WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

środa, 16 kwietnia 2014

Zdrada...? Czy nie zdrada?

Pod wpływem pewnego filmu, którego tytułu... nie zdradzę... odbyliśmy z W. bardzo ciekawą rozmowę.

W scenariuszu facet zdradził żonę, którą bardzo kochał (tak deklarował) - na co ona pokazała mu drzwi, nie chcąc oglądać go więcej na oczy i oznajmiła, że co do widzeń z dziećmi, przekaże mu wiadomość przez adwokata.
Usiłował się tłumaczyć, że to tylko raz, że po pijanemu, że tamta pani była bardzo samotna itd.
(niektórzy twierdzą, że po pijaku, to nie grzech, w czasie wakacji, w niedzielę - też nie - ale żarty na bok).

Właściwie od razu przyszło mi na myśl, że ja bym się tak nie zachowała (nie będę wchodzić w szczegóły, ale miałam okazję się o tym przekonać w czasach przedwojtkowych, więc doskonale wiem, co piszę). Po pierwsze dlatego, że najczęściej tzw. "zaufanie" jest ułudą. "Ufam ci" oznacza - "powinieneś zachować się tak, jak sobie to wyobrażam/chcę/oczekuję" itd. Jak mówił Tata o relacjach z ludźmi - "Calkowity brak zaufania podstawą dobrych stosunków".
Co prawda człowiek odpowiedzialny nie udziela obietnic bez pokrycia - ten punkt powinnam jeszcze dopracować.

To, że z kimś jesteśmy, nie oznacza, że ten ktoś traci tożsamość, stając się częścią nas.
"Wydawało mi się, że cię znam, tyle lat się oszukiwałam, teraz wydajesz mi się obcym człowiekiem, brzydzę się tobą" - padają słowa ze srebrnego ekranu.
No dobrze, ale czy gość z jakimiś tam doświadczeniami w dziedzinie męsko - damskiej nie jest równie "obrzydliwy", kiedy zaczynamy z nim układać plany? (cudzysłów celowy)

W każdym razie głośno wyraziłam swoją dezaprobatę dla postępowania bohaterki filmu, co Wojtka szalenie zdziwiło.
-Dobrze wiedzieć, że mam taką tolerancyjną żonę
-Nie, to nie znaczy, że aprobuję zdradę, ale jeśli już się zdarzyło, a druga strona szczerze żałuje - dałabym szansę. Chyba trudniej byłoby mi znieść kłamstwo. Najgorzej oszukiwać drugą osobę
-Jeszcze gorzej trzecią. A już najgorzej oszukiwać pierwszą osobę - to utrata kontaktu z rzeczywistością. Np mówisz do siebie : "Jesteś ok", a tu takiego wała!
-Wojtek, a Ty byś mi wybaczył zdradę? - zapytałam czując, że wchodzę na grząski grunt.
-Nigdy w życiu! wziąłbym pistolet, najpierw zabiłbym siebie, ciebie, a potem kochanka...

Nie ma, jak wesoły mąż, powiem Wam.

Czasem aż ciężko poważnie porozmawiać - ale tym razem mi tego nie brak.

A w ogóle jutro mija 5 miesięcy, od kiedy przygarnęliśmy Pepę. Tak było :

A tak jest :

Serce rośnie.

7 komentarzy:

  1. byłyśmy razem z Rachelą na Locku, mam mieszane uczucia w tej akurat kwestii, ale przynajmniej można sobie powiedzieć: "robię to dla betonu" :)
    dag.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha ha, faktycznie! Skoro już wiemy, o jaki film chodzi - największy niesmak spowodowały ohydne wąsy Hardy'ego do połowy wargi, jak u woźnicy, pfe

      Usuń
  2. Wśród moich znajomych Locke wywołał burzę, ku mojemu zaskoczeniu, bardzo aprobującą zachowanie głównego bohatera (raczej to jak bardzo solidny był w swojej pracy, nawet kosztem rodziny). Mnie np. wydało się, że żona po pierwszym szoku przebaczyłaby mu zdradę, ale w momencie kiedy musiał dokonać decyzji między nią a numerem do ważnej osoby związanej z pracą sam niejako podjął decyzję o tym, jak zakończy się ta historia. Ludzie poświęceni pracy (ba nawet swojej pasji) często mają różne problemy w życiu prywatnym, a najgorętsza dyskusja w moim kręgu dotyczyła tego czy dobrze to rozegrał, a nie samej zdrady.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pepa zmieniona nie do poznania :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wg mnie nie w porządku było to, że żona kazała mu wybierać, właśnie wtedy, gdy zagrożone było życie ludzi - albo ma poprosić ją o wybaczenie ALBO o nr telefonu, bez którego budowa nie dojdzie do skutku. Poza wszystkim owa intryga wydaje mi się nieco naciągana - człowiek tak oddany swojej pracy nie ryzykowałby zawalenia budynku dla jednego życia. Oczywiście niby ma to uzasadnić istnienie tatusia, ale mnie to nie przekonuje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze się wtrancam - źle napisałam "dla jednego życia" - bo chodziło o obecność przy urodzinach, której przecież dziecko nawet nie zarejestruje, za to matka nabierze niepotrzebnych nadziei. A w ogóle film był słuchowiskiem.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.