WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

niedziela, 9 czerwca 2013

Moje Perfumy

Może zacznę od krótkiego wstępu - od małego byłam przyzwyczajona do jednego zapachu, którego używała moja Babcia, Mama - i te właśnie perfumy dostałam jako pierwsze od Taty.
Soir de Paris Bourjois.
Charakterystyczny flakonik z kobaltowego szkła i zapach - dość ciężki, kwiatowy, retro, pobrzmiewały w nim fiołki, wydawał mi się wcieleniem szyku, takim naszym rodzinnym klejnotem.



Potem były różne fascynacje zapachami typu Vanilla Fields Coty, Wild Musk, pamiętam też przedziwne gęste wonie, z których korzystałam jako młodziutka dziewczyna - używałam ich, póki trwał związek z tym, kto mi je dał - a potem przechodziłam do następnego. Jednak sentyment pozostawał.

Pierwsze perfumy, które sama sobie wybrałam, nazywały się Popy Moreni i były najbardziej skoncentrowanym ulepem, jakiego znam.



Kiedy poznałam Wojtka, pomyślałam sobie, że chyba powinnam mieć WRESZCIE signature scent - i oczywiście przyszło mi do głowy Soir de Paris.
Wpisałam nazwę w Googla i wyskoczyła recenzja...Dzikiej Truskawy z Forum Perfumowego na Wizażu.
Dowiedziałam się, że zapach został zreformułowany i w niczym nie przypomina dawnego SdP....

Ha! Trzeba więc było szukać dalej - i w taki sposób zaczęłam jednocześnie intensywnie interesować się perfumami i przyjęłam nick "justynaneyman" (nawiasem mówiąc, ludzie z forum namówili mnie do pisania blogu i są najliczniejszą klientelą).

Zapachy, które wydały mi się najbardziej godne uwagi, to tzw. babcine, retro, które Wojtek nazywa "dryndusami". Wyrażenie to weszło na stałe do słownika perfumoholików.

Wyjaśniam - dryndus jest zapachem, w którym można wyczuć następujące elementy (nie zawsze wszystkie występujące) : zasikana brama, źle wyprana ścierka, kadzidełka, stara pielucha, zepsuta marynata z bambusa, majciochy.
Większość perfum vintage mój mąż określa mianem dryndusa.

Wreszcie doszło do tego, że nie tolerował żadnych moich woni.
Zaczęłam skłaniać się ku innemu typowi, ale zostawiłam sobie te najdroższe mojemu sercu.


Przyznaję - Aromatics Elixir Clinique jest STRASZNY. Raz nawet, kiedy użyłam go na spacerze z psami, przejeżdżający koło mnie rowerzysta zachwiał się i mało nie wpadł na drzewo.
Ale jednoczesnie to jeden z najbardziej "moich" zapachów - kocham go.

Poza sentymentem do dzieciństwa i młodości, od zawsze silne było we mnie dążenie do odnalezienia woni znanych z ASP - terpentyna, farba drukarska, kalafonia, kwasy do wytrawiania blach na grafice warsztatowej, farby, kredki, żywice...
Lubiłam też zapachy industrialne, metaliczne, benzynę itp.

W mainstreamie raczej się tego nie znajdzie (bywają wyjątki potwierdzające regułę) - i tu zaczęła się moja przygoda z niszą - perfumową.

Po wielu testach, dręczeniu obsługi częstą obecnością (i gadulstwem, co tu kryć), znalazłam swoich faworytów.
Właśnie te perfumy - niemal manifest artystyczny - noszę najchętniej.



Od lewej - Garage i Tar (Smoła) CdG - nie do końca oddają nazwę, bliżej im do skóry, lepiku, ale i tak przepadam za nimi - nie są już produkowane.



CdG 2 to zapach z pozoru sympatyczny, otulający - tymczasem czasem ujawnia swoje metalowe serce, potrafi mnie wykończyć - kiedy indziej znowu nic mi bardziej nie pasuje, niż on.



Odeur 53 i Klej CdG to moje filary kolekcjonerskie. Chyba w nich czuję się najbardziej "artystycznie" - oba pozornie zwyczajne, kwiatowe, ale pokrętne - świdrująco - chemiczno - przestrzenne, niebywałe.



