WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

piątek, 12 sierpnia 2016

Krytyczny Czwartek - Piotr Wolf

"Wszystkie swoje obrazy piszę w zeszycie. To nie opis kolorów czy kształtów a emocje i symbolika. Kolory i kształty wychodzą na końcu. Czasami przypadkowo. Trochę mnie wykańczają, ale zaczynam odpierać ich siłę i zamykać ją na płótnie. Mam już zapisane 133 obrazy a zrobiłem dopiero 13. Obrazy są duże i pochłaniają wiele czasu. Podzieliłem sobie to na etapy. Te, które mi zostały, są najbardziej skomplikowane symbolicznie i technicznie. (...) Zeszyt, w którym mam zapisane wszystkie swoje obrazy jest tylko dla mnie i chyba nikt go nigdy nie zobaczy"


Piotr Wolf.
Człowiek młody, przed zaczęciem studiów.
Poznaliśmy się osobiście - nie odzywał się za wiele, ale to, co mówił, było przenikliwe, trafne i ważne. Ważne, bo pokazał mi swoje obrazy, od których wyskoczyła mi gęsia skórka.

Nie sądziłam, że pozwoli mi na wpis tutaj - a jednak.
Zetknięcie z jego malarstwem - tak boleśnie, dogłębnie szczerym, lecz przy tym uwodzicielskim, jeśli chodzi o piękno faktur, kształtów, w ogóle rozwiązań technicznych, wywołało mój podziw.
Tak, podziw.
Dla twórczości PRAWDZIWEJ, przy której człowiek spala się, traci zdrowie.

Przyznam się, że mój odbiór jest o tyle zubożony w stosunku do zamysłów Autora, gdyż symboliki unikam - a jego obrazy oddziaływują na mnie bardzo silnie samymi kształtami i kolorami, to jest dla mnie ważniejsze.

Tak więc - zapraszam


Piotr pozwolił mi z przesłanych kilkunastu wybrać tylko 5 - tak więc muszą Państwo brać poprawkę na to, że kierowałam się swoim gustem.


Oczywiście jestem strasznie ciekawa techniki wykonania - jako malarkę aż mnie zżera chęć dowiedzenia się, ale o tym Piotr nie wspomniał, a ja nie pytałam, trochę oszołomiona przekazem.


Kontakt z tego rodzaju obrazami nie jest dla mnie łatwy - przyznam się, że po dostaniu zdjęć nowych prac na maila, tylko widząc miniaturki, nie czułam się na siłach ich oglądać wcześniej, niż po dwóch dniach.


I wreszcie ostatni - poza Niebieskim chyba mój ulubiony


Jeszcze uwagi na koniec : nie uważam, że tylko obrazy malowane z potem na czole, wyrywające z artysty ostatnie siły, są coś warte. Wierzę w "malarstwo szczęśliwe", również.
Tym niemniej nie poruszy mnie prawdziwie nic cynicznego i bez serca, puste epatowanie zręcznością albo - co najgorsze i w najpodlejszym gatunku, wszelkie prowokacje. Większość happeningów nabiłabym w armatę i wystrzeliła (w najbliższym czasie przypomnę co soczystsze krytyczne wpisy).

Dlatego też piszę o pracach Piotra Wolfa.
Tak mało w dzisiejszych czasach szlachetnych i szczerych intencji.

Co będzie dalej z nim? Z jego malarstwem?
Oto jest jedno z licznych pytań bez odpowiedzi (i chyba trochę bez sensu, tym niemniej zamieszczam jako westchnienie).

Mam natomiast prośbę, Drodzy Czytelnicy, napiszcie, czy te prace również na Was działają tak sugestywnie (i dlaczego).
Jako malarka mogę widzieć je inaczej - ale może nie.

16 komentarzy:

  1. Nareszcie ! Nie mogłam się doczekać Krytycznych Dni :)))
    Powiem tak - nie umiem ocenić jakości tych obrazów od strony warsztatowej , choć uderza precyzja wykonania przypominająca trochę grafiki komputerowe , a trochę wzory drukowane na tkaninach (dwa pierwsze - widzę Cię w bluzce w takie ciapki,jak na drugim obrazie) . Taki rodzaj malarstwa odbieram jako twórczość czysto dekoracyjną - nie budzi we mnie emocji , tylko ewentualne skojarzenia wywołane motywem graficznym - obraz drugi to tkanina z początku lat 70 , a trzeci - mozaika podłogowa w barze z lat 50 . Oczywiście pewnie by można podywagować na temat symboliki i ukrytych znaczeń - na pierwszym obrazie paw o ogonie w kształcie jaja wypełnionego (na moje oko) żabim skrzekiem czyli też jakby nie patrzeć jajami , na tle meandra symbolizującego wieczność i nieskończoność - można by uznać że jest to wyobrażenie wiecznie odradzającego się życia ; powtarzający się motyw pojedynczego skrzeku bądź - w powiększeniu - źrenicy ,powtarzające się motywy koronkowe - ale to nie jest to , czego w malarstwie szukam .
    Niemniej z pewnością jest to malarstwo wychodzące spod ręki pewnej i zdecydowanej co do obranego kierunku , spójne i będące wyrazem nietuzinkowej osobowości . Ale - tak jak mówiłam - do mnie to nie przemawia . W malarstwie , w sztuce w ogóle szukam emocji , tutaj widzę tylko dekoracyjny ornament , zapewne zawierający w sobie jakąż symbolikę , ale ani nie umiem jej odczytać, ani jej poszukiwanie mnie nie pociąga . Co oczywiście nie oznacza , że krytykuję te obrazy - broń Boże , w swoim rodzaju są na pewno świetne , tylko to nie ten rodzaj,który mi się podoba ;)
    Mogę tylko powiedzieć , jakie skojarzenia te obrazy budzą - pierwszy już opisałam , drugi - materiał z naszytą koronką ,ale również odłażąca od ściany papierowa tapeta , popękane od uderzenia lustra (te jakby rozety w górnej lewej części) i Odyseja kosmiczna 2001 - scena , kiedy po eksplozji planety czy gwiazdy , dziesiątki czarnych obelisków zostają wyrzucone w kosmos .
    O trzecim też było , czwarty - no cóż, mnie się przede wszystkim przypomina symbol dawnych Domów Centrum w warszawie - rozeta z czarnych i białych wąziutkich pasków ;), planety w przestrzeni i stół podwieczorkowy z serwetkami i przeciętym melonem , i znowu źrenica-skrzek-oko - nie potrafię tego ze sobą powiązać w jakąś całość .
    A ostatni obraz - kojarzy mi się drzewo życia (dość prymitywne skojarzenie, przyznaję), wyrastające znowu ze źrenicy z tęczówką? Skrzeku ? Wygląda to niepokojąco , w ogóle ten powtarzający się motyw tęczówki ze źrenicą/skrzeku jest - dla mnie - niepokojący . Ale tak tylko sobie luźno jako laik dywaguję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspaniała recenzja i zupełnie inne od mojego spojrzenie!
      Oczywiście, zauważam dekoracyjność i znajome z PRLu motywy - ale one tylko nadają ledwie odczuwalnej swojskości.
      Natomiast zderzenie elementów płaskich i przestrzennych, "miękkie przejścia" kolorystyki i światła, wywołują bardzo silną emocjonalną reakcję. To są dla mnie obrazy - przepraszam za wyrażenie - wsysające, a może nawet WYSYSAJĄCE.
      Zaklęta w nich energia - dokładnie tak, jak powiedział Autor, zamknięta, nie straciła przez to na sile, coś tam wciąż wibruje, oddala się i przybliża.
      Przepadam również za wszelkimi "tapetowymi" wzorami, powtarzającymi się elementami; z pozoru są dekoracyjne, ale ich mnożenie tworzy rytm, dość natrętny - i też odbierany przeze mnie emocjonalnie.
      Wspomniałaś o posadzce - ale nic tam nie jest takie, jakiego bym się spodziewała - kwadraty to nie kwadraty, prosta czerń i biel zakłócona jest szarością i nawet umieszczona centralnie gwiazda nie ma typowo symbolicznego kształtu, na dodatek Piotr ubrał ją ni to w infantylną, ni to kobiecą koronkę.
      W każdym obrazie "coś" jest przykuwającego silnie moją uwagę - w pierwszym ten grecki meander, zatopiony w ciemnym, cieniowanym do tego żółto - szmaragdzie. Drugi obraz kojarzy mi się z długimi linami - sznurami wodorostów, widzianych od góry w morskich odmętach. W tym czerwonym - znowu ślad gwiazdy na jednym z plamistych kół. A w ostatnim ujmują mnie włoski na obrzeżu drzewa z okiem i zaciekawia sposób prowadzenia białych, laserowych linii.
      Poza tym ten "skrzek" ma bardzo niemal namacalną konsystencję, to tajemnicze wgłębienie w środku - jak źrenica albo środek w donacie - pączku z dziurką.
      I konsekwencja - to samo w sobie już silnie oddziaływuje.

