WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

piątek, 31 sierpnia 2012

Nieszczęścia chodzą parami

Dzień zaczął się gwałtownie- przed ósmą rano w drzwi załomotali panowie majstrowie, oznajmiając, że za kwadrans wchodzą robić piony centralnego ogrzewania i mamy przestawić szafę i odsunąć łóżko.

Szafa jest zapełniona książkami w dwóch rzędach, a wersalka wciśnięta na styk w kąt pod oknem.
Istniało więc przypuszczenie, że:
1) nie da się tego zrobić
2) jeśli się da, drzwi nie będą się otwierać i ekipa i tak nie wejdzie.
Nadludzkim wysiłkiem dokonaliśmy tego czynu, połowę mebli wynosząc przez przechodnią kuchnię do małego pokoju (czyli pracowni i sypialni Gucia- rozmiar 2 na 3 metry).
Przypomnę, ze całe nasze mieszkanie - 2 pokoje, kuchnia i łazienka, ma 28,5 metra.

Zostało tylko miejsce do siedzenia przy laptopie i puf dla Gustawa. Łazienkę zajęły psy, ale i tak nadpobudliwy Max, który zawsze lubi mieć zgromadzonych domowników w jednym miejscu i kontrolować sytuację, latał w tę i z powrotem- a to kawał kundla, waży 37 kg, wygląda jak skrzyżowanie kozy z dzikiem.
A Aza za nim.
Kiedy zaczęło się wiercenie stropów i cięcie rur, tak się biedna przeraziła, że posadziła na środku wielką kupę, tuż obok pana spawającego, który leżał na boku i robił dziurę w podłodze i jak prawdziwy profesjonalista nawet nie dał po sobie poznać, że się coś stało.
Gucio cały czas asystował majstrom, bez przerwy zadając kłopotliwe pytania w rodzaju "dlaczego pany są stare i zakurzone?".

Udało mi się na chwilę zaszyć, w wydawało mi się, bezpiecznym miejscu w małym pokoju. Przystąpiłam do odpowiadania na komentarze w blogu, aż tu nagle przeciąg gwałtownie zamknął drzwi, duża dykta na półce pod sufitem (za którą wisiał święty obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem) straciła równowagę i spadła, strącając mi na głowę wielką donicę o średnicy 20 cm ze świeżo podlanym kwiatkiem. Donica rozpękła mi się na czaszce, a wszystko wokół wyglądało jak po wybuchu torfowiska.
Ziemia na klawiaturze, obrazach- w tym pejzażu z latarniami i oczywiście na wykładzinie.
Krzyknęłam bardziej z przerażenia niż bólu, bo uderzenie zamortyzował kucyk. Tak więc nie zobaczyłam gwiazd ani sześcioliczbowego ciągu cyfr (jak sugerował Wojtek) i - zdumiewające- nic a nic mi się nie stało.
I nie spadł żaden z flakoników perfum.
Tylko gipsowy aniołek z początku XXgo wieku przesunął się niebezpiecznie do krawędzi- mało brakowało, a poprawiłby uderzenie.