Z kolei moje oudowe Montale - Dark i Black Musk, które fascynowały mnie lizolowym aromacikiem oudu, już mnie nie biorą - szczególnie, że Wojtek nazywa je "spaleniuchami" i "wyziewami", a to dyskomfort.



Scent Costume National - piękny, nostalgiczny, mglisty, zawsze przypomina mi jesienne wakacje.



Za to Oud Immortelle Byredo jest zatrutą cytrynową landrynką o przenikliwym zapachu, jednocześnie wesołym dzięki co prawda pozornej słodyczy, ale zawsze.



Craft Andrei Maack jest jak lodowaty dotyk metalu, na mrozie, na dodatek w wiejącym wietrze - niezwykle sugestywny. Przeszywający. Wspaniały. Wybitna kreacja.



No i wreszcie Harissa z Krakowa - ekscentryczka z pomidorem i czerwoną papryką w składzie.
Optymistyczna, szorstko - cierpka, z kroplą słodyczy.



Ktoś mógłby zapytać, dlaczego teraz piszę o swoim zbiorze? Otóż ma to związek z wrześniową wystawą, więcej jutro, kiedy zamieszczę reportaż o tym gdzie, na jaki temat i dlaczego tak, a nie inaczej.
Planuję wydarzenie ciekawe dla wszystkich zmysłów - ale więcej teraz nic nie powiem...

piątek, 7 czerwca 2013

Miniaturki, pociąg i duży pies

Jak to z powrotem z Krakowa było - opowieść obiecana, zaległa. Świadectwo, że choć lata płyną, pewne rzeczy zostają niezmienne.

Niedziela, ostatni rozsądny pociąg. Przy kasie byliśmy (ja, Truskawa, Adam i Gucio) dużo wcześniej - ale co z tego, skoro pani w okienku poinformowała mnie, że biletu nie sprzeda, bo wszystkie miejsca są wykupione... Wojtek, na którego radę zawsze mogę liczyć w podbramkowej sytuacji, powiedział, żebym się nie przejmowała i wlazła do pociągu i tak, za wagonem konduktorskim.
Na peronie panował tak niebywały ścisk, że nawet mowy nie było o wyborze otworu w pojeździe. Miałam szczęście - usadowiłam się w prawie pustym przedziale - a na korytarzu tłok, bo ludziska czekali, aż pociąg ruszy, żeby miejscówkowicze zajęli wykupione siedzenia. Widać jestem bardziej leniwa, niż inni, na nic nie czekałam, tylko klapnęłam sobie z Gustawem wygodnie.

Wszystko fajnie, tylko nie jechaliśmy. Ze strzępków informacji i podniesionych głosów doszła do nas porażająca wiadomość - oto po wagonie nr 22 następował 24, a pasażerowie z 23 klęli na zewnątrz, na czym świat stoi.
Na doczepkę czekaliśmy godzinę - wyjechaliśmy, a sytuacja się nie zmieniła - przedział prawie pusty, a na korytarzu nieszczęśnicy stojący lub przyczepieni do siedzisk wielkości stołeczka wędkarskiego.
Musielismy zapraszać do środka, kiwać żeby weszli - nieufni.
Nikt nie miał biletu.
A konduktor nie zdążył do nas dojść - więc wszyscy dojechaliśmy za friko.
Zaczarowany przedział.

Następnego dnia - od rana przedszkole. Gucio, nauczony, że należy spać do przyzwoitej pory, ledwie się dobudził. "Gdzie idziemy?" zapytał nieprzytomnie.
"Do przedszkola"
"No nie, znowu to samo".

Potem mieliśmy w planie wypad w miasto.
Na przystanku autobusowym stał starszy pan z wielkim psem o nieprzyjaznym wyrazie pyska, w kagańcu.
Gustaw podszedł do bestii "Jak się nazywasz, piesku?"
"Brutus" odpowiedział pan z uśmiechem. "On bardzo lubi dzieci. Pogłaszcz go, chłopczyku"
Ale synek czegoś był niechętny.
"Mamusiu, wiesz, że on ma na imię Chrutus???"