      Usuń
    2. Ha , no widzisz :) że posadzka jest szarawa nic dziwnego - przecież zadeptana i starta od chodzenia , a że krzywa - w naszej rzeczywistości lat 50 to raczej normalne ;P
      To co dla Ciebie jest wodorostami , dla mnie jest wstawką koronkową z metra ;P
      Na pewno inny jest odbiór na żywo , kiedy możesz z bliska ocenić fakturę , kolor , bez spłycenia i zubożenia przez zdjęcie umieszczone na stronie, co zawsze okalecza . I prawdą jest , że te obrazy są - powiedziałabym - esencjonalne , pełne skompresowanej , upchniętej pod ciśnieniem treści , to fakt .

      Usuń
  2. Ja nie jestem oszołomiona przekazem tych obrazów. Wszystkie niby różne, a jednak jednakowe. Gdybym musiała jakoś je określić wybrałabym chyba zwrot: dekoracyjne. Podoba mi się analiza Parabelki.
    Nie wywołują u mnie żadnej gęsiej skórki. w przeciwieństwie do filmików z Gustawem. Jaki masz cel w ich publikowaniu? Skąd taka tematyka i taka forma? Czy Gustaw za kilka lat będzie zadowolony z takiej popularności?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elu, wydaje mi się, że miejsce na te pytania nie jest tu, na blogu, gdzie filmików jeszcze nie publikowałam. Tak więc, skoro jesteś użytkowniczką fb, kieruję Cię tam lub pod wpis, gdzie filmiki zamieszczę - albo, jeśli wolisz, skopiuję twój komentarz i na niego odpowiem.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  3. Nowe odkrycie, nowa forma, nowa jakość sztuki. To pierwsze skojarzenia jakie nasuwają mi się, kiedy patrzę na obrazy Piotra. Pozwolę sobie nawiązać do opinii przedmówczyń- opisany przez nie charakter dekoracyjny jest wyłącznie pierwszym wrażeniem, jakie można odnieść. Z pewnością nie jest jednak jedynym (ani nawet głównym) atutem. Każdy, kto poprzestaje na takiej ocenie z całą pewnością dużo traci. Sama forma, dbałość o szczegóły dodatkowo zachwycają i przyciągają do każdego z obrazów. Ale też... No właśnie. Myślę, że bogate zdobienia, ferie barw i kształty pełnią jednocześnie inną, bardziej zaskakującą rolę. Dają schronienie emocjom, które Autor zamknął w swoich obrazach. To- moim zdaniem- świetny zabieg. Artysta dzieli się swoimi emocjami- ale nie ze wszystkimi, opowiada swoją historię- ale nie każdemu. Zmusza niejako do zatrzymania się, głębszego spojrzenia, zadumy. Poświęcenia swojego czasu na to, żeby poznać człowieka, jego myśli, uczucia. Bo obrazy są jak ludzie- coś sobą reprezentują, ale równocześnie ukrywają coś, co jest przeznaczone jedynie dla wybrańców. Pierwsze spojrzenie nie pozwoli poznać charakteru, tego co tkwi w głębi. Niektórzy poprzestają na tym właśnie- to błąd.
    Wracając do tematu- te obrazy "mówią", ale nie obnażają wszystkiego, co tkwi w myślach Autora. Być może niektórzy lubią mieć wszystko podane na tacy. Ale z pewnością większość miłośników sztuki woli samemu zaleźć „to coś”. Ja należę zdecydowanie do tej drugiej grupy. Uwielbiam wracać do czegoś, co już znam i za każdym razem odkrywać w tym coś nowego. To tworzy swoistą nić porozumienia na linii autor-odbiorca. Nawet, jeśli nie mają ze sobą bezpośredniego kontaktu, a bądźmy szczerzy- tak zazwyczaj jest. Umiejętność zakamuflowania pewnych symboli jest oznaką niebywałego geniuszu twórcy, a odnajdywania ich- symbolem fascynacji odbiorcy. Przy tak nietypowych obrazach, jak te autorstwa Piotra, można łatwo ocenić jakie Twórca ma podejście do osób, którym przyjdzie podziwiać jego dzieła. Czy czegoś od nich wymaga i oddaje część siebie, czy serwuje im banały i liczy na poklask. Piotr wybrał jednak jedną z najtrudniejszych dróg, i konsekwentnie po niej kroczy, narażając się na krytykę i niezrozumienie. Już za to należy mu się podziw. W dodatku jego młody wiek... Czyżby narodził się nowy Mistrz?
