WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Opowiastka fryzjerska

Jestem - przyznaję się - osobą, która od ponad 20stu lat zapuszcza włosy. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że ich długość jest odwrotnie proporcjonalna do częstotliwości wizyt u fryzjera.
Ale cóż zrobić! Dwa razy w roku (średnio), nagle dopada mnie pomysł, by zostać blondynką, co, rzecz jasna,  niszczy strukturę włosa, i ja to doskonale wiem, ale mówię sobie :
"Jest przecież TYLE kobiet, nienaturalnych blondynek, i jakoś sobie radzą, to kto MI zabroni?"
Zazwyczaj już przy jasnorudym zauważam, że jeszcze jeden zabieg, a zostanę łysa. Daję więc spokój, wracam do ciemnych, ale ruina pozostaje.

W skrajnym przypadku, którego - niestety! - świadkiem był mój mąż, musiałam ściąć się na 2 cm. Kolor i wygląd "fryzury" określił jako "gorgonzolę". To dawno było, przed urodzeniem Gucia, tym niemniej, jak wspomniałam, nie czuję się człowiekiem całkowicie wolnym od kombinowania z kolorami.

Przed wystawą w Barcelonie, z pewnością w charakterze "wentylu bezpieczeństwa" (nerwowego) znów mnie trafiło - i, teraz, po trzech miesiącach znoszenia piór, wiuwających wokół twarzy i łamiących się końcówek, powiedziałam sobie - dość tego. Zniszczenia zetnę i koniec.


Ale ja się fryzjera boję.
"Moja pani" odeszła ( z Warszawy) - do obcego strach...
Nacja fryzjerska ma to do siebie, że - poza tym, że się nie wygląda, jakby się chciało - po zabiegu (ew. wygląda się - do pierwszego mycia i próby samodzielnego ułożenia pozostałości), to na dodatek istnieje zawodowa skłonność do obcinania znacznie krócej, niż życzy sobie klientka.
Ale mus to mus!


Zaopatrzyłam się w aparat fotograficzny, w którym znajdowały się zdjęcia fryzur na "długiego boba", co zapewniało mi iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa.
Siadłam więc na fotelu rekomendowanej pani z zamiarem pokazania, czego oczekuję.
A tu - kicha.
Gustaw, przed moim wyjściem, sprytnie wyciągnął bateryjki, by móc używać zdalnie sterowanej koparki, musiałam się więc ratować pośpiesznie robionym szkicem (nie wiem, czemu, ale zawsze moje rysunki rozśmieszają fryzjerów)


I stał się cud - pani nie ścięła prawie nic z długości ("nie po to się zapuszcza, żeby potem ścinać" - rzekła surowo, z lekko pobłażliwym uśmieszkiem), nadała stylową linię, dobry kształt i wprawiła mnie w stan euforyczny - o czym melduję, kreśląc na jutro śmiałe, malarskie plany.

PS. Zdjęcia będą... kiedy naładuję wyczerpane koparką akumulatorki

2 komentarze:

  1. Gratuluję trafienia na dobrego fachowca! W sumie chyba fryzjerzy coraz częściej słyszą czego chce klient, już dawno nie wyszłam od fryzjera niezadowolona, z drugiej strony moje zalecenie zwykle brzmi "prosze ciąć to co jest zniszczone", do szczególnie wymagających więc nie należę ;)

    Tru

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.