WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

poniedziałek, 21 maja 2012

Sześć lat temu....

Nie zapamiętałabym tej daty, ale zachowałam kalendarzyk- teraz już pożółkły i rozpadający się, w którym naniosłam ważne według mnie wtedy, a teraz jeszcze ważniejsze, wydarzenia.
Po niefortunnych znajomościach po rozwodzie z mym pierwszym mężem (m.in. piłkarz nie noszący majtek, bo to uwłaczało Jego imponującej męskości) i aranżowanych randkach, gdzie przeraził mnie rumiany i bardzo swobodny, przy tym obdarzony niezwykle donośnym głosem przewodniczący związkowy, postanowiłam kupić komputer, aby zapisać się na Sympatię pl.
Najpierw korespondowałam ze zbieraczem samochodów, który z dziesięciu robił jeden, za to doskonały, ale nie miał za wiele czasu na pisanie.
Potem z twórcą filmów animowanych, ale ten z kolei wciąż zadawał mi pytania, dotyczące np upodobań kulinarnych, szczegółowych wymiarów i, jak sam mówił, staje się coraz bardziej gotowy na spotkanie- wreszcie mieliśmy się umówić na randkę w niedzielę po południu...
Ale rano znalazłam na komputerze wiadomość, że ktoś dodał mnie do swoich ulubionych kontaktów i migała sugestia "Zrób pierwszy krok"- i zrobiłam.


Najpierw zajrzałam, kto to taki. Wydał mi się znajomy, sympatyczny. Przeczytałam, ze nie lubi szantów, filmów akcji i choinek zapachowych oraz szuka kobiety, przy której mógłby się niepostrzeżenie zdrzemnąć, i nie było to niemile widziane. A na pytanie "jakim jesteś kochankiem", odpowiedział "cierpliwym".
Musiałam więc napisać, oczywiście- podziękowałam, że zwrócił na mnie uwagę, a On przysłał mi zagadkową odpowiedź, zaszyfrowaną, jak w starych rachunkach TP- pie pie zer...itd.
Domyśliłam się, że to nr telefonu- i zmartwiłam- jednak nienormalny...
Potem wyjaśnił, że myślał, ze podawanie telefonu na Sympatii jest zabronione.
Ale zadzwoniłam - nie mogliśmy się nagadać, dwa dni potem pierwsze spotkanie, a po dwóch tygodniach- zamieszkaliśmy razem.
I tak zostało.
Od sześciu lat.
Chociaż niewiele brakowało, żebym skończyła tę znajomość na samym początku, tak mnie wkurzył. Poszliśmy zrobić sobie wspólne zdjęcie w automacie- i w momencie błysku powiedział mi, że mnie kocha.
Strasznie mnie to zirytowało- i tylko to było widać- zdjęcie podarłam.

Pachnę...pomarańczowo...słodko...Liberte Cacharela

15 komentarzy:

  1. Wszystkiego najpiękniejszego dla Was!
    Tempo rozwoju Waszej znajomości przyprawiło mnie o zawrót głowy, podobnie jak jej początek- a właściwie kontekst.

    Wspaniała opowieść. Przypomina, że spotkać się można w najróżniejszych miejscach, okolicznościach, warunkach i że te ruchy Browna, do których, przy pewnej dozie cynizmu, sprowadzić można nasze losy i poczynania czasem prowadzą nas, jakimś cudem, właśnie tam gdzieśmy chcieli dotrzeć.

    Miałam kiedyś krótki romans z pewnym portalem randkowym ale spotykałam tam jakoś wyłącznie panów o pokroju dwóch pierwszych, których opisałaś. Najgłębiej w pamięci utkwiło mi kuriozum histerycznie wielbiące Lacana i wielkie biusty -był bardzo rozczarowany, gdy pochwaliłam się moim 70DD ale opisał mi że "przecież da się coś z tym zrobić".
    Na tym skończyła się nasza korespondencja. I moje użytkowanie owego portalu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rybko, to prawda, nie traciliśmy czasu, ale czułam, że to dobry krok i nareszcie mam do czynienia z mężczyzną, a nie smarkaczem
      Na dodatek On ma charakter i temperament, poza tym jest wesoły.
      Miło się z Nim żyje

      Usuń
    2. Ja raz się tak pośpieszyłam, to był największy błąd mojego życia.
      Cieszę się że u Was obróciło się to na dobro i szczęście.
      A zalety dojrzałości, uformowanego charakteru o którym piszesz dobrze rozumiem. Martyna Jakubowicz sto lat temu śpiewała, że "...wolę raz być z mężczyzną niż zmarnować całe życie z chłopcem". To był dobry blues- i szczera prawda.

      Usuń
    3. Rybko, jakby tu powiedzieć...miałabym kłopot z wybraniem największego błędu swojego życia- a jednak zawsze miałam siły, żeby popełnić następny

      Usuń
  2. Wszystkiego najlepszego i wielu kolejnych rocznic ! Tempo porażające , ale może to i dobrze - nie zmarnowaliście ani minuty ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Parabelko, tempo dopiero miał nasz ślub- to było prawdziwe przyspieszenie!

      Usuń
  3. Przyspieszenie uważam za właściwe, ponieważ moje było podobne, jako, że jak wiadomo autorce bloga zamieszkałam z Panem Stettke, którego znam z tego samego portalu, po sześciu randkach. Legalną Panią Stettke w świetle prawa stałam się nieco później.
    Miał w opisie takie zdanie "nigdy nie powiem,że masz za dużo butów":)
    Pani Stettke.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Buty, zdaje się, były decydujące! znał się na kobietach ten człowiek

      Usuń
  4. Przyspieszenie ślubowe pamiętam , jak opowiadałaś :)
    Widzę , że wszystko się pozmieniało - czy to burchle w tle ;) ? Jest zdecydowanie weselej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od zaręczyn do ślubu 5 dni- a w noc poślubną już bóle porodowe :)

      Usuń
    2. O masz ci los , ale plama :P - w zbliżeniu tak burchlowato wygląda , wybacz :)
      Fakt , że kolor mi jakoś nie pasował ;P

      Usuń
  5. Wszystkiego najlepszego Ju :)
    Czyta się jak powieść w odcinkach, a to samo życie!
    tri

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Tri- samo życie, ale jednak staram się, żeby czytało się zajmująco

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.