Tymczasem trzeba było lecieć na integracyjną zabawę na przedszkolnym placu zabaw, gdzie już od poniedziałku będzie chodził Gucio. Kiedy dotarliśmy na miejsce, trwał zbiorowy dziecięcy entuzjazm przy zabawie w kółku.
Gustaw od razu się urwał, bo wypatrzył w głębi placu domki dla dzieci. Z zapałem otwierał i zamykał drzwi i okienka, a kiedy Go usiłowałam wdrożyć w zabawę, wyczekał moment, kiedy nikogo nie było przy sprzęcie grającym i skradał się, aby wyłączyć muzykę ("Mamusiu, ja nie lubię, jak jest tak głośno").
Nic dziwnego- było nie tylko glośno, ale i chamsko. Inaczej nie mogę nazwać dziecinnego disco polo, z prostackim rytmem liczonym na dwa, oczywiście. Na dodatek, jeśli ktoś nie wierzy, że może być coś gorszego od disco polo - otóż może być, jeśli śpiewane jest  głosami typu smerfy.
Na szczęście nie był jedynym dzieckiem nie podzielającym radości z zabaw grupowych - z zadowoleniem zauważyłam, że dołączył do paru outsiderów ze zmarszczonymi brwiami.
Moje biedne dziecko od poniedziałku będzie się na codzień stykać z prostactwem tego świata. Ciekawa jestem, czy ktokolwiek wpadnie tam na pomysł, żeby zaznajomić maluchy z muzyką poważną. Dlatego muszę wzmóc wysiłki wychowawcze, żeby Gucio ponasiąkał trochę muzyką prawdziwą. U nas na szczęście dużo słucha się jazzu, rocka i soulu.
Wszechobecny w zabawkach plastik i byle jakie kolory uświadamiają mi, że idea Montessori, gdzie dzieciaki przebywają wśród przedmiotów z pomysłem, ma sens.
Ale czemu ja się przeciwstawiam, skoro nawet w ubrankach dla dziewczynek obowiązuje róż- i to jego najbrzydsza odmiana a la Barbie. A przecież róż różowi nierówny, i nawet, jeśli Mamy chcą się go trzymać, nie dostają żadnej propozycji innej, niż ten jeden jedyny wstrętny odcień.

Po powrocie rzuciłam okiem na umyty z błota wczorajszy pejzaż i- niestety! Wymaga jeszcze dużo pracy. Niezbędna będzie szczególna odmiana błękitu, który mi się skończył. Pojechałam więc na Mazowiecką -  zagłębia dla plastyków- a tu wszystko pozamykane.

Zgnębiona wróciłam do domu, który zamiast być azylem, jest przewrócony do góry nogami. Na stole leży sterta książek, bo "pany" sobie poszły o 16stej, zostawiając porozwalane dziury na wylot do mieszkań na górze i na dole -  murarz będzie w poniedziałek. Tak więc wszystko, co miało sens to dosunąć puste meble na tyle, żeby się dawało w miarę funkcjonować.
Ale Gustawowi to zamieszanie się podoba. Szczególnie palniki i iskry. Podał nawet rączkę na do widzenia szefowi ekipy, ponuremu typowi o wyglądzie przestępcy, który nosił tatuaż na przedramieniu. Bardzo dziwny tatuaż- bo nie gołą babę ani inicjały, tylko pieska- pekińczyka, jak z kreskówek, o idiotycznym spojrzeniu. Zagadniety o tatuaż żachnął się tylko "Eee tam, nie ma o czym mówić".


A w poniedziałek czeka nas wymiana pionów w małym pokoju, gdzie wobec tego musimy zlikwidować łóżeczko synka z barierką. Już dawno mógłby sam z niego wychodzić, ale około roku-dwóch lat temu, kiedy leżeliśmy sobie jeszcze rano, ja i Wojtek, Gustaw nagle, jak duch, pojawił się przy naszej wersalce- czyli musiał sam wydostać się ze swojego łóżeczka w pokoju obok.
Byłam tak zaskoczona, że na Jego widok wydałam głośny okrzyk. Gucio bardzo się przestraszył moją reakcją, zrobił w tył zwrot pobiegł co sił w nogach do pracowni, susem przeskoczył przez barierkę na swój materacyk- i już nigdy więcej nie próbował sam się wydostać, tylko wołał rano  "halo, halo".

Nie wiem, jak my się pozbieramy z tym remontem, bo jeszcze we wrześniu będzie wymiana pionów kanalizacyjnych - czyli prucie ścian. Jedyne, co mi się podoba w wymianie rur- to zapach przy cięciu metalu i spawaniu.

Co do dziur- przypomniało mi się, jak pewnego samotnego, spokojnego, zimowego wieczoru leżałam sobie na tapczanie i oglądałam Karierę Emmy Hart, spragniona kobiecej rozrywki, aż tu nagle na poduszkę spadł mi wielki kawał tynku i cegły,  w suficie pojawiła się dziurka- a w dziurce oko. Podniosłam się gwałtownie ze zdumienia i przerażenia i usłyszałam głos sąsiada z góry "To pani???". "Panie, a kto niby ma być!" odpowiedziałam oburzona.
 Resztę wieczoru zamurowywał u mnie sufit i nie wiem, jak się potoczyła kariera Emmy Hart.