Staruszek nie ustawał w namawianiu.
"No podejdź, synku, zobacz, jaką ma miłą sierść."
Gustaw niepewnie wyciągnął rączkę - w tym momencie Brutus gwałtownie otarł się o niego, niemal nie przewracając, by się wyswobodzić z kagańca.
Pan uśmiechnął się wzruszony "Widzisz, jak się czuli? Kiedyś dwie dziewczynki go głaskały, był taki szczęśliwy, a jak babcia to zobaczyła, zaczęła krzyczeć na nie, żeby odeszły, bo ugryzie. I wie pani co? Rzucił się na nią. Bronił dziewczynek. Taki jest. Dla dzieci wszystko zrobi"
Dyskretnie odsunęłam Gucia - na szczęście podjechał nasz autobus.
Pan machał nam z przystanku a pies wyglądał na wściekłego.

Tymczasem po uporaniu się z namalowaniem Kate w miejsce pękniętego obrazka, wzięłam się za obiecane Henrykowi Janowi Dominiakowi miniaturki - do Muzeum Miniaturowej Sztuki Profesjonalnej.
Temat dowolny - a sugerowany format 2 na 2 cm (!).
Zrobiłam potrójny autoportret - trzy wcielenia - jako mama, malarka i pani z psami. W stylu komiksowym.



Jak wiadomo, miniatury to robota precyzyjna, a więc wymagająca skupienia, tymczasem Gustaw ćwiczy "metalowy głos". U Truskawy dorwał się do płyt, zrobił selekcję (od razu odrzucił Closterkeller) i w odtwarzaczu zostawił składankę trash metalu. Udało mi się Go namówić, żeby nauczył się profesjonalnie modulować głos - i sukces. Bardzo zgrabnie potrafi wyryczeć "Jestem Gustaw Cygaaan, łaaaaa".

Na koniec - dobra wiadomość. Na jesieni planuję wystawę. Mam miejsce. Aczkolwiek nie wiem, czy ktoś z moich gości dotrze na wernisaż. Dostać się tam nie jest łatwo.
A może tylko mi się tak wydaje?


środa, 5 czerwca 2013

Kraków Mon Amour część 2 - Lulua

Proszę Państwa, przypuszczam, że niektórzy znają prawdę - prawdziwym celem wycieczki do Krakowa było odwiedzenie perfumerii Lulua.
Na myśl o testowaniu nieznanych woni aż dostawałam gęsiej skórki.

Tak więc rankiem po Bożym Ciele zebraliśmy się szybciutko, ja porządnie wyszorowana bezwonnym peelingiem (żeby nic nie zakłócało wyników badań) i pojechaliśmy na Kazimierz, na ulic Józefa.

Szyld ze znakiem Lulua zobaczyłam z daleka (jako grafik muszę powiedzieć, że logo mają wybitne).


Tempo kroków i bicia serca przyśpieszyły się - i oto weszłam do do zaczarowanej krainy.




Wyobraźcie sobie, że pani, z którą rozmawiałam telefonicznie, kupując Smołę (Tar) CdG, poznała mnie po glosie - i pamiętała, że jestem ze stolicy (tej aktualnej).

Kiedy zobaczyłam regały z zapachami Comme des Garcons, która to firma występuje szczególnie licznie w mojej "kolekcji" - nogi się pode mną ugięły, jak przed ołtarzem.




 Truskawa od razu sięgnęła po prosty flakonik z matowego szkła. Potem mówiła mi, że nie wie, czemu.
I ten zapach stał się lajtmotiwem krakowskiego pobytu.


Harissa CdG. Pozornie mainstreamowa, a jednak złożona i bardzo oryginalna, w dyskretny sposób. A więc nie - "Zobaczcie, jaki ze mnie dziwny zapach!" tylko - jeśli przyrównać by ją do kobiety - niby normalnie wyglądająca, z miłym uśmiechem, a źrenice ma pionowe - jak kot.

Wnętrze Lului jest raczej nieduże, ale pojemne. Lilie - wszak agresywnie pachnące, tworzyły przedziwnie harmonijną "całość" z tłem.
Oczywiście mnóstwo firm oprócz CdG.



W tym, zasługujące wg mnie na wielką uwagę zapachy Durga.
Nie jestem wielbicielką drzewnych woni na sobie (czuję się w nich jak kłoda ew. stara szuflada), ale Burning Barbershop i Missisipi Medicine są powalające. Trwałością również.

