WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

... i po Świętach

Uff.


Przeczytałam, przyznaję się, w Super Expressie, że istnieje coś takiego jak "męska grypa". Zapadają na nią parę dni przed Świętami i zdrowieją, kiedy jest nakryty stół.
Otóż i ja mam tę przypadłość. Tyle, że nie grypa, a wysiada mi żołądek.
Dolegliwości, które objawiały się wrażeniem, jakbym zjadła parę kilo bardzo zimnych kamieni i żabę na deser, znikły, gdy oderwałam pędzel od pomalowanych ścian, czyli skończyłam ostatni świąteczny czyn.

Tak więc na Drogę Krzyżową, poruszającą się ulicami warszawskiej Starówki, poszłam już w pełni sił.
Z powodu spóźnienia leciałam zdyszana, wiedząc, że nie zdążę na pierwsze stacje, ale rzeczywistość okazała się gorsza - kościół Świętej Anny, skąd wyruszał lud, okazał się zupełnie pusty. Nie dopuszczałam do mysli możliwości, że nie zdołam odnaleźć paru tysięcy osób.
Panowie policjanci wskazali kierunek i dołączyłam do stada. Doświadczenie było dla mnie nowe i mam wrażenie, że wolę bardziej kameralne obchody, sprzyjające większemu skupieniu.
Na szczęście duchowny śpiewał czysto, ale nagłośnienie wysiadało i w paru strategicznych momentach słychać było pierdzenie. Wierni utrzymali powagę, ja, z pewnym trudem, też.
Na każdej stacji (a jest ich 14) trzeba przyklęknąć i zanim się zorientowałam, zerkając na boki, że można to zrobić w powietrzu, moje kolano po paru klapnięciach w błoto ze śniegiem było już kompletnie uwalane. Akurat na tej nogawce, gdzie mam artystycznie wycięte dziury.

Po powrocie do domu okazało się, że Gucio znalazł baranka z cukru z kompletu na święconkę i mało nie wylizał mu oczek, mrucząc z zadowolenia "Ale pychota".


Następnego dnia, w sobotę, tłumaczyłam synkowi, o co chodzi w Wielkanocy, starając się uniknąć drastycznych szczegółów, aczkolwiek o śmierci powiedzieć musiałam, od razu dodając, że nastąpiło zmartwychwstanie.
"Pan Jezus odżył?"zapytał Gustaw zdziwiony
"Tak, panie poszły odwiedzić jego grób - był pusty"
"I Jezus sobie poszedł? Na nogach?"
"Tak, do nieba"
"Poleciał w kosmos? A niech to. Jezus jest magikiem?"

Po nocnej mszy nastała leniwa niedziela, czas relaksu. Na wieczór zaplanowałam sobie horror Sprzedawca Śmierci, nagrany przez Wojtka, kiedy byłam w kościele. Niestety, film denny. Skusiła mnie obsada - Max von Sydow, Ed Harris (którego kocham), tymczasem skomplikowane wątki na końcu się rozwiązały, nastąpiła niczym nie uzasadniona przemiana opętanego bohatera. Wojtek tylko mruknął z niesmakiem "Wszystko się ułożyło, bo nadeszła odpowiednia godzina".
Żal mi było tym bardziej, że Sprzedawcę Śmierci wygrał, jako nagranie, z innymi pozycjami, też strasznymi, w tym z Krwawą Zemstą Wielkiej Stopy.


O pogodzie nie wspomnę. Skandal. Na spacerze z psami na kark spadła mi poducha sniegu, częściowo do kaptura, częściowo na szyję, roztapiając się na plecach i zimnymi strumyczkami spływając do majtek.
A pod latarnią ktoś ulepił dwa wielkie, kopulujące króliki.


6 komentarzy:

  1. Moja koleżanka ulepiła zająca :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, jakże ja Ciebie rozumiem z tym "powstrzymywaniem się od śmiechu". Na niedzielnej mszy stałem sobie w przedsionku kościoła, przy wewnętrznych, kilkumetrowych schodach prowadzących wprost do głównej nawy. Parę schodków niżej stała pani, która nie umiejąc uklęknąć (schody + obcasy = ryzyko śmierci lub kalectwa), miast tego wykonywała dziwną figurę polegającą na ugięciu się w pasie, przy czym głowa szła w lewo, rejony tylne w prawo, a ręce splecione na wysokości żołądka, zupełnie jakby dostała nagłego skrętu kiszek, musiałabyś to zobaczyć! ;) I jeszcze z ciocią Stasią nie mogę do kościoła chodzić, jej mezzosopran wprawia mnie natychmiast w stan głupawki. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matko święta! Muszę poznać ciocię Stasię - a przynajmniej jej głos. W dzisiejszym zaawansowaniu techniki może się to udać. Szczególnie, że jeśli właścicielka mezzosopranu jest, jak przypuszczam, chętna do występu.
      Figurę pani na schodach tak opisałeś, że aż chciałoby się narysować!

      Usuń
  3. Śmingus dyngus polegający na tarzaniu się w śniegu może i ma swój urok. Gdybym była akurat na wycieczce za kołem podbiegunowym uznałabym że to wart kultywowania obyczaj- w Polsce jednak nie jest do końca stosowny.
    Mój Miły wyciągnął z czeluści szafy małą sztuczną choinkę, ubrał ją w żywe żonkile i wydmuszki, które malował przez cały poprzedni wieczór a potem włączył Zimę z Czterech Por Roku Vivaldiego.
    Niniejszym ogłaszam, że uznaję takie święta za nieważne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A prezenty? Jednak powinny być - może nie takie aż, jak w B-ż-N. Powiedzmy, zamist nowego flakonu - używany.
      A tak na serio, strasznie mi żal żurawi, przyleciały na przełomie lutego i marca.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.