WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

czwartek, 19 lipca 2012

Małe kobiece radości

Potrzebuję przyjaciółki na miejscu...
Do takiego wniosku doszłam, będąc na co dzień w towarzystwie męża i synka- w Łodzi mieszkając z Karoliną i Jej córeczką oraz mężem, który przy nas był w defensywie (3:2) i na tyle miły, że nie tylko nie przeszkadzał, ale nawet zajmował się dziećmi, żebyśmy mogły sobie gdzieś pójść.

Nasz program był banalny- ciuchy używane, perfumerie- drogerie, wystawy i czasem kino.
Wystawy z reguły były czynne do 16-17stej, więc raczej nie udawało się nam zdążyć.
Za to odzież używaną zwiedzałyśmy pilnie, dzięki temu, że Karolina jest znawczynią tych przybytków w Łodzi. Czasem wstąpienie na chwilę owocowało wspaniałą zdobyczą- jak moja apaszka- mgiełka w jaskrawe pasy, półprzezroczysta, haftowana drogocennymi, silnie połyskliwymi nićmi na czarnym woalu. Ważyła tylko jedno deko. Na drzwiach było napisane "Tu mieszka twoja inspiracja".

W Gdyni światła dla pieszych wygrywają, ku uciesze Gucia, melodyjkę dla niewidomych, w Łodzi głośniki są zniszczone i słychać ni to zgrzyt, ni to szelest, coś jak popierdywanie. Gustawowi też bardzo się podobało i z radością wykrzykiwał na pasach "Słyszę piosenkę! To dupa śpiewa!".

Po długim niewidzeniu odwiedziłam swojego przyjaciela - świadka na naszym ślubie i człowieka, który stworzył moją stronę inernetową. Dzwoniłam do Niego wcześniej- powiedział mi, że mieszka w domu bez prądu i jeśli zadzwonię w weekend i się nie połączę, to znaczy, że rozładował Mu się telefon, który może podłączyć dopiero w poniedziałek w pracy. Pomyślałam, że to kiepska praca, skoro na prąd nie zarabia, no ale cóż, zdarza się.
Karolinka powiedziała, że może Mu pożyczyć lampkę na korbkę albo zafundować ogrodową na baterie słoneczne.
Tymczasem On otworzył mi w świetle lampy pod sufitem- ucieszyłam się, że zaczyna się odkuwać.
"Andrzejku, to już masz prąd?" - zerknęłam do pokoju, w którym chodził komputer.



Okazało się, że jest i prąd, i wszystkie wygody. Wyjaśniło się - Andrzej rozmawiał ze mną wcześniej przez telefon, kiedy był na wyjeździe- i to w tamtym domu niczego nie miał, a nie w swoim mieszkaniu.

Jednego razu byłyśmy z K. w kinie pod chmurką, seans zaczynał się koło 22giej.
Film niezwykły- Happiness. Opowiadał o ludzkich słabościach, zbrodniach i zboczeniach, nawet o pedofilii, o nieszczęśliwych, żałosnych związkach - tymczasem publiczność, złożona głównie z młodzieży posilającej się piwkiem, rechotała w najbardziej wzruszających momentach.
Nie rozumiem tego...
Co w tym śmiesznego, kiedy grubas zostaje poniżony i odrzucony? Kiedy dziecko płacze, bo się dowiaduje, że tatko posuwał jego kolegę?
Przypomniała mi się rozmowa ze znajomą z Warszawy, która nie znosiła chodzić do kina, bo reakcje publiczności, podobne do tej łódzkiej, napawały Ją niesmakiem. Zdziwiłam się, bo zazwyczaj na moich seansach nie ma prawie nikogo. Tymczasem- proszę...
Nie chcę myśleć źle o ludziach, ale to było bardzo, bardzo smutne.
Po kinie, koło północy, wracałyśmy piechotą do domu, droga prowadziła przez Księży Młyn, w którym luksusowe lofty sąsiadują z rozpadającymi się budynkami biedoty.

Wieczory też upływały nam miło, na oglądaniu programów w stylu "Być jak Drag Queen" - pamiętam kapitalny odcinek o wrestlingu, którego i tak nie rozumiem, ale w wydaniu z zawodniczkami (?) dragqueenowymi był już zupełnie surrealisyczny.
No i Fashion TV. Liczyłam na to, że zyskam coś dla siebie, podpatrując, jak poruszają się modelki. Zauważyłam pewną regułę- modele suną przechyleni o 45 stopni w przód, modelki- w tył, z łokciami za biodrami. Im bardziej kuriozalny strój, tym większy wychył.




Tuż przed wyjazdem wstąpiłyśmy na wielkie otwarcie drogerii, niedaleko domu. Dla uświetnienia, klientom przysługiwała wata cukrowa w kolorze różowym lub zielonym. Postanowiłyśmy zrobić niespodziankę dzieciom i wzięłyśmy po kijaszku z kolorowym kokonem.
Do mieszkania był jednak kawałek, trochę mżyło, wiało i wata zaczęła topnieć i kapać kolorowymi mikrosopelkami. Karolinka miała bialy płaszczyk. który pokrył się czerwonymi glutkami, mój ubiór, czarny, też wyglądał efektownie, w skrzących się na zielono kropelkach. I całe się lepiłyśmy. Włącznie z włosami i twarzami.
Gucio i Jagoda w domu dopełniły reszty- tak więc mieszkanie nadawało się do liftingu, kapcie z trudem odrywały się od podłogi.



Ale co tam- było wesoło.
Wojtek wspomniał mi o weselu na wolnym powietrzu, gdzie ozdobą było mnóstwo kolorowych baloników zawieszonych pod drzewami i na sznurach. Tymczasem zaczął padać deszcz- a baloniki ujawniły swą podłą jakość - brak wodoodporności i wszyscy pokryli się fantazyjnym deseniem z różnych kolorowych kropek i zacieków.

No a teraz, w Warszawie, najwyższy czas zabrać się do roboty! Mam już wymysloną Panią Ogień. Będzie pięknie.

A pachnę- wspomnieniowo- Chloe Narcisse...

6 komentarzy:

  1. Bardzo trafnie zauważyłaś tendencje ruchowo-postawowe na ftv - mnie zawsze dziwi , że te dziewuszyny się nie wywalają , bo naprawde nie wiem jak można tak chodzić , próbowałam ale nie wyszło ;P może jestem za krótka ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Może smarują im czymś podeszwy? albo magnesy- a pod wybiegiem jest żelastwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to niegłupie :)
      Nieodmiennie zachwyca mnie trafność , pewność i precyzja Twoich rysunków - idealne uchwycenie istoty rzeczy , nic dodać , nic ująć :)

      Usuń
    2. Bardzo, bardzo dziękuję! Muszę napisać, że nie zawsze, ale często zdarza mi się poczuć, że rysunek (szczególnie mam na myśli te małe rysunki z notesu- ilustracje właściwie)jest trafiony, jak mówi Wojtek "w sam sedes" - daje mi to ogromną satysfakcję

      Usuń
  3. :)
    Cudnie się to czyta, Ju.
    Pachnącego wieczorku,
    tri

    OdpowiedzUsuń
  4. Miło mi- a pachnę znowu Narcisse, więc życzenie się spełniło

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.