Pani z Lului, doceniając mój trud, włożony w przyjazd i przejazd, obdarowała mnie próbkami - tak więc każda godzina spędzona w Krakowie była pachnąca.

Próbki próbkami, a atomizer to co innego, tak więc wiarygodne testy mogłam wykonać tylko na miejscu.
Tak, przyznaję się - nie byłam na rynku, Wawel widziałam tylko z tramwaju, ale państwa z Lului dręcyłam siedmiokrotnie.
Aż się czułam głupio - no pomyślcie - leje, wręcz szkwał, na Kazimierzu żywego ducha - ale mnie to nie przeszkadza, i jak zjawa, z włosami poskręcanymi od deszczu, w chlupoczących butach i kroplą deszczu na końcu nosa - staję w drzwiach perfumerii, tworząc w szybkim tempie kałużę na podłodze.

Gustaw zajmował miejsce w ulubionym fotelu - a nawet w nim spał.


W Lului czuł się swobodnie - wypytał o wszystkie kontakty, naprawił lampkę, zwiedził łazienkę - żeby obadać, czy woda "w klopie" jest niebieska.
Najważniejsze - niczego nie zrzucił.
Ja za to dostałam niemal zawału, bo zachwiałam czarnym postumentem - kubikiem, na którym ustawiono wazon z liliami. Na szczęście pan właściciel okazał się człowiekiem z refleksem i uratował Luluę przed katastrofą (podobno nie pierwszy raz).


Naprawdę, atmosfera była tak miła, że nie sposób przesadzić.
Ani przez chwilę nie czułam się natrętem...
Po prostu klasa.

I nie piszę tego, by się komukolwiek podlizać - po prostu uważam, że firmy z prawdziwego zdarzenia, skrojone wg najlepszych, tradycyjnych wzorców, zasługują na szczególne wyróżnienie w naszych czasach, królowania tandety, amatorszczyzny i...ech, daruję sobie resztę.

W każdym razie niby Kraków zostawiłam - ale nie do końca!
Utrwaliłam najważniejszy moment na zdjęciach.



 Dostałam zapachowy "prowiant" wiecie, do czego dodany...



 Ja tam jeszcze wrócę!



wtorek, 4 czerwca 2013

Kraków Mon Amour część 1

Ostatnio byłam w Krakowie w latach 90tych, więc kiedy znajoma z forum perfumowego, Dzika Truskawa (Agata), zaprosiła mnie do siebie na ostatni długi weekend, skwapliwie skorzystałam.
Ponieważ ktoś musiał zostać z psami, więc pojechaliśmy sami - ja z Gustawem, w najdłuższą w jego pięcioletnim życiu podróż.
Gucio już parę dni wczesniej zapowiadał w przedszkolu, że wyjeżdża do Dzikiej Truskawy, wprawiając panie w konsternację.

Od razu mówię - jak kocham jeździć pociągiem, nienawidzę do niego wsiadać, a z Guciem i walizką wręcz nie jestem w stanie. Dziura pomiędzy peronem a podłogą wagonu mnie przeraża, zawsze więc mam na podorędziu historyjkę (nawet prawdziwą częściowo) o ręce kontuzjowanej w wypadku - tym razem do pomocy zwerbowałam przemiłego młodzieńca, który przez całą drogę zabawiał mi synka - hitem okazało się techno wykonywane na gębie i celofanie od papierosów. Konaliśmy ze śmiechu - i uparcie przychodziło mi do głowy stwierdzenie, że mężczyźni dojrzewają do piątego roku życia, później tylko rosną.

Dotarliśmy późnym wieczorem i szybko położyliśmy się spać - i to był błąd, gdyż Gustaw obudził się koło 7. rano. O takiej porze nie reaguję na żadne bodźce, jakiś czas więc minął, kiedy, jak przez mgłę, usłyszałam męski, surowy głos "Niektórzy chcą tu spać".
Podobno Gustaw składał i rozkładał z trzaskiem swoją turystyczną suszarkę ( z którą śpi zamiast misia), organizował "centrum sterowania" (połączone umownie w koło urządzenia elektryczne, przedłużacze, ładowarki itp.), szurał, mruczał piosenkę o pajączkach oraz odkręcał wodę.

