Dawno, dawno temu, tyle lat, że się nie przyznam, chodziłam za licealnych czasów na kółko plastyczne. Wśród moich tworzących znajomych istniały dwie frakcje : chodzących na Łazienkowską (Dom Kultury im. Broniewskiego) i Nowolipki.
Jak w starym kawale - Anglik na bezludnej wyspie po latach uratowany wskazał wybawicielom na okazałe dwa szałasy, przez siebie zbudowane "To jest klub, do którego chodzę, a tam - klub, do którego nie chodzę"
Nie byłam dziewczęciem z Nowolipek. Lubiłam Łazienkowską i Pana Moszyńskiego - prowadzącego, obdarzonego wielką charyzmą. Swój NOWY Obraz opatrzyłam cyferką - Jeden.
Najwięcej energii poświęcałam na studia postaci węglem. Pozowaliśmy wszyscy, każdy po kolei, czasem, za drobne wynagrodzenie, zgadzała się modelować jakaś bidna starsza pani. Raz zjawił się ekshibicjonista, ale rysunki z sesji z nim wyglądały tak karykaturalnie, że więcej nie przyszedł.
Rysunek - to był mój żywioł. Węgiel! Usmarować się po linię włosów, zmieniać papier co pół godziny, to lubiłam. Człowiek - postać, uchwycić go w ruchu, zakląć tę jedną chwilę tak, by pozostała dynamika
Nagle - naprawdę nagle, na jesieni zeszłego roku, nie mogłam już powstrzymać rąk od kreślenia linii. Ołówkiem, dla podpowiedzi obrazu. Wystarczyło, że te linie poprawiłam farbą i coś we mnie odżyło.
Tak niepowstrzymanego, że pomyślałam : "To jest DROGA"
Oto, z grubsza, geneza Mokrych Rysunków. Wciąż używam zapachów przy malowaniu, ale teraz w większości sama je robię, albo nawet nie muszę - wystarczą mi niezmieszane, pojedyncze składniki.
TEN obraz powstał do technicznego, lodowatego kadzidła.
Mógłby się nazywać Kropla Drąży Skałę... albo Oziębienie Klimatu przewrotnie
Albo Taka Sytuacja nr 1
Światło musi być. Ostre, sceniczne. W tym wypadku.
W. mówi "chyba malujesz coraz lepsze obrazy, bo coraz mniej je rozumiem. Jakieś popieprzone są postaci tutaj. Kobieta chwieje się na wietrze, gość biegnie nie wiadomo, dokąd"
A bo ja właśnie nie dopowiadam.
Nie znajdzie się tu żaden mistyczny księżyc, królujący w realiźmie magicznym, mój ulubiony, wieloznaczny element to strzałka (drogowskaz) i "mój" domek z rodzinnych stron.
Chmury. Lubię bardzo. Przybierają kształty, jakie chcą.
Gucio stwierdził "Dziwny obraz, szczególnie, że jak się przyjrzeć, kobieta ma włosy jak biegnący koń"
Wreszcie - całość. Pierwsza wersja i druga, ostateczna (na tę chwilę)
Na koniec składam podpis. Często podpisanie to problem, bo nawet parafka jest elementem graficznym, dlatego tym razem wmontowałam ją w całość kompozycji jako litery na chorągwi, której trzon wydobyłam na pierwszy plan
Bardzo wiele dni, tygodni zajął mi ten obraz. Bo nie było tak, że sobie siadłam i hop siup namalowałam a to sylwetki, a to inne elementy. Zaczynałam od portretu w pionie, do tej twarzy traciłam serce, aż wreszcie przekręciłam podobrazie o 90 stopni i wszystko się zmieniło.
Malowałam, potem wycierałam, zmieniałam umiejscowienie elementów, żeby powstał rytm, w przestrzeni.
Kropla drąży skałę.
Akryl na płycie
Format 70 x 50 cm.
Mój pierwszy Mokry Rysunek.
WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
piątek, 10 stycznia 2020
wtorek, 31 grudnia 2019
2020
Szanowni Czytelnicy!
Życzę z całego serca wszystkiego dobrego w Nowym Roku!