    Nie jestem krytykiem sztuki, ale myślę, że nie trzeba nim być żeby odróżnić dojrzałe, ukierunkowane malarstwo od obrazów spod szyldu „kopiuj- wklej”. Wyżej wymienione z pewnością należą do tych pierwszych. Dbałość o szczegóły- której nie można Autorowi odmówić- oraz różnorodność jest wyraźnym znakiem, że każdy z obrazów został dopracowany w 100%. Dodatkowo symbol oka, który jak klamra spina wszystkie obrazy w zgrabny zbiór pozwala mi twierdzić, że każdy z tych indywidualnych elementów ma ogromne znaczenie w odczytywaniu całości. Szkoda, że nie udało się opublikować wszystkich obrazów, choć oczywiście należy uszanować wolę autora.
    Nie pokuszę się o omówienie każdego z obrazów osoba- interpretację pozostawię dla siebie. Nie chcę nikomu sugerować mojej wizji- najlepiej będzie, jeśli każdy znajdzie swoją drogę do bliższego zapoznania się z tą formą sztuki. Jedno jest pewne: sztuka, jest tworzona dla wszystkich. Ale najczęściej cieszy oko, i tylko w wyjątkowych sytuacjach łączy dusze. Każdy ma prawo wyboru- czy satysfakcjonuje go warstwa wizualna, czy szuka czegoś więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozwolę sobie popolemizować ;) każdy jest inny i czego innego od dzieła sztuki potrzebuje . Są tacy , którzy lubią dociekać , odkrywać ukryte znaczenia , symbole , tropić osobowość autora przetransponowaną w dzieło . A są tacy , których interesuje wyłącznie sam efekt końcowy ,bez dociekania "co autor miał na myśli i o co mu chodziło" tym bardziej , że niekoniecznie we wszystkim musi być ukryte drugie dno . Tak jak napisałaś - obrazy są jak ludzie , a ludzie są różni . Są tacy , z którymi od razu nawiązuje się nić porozumienia , i są tacy , o których od razu się wie, że to inny świat . Tak jak nie można lubić wszystkich ludzi , tak samo nie mogą się podobać wszystkie dzieła sztuki . Ja nie oczekuję od obrazu bycia zagadką , łamigłówką - ja chcę ,żeby podziałał na emocje ,wzruszył , uderzył w uczucia . To nie znaczy , że coś tracę - po prostu mam inne potrzeby i nie sądzę, żeby mnie to jako odbiorcę sztuki dyskwalifikowało . I nie sądzę, żebym coś traciła - rzeczywistość , w której żyję , jest na tyle skomplikowana i wypełniona zagadkami , że naprawdę wystarcza mi ich na co dzień . Zresztą nie mam talentu detektywistycznego ;)
      Od sztuki oczekuję - mówiąc kolokwialnie - uderzenia emocją między oczy , a nie rozkmin , co naprawdę oznacza to , co widzę/słyszę. Problemu "Co autor chciał nam przez to powiedzieć" mam szczerze dość po latach szkolnych , tym bardziej , że nie każdy ukrywa w swoim dziele jakieś przesłanie i drugie dno .
      A te obrazy - aczkolwiek doceniam ich jakość od strony spójności , wykonania , konsekwencji - we mnie żadnych emocji nie wywołują . Są owszem na swój sposób niepokojące, zwłaszcza zestawione w większej ilości , ale nie tego rodzaju niepokoju potrzebuję . Po prostu intuicja mi mówi, że z tymi obrazami się nie dogadam .

