WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Zwierzęta u Mamy - kolekcja obrazów

To ja może zacznę prosto z mostu - dużą rolę przywiązuję do muzyki, dlatego też niejednokrotnie tutaj ją zamieszczam. ALE prawie nigdy nie dostałam na ten temat żadnej "informacji zwrotnej" - więc pytam - czy ktoś tego słucha? Grzecznie wciska PLAY we wskazanych przeze mnie momentach?
Czy nie...?

Dziś zacznę, dla nastroju, od Allana Holdswortha - jednego z moich ulubionych gitarzystów


Dom moich Rodziców...
Uliczka z gazowymi latarniami, piętrowy domek z tarasem i balkonem, ogródek...
Cudo...

A jednak nigdy nie zapomnę, kiedy, mając 20 lat, wyniosłam się stamtąd, z dnia na dzień, pewnego dżdżystego, listopadowego poranka.
Z dwiema torbami siedziałam na ostatnim miejscu w autobusie, a rodzinna okolica zostawała z tyłu i im bardziej się oddalała, tym silniej biło mi serce, z niepowstrzymanej radości, z poczucia wolności, które aż przeszkadzało mi oddychać.

Bywam tam raz na tydzień... i wystarczy. Nie mam sentymentu do tych ścian, ale do tego, co się na nich znajduje, owszem.


Na poważnie zaczęłam malować dobrych parę lat po studiach.
Wcześniej, będąc w małżeństwie z pierwszym mężem, nie stworzyłam żadnego (!) rysunku ani obrazka, przez 9 lat. Tak długiego życia z kimś (może raczej "przy" kimś, niż "z" nim) nie da się przekreślić, choć teraz prawie cały tamten okres jest dla mnie jak ciemna smuga...

Kiedy zostałam sama (2003) - już w obecnym mieszkaniu (10 razy mniejszym od domku, w którym mieszka Mama), pomyślałam, że albo zwariuję, albo zacznę malować. Przyniosłam z komórki sztalugi, ustawiłam w prawie pustym pokoju, i choć nie wiedziałam, co ma być na obrazie, poczułam, że jakiekolwiek wątpliwości, czy to ma sens, zwątpienie, czy poczuję w sobie zapał, w jednej chwili zostały zdmuchnięte jak pyłek, przestały istnieć.
Spojrzałam na swoją świnkę (morską) - i tak się zaczęło.
Zaczął się cykl "Zwierzęta".

I dziękuję losowi, że wówczas nie sprzedałam wszystkich swoich obrazów!
Rodzice odetchnęli z ulgą, że mój związek małżeński się zakończył (choć zięcia bardzo lubili) i wyciągnęli do mnie pomocną dłoń.
A ja malowałam i malowałam - to mnie trzymało w pionie.
Czas intensywnej twórczości, w którym pamiętam najdrobniejsze szczegóły i radości.

Dlatego tak bardzo się cieszę, że zostały mi pamiątki - niby nie u mnie, bo u Mamy, ale wiem, gdzie są.


To jeden z pierwszych Zwierzaków - nazywany, nie wiedzieć czemu, sową.

"Oczy zza Drzwi", które naszkicowałam na serwetce w kawiarni podczas randki z jakimś nastepcą


I chyba mój ulubiony obraz - Miś za Wazonem


Mój znajomy - też malarz, zobaczywszy Misia, skrzywił się i z mądrą miną stwierdził "To nie jest droga. Nie. Zostaw to."
Pierdu pierdu, że tak powiem.

A tutaj - Gołąbek


... w moich ulubionych żółcio - fioletach (Gustaw na gołębie mówi "gołomby").

Sa i jeszcze starsze pamiątki - z czasu studiów, olejne pejzaże.



Powodem tej szlachetnej kolorystycznej monochromatyczności była niechęć do mycia pędzli.

Wczoraj do Mamy trafił nowy zwierzak


 Od razu znalazł swoje miejsce


Wiele obrazów poszło w świat.
Zrobiłam w 2004 roku pierwszą wystawę - i połowa Zwierzaków sprzedała się w ciągu dwóch dni.
Wyobrażacie sobie, jak strasznie mnie to ucieszyło? Bo wcześniej, poza bliskimi, nikt moich obrazow nie widział.
Poza moim profesorem, który zapytał mnie przed wernisażem "Czy wiesz, po co jest ta wystawa? Nie, nie dla innych. Ona jest dla ciebie".
I miał rację.
Ja oczywiście czułam, że to są dobre obrazy (i teraz też) - ale o ile radośniej, kiedy mam odzew publiczności. Pamiętajcie o artystach - jeśli jest okazja, a czyjeś prace Wam się podobają - powiedzcie o tym. To dla nas ("my, artyści", wiem) ważne.

4 komentarze:

  1. Twoje prace mi się podobają.

    OdpowiedzUsuń
  2. Sowa jest fantastyczna... Miś za Wazonem - przepiękna kolorystyka.. bomba! a komu się nie podoba ten trąba ;) a.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.