Niech będzie szczęśliwy, a my wszyscy zadowoleni, uśmiechnięci. Zdrowia też życzę - to zrozumiałe.
Zdjęcie poniżej - ze zlotu perfumowego przedwczoraj. W Stoczni Gdańskiej.
Mój Nowy Rok zaczął się pięknie - Pepa nasza kochana, która zachorowała, kiedy byliśmy na wyjeździe, zostawiając pieska u mojej Mamy, cudownie ozdrowiała. Zaalarmowani, że nic nie je, ja i Gucio wsiedliśmy w pociąg Gdynia - Warszawa i pobiegliśmy do mojego rodzinnego domu w mieście - ogrodzie Sadyba.
Po dzwonku do furtki rozległo się radosne szczekanie, a nam aż serca podskoczyły z radości! Pepa tęskniła za nami, aż straciła apetyt. Nerwy z powodu fajerwerków też dały się we znaki. Ale u nas zjadła, a ogon mało się jej nie urwał od machania.
Chciałam zacząć nowy obrazek, żeby dziarsko wejść w Nowy Rok, ale zginął mi ołówek. Było za 5 dwunasta, dałam za wygraną. Jak mi coś się gubi, mówię w myślach "Święty Antoni, pomóż" - i pomaga. Obrazkowo końcówkę grudnia miałam bardzo pracowitą. Dokończyłam parę obrazów, zamykając pewien rozdział.
Postanowienia noworoczne... i ja dołączam do grona, zamierzającego zrzucić parę kilo. Ile, nie wiem, bo nie miałam odwagi się zważyć. W zeszłym roku dostałam kijki do nordic walking i stoją sobie przy drzwiach. Rowerek stacjonarny jest doskonałym, wielofunkcyjnym wieszakiem na ubrania, ale nigdy nie byłam entuzjastką ruchu w miejscu. Jednak jak iść, to dojść. Gdzieś.
(nad morzem wiało mocno, ale ku mojemu rozczarowaniu tylko wygładziło powierzchnię)
Zapachowo 2020 rok zapowiada się bogato. Mam na sobie trzy zapachy, każdy z innej bajki. Blanche Byredo - minimalistyczny, czysty, jak świeże pranie. Dolce Vita Diora - kiedy go noszę, czuję przyjemną wdzięczność, że tak piękny zapach wymyślono. Wreszcie Rossy de Palma ELdO - róża, geranium, imbir, przeszywający, śmiały, jak w pysk strzelił.
Dobrze wrócić do domu, szczególnie, że sąsiedztwo miłe. Pewnego wieczora, znalazłam na klamce torebeczkę z listem po włosku i ciasteczkami. Pomyśleliśmy, że to miało coś wspólnego ze śpiewem Wojtka (ćwiczył m.in. pieśni neapolitańskie). Znajoma przetłumaczyła. Oto treść liściku : "To dla pana, który śpiewał piosenki po włosku wczoraj po południu.
To było coś zachwycającego. Następnym razem proszę się nie przejmować i podgłośnić, żebym mogła lepiej słyszeć w swoim mieszkaniu. Byłam zachwycona i poruszona słysząc Wróć do Sorrento, ponieważ to moje ukochane miasto, w którym się urodziłam.
Przyznam, że się wzruszyłam, dlatego proszę z całego serca przyjąć tradycyjne neapolitańskie ciasteczka świąteczne. Mam nadzieję, że będą smakowały.
Życzę Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!
Mieszkam obok, przez ścianę. MF"
Cieszę się nawet z takich rzeczy, że dzień zaczyna się wydłużać. Odliczam tygodnie do wiosny.
A więc na koniec prześliczne kwiaty jabłoni Jana Wittenberga.
Szczęścia, jeszcze raz!!!!
Życzę z całego serca wszystkiego dobrego w Nowym Roku!
Niech będzie szczęśliwy, a my wszyscy zadowoleni, uśmiechnięci. Zdrowia też życzę - to zrozumiałe.
Zdjęcie poniżej - ze zlotu perfumowego przedwczoraj. W Stoczni Gdańskiej.