      Usuń
    2. Oto właśnie jest pytanie - czy traci się coś w odbiorze, skupiając się "tylko" na efekcie końcowym, czy nie.
      Wg mnie twój, Parabelko, odbiór nie jest uboższy - jest inny. Ty, oglądając obraz, widzisz go inaczej niż ktoś dociekliwy, jesteś bardziej skupiona na zewnętrznej warstwie, przez to (dzięki temu) obdarzasz ją inną uwagą.
      Prawdopodobnie do kogoś dociekliwego nie dotarłby po prostu obraz, który Ciebie poruszy.
      Ja, jak już wspomniałam, na zagadkach się nie skupiam, znaczy na ich rozwiązaniu, ale intuicyjnie odbieram drugie dno i świadomość tej tajemnicy mi wystarcza, nie muszę jej rozwikłać, tym bardziej, że jako "nie - autor" nie mam dostępu do meandrów myśli, które go - autora - wikłały czy absorbowały.

      Usuń
    3. To nie tak , że jestem skupiona tylko na zewnętrznej warstwie - ta warstwa jest starterem wywołującym emocje , to jest ten "guzik atomowy" , dzwonek psa Pawłowa czy jak to inaczej nazwać , a obawiam się, że moja dociekliwość w zetknięciu z wieloma obrazami doprowadziłaby autorów do rychłego samobójstwa :P tyle , że ta dociekliwość jest jednym ze skutków naciśnięcia guzika, czyli reakcji na stronę wizualną . Zresztą w malarstwie chyba trudno na nią nie reagować ;) i ona prowadzi do wszystkich pozostałych sposobów odbioru - póki się nie zobaczy jak coś wygląda , nic się nie odbiera .

      Dobrze , nie chciałam tego pisać, ale czuję się zmuszona wyjaśnić, dlaczego z tymi obrazami nie współgram , nie polubię się, nie chcę się w nie zagłębiać - to , że są dla mnie dekoracyjne to mało istotna sprawa , ale wyczuwam w nich osobowość nękaną takimi emocjami, tak silnie skompresowanymi w psychice , że znajduje się ona na granicy szaleństwa - przypomina mi się Niżyński . I mam wrażenie , że te obrazy powstają na linii granicznej między realnością a szaleństwem . I boję się, że pewnego dnia ta linia może zostać przekroczona bez odwrotu w niewłaściwym kierunku . Człowiek , który to malował , aż się dusi od emocji , nad którymi - póki co - panuje i kanalizuje je w obrazy . Ale co dalej ? Na jak długo wystarczy mu siły ?

      Usuń
    4. Nie sądziłam, że moja wypowiedź da początek wymianie zdań na temat sposobu odczytywania dzieł sztuki. Muszę przyznać, że głęboko zakorzenione jest we mnie przekonanie, że sztuka to nie tylko to, co widzimy. Gdyby patrząc na obraz widzielibyśmy tylko barwy, nazywalibyśmy to fizyką, nie sztuką. Gdybyśmy skupiali się na kształtach, byłaby to geometria. Gdybyśmy patrzyli na nią bez zrozumienia, byłaby to rzeczywistość. Myślę, że kiedy nazywamy coś sztuką widzimy w tym coś więcej, niż skorupka farby zaschniętej na płótnie, coś więcej niż słowa poupychane ciasno w wersach na białych bądź przyżółkłych już kartkach papieru. Patrzeć na obraz skupiając się wyłącznie na jego „warstwie wizualnej” to tak, jakby oceniać wiersz ze względu na jego zapis graficzny, nie czytając go. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje słowa mogą wzbudzić pewne kontrowersje, ale jestem na to przygotowana.
      Podążając tym samym tokiem rozumowania: a gdybyśmy tak podczas słuchania piosenki skupili się albo wyłącznie na melodii, albo tylko na tekście zamiast na całości? Weźmy pod lupę piosenkę „Nic nie może wiecznie trwać” z repertuaru Anny Jantar. Z jednej strony to, co nas uderza- żywiołowa, świeża, młodzieńcza energia i radość, jaką swoim głosem niosła pani Anna. Z drugiej zaś- tekst przepełniony niepewnością, strachem przed utratą tego, co w życiu piękne i ważne. Jedni przy niej tańczą, inni płaczą. Muszę przyznać, że sama mam z tą piosenką problem. Za każdym razem, kiedy jej słucham toczy się we mnie walka pomiędzy tymi skrajnymi emocjami. I może właśnie to mnie do niej przyciąga? Ta ciekawość, które z odczuć okaże się silniejsze, bliższe?
      Być może wielu zastanawia się dlaczego przywołałam właśnie ten utwór. Odpowiedź jest prosta- w pewnym sensie kojarzy mi się z twórczością Piotra. Za płaszczem młodzieńczego ducha i polotu, głęboko ukryta jest dojrzałość. W obu przypadkach można odnaleźć jedno i drugie.

      Żeby było jasne: nie uważam, że są dobre i złe sposoby postrzegania sztuki. Oczywiście każdy wie, czego w niej szuka i mam nadzieje, że każdy to znajduje. Jak widać na powyższym przykładzie, sztuka może zarówno łączyć jak i dzielić. Jedno jest pewne- wzbudza emocje. I chyba o to chodziło autorowi.