15 komentarzy:

  1. Aż się poczułam dziwnie błogo i spokojnie.. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. A mnie wydawało się, że wczorajsza wizyta dwójki małych dzieci, które bawiły się pod moją kołdrą w chowanego, złamały mieczyk rycerzowi, który stał koło wieży z klocków (która to wieża była bożonarodzeniowym opakowaniem prezentu w postaci perfum, wykonanym przez Pana Stettke- trzeba było odpiąć rycerzyka, przechylić wieżę i ze środka wyjeżdżał flakon), oraz zakosiły mi misia, uprzednio pozbawiając go odzież- to było duże zamieszanie. Widzę, że myliłam się:)
    Pani Stettke

    OdpowiedzUsuń
  3. Odzieży, oczywiście, miało być w poprzednim komentarzu.
    Pani Stettke

    OdpowiedzUsuń
  4. Było strasznie. Mam nadzieję, że dziś uda mi się pomalować. Rycerzyk wydał mi się bardzo intrygujący. A jaki flakon wyjeżdżał?

    OdpowiedzUsuń
  5. Etro Patchouly wyjeżdżało. Jeszcze je mam:) Ale wyjeżdżanie to nie wszystko-rycerzyk z wieżą były zapakowane w ręcznie wykonaną torebkę w kształcie gotyckiego okna, z którego zwisał złoty warkocz księżniczki!
    Pani Stettke

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję! Bardzo mi miło w jego imieniu!
    Mam jeszcze dwa autorskie opakowania prezentowe jego wykonania do opisania, ale to w swoim czasie. Nie mogę jego geniuszu tak od razu, gwałtownie ujawniać. A poza tym, to takie offtopicowe w tym miejscu.
    Pani Stettke

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym miejscu nic nie jest offtopicowe- ale tak, napięcie należy dozować.

      Usuń
  7. Justysiu, Ty musisz bardzo uważać na to, co spada na Cię "z nieba", bo coś za często Ci się to zdarza, a, jak mówi przysłowie...do iluś tam razy sztuka. W.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, myślałam, że nic a nic mi się nie stało, tymczasem nie pamiętam o innych wypadkach... o ilu jeszcze rzeczach nie pamiętam...?

      Usuń
  8. Ju , straszne przeżycia , a zwłaszcza współczuję wymiany rur , ale niestety znowu się uchachałam jak głupia czytając :)
    Kiedy u nas wymieniano piony centralnego , trzeba było rozmontować zamontowaną na amen konstrukcję złożoną z wiszących szafek , blatu biurka z szafkami i szufladami pod spodem , szafki stojącej na blacie i drewnianego parapetu połączonego ze wszystkim powyższym plus dopasowanych do tego szafek na kaloryfery . Potem to wszystko skręcałam uprzednio wykręconymi śrubami i mimo że popakowałam je w osobne podpisane pakieciki gdzie które należą , i tak mi sporo zostało - nie było ich gdzie wkręcić :)))

    OdpowiedzUsuń
  9. To zawsze tak jest- jak mój Tato rozmontowywał- obojętnie, czy był to motocykl, silnik czy budzik- zawsze zostawało trochę śrubek.
    Na sobie nie sprawdziłam- ponieważ nie potrafiłam złożyć z powrotem rzeczy rozmontowanej, więc wszystko zostawało

    OdpowiedzUsuń
  10. Rety, to jak ojczym Hrabala, František, które całe niedziele poświęcał na rozmontowywanie silnika motoru i składanie go znów na nowo. Zatrudniał kogo popadnie do "trzymania śrubek" w związku z tym sobotnimi popołudniami kryło się przed nim całe miasteczko.

    OdpowiedzUsuń
  11. No właśnie, muszę przypomnieć sobie Hrabala! dziękuję.
    może trzymanie śrubek chroni jednak przed zjawiskiem, że połowa zostaje niewykorzystana?

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.