WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

poniedziałek, 15 lutego 2016

Dobrzy ludzie

Opowiem Wam bajkę...
Działo się to niedawno i choć się skończyło, w moich wspomnieniach wciąż trwa i trwać będzie.

Znacie na pewno to uczucie, kiedy macie wrażenie, że absolutnie WSZYSTKO do siebie pasuje, jest tak, jak ma być, a nawet przerasta marzenia.
Pod koniec zeszłego tygodnia, po oddaniu obrazka ze Świętą Anną (wkrótce wpis premierowy), zdecydowałam się z Guciem na wyprawę do Krakowa. Na specjalne zaproszenie tych oto wspaniałych ludzi


Pogoda zza okienek busa wyglądała dość przerażająco




Odziana w obcisłą sukienkę (pod kapotą, rzecz jasna), podkreślającą moją nową figurę (no muszę się pochwalić!), dotarłam do lokalu o nazwie Stolica, w której podziemiach perfumoholiczki zaplanowały zapachową ucztę.
Każda z nas przynosi ze sobą pudło flakonów - i wąchamy, zachwycamy się bądź niekoniecznie.
Wokół naszego kręgu i nd nim, aż do sufitu, unosi się chmura zapachowa, łazienka często odwiedzana - bo przecież wypróbowujemy perfumy na skórze, a miejsc testowych jest zawsze mniej, niż by się chciało. Trzeba więc się resetować wodą, mydłem i szorowaniem.
Rozmawiamy, śmiejemy się, cieszymy jak dzieci!




A potem, wieczorem, mnie i Gucia odebrała Kasia z Krzysztofem. Kasia - chyba mogę to napisać, jest pierwszą żoną Wojtka, mojego drugiego i ostatniego męża.
Zostaliśmy zawiezieni pod Kraków, do Krzywaczki, do drewnianego wspaniałego domu, który ma prawie 100 lat. Towarzyszył nam pieseczek, Gacek, cudem uratowany po przejechaniu przez samochód.


Niestety moja rodzina jest bardzo malutka - tylko synek,  Mama i Ciotka (licząc osoby spokrewnione) - i po prostu odbiera mi głos (a gaduła ze mnie!), kiedy uczestniczę w spotkaniu licznej gromady rodzinnej


Jak na włoskich filmach!
To wszystko by się nie stało, gdybym dwa lata temu nie pojechała na ślub i wesele bratanicy Wojtka. Po wyjściu z kościoła, wygłodniała (oczywiście przed podróżą do Lublina nie zdążyłam nic zjeść), wybierałam, jak nie przymierzając jakiś dzik czy wiewiórka orzeszki rozsypane na dnie mojego przepastnego wora podróżnego, kiedy poczułam, że ktoś puka mnie w ramię.
Odwracam się - a tam stoi sympatycznie wyglądająca drobniutka blondyneczka, uśmiecha się i mówi : "Jestem Kasia, była żona Wojtka".


Wór upuściłam na ziemię z wrażenia, ale nie minęło pięć minut i wiedziałam, że na weselu będę się świetnie bawić - i tak się stało. Kasia i Krzysztof - to ludzie nie tylko dobrzy, lecz pełni energii, życia, z kapitalnym poczuciem humoru.
Dwa dni później Kasia zadzwoniła do mnie "Ty wiesz, Justynka, że ja jestem fajna, ale wiesz co, ty jesteś jeszcze fajniejsza!" spontanicznie podsumowała nasze spotkanie.
Kasia nie jest taką sobie zwykłą panią - to aktorka, piosenkarka i świetna reżyserka. Jak to się mówi - zwierzę sceniczne. Teraz pracuje nad spektaklem "Szpilki", prawie skończonym.

W dzień pojechałyśmy do Lanckorony. Co za miejsce! Drewniana, wiekowa zabudowa, ryneczek


.. i willa Tadeusz, z basenem wyrytym wprost w skałach



A po sutym obiedzie w karczmie w Krzywaczce - pierwsza wzmianka w dokumentach pochodzi z 1530 roku - wróciliśmy do domu, akurat w objęcia rodziny. Oczywiście Wielkim Nieobecnym był Wojtek, którego wszyscy tak lubią i lubili, że płakali, kiedy małżeństwo się rozpadło...Wyobrażacie sobie?
Szkoda, że ze względu na pracę musiał zostać w Warszawie, ale pomyślcie, jak było mi miło, kiedy wspominano nawet potrawy, które ugotował, jako fenomenalny kucharz, ponad 20 lat temu.

Wreszcie szczęśliwi, obdarowani, wyruszyliśmy do Warszawy, słysząc "nasz dom jest waszym domem", a Gucio stwierdził "Mogę wam obiecać, że to nie ostatni raz, kiedy tu jesteśmy".


I tak to się los plecie - ja zyskałam kochanego męża, prawdziwego przyjaciela przy tym, a Kasia z Krzysztofem cieszą się swoim uczuciem.

Do tego - poza wspomnieniami - mam pamiątkę z Krakowa, poznaną na zlocie.
Pachnę.
Pięknie.
Y YSL La Collection.

I tą zręczną klamrą kompozycyjną kończę, zapowiadając Wielkie Przyspieszenie - ostro ruszył temat wystawy, pokażę wreszcie Św. Annę oraz skończony, wg mnie doskonały wywiad o zapachowych obrazach na Fragrantice.

10 komentarzy:

  1. Lubię takie opowieści :) i lubię Twoje opowieści i poproszę o więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, ja też poproszę o więcej! Nie mogę narzekać - mam szczęście do ludzi, zawsze tak uważałam, ale też trzeba powiedzieć, że intuicja, której słucham, każe mi trzymać się od niektórych z daleka... Zostają tylko ci dobrzy!

      Usuń
  2. Ale piękny wpis. Fajnie czytać takie historie. A Lanckorona jest cudna i magiczna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję - to prawda, ja na pewno tam wrócę i pozwiedzam, bo też i okoliczności przyrody są zachwycające

      Usuń
  3. Mam dziś wyjątkowo paskudny dzień, związany między innymi z kryzysem wiary w ludzką życzliwość - ale trafiłam na tę Twoją (Waszą wspólną) historię i już jest mi trochę lepiej. Dziękuję. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedźmo, bardzo Ci współczuję - dobrze, że mój wpis polepszył troszeczkę sytuację. Bo ludzie różni są. Jak się powie, że źli - to też będzie prawda.

      Usuń
  4. Szkoda , że takie rzeczy tak rzadko się zdarzają...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, ale ja nie narzekam. Zawsze wierzyłam w to, że dobro wraca - i się nie zawiodłam.

      Usuń
  5. miło się czytało kiedyś...... dawno pisałem jako petro i jakoś tak zostało/..

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.