      Na koniec pozwolę sobie na pewną dygresję. Parabelko, gdybym Twoją wypowiedź potraktowała jedynie jako wartość wizualną mogłabym powiedzieć, że znaki interpunkcyjne oddzielone z obu stron spacją aż rażą po oczach. Kiedy zaś zagłębiłam się w to, co napisałaś dostrzegam w tym logikę i sens. Czy nadal uważasz, że nie warto się czasem nieco bardziej zagłębić w treść, zamiast poprzestać jedynie na pierwszym wrażeniu?

      Usuń
    5. Jeżeli ta treść mnie zachęca do zagłębienia - tak , ale jeżeli nie to nie . A ta mnie zdecydowanie nie zachęca .
      Gdybyś potraktowała moją wypowiedź tylko jako wartość wizualną, widziałabyś wyłącznie masę dziwnych znaczków poustawianych w sznureczki i znaki interpunkcyjne między spacjami nie stanowiłyby niczego rażącego . Tak samo jak obraz byłby tylko zbiorem plam w różnych kolorach (nota bene takich obrazów jest od czorta i ciut ciut). To umowa powiedzmy - cywilizacyjna - nadaje sens znaczkom znanym jako litery i ten sens łączy się trwale z ich wyglądem , więc widząc literę automatycznie wiemy, co oznacza , ponieważ się tego nauczyliśmy , wyrobiono nam odruch rozumienia . Natomiast rozumienie dzieła to inna sprawa - tu jest nieograniczona ilość sposobów przedstawienia , na dodatek ich rozumienia nikt nie uczy , a do tego jest duże prawdopodobieństwo , że część tych przedstawień nie ma w ogóle żadnego sensu , podtekstu i niczego do odkrycia i zrozumienia . Jeżeli przedstawione zostaną obiekty znane widzowi , w kombinacji chociaż z grubsza odpowiadającej powszechnej wiedzy o świecie , kulturze itp , może on zrozumieć przesłanie czy sens dzieła , ale jeżeli kompletnie nie ma to związku z otaczającym światem, jeżeli to będzie czysty wytwór fantazji autora bez żadnych odniesień do rzeczywistości , trudno będzie cokolwiek z tego zrozumieć bez fachowego przygotowania artystycznego , jakie ma Justyna , która od razu wyłapuje niuanse niedostrzegalne dla zwykłego zjadacza chleba . Ujmując rzecz obrazowo : jeżeli widzę obraz , na którym jeden facet wali młotkiem w głowę drugiego , wyciągając rękę po trzymany przez tamtego worek złota , to wiem o co chodzi , niezależnie od użytej maniery . Natomiast jeżeli widzę płótno pokryte jakimś wzorem , bądź kolorowymi plamami/mazajami kształtami wyprodukowanymi przez wyobraźnię artysty , widzę to wyłącznie jako ornament/element czysto zdobniczy , ponieważ nie jestem w stanie dociec sensu , jaki kryje się wymalowanych zadeptanych kafelkach posadzki. To jest dla mnie sztuka dla sztuki , istniejąca sama w sobie jako emanacja osobowości twórcy , który chyba zdaje sobie sprawę, że tworzy coś niedostępnego widzowi , skoro jest to zapis jego ukrytych emocji , których nie zamierza ujawniać w inny sposób .
      Być może zresztą zależy to też od osobowości widza - ja nie znoszę wszelkich niedomówień, niedopowiedzeń , podtekstów , ukrytych znaczeń i symboli , które każdy może sobie interpretować wedle woli, bo te wszystkie rzeczy utrudniają porozumienie i zrozumienie . Zaś od dzieła sztuki oczekuję - bardzo tradycyjnie - katharsis , zachwytu , wzbudzenia emocji . A obraz przedstawiający ornament mnie nie zachwyca . Nic na to nie poradzę . I nie jestem w stanie doszukiwać się głębi znaczeń w rzuciku w ciapki . Bo dla mnie to jest tylko rzucik . Być może autor widzi swoje emocje jako określone wzory i obrazy , tak samo jak niektórzy widzą liczy jako kolory bądź jak Justyna zapachy jako obrazy , ale takie zapis takiego widzenia (pomijam całkowicie duftart Ju i zaraz powiem dlaczego) jest zrozumiałe wyłącznie dla osoby zapisującej , dla innej będzie niezrozumiałym wzorem graficznym .
      Obrazy Ju wyłączyłam z tej kategorii , ponieważ po pierwsze w większości wiem , co jest źródłem danego obrazu , a po drugie Ju używa zrozumiałych dla każdego elementów , więc nawet bez warstwy zapachowej , duftarty są pięknymi obrazami , zrozumiałymi nawet dla laika .
      A ja nie jestem synestetykiem i graficzny zapis czyichś emocji jest dla nie kompletnie nie do pojęcia. I nawet nie mogę powiedzieć , że jest mi przykro z tego powodu - bo jeżeli coś jest mi całkowicie obce , nie jestem w stanie odnieść się do tego emocjonalnie , jest mi to całkowicie obojętne .