Dodam, że czyjakolwiek aktywność byłaby uciążliwa, bo spaliśmy w jednym pokoju - Truskawa, Adaś i my. Oczywiście na dwóch łóżkach.

Swoją drogą Adam z tyłu wprawiał mnie za każdym razem w osłupienie, bo plecy od góry do...końca miał ozdobione kaskadami lśniących, grubych, złotych włosów, godnych Violetty Villas. W każdym razie wspanialszych pukli nie widziałam nigdy (moja Mama zapytałaby "No i po co facetowi takie włosy?" - zupełnie jakby je zabrał kobiecie).

Do następnej nocy postanowiłam Gucia przygotować - po pierwsze, niepedagogicznie, trzymaliśmy Go wieczorem bez snu ile się dało, dodatkowo starając się o jak najbardziej hipnotyzujący wyraz twarzy powtarzałam Mu, że kiedy się obudzi, ma z powrotem pójść spać.
Poskutkowało.
Co prawda zajmował pozycję prostopadłą do mnie, kładąc mi stopy na czole, ale dawał się dobudzić koło 10tej rano. Potem przez cały czas naszego szykowania się odkurzał.

Postanowiłam poznać Kraków "od kuchni" (w zasadzie można powiedzieć, że ucztowałam w perfumerii - ale o tym w jutrzejszej, drugiej części).

Nie sposób było przejść obojętnie obok ciuchów używanych rozsianych akurat w sąsiedztwie domu Truskawy. Z wystaw lśniły i mamiły przyodziewki gęsto obsypane cekinami, nie skąpiono koronek, wystrzępień i asymetrii - po prostu panie sprzedające musiały umieścić najatrakcyjniejszą przynętę tuż za szybą.

Proszę Państwa, żeby nie być gołosłowną, umieszczam zdjęcie kreacji, którą, kiedy zobaczyłam wiszącą na wysokim haku pod sufitem. Oceniłam rozmiar i wiedziałam, że muszę zrobić wszystko, żeby Agata ją miała - choć lepiej byloby uzyć powazniej brzmiącego "posiadała". Uwaga - ta suknia sama stoi!
Na szczęście nie musiałam długo skłaniać Tru do nabytku - po prostu rzucałam odpowiedziami na pytanie 'Ale gdzie ja TO założę?"

Prosz!


Idealny strój do :
wyrzucania śmieci
wizyty inksenta i gazowników
odbierania przesyłki od listonosza
pojawienia się gdzieś incognito
że o ślubie nie wspomnę (niekoniecznie własnym).
Gustaw, zobaczywszy Agatę w stroju księżniczki, wyszeptał "Truskawo, jesteś piękna".

Kraków to przedziwne miasto - Tru mówiła, że trudno o minimalny wybór herbat, że z innymi oczywistymi artykułami też może być problem. A należą do nich - baterie paluszki. W kioskach nie ma (są te najmniejsze), to samo w Almie, drogeriach itp.
W Euro AGD - były.
Szczęśliwa podeszłam do kasy.
"Tylko drobne poproszę! Ze stówy nie wydam." powiedziała osoba z plakietką Krystyna.
"Oj, nie wiem, nie wiem" zmartwiłam się.
"Za drobne nawet wiersz mogę powiedzieć" zachęcała pani.
Znalazlam 10zł - "No to poproszę wiersz!" rzuciłam bardziej dla żartu.
Ale pani Krystyna nie żartowała. Wzniosła oczy w kierunku kamery w Euro, odchrząknęła i niespodziewanie niskim głosem wyrecytowała:
"Kiedy się wypełniły dni
I przyszło zginać latem
Prosto do nieba czwórkami szli
Żołnierze z Westerplatte. Może być?"
Byłam o krok od uściskania sprzedawczyni, udało mi się powstrzymać tylko dzięki temu, że poleciałam szybko do Agaty, chcąc Jej wszystko opowiedzieć (nawiasem mówiąc, kiedy per Agata zwracałam się do Tru, Gucio mówił, patrząc na mnie ze zmarszczonymi brwiami - "To nie jest żadna Agata, tylko Dzika Truskawa")

