WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

piątek, 26 grudnia 2014

Taka sytuacja (świąteczna)

2 DNI PRZED WIGILIĄ
Rozmowa telefoniczna

"Justysiu, znalazłam stroik, jeszcze nie rozpakowany, w celofanie. Czerwono - zielony. Trzeba tylko z niego wyjąć różę. Nie jest bardzo obrzydliwy. No bo powiedz, musi być ta cała choinka? Widziałaś, co się dzieje za oknem?"
"Widziałam, leje"
"No właśnie. Czy to nie wydaje ci się groteskowe? Te Święta? Myślę o choince tylko ze względu na Gucia. Jest on tam? Dawaj go do telefonu"
"Tak, babciu?"
"Czy chcesz, żeby była u mnie choinka?"
"Musi być"
"Ech"


WIGILIA
Telefon. Dzwoni Mama

"Justysiu, kiedy ten szaleniec do mnie przyjedzie?"
"?"
"WOJTEK z choinką, przecież mówię"
"Ma tylko dostarczyć pieczeń i kiełbasę i będzie. Nie umawialiście się?"
"Wymogłam na nim, że ma mnie uprzedzić pół godziny wcześniej, ale już noc się robi, do cholery!"
"Zaraz zadzwonię do niego"
Dzwonię.
"Wojtek, kiedy zawieziesz Mamie choinkę, bo ona się denerwuje"
"Ona się ZAWSZE denerwuje. Powiedziałem jej, że jedyne wyjście -  ma się zdać na luz i spontan"
"Żartujesz! I co ona na to?"
"Nic. Pokonałem ją. Poczuciem humoru"

Dzwonię do Mamy
"Wojtek już zawiózł kiełbasę, zadzwoni, jak będzie blisko, niedługo"
"Rany, niech się to już skończy wreszcie, żebym mogła furtkę zamknąć!"


W NOCY
Telefon - Mama. Życzenia wzajemne. Po nich :

"Czy wy mnie zamierzacie odwiedzić? Bo uprzedzam, że choinki nie ubrałam, ale oczywiście coś tam na stole będzie. Tylko błagam, zawiadomcie mnie z wyprzedzeniem.. Wypraszam sobie jakiekolwiek zaskakiwanie. Może być Pierwszy Dzień Świąt, może być drugi, wszystko mi jedno - tylko muszę wiedzieć... Może drugi? Czy pierwszy lepiej?
I zaraz dzwoń do Martyny z życzeniami - ZARAZ, rozumiesz? Bo zapomnisz."


Telefon do Martyny
Życzenia. Po życzeniach :
"Widzimy się u Małgośki?"
"Fajnie by było"
"Jakimś późnym popołudniem"
"Super"

BOŻE NARODZENIE
Spokój.


DZIŚ (drugi Dzień Świąt)
Godz. ok. 14stej
Dzwoni Mama

"Wybieracie się do mnie/"
"No tak, przecież rozmawiałam z Martyną wczoraj"
"Zaraz, zaraz, to ja o tym nic nie wiem."
"Myślałam, Mamo, że wy się porozumiałyście?"
"A skąd. To znaczy jak to sobie wyobrażałaś? Gdybym nie zadzwoniła, to ktoś by mnie uprzedził, czy pojawilibyście się od razu przy furtce?"
"Ale Mamo, ja byłam przekonana, że wszystko wiesz."
"Justyna, NIE WKURZAJ mnie! .Masz mnie za idiotkę?  Dzwonię do Martyny. Jak się czegoś dowiem, dam ci znać. Cześć"
Buch słuchawką.

 
Czekamy.
Mija pół godziny.
Dzwonię do Mamy.
"Martyna stacjonarnego nie odbiera, komórkę ma poza zasięgiem. Zadzwonię, jak mi się uda skontaktować"
Mija godzina.
Półtorej godziny.
Dzwonię znowu do M.
Głos o barwie kontraltu "Co? Nie, nie dzwoniłam później. Jestem zajęta"

Ręce mi opadły.
"Wojtek, nie wiem, co robimy? Czekamy? Czy jak?"
"Boże, same baby i ja jeden. Zadzwonię do Martyny, bo może one się pokłóciły...?"
"Nie dzwoń, przecież mamy czekać na sygnał, tylko wiesz, może być i tak, że Mama chce nam zafundować to, co wg niej my jej zafundowaliśmy - czyli niepewność."
"I dlatego zadzwonię do Martyny"
"Wojtek, cholera, i co jej powiesz? Przecież sprawa dotyczy spotkania na terenie Mamy!"
"Nie dam się w to wrobić. Dzwonię do Martyny"
I znowu - tel. stacjonarny nie odpowiada, komórka wyłączona.

Zaczynamy się bać, że coś się stało.

Ale nie.
Pół godziny - Mama.
"No to co, przychodzicie?"


 I byliśmy. Napiliśmy się kawy, zjedli owoców w czekoladzie. Gucio wpucił dwie kulki od magnetycznych klocków pod lodówkę, ale W. wyciągnął je sposobem, mało nie przesuwając chłodziarki.
 Usłyszałam, że mam "za chudą gębę" i "za czarne włosy", ale też i parę komplementów, których jednak nie pamiętam.
"No, idźcie już, jest mi bardzo miło, ale chcę już sobie spokojnie posiedzieć nareszcie".
"Może wpaść i ubrać ci choinkę?"
"Broń Boże, tylko nie to"


KURTYNA.

PS. Opowieść dotyczy TYLKO jednego wspólnego spotkania i jednej wizyty Wojtka u mojej Mamy wcześniej - ale zamieszania tyle, jakbyśmy, jak Mama mówi 'latali jak z piórem".
I to jest kwintesencja. W gruncie rzeczy NIC się nie działo. Poza naszymi (biednymi) głowami

* Wszystkie zdjęcia to ozdoby na choinkę, zrobione przeze mnie, kiedy byłam dzieckiem.
** Martyna - siostra Mamy

7 komentarzy:

  1. O jezu, zawsze to samo :) u mnie z bratem i mamą też. Najpierw ja do mamy, potem do brata, potem on do mnie, potem ona do mnie i tak w koło macieju. Dobrze, że święta mają dwa dni, coś tam się zdąży. P. S. Jakim cudem te zabawki przetrwały ? M. M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz, u mnie to było tylko jedno zbiorcze spotkanie u Mamy i pojedyncza dostawa Wojtka - właśnie o to chodzi! A ruch jak na Centralnym. Pozorny.

      Usuń
    2. Zabawki przetrwały, bo Mama wszystko odkłada na miejsce. I starannie przechowuje.

      Usuń
  2. No właśnie, u mnie też zbiorcze spotkanie wigilijne u nas a linie telefoniczne się grzeją... " a co ustaliłaś z mamą ", " a co ustaliłaś z bratem ", a to o której a kto z kim przyjeżdża. Jeszcze nie skończę rozmawiać z jednym drugie już dzwoni. Centrala telefoniczna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pół biedy, jak telefon się urywa - ale jeśli nie, można być pewnym, że to cisza przed burzą. I dopiero będzie, aż mi kapcie spadną.
      No i raptem chodzi tylko o Mamę, Ciotkę i nas (a ponieważ występujemy w grupie, liczę nas jak jedną osobę).

      Usuń
  3. Twoja mama zupełnie, jak moja - przechowa wszystko lepiej, niż Archiwum Narodowe (i zawsze wie, gdzie co jest) ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, ja często z tego korzystam, wtedy się złości "Czy ja jestem archiwum, czy jak???" - jak nie, jak tak!

      Usuń