WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

sobota, 5 maja 2012

Siekierki i tołpyga

Dziś odnaleźliśmy raj kąpielowo opalaniowy- już nie musimy znosić grilowników ani pokrywać się mułem z jeziorka torfowego. Rozwiązanie proste- przenieśliśmy się na drugą stronę, a więc za plecami mamy masyw Elektrociepłowni Siekierki.
Widzieliśmy, że teren był ogrodzony, ludzi niewiele- a tu niespodzianka- wstęp wolny.
Jest tam oddział Polskiego Związku Wędkarskiego (do którego należę) - a więc pomosty wzdłuż brzegu i to przynajmniej 20m, bardzo porządne, za nimi kwitnące bzy, przycumowane łódki do wypożyczenia, i to wszystko na słonecznym brzegu. Co prawda przed nami chowa się  w krzaczorach blokowisko, po prawej jest Pałac Kultury, ale malutki i za drzewami.
Oczywiście pływaliśmy łódką, krzyczeliśmy pod mostem, przepływając- sielanka.
I to parę przystanków od domu.

Ale po powrocie poraził nas straszny zapach- to halibut nie zrobiony dał wreszcie o sobie znać. Psy były bardzo podekscytowane. Jednak Wojtek ma sposoby i uratował go. I nawet zjedliśmy i dobrze jest.

Tołpygę lata temu spotkała inna historia. Działo się to za moich narzeczeńskich czasów z pierwszym mężem. Wynajmowaliśmy mieszkanie, ale właściciele postanowili je sprzedać, uzgodnili z nami, że będą przychodzić ludzie i oglądać.
Trafił się bardzo schludny, grzeczny Amerykanin. Oprowadzaliśmy go, był bardzo zainteresowany. W korytarzyku stała lodówka właścicieli (kupiliśmy sobie własną), do której nikt nie zaglądał. Przez jakiś czas używaliśmy jej i wydawało się nam, że dokładnie opróżniliśmy. WYDAWAŁO SIĘ.
Bo kiedy skrupulatny Amerykanin otworzył drzwiczki, mało nie upadliśmy od- nie, to nie da się opisać, jakiego- smrodu. Gość wyszedł, zielony na twarzy, zataczając się, z pośpieszną desperacją kogoś, kto prawie nie ma sił, ale walczy o życie. Przed wejściem do windy spojrzał na nas, jak na parę oprawców, którzy zapomnieli pozbyć się ofiary.
Narzeczony cicho, ale dobitnie, powiedział "Tołpyga". Zaczęliśmy sobie przypominać, kiedy wystawiliśmy lodówkę na korytarzyk- rok? pół roku wcześniej? Ryba została w zamrażalniku. W całości. Wielki okaz.
Podobno Amerykanin, który był faworytem gospodarzy w kwestii nabycia mieszkania, nie dał więcej znaku życia.

Mimo rozleniwienia upałem (kolejny dzień zapowiadanego załamania pogody) wzięłam się za Siekierki.


Klimacik jest- ale obrazek bardzo jeszcze surowy. Teraz trzeba pomyśleć. Mniej więcej wiem, jak chcę, żeby wyglądał, ale technicznie nie mam zielonego pojęcia, jak uzyskać taki efekt. Bo nie chcę mieszać technik- wydaje mi się, że szlachetniej będzie, jeżeli posłużę się tylko farbą...ale...ja wiem...?

Czymś tam pachnę, ale w nosie mam odorek halibuta- pora go zdominować. Chyba Eden Cacharela będzie- klaustrofobiczne, zielone chaszcze z trującej roślinności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.