WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

czwartek, 3 sierpnia 2017

Robale i inne atrakcje

Domek nad jeziorem.
Nasze miejsce. Jak go nie lubić? Ale jest i mroczna strona, której poświęce dzisiejszy odcinek.
(w tym miejcu uprzedzam wrażliwe osoby - natychmiast przestańcie to czytać)


Gdy zapada wieczór, złachana po rowerowej wycieczce padam na łóżko, wcale nie bezładnie, gdyż wiem, co będę oglądać w TV. Planuję rano i cieszę się (aktualnie na kolejny film z Brudnym Harrym z 1973 roku). Albo na kretyński horror klasy Z. Królują mordercze zwierzęta - psy rasy, ktora wymknęła się spod kontroli, anakonda w końcu pożerająca Jona Voighta, pająki w metrze lub węże w samolocie.

Wreszcie, gdy seans się kończy, gaszę swiatło i  zaczyna się prawdziwy horror.
Przykrywam się kołdrą po uszy, mimo upału, gdyż w ciemności nadciąga szwadron - jakby ściana jęcząco - brzęczących myśliwców. To komary. Upierdliwce, które uwzięły się użreć mnie w czubek głowy, nic sobie nie robią z płynów odstraszających insekty i kołują coraz bliżej i bliżej.
Ale - w ostatniej chwili następuje rezygnacja z ugryzienia, nie wiem, może to zasługa moich perfum? Wojtek określił je jako "pszczoły w majtkach" (Speakeasy Frapin).


Jednak najgłośniejsze są szalone ćmy.
Te z ciężkimi odwłokami trzepoczą się na ziemi jak zraniony ptak, nie mogący ulecieć. Inne, nagle pozbawione światła, tłuką głowami o ściany, wreszcie za którymś razem spadają jak kulki papieru rzucone o ziemię, lub, co gorsza, lądują na poduszce, w panice omiatając moją twarz spazmatycznymi uderzeniami skrzydeł.
Jest też taki, który zrywając się do ślepego lotu, brzmi jak strzepnięcie mokrej koszuli wyciągniętej z prania (tylko oczywiście ciszej).
W łazience zawsze beżowy osobnik wali mnie prosto w czoło, potem wykonując spiralę śmierci (ma kilkaset żyć) i lądując mi między stopami.


Najwięszy respekt budzi bombowiec owadzi, nie wiem, kto to jest, czy jakiś chrząszcz? Wyobrazcie sobie, zamykacie oczy, robalom udało się wreszcie czepić pazurkami swoich miejsc, kto miał ugryzć, to ugryzł - pod powiekami już senne marzenia. I wtedy słychać buczenie jakby spod poduszki, co nie jest możliwe (przecież!).
Wydaje się, że COŚ się zbliża, niemal wyczuwam podmuch na policzku. Nie wiadomo, czy otworzyć oczy w ciemnościach, licząc na ostrzeżenie dzięki maksymalnie rozszerzonym zrenicom, czy własnie wprost przeciwnie. Zacisnąć powieki w imię zasady "Jak ja nie widzę, to mnie nie widać" (reguła stosowana przez dzieci, i to nie wszystkie, ale co tam).
Wreszcie ostatnie delikatne trzepociki skrzydeł, należących do nocnych motylków w kształcie usteczek i teoretycznie można spać.



ALE...

Za oknem - jezioro. Chichot starca. Widziałam go w dzień, mini marabucik (tylko z opierzoną głową), kiedy senny, o świcie, wyciągał bez pośpiechu z mułu szczudłowate nogi. Jest też ktoś (podobną bąk), buczący, jakby się dmuchało w butelkę. Czapla wydaje okrzyk duszonego niemowlaka, tylko sowy normalne. Puchają sobie.
Na drugim brzegu niesie się głos psa. Szczek, powiedziałoby się, ale on zamiast "hau hau" czy czegoś podobnego, psim głosem gada "do it! do it! do it!".
Nie wspomnę o karygodnych incydentach kotów, których głosy przeczą powabnemu wyglądowi i miękkim ruchom - gonią się wrzeszcząc jak obdzierane ze skóry.

Ostatniej nocy zostałam ukarana za nałóg papierosowy i już nigdy, przenigdy nie pójdę na zewnątrz w klapkach. Schodzę sobie, rozumiecie, przez podwórko w kierunku jeziora, rozmarzony wzrok utkwiwszy w księżyc. Aż tu nagle - jak mnie coś nie utnie w stopę! Wydałam nicenzuralny okrzyk, ale ból przy ciosie był niczym w stosunku do tego, co mialo nadejść. Rwanie, szarpanie od wewnątrz pięty, a potem jakby ktoś przepychał mi kamień przez żyłę na łydkę, do kolana i przez udo. Przemknęła mi myśl - co będzie dalej? Jeśli trucizna dojdzie do serca, to co? Zamieni się w twardy głaz?
Co dziwne, żadnej opuchlizny, zaczerwienienia, tylko mała czerwona dziurka.
Dla odmiany - akurat przy finale filmu Siła Magnum z Estwoodem, stopa zaczęła pulsować i boleć jakby oblana wrzątkiem. Tak więc, kiedy Callahan zastrzelił wreszcie zbrodniarza, tkwiłam na łóżku z nogą uniesioną prostopadle do tułowia i posykując.
Spać - niemożliwe, więc obejrzałam następny film pt Dreszcz, bzdura do kwadratu.


(dusze pięciu Chińczyków tragicznie zmarłych, zona jednego z nich, przypadkowo czarownica, zaklina i tworzy Potwora szukającego zemsty - czyli zabijającego (z mlaskaniem) każdego, kto się nawinie)

Już świtało, potem na wodzie zaczął się ludzki ruch.
Mówię Wam, najgorsi są kajakarze w dwójkach. Tu wymagana jest praca zespołowa. A to zobowiązuje.

Moja przyjaciółka, widząc to zdjęcie, skomentowała "Aż słyszę tę ciszę".


Nie wyprowadzałam Jej z błędu, nie chcąc burząc nastroju, ale zza kadru słychać było taki dialog :
"Ochujałeś, kurwa? Trzeba było wiosłem w prawo!"
"Chyba ci odpierdoliło! Przez ciebie teraz jesteśmy w tych pierdolonych trzcinach. Wez teraz kurwa zrób tym coś!"
"Co mam, kurwa, zrobić? Przez ciebie w dupie jesteśmy!" - i tak dalej.
Na szczęście chłopaki na kajaku wydostali się z matni, a na jezioro zaczęli wpływać wędkarze, być może gwałtowni z natury, ale cisi z zachowania.

Na szczęście to tylko epizody, większość dnia upływa leniwie


A kiedy upał zelżeje, nikt mnie nie dogoni na rowerze, kiedy mknę na Moją Promenadę.


Czasem kładę się na kocu i patrzę w górę. Jak jakiś żuczek...


...tak mała w stosunku do drzew.
I ta małość, paradoksalnie, daje mi spokój i dystans.
Czego i Państwu życzę.

2 komentarze:

  1. Ju, to nie byli kajakarze, to byli eksperymentatorzy, którzy chcieli się przekonać, jak to jest na kajaku :D, a na latające paskudy jest bardzo prosty sposób - moskitiera w oknie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, ale my na noc otwieramy drzwi w domku, inaczej nie idzie wytrzymać. No i okno oraz domek są nie moje.
      Zresztą... teraz to już nie ma znaczenia.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.