WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

sobota, 13 sierpnia 2016

Zanurzenie w rzeczywistość - wpis relaksacyjny

Jadąc tutaj, nie byłam nawet w stanie się cieszyć, gdyż wyczerpała mnie bezsenność.
Zasypianie albo raczej "zasypianie" zabierało mi pięć godzin (!) - myśli, pomysły, ch... wie co powodowały, że mój wewnętrzny procesor wciąż działał na pełnych obrotach, a fizyczne zmęczenie tym stanem zaczynało działać koło 6 -7 rano.
W dzień za to myśli mi się rwały, dekoncentracja - no bo wyobraźcie sobie Państwo, że taki stan "nakręcenia" trwał od miesięcy w mniejszym lub większym nasileniu.

Do autobusu wsiadłam czując się jak zombie, a ponieważ podróż trochę trwała, położyłam się - i odpadłam. Jak w czarną dziurę, w ciemność. Ja wiem, może pół godziny? Ale obudziłam się odprężona, spokojna i ku mojemu zdziwieniu zorientowałam się, że zmieniło mi się tempo wewnętrzne, umysłowe, jednocześnie zaczęłam bardzo intensywnie odbierać... widoki, kolory, światło.
Żadnych myśli!
Zupełnie jak w stanie medytacji, który ćwiczyłam bezskutecznie wiele razy.

Przyjechałam na miejsce, do baraku z werandą i fotelem, który uważam za bardzo sprzyjający uspokojeniu (dzięki jego niezwykłej wygodzie - mebel pochodzi najpóźniej z lat 80tych, masywny, wielki, miękki i sprężysty).

I usiadłam. Patrząc przed siebie, wprost na jezioro.
Cóż to było za siedzenie!


Gapiłam się, słuchałam, rejestrowałam - całkowicie bezmyślnie.


Lodówka mruczała, owiewał mnie lekki wiaterek, zaczynał zapadać zmierzch.


Nie miałam absolutnie żadnej potrzeby czy powodu, żeby się ruszyć. Ciemność, bardzo przyjazna, otulająca, spowijała jezioro. Świerszcze cykały jak mini zegarki.


...a ja trwałam, jak zaczarowana. Obserwująca. Powoli, bardzo powoli.


Zatrzymać ten stan - albo przywoływać go na życzenie, okazało się wcale nietrudne (ku mojemu zdumieniu). Bardzo pomaga mi wyobraźnia, może gra nawet decydującą rolę.
Pewne zestawy barw, światło, kojarzy mi się - jak zapachy - z miejscami z przeszłości, które zapamiętywałam jako kojące.


Czasem nawet pojedynczy kolor ma bardzo silne działanie - wiosenna zieleń, prześwietlona, lazurowy błękit zaklęty w szkiełku leżącym przy drodze (wzięłam je do kieszeni)...

Do tego wszystkiego dodałam zapach - wzięty z domu w ostatniej chwili.
Bluebell Penhaligon's. Chłodny, nieprzystępny hiacynt, używany przez Margaret Thatcher i... Tildę Swinton oraz Lady D.


...i ta kula, w której zaklęty jest obraz jeziora - do góry nogami. Jak ja lubię to zdjęcie!
Zapach sam w sobie nie jest ładny, ba! wiele osób mówi o traumie, jaką wywołał, ale ja, kiedy mam go na sobie i zamknę oczy, widzę okno w drewnianej rybakówce, a za nim blade, zimnoniebieskie światło, przesączone przez drobny deszcz, mglistą wilgoć.Bardziej angielską niż polską.
Mam nadzieję, że kiedy użyję go, powiedzmy w listopadzie, przywoła leśno - jeziorowe wizje.

Jak może Państwo pamiętają, zawsze narzekałam na słabe osadzenie w rzeczywistości, na to, że brakuje mi "tu i teraz" - tymczasem otoczenie od tamtego, pierwszego dnia, generuje u mnie stan wręcz roztopienia się w świetle i kolorach.
Jakby mnie w ogóle nie było.




Zdarzało mi się poddać nastrojowi już wcześniej, na Mojej Promenadzie, ale nigdy nie był to stan permanentny.


Teraz, szczególnie zestawienia barw, powodują włączenie się obserwatora i tym samym wyłączenie myśli (UFF!)




Zieleń ma wielką moc.
Ale błękit - też niczego.