      Usuń
    6. Oczywiście miały być "liczby" i "taki zapis [...] zrozumiały" .

      Usuń
    7. Owszem, tak jak mówisz- każda litera ma przypisane sobie znaczenie, które każdy z nas zna. ALE weź pod uwagę także to, że litery są używane w różnych kombinacjach i tworzą słowa w różnych językach- rozumiem, że nawet widząc słowo w obcym języku, nie zastanawiasz się nad jego znaczeniem i czujesz się swojsko tylko dlatego, że znasz litery, z których powstało? Nie starasz się go przetłumaczyć? Czasem takie słowo może być nawet obraźliwe.

      Tak samo -oczywiście moim zdaniem- "obraźliwe" może być przesadne upraszczanie sztuki. Kiedy autor podaje wszystko na przysłowiowej tacy to tak, jakby nie wierzył w siebie i zdecydował się iść po linii najmniejszego oporu, albo wątpił w dociekliwość ludzi, do których chce dotrzeć. Myślę, że "Krytyczny Piątek" stawia olbrzymie wymagania nie tylko wobec odbiorców ale i samego twórcy. Autor, mając umiejętności do tworzenia TAKICH detali mógłby spokojnie skupić się na malowaniu pejzaży czy portretów. Z pewnością byłyby łatwiejsze w odbiorze. Ale jednocześnie nie miałybyśmy pewnie okazji do dyskusji na temat sposobów odbioru sztuki, a nasze opinie mieściłyby się pomiędzy „ładne/ przeciętne/ brzydkie”. Może o to chodziło Piotrowi? Żeby poruszyć, wzbudzić zainteresowanie?

      Rozumiem, że nie każdy lubi doszukiwać się symboli i znaczeń. Ton moich wypowiedzi wynika jedynie z tego, że w dzisiejszym świecie ludzie wolą szukać drugiego dna tam, gdzie go nie ma, bo w ten sposób nie ryzykują pomyłką. Tak jest łatwiej niż podjąć wyzwanie, które zostało przed nami postawione.

      Na koniec mogę jedynie powiedzieć, że te obrazy są naprawdę intrygujące. Nie ukrywam, że często do nich wracam i staram się zobaczyć coś, czego nie widziałam poprzednim razem. Kryją w sobie tyle detali, że co rusz moja interpretacja ulega zmianie. I ciekawość narasta z każdym szczegółem. Muszę przyznać, że kiedy widzę piękne, znane obrazy, choćby te, które od czasów szkolnych poznawałam na wszystkich możliwych płaszczyznach są dla mnie „zwyczajne”. Piękne, ale zwyczajne. Wiem, jak wyglądają, znam ich autora, historię i szereg interpretacji, dzięki którym mogłabym je wykorzystać niemalże w każdym z tematów na maturze. Ale przez to, że na ich temat zostało powiedziane już wszystko, patrzenie na nie już nie zapiera tchu, nie powoduje gęsiej skórki i nie sprawia, że chce w nich znaleźć coś, czego nie widział jeszcze nikt, bądź zauważyło jedynie niewielu. Póki co, obrazy umieszczone na tym blogu dają mi taką szansę- są świeże, jest w nich jeszcze wiele do odkrycia. I co niemniej ważne, przez swoją kontrowersyjność stwarzają możliwość do wymiany zdań z ludźmi, którzy mają inne poglądy. To samo w sobie pozwala poszerzyć horyzonty.