Jednak niektóre rzeczy w Krakowie są takie, że nigdzie indziej ich nie znajdziesz. Nie, nie Wawel, tylko Napoleon - a dokładnie Napoleon 2.
Jest to ciastko - monstrum, wielkości połowy pudełka do butów (niestety nie mogłam zrobić zdjęcia z powodu braku bateryjek), sześcian z rozetą na wierzchu, zrobiony z pianki. Występuje w dwóch odmianach, jak magnolie - białej i różowej (a pachnie nawet lepiej niż one). Nie wierzyłam własnym oczom, kiedy go zobaczyłam, i własnym uszom, kiedy powiedziałam "Poproszę na miejscu".
Stoliczek umieszczono tuż za szybką - nie było turysty, który by się nie wgapiał w mój torcik jak szpak w pięć złotych, a nawet dwie osoby zrobiły zdjęcia Napoleonowi.
Nie zjadłam do końca, a potem w torbie - worze, wzięłam go za apaszkę i próbując wyczuć paluchami, czy to ona, pozbawiłam torcik kształtu, spłaszczyłam i podziurawiłam.

W Krakowie, na Kazimierzu, w budynku rytualnej (byłej) żydowskiej rzeźni, okrąglaku z okienkami, znajduje się multipleks zapiekankowy. Czeka się długo, ale warto - dostałam po prostu cudo o nazwie "Zielona Fantazja" szpinak, z fetą i świeżym ogórkiem. Tylko...trzeba mieć ze sobą lusterko i gumę do żucia, bo widok zębów jest katastrofalny - szczególnie w szparach (lub tym czymś, co jest zamiast nich) lokuje się miazga szpinakowa.

Zwiedziłysmy muzeum w starej zajezdni - najbardziej interesująca część interaktywna. Mieli nawet koło, jak u chomika, tylko w ludzkim rozmiarze. Można było sobie pobiegać. Nic przyjemnego.
Samochód z kwadratowymi "kołami" - jeżdżący.
Bawiliśmy się świetnie.




Nastąpił wreszcie Dzień Dziecka - lało cały czas.
Od razu w ciucheksie - strzał w 10tkę.
Piesowąż.


Gustaw go kocha.
Na pytanie pani Mirelki, jak było w Krakowie, odpowiedział:
"Kupiliśmy psa. On jest bardzo długi i nie ma nóg".

Zaplanowałyśmy z Tru spotkanie z krakowską odnogą forum perfumowego - i udałoby się bardzo, gdyby nie wiadomość, która ścięła mnie z nóg - otóż mój ostatni obrazek z Kate dotarł do klientki pęknięty! W paskudny sposób - na skos.
Nie do uratowania.
Wzięłam winę na siebie i postanowiłam namalować nowy - najlepiej, by był identyczny, bo klientce bardzo przypadł do gustu. Ale ja kopii nie robię.
Podjęłam wyzwanie. I wykonałam. Z księżycem.




O powrocie (jeszcze czegoś takiego nie przeżyłam) i oczywiście Lului napiszę oddzielnie. Materiał na oddzielną opowieść.

Szkoda, że już jetem w Warszawie. Pociesza mnie intensywna woń Harissy CdG z Lului. Jaka ona śliczna.

środa, 29 maja 2013

"Występ" w przedszkolu

Tak więc moje dziecko osiągnęło wiek, kiedy stawia pierwsze kroki na scenie (na razie w sali gimnastycznej).

Gustaw wyznał mi, że chciałby zostać aktorem, kiedy dorośnie.
"Guciu, a nie wolałbyś zajmować się prądem?" (jest od zawsze fetyszystą kabli, gniazdek, żarówek, włączników itp.)
Zastanowił się.
'Mamo, ja zmienilem zdanie. Wolę być elektrykiem".

Już dwa tygodnie temu zaproszono nas - rodziców - na przedstawienie. Związane z Dniem Matki.
Ale ponieważ przedszkole uczestniczy w programie ekologicznym, więc dotychczas przy wszystkich okazjach wplatano wątki "dbałości o czystość Planety" - propaganda pełną gębą.

Kiedy więc rano zobaczyłam wspinającego się po schodach chłopczyka z Biedronek (starszaki), przebranego za drzewo, nabrałam niemal pewności, że dzieci będą (znowu) publiczności wygrażać paluszkami i potępiać brak segregowania śmieci za pomocą poglądowej scenki.

