć jej pamięci.

Starsi ludzie... którzy umierają i już nigdy o nic ich nie zapytamy.
Żałuję, że byłam za mała, żeby posłuchać Dziadków, że zapamiętywałam piąte przez dziesiąte.
Ach, jak żałuję!


Zosia, rocznik 1904, siostra mojej Babci. Kochała mnie bardzo. Zajmowała się mną, kiedy rodzice pracowali. Zawsze trzymała moją stronę, kiedy coś zbroiłam. Ona zabrała mnie pierwszy raz do Teatru Wielkiego, wynajdywała atrakcje. Razem chodziłyśmy po Łazienkach i nie mogłam się doczekać, kiedy przy Pałacu na Wyspie, wyjmie metalowe pudełeczko po kremie Nivea, zdejmie gumkę recepturkę i wieczko, żeby poczęstować mnie landrynkami, z których (to się nie zmieniło do dziś), wybiorę te ulubione, białe, migdałowe.
Miała w sobie mnóstwo życia i radości - a energii mogliby zazdrościć o wiele młodsi od Niej.
Kiedy byłam na koloniach, przysyłała mi pocztówki, zazwyczaj wierszowane, z kolorowymi rysuneczkami, które wydawały mi się trochę (no dobrze, nie trochę) obciachowe...

Pisała wiersze, niezbyt dobre, ale z serca - i kiedy tylko była okazja, w czasie rodzinnych uroczystości, odczytywała je wysokim, drżącym głosem. Wszyscy wznosili oczy do nieba i bali się, że Zosia zacznie śpiewać - co zresztą zawsze, mimo prób zagłuszania, następowało. Jej siostra a moja Babcia, Stefania, wydawała pomruki zniecierpliwienia "Ach, ta Zocha!".
Poza tym haftowała, żadne robótki ręczne nie były Jej obce i lubiła się sama nazywać Zosią Samosią.
Posiadała prawdziwy talent organizacyjny i zacięcie społecznikowskie.

Urodziła się przed Pierwszą Wojną Światową. Najstarszy był Jej brat, Tadeusz, potem Ona, Stefcia i Jadzia i chłopczyk malutki, którego imienia już pewnie nie poznam. Mama wcześnie umarła, ojciec został sam, brat poszedł do pracy - a więc wszystko było na głowie Zosi.
Ojciec nawet poznał jakąś panią, ale Zosia ją przegoniła - nie życzyła sobie "obcej baby" w domu.

W czasie pierwszej wojny zachorował i umarł Zosi na rękach najmłodszy chłopczyk, braciszek. Tylko raz mi o tym opowiedziała. I tego nie zapomnę.

W XXstoleciu międzywojennym pracowała w sklepie, miała mnóstwo przyjaciółek, razem z siostrą i jej narzeczonym (potem moim Dziadkiem) chodziła do Koła Żywego Słowa, gdzie poznawano i deklamowano poezję.

  Tuż przed wojną poznała Tadzia, swojego przyszłego męża, wysokiego, chudego mężczyznę o ujmującym, serdecznym uśmiechu. Pobrali się w okupowanej Warszawie.
Zosia, przeczuwając, co się będzie działo, zapakowała wszystkie najcenniejsze rzeczy w wór, wykopała dół i umieściła "skarb" pod ziemią. Na Iwickiej, przecznicę od mojego mieszkania. Dom Zosi został zbombardowany -  skarb ocalał. Mam jego część.


Niestety, w przeciwieństwie do Zosi, Tadeusz nie odnalazł się w wojennej rzeczywistości.
Całymi dniami przesiadywał przy biurku, przed sobą miał kartki, podzielone na dwie rubryki - "co należy robić" i "czego nie należy robić", wpisywał w nie zachowania, opatrując plusem bądź - te niepożądane - minusem.
W czasie Powstania, kiedy przyszli Niemcy (Szkopy, jak ich nazywała) i kazali mężczyznom wychodzić, wszyscy pouciekali - nie było ogrodzeń, tylko murki łatwe do przeskoczenia. Wszyscy się rozbiegli - wszyscy, ale nie Tadeusz. Potulnie wyszedł na podwórko, poszedł z Niemcami - i tyle Go Zosia widziała.
Szukała męża do końca swojego życia - niestety, żadnego śladu.


