WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

wtorek, 24 lipca 2012

Przed Sandomierzem cz. 2 czyli wernisaż wirtualny

Aby nabrać sił i śmiałości, podjechałam bliziutko pod Elektrociepłownię Siekierki.
To stwierdzone- ona mi pomaga.
Potem czekałam na przystanku, zagubionym wśród pól i niskich, jakby prowizorycznych budynków i półdzikich działek z kalekimi domkami.
Obok siedział weteran alkoholowy, w bezpiecznej zapachowo odległości i ponuro patrzył na kominy Siekierek.
Dołączył do niego kolega, rownież sterany życiem i procentami, w rozchełstanej koszuli ukazującej nędzny tors spalony słońcem. Lekko utykał.
Przybyły zapytał: "Był?"
"Był."
"K..., jak to jest, k..., przeklęty sk..., kiedy bym z domu, k... nie wyszedł, zawsze, k... odjeżdża. I jeszcze nogę k... mam chora, k..., a ten nic. już nawet nie patrzę k..., jak wychodzę, bo wiem, że mi ten sk...odjedzie. Lato czy zima, zawsze, k..., to samo k..."
"Masz, k..., rację" potwierdził siedzący.
Tymczasem na przystanek dołączyła pani z dwojgiem dzieci. Konwersacja została pozbawiona przerywników.
"Jakby mi te autobusy nie uciekały, to już bym był w szpitalu. Teraz medycyna to nie to, co kiedyś. Noge by mi nową zrobili. Wyrostek, rozumiesz, pięć minut, wycinają i wysyłają do domu. Serce masz chore- biorą inne, nawet ze świni i wprawiają, i idziesz. No chyba, żeś stary- to ci mówią- panie, nie damy rady, idź pan. A kiedyś, operacja, rozumiesz, usypiali, potem budzą, a tu nic. Puk, puk, jest tam kto? Nie ma! Pacjent zmarł."
Pani przygarnęła blisko dzieci.
Przyjechał autobus, jeszcze za sobą słyszałam chrapliwy głos rozchełstanego "No, k... nie ten przyjechał, sk..., a noga, k...boli".

Wróciłam ożywiona do domu, sfotografowałam kolejną część obrazów.
Najpierw- Batman- prapoczątek. namalowany w przerwie kłótni z Wojtkiem. Przyłożyłam się do zębów.
Rozmiar 40 na 50cm.


Podwójny pejzaż był pojedynczy, ale kiedy dykta się wypaczyła (czego wymagać od pleców od szafy), próbowałam ją wyprostować. Użyłam nogi i to był błąd- poszarpane brzegi ucięłam i dopasowalam krajobraz, żeby stanowił ciągłość. Rozmiar 40 na 40.



Lew i muchy tse tse to obraz surrealistyczny. ktoś powiedział, że nie mogła go malować trzeźwa osoba. Mylił się. Co prawda palmy przypominają marihuanę- coż poradzę, że zioło ma ładny kształt?
Rozmiar 40 na 50cm.



Karaluch to pamiątka po pladze robactwa, jaka przetoczyła się przez naszą kamienicę. Trwała chyba ze dwa lata- bo ludzie się wstydzili przyznać, że u nich są karaluchy. aż raz poszłam z wizytą do sąsiadki na dole, pedantki- patrzę, a tam przez stolik maszeruje sobie ciężarna samica ruszająca żywo czułkami - i wrzód, że tak powiem metaforycznie, pękł. Wszyscy z ulgą przyznali, że u nich też się roi.
A robactwo przyszło- tak podejrzewała sąsiadka spod 12stki, od pana spod trójki. Nie sądzę - ona go nie lubiła i rzuciła oszczerstwo.
Obserwowałam u siebie, podczas pobytu karaluchów, różne stadia- od odrazy, która owocowała bezskuteczną walką, po rezygnację, akceptację i powiem nawet, że kiedy ukazała się w drzwiach pani o skromnym, niby miłym wyglądzie, ale podejrzanie zaciętymi ustami, z plecaczkiem wypełnionym trucizną i dymiącą dyszą, poczułam coś jakby ukłucie - a potem nawet żal.
I namalowałam Karalucha- epitafium.



Jutro ciąg dalszy- i myślę, czy by ekspresowo nie dokończyć jednego ponurego pejzażu. Może pokłócę się z kimś? Będzie łatwiej.

8 komentarzy:

  1. Justysiu, patrzę na Twoje obrazy, na niektóre
    już n-ty raz i za każdym razem podobają mi się
    od nowa i inaczej, ale zawsze bardzo.
    Powodzenia na wernisażu, na pewno będzie udany.
    Jakże inaczej...!!! W.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, o, jakie miłe słowa! Byleby sprawy techniczne poszły dobrze. Powieszenie to kawał roboty. Potem już z górki.

      Usuń
  2. O jeżu , tylko nie karaluch 8( - nie znoszę tego paskudztwa . W moim rodzinnym domu były przez lat wiele , bo na dole był duży sklep spożywczy i knajpa - raj po prostu . Otwierasz szafę - na ubraniu karaluch . Budzisz się rano , a na tobie karaluch . FUUUUUUJ . Aczkolwiek przyznaję , namalowany po mistrzowsku i te niewinne niebieskie oczęta ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Współczuję - taki parter to klęska. Właściwie powinnam nazwać obraz Prusak.
      Teraz nie czytaj!
      Karaluchy - największe, jakie widziałam, były u moich Dziadków, na czwartym piętrze, a przychodziły z mięsnego na parterze.
      Pamiętam pułapki- odrażające pudełka w łazience i wystające z nich czarne odnóża, ruszające się coraz wolniej.

      Usuń
  3. Lew z muchami i palmami jest super. Naprawdę nic nie brałaś? Bo to prawie jak Bosch... ;)))

    OdpowiedzUsuń
  4. :D ja po nich też bym miała wizje ... ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. No to się zgadzamy!
    A w Tendre Poison malowalam Czarną Panterę w dżungli

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.