WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

poniedziałek, 2 lipca 2012

Najkrótsza noc poślubna

Działo się to cztery lata temu....
Byłam tydzień przed rozwiązaniem (ciąży), z ogromnym brzucholem i chodziłam sobie po bazarku w upalny dzień, wynajdując ubranka dla oseska.
Zadzwonił telefon - to Wojtek z planu "Samego Życia".
-Justysiu, mam do Ciebie taką sprawę... to nie jest obowiązkowe...
-O co chodzi, Wojtuś?
-Noooo...bo tak sobie pomyślałem, że jak ktoś ma taki wielki brzuch, to może zalatwić różne rzeczy bez kolejki...
-Mówże, o co chodzi?
-I w urzędach też go, znaczy Ciebie, przyjmą bez czekania...
-I...???
-I...może byśmy tak wzięli ślub jeszcze przed urodzeniem Gucia? jak sądzisz, zdążylibyśmy? Co o tym myślisz?
Zatkało mnie.
-Ale, Wojtek, teraz jest czwartek po południu, a w przyszły piątek mam termin!
-Wiem, wiem, nie uda się, to trudno, ale...jak, spróbujemy?
-Ojej, czekaj, złapię oddech ... dobra! spróbujemy!
Zdążyłam jeszcze polecieć do urzędu na Ursynowie, powiedzieli mi, że absolutnie nie mają wolnych terminów, żadnej możliwości, ale może, niekoniecznie w Warszawie, znajdzie się jakieś miejsce mniej oblegane.


W domu wynotowałam z internetu wszystkie Urzędy Stanu Cywilnego Warszawy i okolic.
W piątek zaczęłam dzwonić "Bo, widzi Pan/i, to są szczególne okoliczności, za parę dni mam rodzić i bardzo nam zależy..."
Po paru godzinach- brak rezultatu.
Posmutnieliśmy.
Ale została jeszcze Zielonka.
 "Pani Justyno, jeśli przywiozą mi państwo we wtorek (a był piątek) papiery, że każde z państwa jest rozwiedzione, to mogę we czwartek przyjść wcześniej do pracy".

Fajnie, tylko Wojtka papiery są na Śląsku, tam, gdzie mieszkają rodzice Jego byłej żony. A przy tym On nie może po nie pojechać, bo ma przez cały weekend zdjęcia w Samym Życiu.

Wojtek się zadumał
"Czekaj, wiem, przecież teść był kolejarzem, może ma jeszcze jakieś znajomości?"
Pół godziny, trzy telefony i powstał plan-teść zaraz pójdzie do Urzędu w miasteczku, weźmie dokumenty,  potem dostarczy je przyjacielowi, który jest motorniczym i będzie jechał do Warszawy. Ja o 11.15 stawię się na drugim peronie, pójdę na początek pociągu, ubrana na niebiesko, motorniczy, gruby, w żółtej koszulce- po tym się poznamy, przedstawię się i on da mi stosowną kopertę.
Tak też się stało- poszłam. "To pan?" "Widzę, że to pani" powiedział, patrząc na mój brzuch i wręczając mi kartonową teczkę.

Nadszedł poniedziałek, zadzwoniliśmy do Zielonki. Okazało się, że papiery rozwodowe to nie wszystko, musimy jeszcze jechać do urzędu na Nowolipkach, żeby tam wydali nam dokumenty z paru innych miejsc.
Standardowo procedura trwa tydzień.
Nie wiadomo czemu, może przez upał, brzuchol zrobił mi się jeszcze większy, prawie go położyłam na półeczce przed okienkiem.
Dramatycznym, cichym głosem powiedziałam "Proszę, my MUSIMY mieć te dokumenty, pan na pewno umie nam pomóc"
Urzędnikowi oczy zrobiły się okrągłe, poszedł na zaplecze, widać było, jak żywo gestykulując i chodząc w kółko rozmawia z kimś przez telefon. Za chwilę wrócił.
 "Zrobione, proszę pójść sobie na kawę i wrócić za dwie godziny, ktoś przywiezie papiery"
"Jak mam panu dziękować?" zawołałam uszczęśliwiona
"Nie trzeba, kobiecie w ciąży się nie odmawia".

Wojtek czekał na miejscu, a ja poszłam kupić suknię ślubną, nie mając żadnego pomysłu poza tym, że muszę zwiedzić zagłębie ciuchów używanych.
I znalazłam- suknię na ramiączkach, z cieniutkiego lnu, typu giezło, do samej ziemi.
W poprawkach krawieckich na cito zrobili mi przeróbki. Kosztowały więcej, niż suknia.
Buciki miałam- niskie szpileczki w kolorze łososiowym.
Zdecydowałam, że jedyną ozdobą mają być małe kwiatki- też w łososiowym odcieniu.
Z fryzjera zrezygnowałam- czyli pozbyłam się niepotrzebnego ryzyka.