 A była w ciąży. Kiedy nadszedł termin porodu, trafiła do szpitala, prowadzonego przez zakonnice.
Panował tyfus. Zaraza zabijała szczególnie maleńkie dzieci - siostry nie nadążały z nadawaniem imion, tak szybko marły noworodki. Zakonnicom wyczerpywał się zbiór imion - i córeczkę zosiną ochrzciły dziwacznie - chyba Scholastyka...? Też się już nie dowiem, jak. Tak mi wstyd, że nie pamiętam.
Kiedy Zosia mogła już chodzić, wzięła swoją dziewczynkę w trumience, niewiele większej od pudełka do butów, i dorożką pojechała pochować dzieciątko na Czerniakowski Cmentarz.


Wywieziona, jak ocalali Warszawiacy, do obozu w Pruszkowie, uciekła z transportu - wyskoczyła z pociągu w pole i biegła, biegła, aż zobaczyła otwarty kościół - bo właśnie trwała msza. Padła na kolana - i zemdlała.

 Wróciła do stolicy, na Mokotów, w okolice Iwickiej, stanęła po drugiej stronie Gagarina, która wówczas nazywała się Bończy i upatrzyła sobie okno w kamienicy, w której rezydowali Niemcy - wojskowi. I czekała - bo kapitulacja była blisko. Kiedy zobaczyła, że mieszkańcy wychodzą, a właściwie wybiegają, wzięła siekierę, weszła do budynku, do upatrzonego lokalu, za drzwiami ustawiła siekierę - tak, na wszelki wypadek. Widziałam w Jej dowodzie osobistym datę meldunku - 17sty stycznia 1945.
To mieszkanie teraz my zajmujemy. Pamiętam jeszcze w szafie, wmurowanej w ścianę, umywalkę i haczyki, opatrzone imionami Hans, Jurgen... Ale uciekli - przed nami!


Po wojnie Zosia pracowała w bibliotece, po całej Polsce zwożąc książki, potem w klubach, organizując spotkania z "ciekawymi ludźmi" - była dumna, że przyszedł Broniewski, Bardini, wielu innych.
Kiedy popularne były paczki z Unry, a w nich papierosy - za nie można było się wymienić niemal na wszystko. I pewnego dnia Zosia postanowiła sprawdzić, czemu ludzie tak pragną palić. Ustawiła sobie fotel przy biurku, położyła nogi na jego blacie (jak to Amerykanie), wzięła Camela - i zaciągnęła się. Ocknęła się na podłodze po pół godzinie - to był pierwszy i ostatni papieros.
Odmówiła zapisania się do partii - może dlatego nie awansowała.

Ale odnajdywała się w swoich zajęciach, pełna zapału. Kiedyś wyznała mi, że nawet nie myślała o poznaniu kogoś : "Po co miałby mi się jakiś chłop plątać?". Czy mówiła prawdę? Nie wiem. Dostawała - za to?- listy od Polskiego Czerwonego Krzyża. Listy bez odpowiedzi.

Nie miała łatwego charakteru - doprowadzała Mamę do szału, obruszając się przy dostawaniu prezentów "Przecież ja wszystko mam! I po co to wydawać pieniądze!".
Zdumiała facetów z telekomunikacji, bo odmówiła założenia telefonu (a wtedy było o niego bardzo trudno). Ludzie czekali latami, jak na cud - a u Zosi monterzy nagle pojawili się w drzwiach "Ja bardzo dziękuję, ale proszę mi nie przeszkadzać, bo mam ważne sprawy, do widzenia!" - dopiero całą rodziną zawzięliśmy się, żeby zmieniła zdanie. Oznajmiła, że się zgadza, pod warunkiem (wtedy nikt nie stawiał warunków - brało się, co było), że aparat nie będzie czarny.
W ośrodku zdrowia pokłóciła się ze staruszką, która nie chciała odsunąć się na schodach "Pani ma swoje lata???? Co też pani opowiada, stara to JA jestem!".

Pod koniec życia nie wychodziła z domu - spragniona towarzystwa czekała na nas, wpadających z zakupami, obiadami... pytającymi, czy wszystko dobrze...
Nie było mnie stać na taką miłość, jaką Zosia powinna dostać.
Tyle czasu z Nią spędzić, ile chciała.
Wysłuchać wszystkiego, co mówiła.
Docenić odwagę i dzielność.
Naprawdę poznać.
I tego już się nigdy nie cofnie.
Przepraszam, Zosiu kochana.