WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

środa, 6 kwietnia 2016

Przygoda z fryzjerem i inne nadmorskie przypadki

Szanowni Państwo, znacie na pewno ten stan, kiedy czuje się przypływ energii - wiosenny na przykład.
Albo wyjazdowy - jedziemy tam, gdzie nikt nas nie zna, możemy się więc pokazać z najlepszej, niekoniecznie prawdziwej, ale atrakcyjnej, wg nas, strony.
A jeśli zachodzą obie te okoliczności, chęć, by się zmienić, rośnie do kwadratu.

Dieta! Wykończywszy gazowane napoje, trucizny w płynie


W skarpetach z miejscowego centrum zaopatrzenia, które znajduje się na dworcu


(Women Therapy Socks - z ergonomicznym systemem sportu - nie pytajcie, co to, bo nie wiem, wyglądają normalnie), pachnąca wciąż doskonałym Adidas Active Bodies nabytym w drogerii na ulicy Walki Młodych, na każde śniadanie wsuwając owsiankę ze sklepu PSS Jedność, pomyślałam o ukoronowaniu moich starań.

Bez tego się nie obejdzie. Coś obowiązkowego w uzdrowisku.
Tym bardziej, że nadchodzi sezon "czapki z głów" - TAK!
Fryzura!
Czy jako miłośniczka przeżyć ekstremalnych mogłam się oprzeć takiej reklamie?


Oczywiście poszłam. Niestety - brakowało wolnych terminów, wszystkie fotele zajęte były przez Niemki w różnych fazach rozpuszczania włosów za pomocą trwałej ondulacji - ale ziarno, raz zasiane, zaczęło kiełkować i znalazłam fryzjera, który mógł mnie przyjąć na cito.

Jeszcze zapowiedziałam Gustawowi "Kiedy stad wyjdę, nie będę tą samą osobą". Prorocze słowa!

Powiedzcie mi, co takiego jest we fryzjerach, że tną krócej, niż się chce?
Ileż widziałam przypadków, kiedy klientka z kucykiem do pasa prosiła o podcięcie końcówek i wychodziła z włosami do ramion.
Mnie chodziło o - tak to określiłam "wprowadzenie ładu na głowie" - aby zamiast (cytuję) "wiuwających strzępów" mieć fryzurę.
Pani zmarszczyła brwi (silnie wykonturowane, co dodawało mimice charyzmatycznej ekspresji), przeczesała mi włosy palcami i wycedziła przez zęby, w których trzymała wsuwkę do włosów (swoją) "Proszę usiąść, zobaczymy, co da się zrobić"

Dało się zrobić bardzo wiele.
Widok w bocznym lusterku  przeszedł moje oczekiwania.
Tyle, że wszystko odwrotnie, niż chciałam. Bob z krótszym tyłem, jakiego sobie życzyłam, okazał się fryzurą z czasów Mieszka I, czyli pod garnek, a właściwie, wróć, pod hełm niemiecki - przód ciachnięty, tył dłuższy, przy tym końce wywinięte jak rondko w filuternym kapelusiku.
Nie mam pojęcia, jak można było uzyskać taki efekt.

(przypomniało mi się, jak Tato poszedł, tez na wyjeździe, do fryzjera - jedynym powodem było nazwisko tego pana - Żuk. Żuk pokpił sprawę - wprowadził asymetrię i nieplanowany nieład w długościach)

Wracając do fryzjera - zapowiedziałam, że w domu, kiedy ułożę włosy po swojemu i coś mi się nie spodoba, przyjdę na poprawkę - ale instynkt podpowiedział mi, że jeśli ktoś coś schrzanił, to nie poprawi, tylko spieprzy jeszcze bardziej - i ten przebłysk uratował moją głowę ...
A tak naprawdę inna fryzjerka, która zdradziła mi pewien sposób na sprawdzenie fachowości "Miałam klienta, który, zanim sam do mnie przyszedł, przysłał dla testu swoją mamę". Nie musiałam nic mówić - i mam fryzurę doskonałą, nie taką, jak chciałam - lepszą!

