WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Modne miejsce (i lans)

Pokonując po raz kolejny stałą trasę autobusem 131 do domu,  rok temu mniej więcej zauważyłam, a potem przyglądałam się z zainteresowaniem galerii- kawiarni (o nazwie na razie przynajmniej nie wspomnę).
Zgeometryzowane wnętrze z kontrastowymi barwami (wciąż- od czasów Mondriana, uchodzi to za nowoczesny wystrój), na ścianach obrazy- nowe, wyraziste, jaskrawe i duże.
A w środku (choć miejsce trochę na uboczu) zawsze pełno ludzi.

W lecie klientela daje się bliżej poznać, bo wypełza do ogródka przy ulicy, modna, hipsterska ( czyli już właściwie jednorodna), nowoczesna.

Słowem, narodził się pomysł- a może by tam zawisnąć?


Niewiele myśląc i specjalnie się nie interesując internetowo tą galeriokawiarnią (żeby się nie nastawiać) zadzwoniłam, aby porozmawiać z kimś od wystaw i ew. umówić się na spotkanie.
Tak, jak się spodziewałam, dostałam tylko suchego maila do osoby od obrazów, bez możliwości kontaktu telefonicznego.

No to wysłałam- i swoje "panienki", i odnośniki na stronę i bloga, grzecznie się przedstawiłam, a wszystko swobodnie i na luzie.

Trzy dni czekam- nic.

Pomyślałam sobie- tak bywa, nie czytają maili, bo takich, jak ja, jest wielu. Opędzają się.

I wtedy weszłam na ich stronę. Kiedy przeczytałam o tym, ze szczycą się "rozpoznawaniem nowych wartości i jakości estetycznych" i nie liczą się dla nich zaszczyty, medale i nagrody, ale CO kto tworzy (jednak malarza Dominika, oczywiście, mają), nagle jakby krew mnie zalała.


Zadzwoniłam do panienki w galeriokawiarni.
"Dzień dobry. Wysłałam do pani M.K maila ze swoimi pracami, ale nie mam odpowiedzi."
"Przepraszam, ja zaraz poinformuję M.K."
"Wie pani, ja zdaję sobie sprawę z tego, jak traktuje się takie maile- ZLEWKA po prostu. Ale- kiedy przeczytałam na państwa stronie, że wynajdujecie wartościowe rzeczy, postanowiłam do was zadzwonić, bo wysłane przeze mnie obrazy to nie badziewie i byle co, one są BARDZO DOBRE" - tu głos obniżył mi się do dolnych rejestrów.
Panienka trochę się przestraszyła
"Oczywiście, ja wszystko powtórzę i zadzwonimy do pani. Czy mogę jeszcze wiedzieć, jak się pani nazywa?"
"Neyman. Justyna Neyman".
I rozmowa skończona.
Tylko jak oni do mnie zadzwonią, skoro nie podałam numeru, a dzwoniłam ze stacjonara, który się nie wyświetla?

Odparowując po emocjonującej sytuacji, pooglądałam w komputerze wiszące u nich obrazy.
Namalowało je sześć osób, ale równie dobrze mogłyby być autorstwa jednej.

Takie same środki wyrazu! Przede wszystkim- agresywny przekaz. Mocne, kontrastowe kolory, graficzne motywy (znaki, elementy komiksu) i oczywiście duży format. Tematyka często prowokacyjna.

W zdumienie wprawiły mnie płótna, gdzie ludzka postać miała głowę sarny bądź jelenia.


 Samo w sobie- nic takiego, gdyby nie zdarzenie sprzed lat, kiedy studiowałam na ASP, lata 90te. Na Wydział Grafiki przychodzili "łowcy talentów"- zazwyczaj z agencji reklamowych, które masowo zakładały w Polsce swoje przedstawicielstwa.
Dziekan Grafiki- wspominany wielokrotnie mój mistrz, był wciąż narażony na takie wizyty i prośby, by wskazać najzdolniejszych studentów.
I niezmiennie, grzecznie, radził im, by urządzili konkurs i sami powybierali, bo on nie będzie przykładał ręki, by studenci robili za "białych Murzynów" w zagranicznych firmach.(co okazało się stuprocentową prawdą, która wyszła na jaw, kiedy księgowa przez roztargnienie zostawiła na kserokopiarce lisy płac Polaków i Amerykanów- 10 (!) razy wyższe).
Mr Xawery (mój późniejszy zleceniodawca, o postaci bardzo wysokiej, ale delikatnej i wiotkiej i zawsze trochę przestraszonym wyrazie pociągłej twarzy) nie rozumiał, na czym miałby polegać taki konkurs.
 Mój profesor się zdenerwował:
 "Panie, co mi pan mówisz, że pan nie wiesz? Wszyscy wiemy, co wam się tam podoba- najlepiej transwestyta, oczywiście nagi, na przykład z głową jelenia"
Mr Xawery podziękował trzęsącym się głosem z akcentem i wyszedł, lekko się potknąwszy.