Konkluzja jest taka : na razie uczę się, żeby móc generować ten stan "rozpłynięcia" na życzenie.
Zapamiętuję jak najwięcej.
Na pewno w Warszawie włączę w ten proces muzykę.
Na razie - od zawsze - niezawodnie działają zapachy. Na dodatek wiem, które i mam je, to taka moja kolekcja relaksacyjna.
Skutek uboczny - mniej czasu spędzam przy komputerze, więc popracuję nad efektywnością.

A, jeszcze jedno - zasypianie zajmuje mi kilka minut. Nie budzę się przez bite 9 godzin.

Co do malowania (specjalnie nic nie mówię, na razie chowając dla siebie) - nie, nie zapisuję obrazów w zeszycie, ale mam plan, nawet tytuł nowego cyklu.
I tą optymistyczną uwagą się z Państwem żegnam, życząc, komu mogę, udanego końca wakacji.

13 komentarzy:

  1. Miło sie gawędzi czytając ten tekst. Można podyskutować o przestrzeni którą elektryzujemy doznaniami wzrokowymi Zagłębiając sie w ciszę - ja.. widzę więcej . Specjalnie wyciszam słuch i węch . To przeszkadza . Nie potrafię ująć obiektywem szumu ani zapachu. To mam wyuczone , jak kolędę w świąteczny wieczór. Podziwiam Twoją zdolność opowiadania o sobie po tamtej stronie lustra. To niesamowicie trudne . Kiedyś w czasach innej epoki bezskutecznie próbowałem ... i poległem . Pozdrawiam i życzę sukcesów. Często tu jestem choć nie zawsze zostawiam ślad.......

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za życzenie! Sądzę, że to, co piszesz o zagłębieniu się w ciszę jest jednak czym innym, zupełnie innym niż moje doznania. Można eksperymentować - ja chcę za pomocą zapachu, który mam na życzenie wywołać tamte (te) obrazy.
      Bodźców węchowych cy słuchowych nie odbieram jako rozproszenia. Myślę, że właśnie cisza mogłaby mnie rozpraszać, paradoksalnie. W każdym razie nie mam takiej potrzeby.
      To ciekawe - nie użyłabym wyrażenia "elektryzowanie przestrzeni" (piszę, oczywiście o sobie)- dla mnie to jest raczej skanowanie, a potem - wybór tego, co działa najbardziej sugestywnie na wyobraźnię. Takie kadrowanie.

      Usuń
  2. ślady? jakie ślady? co ty bredzisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W postaci komentarza wg mnie - po prostu

      Usuń
    2. może to jakiś po prostu fan i przesadziłem z takim tonem, zwyczajnie jestem przeczulony na stalkerów, spoko

      Usuń
    3. Mieć stalkera byłoby dla mnie może i nawet nobilitujące, haha.
      Emocje czasem ponoszą - trzeba uważać

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  3. Odpoczywaj i chłoń :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Fotografia ma wadę natychmiastowości jak ja to nieuczenie nazywam . Niestety ale muszę wyłączyć wszystkie zmysły , aby maksymalnie wyostrzyć wzrok. Szum wiatru , wody , traw - jest nieuchwytny dla obiektywu . Zapach też. Tu liczy się matematyczna wartość przysłony , czas otwarcia migawki . Dużo czasu straciłem , aby pojąć , że muza jest dla malarzy . Ja muszę mieć refleks i z biegiem lat coraz trudniejszą zdolność oceny oświetlenia . Proces malowania u mnie to przekształcanie gotowego obrazu na ekranie komputera Zazdroszczę Wam ale i podziwiam malarzy artystów . Zbyt szumnie ? Nie szkodzi bo o szum i zapach tu ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, Petroniuszu, dla mnie aspekty techniczne fotografii nie istnieją - mam zwykły cyfrowy aparacik, nie taki najprostszy, ale prościutki. Matematyka zresztą (poza równaniami z dwiema niewiadomymi) jest mi obca.
      Piszesz, jakbyś był starcem stojącym nad grobem, a z bloga wynika, że masz 42 lata?
      Myślę, że muza dla fotografów istnieje, jak najbardziej, tyle jest przecież zdjęć zapierających dech w piersiach, w których udało się zawrzeć to, co osobiste, nieuchwytne.
      Może po prostu chciałbyś być malarzem...?

      Usuń
  5. Nie prowadzę bloga >>> ale jestem znajomym z Fa. Kiedyś ..w epoce dinozaurów sporo pisałem na forach i zostałem tu jako Petroniusz . Jeśli kojarzysz Tadka ...fanatyka fotografii to witam ponownie . ;-)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.