We wtorek zawieźliśmy dokumenty do Zielonki, pani wyznaczyła datę ślubu na czwartek, godzinę 10tą rano.
"Proszę mi jeszcze powiedzieć, czym się państwo zajmują?"
"Ja jestem malarką, a mój przyszły mąż- aktorem i śpiewakiem"
"Ach, tak."

Wiadomo było, że uroczystość będzie bardzo kameralna- moi rodzice (którym zresztą cała akcja bardzo się podobała), świadkowie (na szczęście z Warszawy) i dwoje- troje przyjaciół.

Środa upłynęła pod znakiem szukania łososiowych kwiatków - to było wyzwanie. Kiedy już wszystkie pomysły spaliły na panewce, zrezygnowana postanowiłam kupić wodę w Carrefourze. Patrzę- a tam, w wiaderkach stoją pęki malutkich goździków- w tym jedne w wymarzonym odcieniu.

We czwartek- w dzień ślubu, 3go lipca, trochę przydługo się szykowaliśmy, a jeszcze trzeba było po świadka pojechać. Pędziliśmy jak szaleni, Weather Report na cały regulator.
W Zielonce byliśmy 15 minut przed czasem- i tyle miałam czasu na przebranie się (w remontowanej łazience) w suknię, makijaż i włożenie kwiatka za ucho, przypięcie drugiego, jak broszki, w środku lnianej kokardki nad brzuchem.
I było pięknie, pogodnie, zostaliśmy małżeństwem, pani z Zielonki dostała największą bombonierę, jaką widziałam.

Wesele (a raczej spotkanie w formie niewielkiego przyjęcia) odbyło się w ogródku malutkiej restauracji, w której miałam wystawę, z wykwintnym włoskim menu.

Wieczorem wróciliśmy do domu, a w nocy zaczęły się skurcze i koło 13stej następnego dnia Gustaw już był na świecie.
Ponieważ byłam po środkach znieczulających i jeszcze jakimś ogłupiaczu, bez przerwy odzyskiwałam i traciłam świadomość - pytałam personel "Proszę państwa, zdaje mi się, że wczoraj wzięłam ślub, czy to prawda?". Wtedy panie kazały mi spojrzeć na dłoń i obrączkę- co mnie uspokajało na chwilę, dopóki nie odpłynęłam, po czym pytałam znowu.
Ale wieczorem, w objęciach męża, z Guciem leżącym przy mnie, dotarło do mnie całe szczęście.
Które trwa do dziś.



17 komentarzy:

  1. Ależ to piękna historia jest! Wszystkiego najlepszego dla Was, pozdrawiam :) Gryx.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo, bardzo dziękuję- wiem że lubisz tzw. "okruchy życia"

      Usuń
  2. Justynko, cudna historia! Najlepsze życzenia rocznicowe! Buziak, kamena

    OdpowiedzUsuń
  3. Ju, uprzedzaj, że czytanie grozi wzruszeniem się ;)
    Piękna historia. Wszystkiego dobrego na kolejne lata dla Was wszystkich.
    aileen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy! Bardzo nam miło! Uprzedzać? Może to jest i pomysł :)

      Usuń
  4. Ju duzo miłosci,słonca i serdecnzosci na nastepne długie lata.
    T

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poproszę mniej słońca!
      Na serio- dziękuję bardzo.
      To strasznie miłe!

      Usuń
  5. Cudna historia :) Niby zwykła a niezwykła. Wszystkiego dobrego dla Was (w tym dla Gucia oczywiście). Pozdrawiam serdecznie,
    tri

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękujemy! Dobrze, że 4 lata temu nie było takiej duchoty- nie byłoby tak pięknie chyba

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudowna historia, się wzruszyłam ... Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy, dalszych 100 lat szczęścia :*
    Ewusia_m

    OdpowiedzUsuń
  8. Ewusiu, jak miło, że napisałaś. Dziękujemy serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  9. Justynko, mnóstwo serdeczności rocznicowych i oby wszystkie cudne emocje tego
    dnia sprzed czterech lat towarzyszyły Wam przez całe życie.
    A swoją drogą, jesteś rakieta z napędem atomowym - twoje przygotowania do
    ślubu trwały krócej niż niejednokrotnie moje przed wyjściem do pracy.W.

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo dziękuję w spóźniony sposób, gdyż dopiero co zakończyły się dzisiejsze obchodu urodzin Gucia.
    To prawda, do wyszykowania się nie trzeba mi wiele czasu, chyba, że chcę włożyć ubranie, które mi niespodziewanie i podstępnie i złośliwie zaginęło- spodni nadal nie ma, trzech ulubionych par!

    OdpowiedzUsuń
  11. O, też brałam slub w czerwcu ;) i też z brzuchem, ale jednak mniejszym :) I Twoja historia mnie nie dziwi, takie szaleństwo to w Twoim stylu :)

    win

    OdpowiedzUsuń
  12. Świetne, lekkie pióro :) i kto by pomyślał, ze to pisze malarka ;) popłakałam się z burzy miłych uczuć mną targających :D

    Katty_p13

    OdpowiedzUsuń
  13. Poproszę o piękny malarski opis Jagody - Jagusi.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.