WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

poniedziałek, 22 września 2014

Wrona zjeżona i Dni Transportu Publicznego

Wczoraj, do późna w nocy i dzisiejsze ranoprzedpołudnie jeżyłam Wronę.
Oraz dałam tło jaskrawe.
Zaakceptowane wszystko!


Powyżej - na kuchence, po mokrej robocie. Dojdą niuanse kolorystyczne w tle, ale gasić go nie będę.

Obiecałam fotorelację z Dni Transportu Publicznego.
W sobotę - dzień autobusowy.
Gustaw wszędzie mógł wchodzić. Zachwycony!






Dzwonił dzwonkiem na zabytkowym konnym tramwaju...


"Ogórka" sobie upodobał



Nawet jeden autobus miał włączony mikrofon, więc Gucio zapowiadał przystanki - ulubiony "Morskie Oko" i "Spacerowa", modulując głos na poważnie


Pamiętacie te kasowniki?


Zdobyliśmy też pamiątkę - sprzedawano tablice z numerami autobusów i rozkładami jazdy, już wyparte przez elektroniczne wyświetlacze. Prawdziwe! Niektóre mocno używane. Teraz jedna "odpoczywa" u mnie na ścianie. Koniec jazdy!


W niedzielę zaś można było zwiedzić, na Kabatach, dyspozytornię, parowozownię, wieżę kontrolną oraz wejść do kabiny kierowcy.


Udało nam się fuksem - bo wstęp tylko na wejściówki, które poprzedniego dnia rozdały się w trymiga. Ludzie stali od przed ósmej. Szliśmy więc na Kabaty niepewni, czy skorzystamy.
Ponieważ miałam potem spotkanie perfumowe, z tej okazji założyłam czerwoną sukienkę, dopasowaną i czarno - białe okulary. Schudnięta o 9 kilo.

Tanecznym krokiem podeszłam do pana w służbowej czapce "Ech, mam taki kłopot...może zechce pan pomóc? Zabrakło wczoraj dla nas wejściówek" ( i pamiętając o Guciu, zrobiłam minę zranionej sarny ).
"Chce pani wejściówkę? Proszę bardzo" - i, ku oburzeniu reszty zwiedzających, wydobył papierek z kieszeni. "Nie ma sprawiedliwości!" mruczał tłumek, ale ja nic sobie z tego nie robiłam, patrząc na roześmianego synka.

Mocno pryszczaty młodzieniec posyłał nam nienawistne spojrzenia "Mamo, dlaczego ten pan ma takie rany na twarzy?" na szczęście cicho zapytał Gustaw.
"Kiedy młodzi ludzie dorastają, często dostają pryszczy"
"O nie, to za ile lat mnie to czeka?" z niepokojem wyszeptał synek.

Tymczasem tuberoza rozwija się pięknie - i niespodzianka! Druga, większa, chyba też będzie mieć kwiat!


Czyli jednak prawdopodobne, że mój ukochany narazi się na zapach, po którym wiele sobie obiecuję.

W Panience Flamenco robota postępuje spokojnie - mam nadzieję na niedługą premierę, przedtem wpis jeszcze.

3 komentarze:

  1. Jakie fajne, nastroszone wroniszcze! :) Bardzo geometryczne. Ju, nie planujesz czasem flirtu z kubizmem? ;) Oczywiście żartuję. Choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, ze obraz jednocześnie jest w Twoim stylu i nie jest. Dziwne odczucie; tylko, czy słuszne?

    Za to fotorelacja ciekawa. Dla dziecka możliwość połażenia po starych autobusach czy tramwajach - w sumie przecież innych od tego, co nam teraz jeździ po ulicach (i nie tylko konny mam na myśli ;) ) - i poodkrywania ich z różnych stron to na pewno spora frajda.
    Co do kasowników... to niedawno widziałam jeden taki. Trochę ponad miesiąc temu. Przejechałam kawał Wrocławia w autobusie, który nie dość, że był tak stary, że naprawdę poważnie obawiałam się, czy dojedziemy bez żadnego wypadku, to jeszcze przeokropnie śmierdział. :/ Chyba od lat 90. nikt w nim nie sprzątał. Nie mam pojęcia, skąd nasze MPK wytrzasnęło takiego grata i jakie urzędnicze zaćmienie mózgu skierowało toto na ulice, do wożenia ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Geometryczne, mówisz? Flirtu z kubizmem nie planuję, natomiast na pewno planuję flirt z abstrakcją. Ale poświęcę temu osobny wpis - sprawa poważna.
      Czy obraz jest w moim stylu? Na pewno ten temat zmusił mnie do pracy nad trochę zarzuconym, a kiedyś jedynym nurtem mojego malarstwa - mam Zwierzęta na myśli. Jednocześnie przy pracy nad wroną patrzyłam co chwila na Panienkę Flamenco - może stąd "dziwny" efekt.
      Co do pojazdów - i dla mnie to była wielka frajda.
      A co do śmierdzącego autobusu - czasem jakiś przykry epizod z pasażerem (w szczegóły wnikać nie będę), daje efekt trwały - zapachowo.

      Usuń
  2. Wrona świetnie zjeżona :) Kasowniki pamiętam , pamiętam nawet te co były przed tymi - gdzie bilet się kładło na wystającym metalowym języku , kasowało się podnosząc ten język do góry .Ech , wstyd sie przyznawać bo to w czasach piramid było....

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.