Po wszystkim, dla ukojenia skołatanych nerwów skorzystałam z oferty na praliny jednoskrętne


Kiedy piszę te słowa, aż drżę z przestrachu - co mogło się stać, i szczęścia - jak wyglądają moje włosy.
Będą zdjęcia.
Tymczasem przejdę się nad morze, pokonując kawałek drogi przy - co tu dużo mówić - beczeniu solisty przyśpiewującego rzewne kawałki na dancingu, bowiem nagłośnienie również wywalono na zewnątrz, by zwabić kuracjuszy (taki tu panuje zwyczaj)


Aż mam ochotę zobaczyć mistrza z kozim wibrato, który Komsi komsi komsi komsa odśpiewuje parę razy w wieczornej sesji, na tak zwanym FAJFIE, który zaczyna się o 19(!).
Dobrze, że morze szumi.

Następny odcinek... no właśnie nie wiem, o czym będzie...
Rozpoczęłam malowanie - powstał przepiękny pejzaż nadmorski, bardzo subtelny w kolorze, za bardzo - niestety - moi eksperci w postaci Mamy i Gucia orzekli, że nic nie widać - tło nie odróżnia się od obiektu.
No żesz.
.
A Gustaw ma bardzo dobry wzrok - kiedy użyłam rozświetlacza (z drogerii na Walki Młodych), synek stwierdził "wyglądasz jak po wielkim wysiłku". 
Co nie było prawdą - zdaje się, że Gustaw wyrasta na faceta, który preferuje naturalne piękno (co nie przeszkadza tego rodzaju gościom oglądać się łakomie za silnie wytapetowanymi paniami).

I strzeżcie się nieznanych fryzjerów!

6 komentarzy:

  1. Od razu wiedziałem że ten fryzjer to jakiś szajs, strasznie ci współczuje, może doczepy albo peruka rozwiąże okres przez który włosy muszą dorosnąc, ja też miałem taką sytuacje, chodziłem przez 3 miesiące w czapce, nie sciągając jej w ogóle żeby co nieco widać nie było, a z tymi brwiami to jest jakiś koszmar, apokalipsa chyba się zbliża haha :D Jeszcze pomyśleć te paniusie się 5 lat temu z tego śmiały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za współczucie - dopiero, kiedy czytałam twój komentarz, zorientowałam się, że nie powiedziałam o najważniejszym - inna fryzjerka mnie uratowała! Już dopisałam! Też mam za sobą epizod czapkowy. Dawno temu.

      Usuń
  2. Haha, pisz koniecznie, nawet o "czymkolwiek", bo chce się czytać więcej i więcej! Co do fryzur i chodzenia w czapce - moja kuzynka, mając jakieś 12-14 lat, postanowiła ściąć swoje długie włosy na rzecz fryzury "na chłopaka", po czym chodziła w czapce z daszkiem, wstydząc się swoich włosów (a ogólnie ładne z niej dziecko było, bardzo podobne do młodej A. Dymnej) ;)

    PS. Pijam tę samą oranżadę od czasu do czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja raz, jako dziecko, włożyłam gęsty grzebień w grzywkę i okręciłam go - i tu ostrzeżenie - podobno nauka nie zna sposoby na wyplątanie, w każdym razie wtedy nie znała i akurat nad czołem miałam jeżyka - przy długich włosach na reszcie głowy. Robiłam coś w rodzaju pożyczki, ale słabo pomagało.
      Gryxiu, dziękuję!

      Usuń
  3. Nie wiedziałam, że masz aż taki pociąg do przeżyć wysokoadrenalinowych - ja bym się nie odważyła ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie coś we mnie takiego siedzi - by, nie za często, ale zaryzykować. Muszę wcześniej dojść do wniosku, że nie mam nic do stracenia, co oczywiście w wypadku włosów akurat jest wierutną bzdurą.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.