Tymczasem miło nas zaskoczono, bo występ był w całości związany z rodziną, sympatyczny, z wierszowanymi życzeniami i pioseneczkami.

Standard. Oczywiście mamy zapatrzone w swoje latorośle z zachwytem chłonęły każdy moment, ukradkiem ocierając łzy.
I ja również byłam nieco rozczulona - i zaskoczona, bo Gustaw najwyraźniej przeszedł wtajemniczenie i za nic nie chciał nam zdradzić, co zaśpiewa, na wszystkie, nawet najbardziej podchwytliwe pytania, odpowiadając "Nie wiem".

Jednak prawdziwych wrażeń artystycznych dostarczyła mi wystawa zrobionych przez Pszczółki portretów Mam. Jestem fanką dziecięcej wyobraźni - za każdym razem mnie ona zaskakuje.

Ja narysowana przez Gustawa wypadłam całkiem nieźle.


Mam tylko bliznę na czole (włosy) - z innymi rodzicielkami dzieciaki obeszły się dużo gorzej. Szczerze?



I najweselsze mamusie



Na zebraniu po przedstawieniu Pani Mirelka wezwała rodziców do inicjatywy, by poprowadzili zajęcia - zostali wytypowani tzw. ciekawi ludzie (w tym ja i Wojtek). Oprócz tego przedszkolanki postanowiły przybliżyć dzieciom postaci rodziców, bowiem wcale nie w najmłodszych Pszczółkach, tylko w średniakach, wyszło na jaw, że niektore maluchy nie znają imion mam i tatusiów.

Z pewnym niepokojem zapytałam Gucia od razu, czy wie, jak się nazywam.
"Wiem! Justyna Mejman!"

wtorek, 28 maja 2013

Dla odmiany - Kate

Szanowni Państwo - oto obiecany obrazek z serii "Panienki" - tym razem Kate.
Myślę, że mogę zdradzić sekret - Kate jest osobą o mocno zaokrąglonych kształtach, a więc jej przyjaciółce, która zleciła mi "portret" zapowiedziałam, że wszystkie moje kobietki są zgrabne, nawet więcej - posiadają figurę modelek.
U mnie sama postać jest jakby nośnikiem - Wojtek powiedział, że w zasadzie trzeba ją w serii panienkowej traktować umownie, że w sumie mogłabym równie dobrze przedstawiać krowy.

W czym więc tkwi "indywidualizm" każdego z obrazków? Otóż przed każdą robotą zbieram szczegółowe informacje o obiekcie - czym się interesuje, jaki ma temperament, fryzurę, sposób ubierania, ulubione otoczenie, oczywiście kolorystyka, czasem występuje zwierzę - pupilek modelki.

W tym wypadku mamy do czynienia z kobietą pewną siebie i swojej urody, gustującą w prostym ubiorze (spodnie, półbuty w męskim typie dandysa), kolorystyce oszczędnej - czarno - białej. Mieszka w miasteczku w Hiszpanii.

Zacznę - jak zwykle - od końca.

Umieściłam ją w pejzażu urbanistycznym, nie pozbawionym jednak romantyzmu.


Surowe budynki, ale delikatnie cieniowanie - odbite w wodzie nadbrzeża.


Kate nosi charakterystyczne okulary - kocie oczy, włosy blond w lokach umiarkowanych.


Na stopach wspomniane półbuty, spodnie a la lata 40ste.


Poza wdzięczna, nieco marzycielska. Oczywiście rękawiczki.


No i podobnie jak w Kobiecie Buxtona - wprowadziłam cieniowanie ołówkiem. Dzięki temu nie tylko uzyskałam subtelne efekty, ale również nie zaburzyłam oszczędnej kolorystyki.
Okulary Wojtka się przydaly )szczególnie w sznurówkach).

A teraz czas na całość.



Z duszą na ramieniu wysylałam zdjęcie zleceniodawczyni - bojąc się, że zechce coś zmieniać, dodawać - ale okazało się, że trafiłam, że tak powiem, w sam sedes.


Takie malarstwo lubię u siebie najbardziej - podobnie jak z dobrym zapachem - nosząc go, mam ochotę zapytać - po co mi inne perfumy?


Nawiasem mówiąc, pachniałam Matą Hari Histoires de Parfums.