Mój Nowy Rok zaczął się pięknie - Pepa nasza kochana, która zachorowała, kiedy byliśmy na wyjeździe, zostawiając pieska u mojej Mamy, cudownie ozdrowiała. Zaalarmowani, że nic nie je, ja i Gucio wsiedliśmy w pociąg Gdynia - Warszawa i pobiegliśmy do mojego rodzinnego domu w mieście - ogrodzie Sadyba.
Po dzwonku do furtki rozległo się radosne szczekanie, a nam aż serca podskoczyły z radości! Pepa tęskniła za nami, aż straciła apetyt. Nerwy z powodu fajerwerków też dały się we znaki. Ale u nas zjadła, a ogon mało się jej nie urwał od machania.
Chciałam zacząć nowy obrazek, żeby dziarsko wejść w Nowy Rok, ale zginął mi ołówek. Było za 5 dwunasta, dałam za wygraną. Jak mi coś się gubi, mówię w myślach "Święty Antoni, pomóż" - i pomaga. Obrazkowo końcówkę grudnia miałam bardzo pracowitą. Dokończyłam parę obrazów, zamykając pewien rozdział.
Postanowienia noworoczne... i ja dołączam do grona, zamierzającego zrzucić parę kilo. Ile, nie wiem, bo nie miałam odwagi się zważyć. W zeszłym roku dostałam kijki do nordic walking i stoją sobie przy drzwiach. Rowerek stacjonarny jest doskonałym, wielofunkcyjnym wieszakiem na ubrania, ale nigdy nie byłam entuzjastką ruchu w miejscu. Jednak jak iść, to dojść. Gdzieś.
(nad morzem wiało mocno, ale ku mojemu rozczarowaniu tylko wygładziło powierzchnię)
Zapachowo 2020 rok zapowiada się bogato. Mam na sobie trzy zapachy, każdy z innej bajki. Blanche Byredo - minimalistyczny, czysty, jak świeże pranie. Dolce Vita Diora - kiedy go noszę, czuję przyjemną wdzięczność, że tak piękny zapach wymyślono. Wreszcie Rossy de Palma ELdO - róża, geranium, imbir, przeszywający, śmiały, jak w pysk strzelił.
Dobrze wrócić do domu, szczególnie, że sąsiedztwo miłe. Pewnego wieczora, znalazłam na klamce torebeczkę z listem po włosku i ciasteczkami. Pomyśleliśmy, że to miało coś wspólnego ze śpiewem Wojtka (ćwiczył m.in. pieśni neapolitańskie). Znajoma przetłumaczyła. Oto treść liściku : "To dla pana, który śpiewał piosenki po włosku wczoraj po południu.
To było coś zachwycającego. Następnym razem proszę się nie przejmować i podgłośnić, żebym mogła lepiej słyszeć w swoim mieszkaniu. Byłam zachwycona i poruszona słysząc Wróć do Sorrento, ponieważ to moje ukochane miasto, w którym się urodziłam.
Przyznam, że się wzruszyłam, dlatego proszę z całego serca przyjąć tradycyjne neapolitańskie ciasteczka świąteczne. Mam nadzieję, że będą smakowały.
Życzę Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!
Mieszkam obok, przez ścianę. MF"
Cieszę się nawet z takich rzeczy, że dzień zaczyna się wydłużać. Odliczam tygodnie do wiosny.
A więc na koniec prześliczne kwiaty jabłoni Jana Wittenberga.
Szczęścia, jeszcze raz!!!!
niedziela, 1 grudnia 2019
Czyżby to...? On?
Tego dnia, w 1926 roku odsłonięto w Łazienkach pomnik Fryderyka Chopina.
Karykaturom nie było końca, bo też i dramatyzm romantyczny i secesyjna ekspresja aż się prosiły, żeby zażartować. Do tego to drzewo, które wygląda, jakby miało pożreć kompozytora, kiedy nikt nie widzi.
Chopin to kolejny wielki Polak, noszący obce nazwisko. Większość podobno myśli, że był Francuzem. Poza tymi, którym wbijało się do dziecięcych głów metafory nt muzyki Chopina, słynne "armaty w kwiatach". A obywatelom pokazywano plakaty z wierzbami na pięciolinii.
