WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

czwartek, 26 maja 2016

Wesoły barack czyli reportaż z wyjazdu

Domek pani Wiktorii, do którego zawsze jeździmy, okazał się zajęty - ale nie poddaliśmy się i oto piszę do Państwa siedząc na dziecięcym krzesełku i patrząc na regał na wysoki połysk, na którym dumnie stoi półmetrowa, kolorowa, szklana ryba.

Jesteśmy outsiderami, gdyż obiekt nasz, który bardzo dowcipnie nazywam "barack" stoi nad samym jeziorem. Czyli półtora metra od tafli wody. z dala od "naszego" domku i domu Pani Wiktorii.



Na myśl o porannej kawie na werandzie z ogromnym, miękkim fotelem (w który się wpada, z rozkoszą zresztą, gorzej wstać) ogarnęła mnie dzika radość, ale okazało się, że z jakiegoś powodu gniazdka umieszczono pod sufitem, a czajnik ma króciuteńki przewód - więc musiałabym go trzymać na wyciągniętej w górze ręce i nie zaryzykowałam.

Bardzo byłam ciekawa, czy zachodzi w obiekcie syndrom kiosku Ruchu - czyli grillowa temperatura w słoneczny dzień i lodowato w nocy - ale nie.
Wnętrze można określić jako hipsterskie.



Tapczan, kiedy się na nim położyć, gra jak jakiś strunowy instrument, zatopiony razem z wrakiem, gdzie czasem, na głębinach, struny trącane są przypadkowo przez ryby.
Barak w środku (może też i przez maleńkie krzesełka) przeniósł mnie w czasy, a może raczej fantazje z dzieciństwa - przypomina bowiem jakieś tajemne miejsce zabaw, niedostępne dla dorosłych.

Zapachowo mocno "pracuje" - rozgrzewając się intensywnie pachnie drewnem, papą i warsztatem, cofając mnie wspomnieniowo do wakacji, kiedy byłam kilkuletnim brzdącem.

Słychać dźwięki z jeziora (szczególnie w ciemnościach) - bo jezioro wcale nie śpi. Prym wiedzie jakiś upierdliwy trzcinowy ptaszek, który przenikliwym, lecz ochrypłym głosem wciąż nadaje (w dzień i w nocy!) swoją śpiewkę "Tłit tłit tłit trrr łiiiii", z krótką przerwą na złapanie oddechu, a towarzyszą mu jakby rozpaczliwe kwilenia przyduszanych niemowląt. Od późnego wieczora pohukuje tęsknie sowa.

Ale ja czekałam na księżyc - i ukazał się, koło pierwszej w nocy, jajowaty, czerwonawy, potem zmienił barwę na żółtą, jak spokojny płomień świecy.


Czasem od nieba odcinały się sylwetki nietoperzy, furkoczące pośpiesznie skrzydełkami, jak nerwowo tasowana talia kart. I kiedy, bliska ekstazy, miałam ochotę podziękować Bogu za to wszystko, nagle po wsi rozbrzmiało donośne, męskie, twarde "SPIERDALAJ" - niosące się po jeziorze "...dalaj ...alaj...alaj".

Dziś zapowiadano gradobicie, burze i apokalipsę, ale nic z tych rzeczy. Z zadowoleniem stwierdziłam, że mój miękki, miastowy tyłek się utwardził i nie cierpię na rowerze.


Popłynęliśmy też na wyspę, Gucio bardzo chciał wiosłować "Pokażę swoją brutalną siłę"


 Przed nami jeszcze 3 wypoczynkowe dni (i noce).

Ale przed wyjazdem opublikuję wpis panienkowy - bo nie ma prawdziwego wypoczynku, jeśli się człowiek wcześniej nie napracuje. 
Napracował się.

Gucio też się napracował - nad prezentem dla mnie na Dzień Matki. Pokażę - ze względu na kruchość filiżanka, ręcznie zdobiona, została w domu.

Co do matki - oczywiście złożyłam życzenia, zebrało się na wspomnienia...
"Pamiętasz, Mamo, ten śliczny fioletowy kostiumik, tak mi się podobał"
"Co takiego? Nigdy czegoś takiego nie miałam. Fioletowy? Nie noszę tego koloru!"
"A żakiecik khaki z futerkiem?"
"Justysiu, pomyliło Ci się z kimś innym"
"No a pamiętasz papierosy Klubowe, z których odrywałam czerwony paseczek celofanu?"
"Nie paliłam Klubowych!"
"To czy ja złożyłam życzenia właściwej osobie...?"

No naprawdę. Jak to mówią "Ktoś z nas się tu myli i to nie jestem ja"

6 komentarzy:

  1. Pierwsze fotki - no cóż, kanciapka nad jeziorem jakich wiele, bywałam, znam, old-school. Ale zdjęcie wnętrza w biały dzień mnie powaliło, wywołało u mnie "twarz lemura". Toż to wygląda jak miejsce jakiegoś kultu w Ameryce Południowej. Brakuje tylko obrazu Matki Boskiej ;) i bosa narkotykowej mafii. ;)

    Ale wciąż jest wspaniale, i to też znam.

    Co do ptaszków, mamy takiego jednego na dzielni. Od świtu, a w zasadzie nocy, napiernicza jak oszalały. Obstawiamy z mężem, że od rana szlag go trafia, że tyle roboty, a dzień taki krótki i pluje się, jak na speedzie, że to nie zrobione, i tamto nie zrobione, i siamto nie zrobione, i nic nie zrobione, i w ogóle tii tiiitiitiii no ten sam ptaszol! Zawsze mnie ubawi do łez swoją wścieklizną i adrenalinką.

    Justyno na tym zdjęciu uchwyciłaś niesamowite podobieństwo Gucia do Ciebie!

    Spijajcie zatem piankę, cieszcie się powoli, upajajcie chwilami, nie bierzcie przykładu z ptaszka ;)

    Boję się wody, pływać nie umiem, ale uwielbiam wiosłowanie.

    Cuuuudownie, cuudooownie się czyta takie wpisy!!!!!!
    Czajnik pod sufitem, lampa w podłodze ;)

    Rejcz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście chodziło mi o bossa narkotykowego, ale zakładam, że nad jeziorem ta osoba mogłaby być bosa ;) Ach, zawsze trafi mi się jakiś "kwiatek" ;)
      Rejcz.

      Usuń
    2. Rejcz, teraz to ja się uśmiałam z miejsca kultu - no faktycznie! Obraz Matki Boskiej zresztą jest - po przeciwnej stronie niż też przedziwny kosz z kwieciozbożem.
      Co do ptaszka - myślałam, że on wzywa swoją wybrankę, ale może faktycznie mamy do czynienia z jakimś maniakalnym przodownikiem pracy?
      Szczerze powiem, że "nicnierobienie" jest dla mnie trudne - walczę z poczuciem winy, takim nie wprost, z jego cieniem. Dopiero wieczorem mi odpuszcza. Irracjonalne, co zrobić, tak mam. Też nie zawsze, tylko na początku wyjazdów - a tu początek jest końcem, ale i tak pamiętam tylko radość.

      Usuń
  2. Hahaha, rozbawiło mnie szczególnie to "spierdalaj" i rozmowa z mamą :D Pięknie tam macie (a ten barack to nie jest aby coś na wzór cygańskich wozów?).

    OdpowiedzUsuń