A teraz- proszę- w lanserskim miejscu widzę prawie taki sam obraz, o jakim mówił mój Profesor 20 lat temu.

W miedzyczasie Karolina (z Łodzi) przesyłała mi przykładową tematykę obrazów, które powinnam namalować- wg Niej gołe baby przemówią do facetów (nawet w obcisłych spodniach, dużych bluzach i bucikach na cieniutkiej podeszwie). Radziła zająć się hipsterem- a więc: on w pejzażu miejskim / w tłumie (alienacja) / z twarzą w połowie drag queen, w połowie męską (poszukiwanie tożsamości).
Ale i tak największą przeszkodą jest to, ze nie nazywam się Kasia Tusk.

Pamiętam, kiedyś, z głupia frant, zainteresowana (jako malarka zwierząt) tabliczką z napisem  "Zebra" uchyliłam wielkie drzwi ogromnej kamienicy- przypuszczając, że w środku jest knajpa? klub?
Nie spodziewałam się fontanny w hallu i pręgowanych futer ponarzucanych niedbale na meble w ludwikowskim stylu. Pomieszczenie wielkości połowy sali gimnastycznej, równie wysokie, po kątach mrok- mimo południowej godziny. Jakieś nawet chyba były w półcieniu osoby, ale wstydziłam się uważniej popatrzeć z powodu intymnej atmosfery.
Na ścianach wisiały (nieumiejętne zresztą) rysunki- akty w wyuzdanych pozach.
Dobra nasza- skoro wisi cokolwiek, to i moje zwierzęta też mogą.
Podeszłam do baru, emanującego czerwonym światłem, powiedziałam miłemu, przystojnemu i opalonemu panu z obsługi, że maluję obrazy, robię wystawy, że może tu też...
"A ma pani pudle?"
"Pudle? nie, jeszcze nie"  uśmiechnęłam się sprytnie.
"Tutaj pasowałyby pudle" przystojniak omiótł wzrokiem wnętrze.
"Czemu nie, mogę namalować"
Ale on już na mnie nie patrzył, tylko mówił, bardziej do siebie "Duże, różowe pudle, samce, kopulujące..."


Skorzystałam z chwili nieuwagi i wymknęłam się- na powietrze, na słońce- chwytając dech.

Pewnie z tytułowym modnym miejscem będzie podobnie- kontakt jednorazowy, z tą różnicą, że nie ja się ich przestraszyłam, tylko oni będą unikać kontaktu.
I tak nie zawisnę w galerii w stylu "hi-tech" z wypożyczalnią iPodów do kawy.


6 komentarzy:

  1. O JEZU 8-o tylko tyle jestem w stanie powiedzieć . Szczęka mi opadła i muszę uważac , żeby sobie języka nie zdeptac - toż to nie kanał , a dno osadnika ściekowego :]

    OdpowiedzUsuń
  2. Podejście galeriokawiarni , realizacja wizji Twojego profesora i pudle , chociaż pudle najmniej , bo przynajmniej adekwatne do otoczenia , w którym miałyby zawisnąć i atmosfery roztoczonej przez przystojniaka ;P

    OdpowiedzUsuń
  3. Czyli całościowo - a myślałam, ze pudle są najbardziej szczękoopadające

    OdpowiedzUsuń
  4. Nadal tak uwazam.
    Pan w "Zebrze" nie miał pojęcia, że marzy o "nowej wartości estetycznej", Dominik ma swoje lata(zachęcają młodych). Gdybyś mata "to" nazwisko, mogłabyś wystawić szmatki, którymi wycierałaś pędzle i podłogę. A tak... Naga kobieta z słuchawkami i tabletem w dłoni, ew. namalowany "mój profil w twarzoksiążce" i tysiąc lajków, zresztą, jacy mają być klienci: studenci humanistyczni w bluzach z COS, nie daj Boże aby weszli tam chemicy inżynierowie, i kierownicy sprzedaży (szarmaci), to dla nich jest vip room, a w niedziele ich żony z dziećmi. Taka kobieta z zakupami i czółenkach od Ryłki ma sklep z pasmanterią. Dali trochę ajfonów i chłopcy się jarają. czytałam na forum.

    Podziwiam za to pana dziekana. święta prawda. Dlatego cenzura PRL-u została zastąpiona cenzurą i święta tajemnica zarobków (nie będzie buntów), hasłami jak z lat 50-tych nowymi - wypruj żyły dla firmy, to twój nowy kościół, zostań naszym jeleniem. O tak mnie naszło.
    Karola

    OdpowiedzUsuń
  5. O, niech Cię nachodzi częściej! jestem pod wrażeniem, w jaki sposób- w skrótach myślowych, ale wyczerpująco podsumowałaś sytuację.
    Dla tego mi tak zależy na komentarzach- bo one tworzą dialog!
    Rozwijają!
    Dają okazję i do pomyślenia, czasem przypominają o czymś, naprowadzają.
    Dziękuję Ci, Karolino.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.