      Usuń
    8. Czym innym jest rozumienie słowa pisanego w języku własnym bądź obcym - dotyczy komunikacji , czyli zupełnie innego obszaru funkcjonowania , a czym innym rozumienie dzieła sztuki . Bez komunikacji funkcjonować w społeczeństwie się nie da ,bez rozumienia dzieła sztuki czy w ogóle bez kontaktu ze sztuką - jak wiadomo , żaden problem . Od tego , co ktoś do mnie mówi czy co czytam , może zależeć to , co się ze mną stanie za 5 minut , więc to zupełnie inna sprawa , niż to , czy te kolorowe kwadraty na obrazie znaczą coś poza tym , że są kolorowymi kwadratami .Znajomość obcego języka to jest konkretna wiedza , a interpretacja dzieła sztuki , zwłaszcza abstrakcyjnego, to już jest naprawdę wyłącznie praca wyobraźni i każdy to może widzieć inaczej - albo wcale - podczas kiedy określone słowo ma określone znaczenie , tak więc nie jest to przekonujące mnie porównanie , domyślam się jednak , że idzie Ci o zwykłą dociekliwość wobec nieznanego zjawiska . Owszem , tylko że w wypadku obcego słowa mam pewność, że dostanę jasno określone znaczenie - jedno lub kilka , a tu można sobie dowolnie dywagować i wymyślać , i wszystkie interpretacje będą tyle samo warte , nie chcę powiedzieć,że tyle co nic , bo prawdziwe znaczenie zna tylko autor - a jak sam powiedział - zeszytu z zapisami jego emocji nigdy nikt nie zobaczy . Czyli prawdziwego tłumaczenia jego obrazów nigdy nikt nie dostanie .
      I tak , na widok zapisu znanym mi alfabetem czuję się swojsko , ponieważ wiem , że jest to zapis przy pomocy znanych mi symboli , pochodzący z mojego kręgu kulturowego i odczytanie go nie będzie trudnością . Co innego , jeżeli trafię na zapis przy użyciu sanskrytu albo pisma koreańskiego - wtedy nie będę mieć pojęcia o co chodzi , ale posiadana wiedza wskaże mi kierunek , w którym mam się udać aby zrozumieć .

      Co do poszukiwań drugiego dna - ja bym z kolei powiedziała , że ludzie się go doszukują tam gdzie go nie ma , bo nie umieją realnie ocenić tego co widzą/słyszą to raz , dwa - umiejętność odnajdywania ukrytych znaczeń sugeruje wysoki poziom intelektualny i znawstwo tematu , czyli można sobie dodać - głównie we własnych oczach - znaczenia i mądrości . Zresztą to nic nowego - pamiętam któryś z przedwojennych felietoników Madzi Samozwaniec,w którym bezlitośnie wyśmiewała snobów o zerowej wiedzy o sztuce , krytykujących ze zblazowaną miną karykatury znanych postaci za "brak głębi" . Po prostu nie wszędzie drugie dno istnieje , i dobrze jest wiedzieć, kiedy go szukać, a kiedy nie . Po prostu niektóre rzeczy zwyczajnie są takie, jak widać .

      Obrazy pana Piotra pokazują mi człowieka o niesłychanie skomplikowanej psychice, walczącego z własnymi emocjami - i to mi wystarczy , przekaz tych emocji jest czysto dekoracyjny , natomiast jakie są to emocje - wie jak napisałam wyżej tylko autor .Nie sądzę, żeby malował po to , żeby publika mogła się zastanawiać co miał na myśli - moim zdaniem raczej dlatego , że musi te roznoszące go uczucia skanalizować, okiełznać , uwolnić z siebie , i robi to z wewnętrznej potrzeby i dla siebie, nie dla innych .

      Piszesz o obrazach "zwyczajnych" , że wiesz , jak wyglądają, znacz ich autora , historię i interpretacje , pozwalające wykorzystać je w każdym temacie maturalnym . Skąd taka myśl ? Czy obrazy służą do wykorzystywania w wypracowaniach szkolnych ? Czy wszystko trzeba interpretować , nie wystarczy widzieć tego , co jest ? Czy takie np."Kuropatwy na śniegu" Chełmońskiego wymagają interpretacji ? Czy seria "Katedra w Rouen" Moneta wymaga interpretacji ? Czy czarny kwadrat Malewicza wymaga interpretacji ? Czy to , że na ich temat zostało powiedziane wszystko , sprawia , że są mniej piękne/interesujące ? czy odcienie śniegu, po którym drepcze stadko zmarzniętych ptaków straciły subtelność przez to, że zostały dokumentnie opisane ? Gdyby tak było , im starszy obraz tym mniejszą miałby wartość , bo tym dogłębniej jest opisany , zbadany , skatalogowany, zinterpretowany itp , a takie Słoneczniki van Gogha nie kosztowały by fortuny .

      Usuń
  4. Piękna recenzja i ciekawa, tym bardziej, że nie wszystko widzimy tak samo. Ja niczego się nie doszukuję, a jednak intuicyjnie, emocjonalnie te obrazy są dla mnie... nie wiem, jak to powiedzieć, na granicy wytrzymałości. Uderzające.
    Cieszy mnie to, co napisałaś, tym bardziej, że jest parę bardzo cennych i uniwersalnych spostrzeżeń.
    Dziękuję i zapraszam częściej!

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.