Chopin to bezsprzecznie geniusz. Człowiek z wielkim talentem literackim, bon vivant paryski - bo niestety zmuszony był wyjechać z Polski pod zaborami jako dwudziestolatek i nigdy do ojczyzny nie wrócił.*
W jego muzyce jest dla mnie coś rozdzierającego, nie mogę spokojnie słuchać, a jednocześnie, kiedy zacznę, następują dni z Chopinem i jedno określenie adekwatne dla Chopina przychodzi mi do głowy: namiętny. Człowiek, uwięziony w chorowitym ciele, zmarły przed 40stką. Jak to możliwe, że parę taktów jego muzyki i wiem, że to szopenowskie nuty. Nie do pomylenia.
A w przyszłym roku mamy Konkurs Chopinowski! I od maja do września koncerty pod pomnikiem Chopina w Łazienkach, po raz 61. I znowu, mam nadzieję, zdarzy mi się uronić łezkę wśród róż, bo one rosną przy pomniku.
Pomnik Chopina, jak i cały łazienkowski park, mają wpływ na mnie, mieszkającą tuż obok. Kiedy dni skracają się, tak, jak teraz, wiele nieprzyjazny, przenikliwy wiatr, patrzę przez zapocone okna w autobusie linii 180 na pomnik i z trudem udaje mi się wyobrazić słońce i zapach rozkwitłych roślin, kiedy siedzę na schodkach, bo na ławkach nie ma już miejsc i słucham.
Teraz pomnik, podświetlony, wśród mroku naokoło, wygląda jak obiekt z filmu sf.
Dlatego... ten obraz.
Jest taki.
Z "moim" domkiem.
* Chopin zażyczył sobie, by jego serce przewieziono do Polski. Zgodnie z jego wolą, dokonano sekcji zwłok i serce włożono do słoja z alkoholem (prawdopodobnie koniakiem). Siostra Chopina przez jakiś czas przechowywała słój w swoim mieszkaniu na Podwalu, by przekazać je do Kościoła Świętego Krzyża (tuż obok mojego Wydziału Grafiki na ASP).
Posłuchajcie.
Kamień by się nie wzruszył.
Karykaturom nie było końca, bo też i dramatyzm romantyczny i secesyjna ekspresja aż się prosiły, żeby zażartować. Do tego to drzewo, które wygląda, jakby miało pożreć kompozytora, kiedy nikt nie widzi.
Chopin to kolejny wielki Polak, noszący obce nazwisko. Większość podobno myśli, że był Francuzem. Poza tymi, którym wbijało się do dziecięcych głów metafory nt muzyki Chopina, słynne "armaty w kwiatach". A obywatelom pokazywano plakaty z wierzbami na pięciolinii.
Chopin to bezsprzecznie geniusz. Człowiek z wielkim talentem literackim, bon vivant paryski - bo niestety zmuszony był wyjechać z Polski pod zaborami jako dwudziestolatek i nigdy do ojczyzny nie wrócił.*
W jego muzyce jest dla mnie coś rozdzierającego, nie mogę spokojnie słuchać, a jednocześnie, kiedy zacznę, następują dni z Chopinem i jedno określenie adekwatne dla Chopina przychodzi mi do głowy: namiętny. Człowiek, uwięziony w chorowitym ciele, zmarły przed 40stką. Jak to możliwe, że parę taktów jego muzyki i wiem, że to szopenowskie nuty. Nie do pomylenia.
A w przyszłym roku mamy Konkurs Chopinowski! I od maja do września koncerty pod pomnikiem Chopina w Łazienkach, po raz 61. I znowu, mam nadzieję, zdarzy mi się uronić łezkę wśród róż, bo one rosną przy pomniku.
Pomnik Chopina, jak i cały łazienkowski park, mają wpływ na mnie, mieszkającą tuż obok. Kiedy dni skracają się, tak, jak teraz, wiele nieprzyjazny, przenikliwy wiatr, patrzę przez zapocone okna w autobusie linii 180 na pomnik i z trudem udaje mi się wyobrazić słońce i zapach rozkwitłych roślin, kiedy siedzę na schodkach, bo na ławkach nie ma już miejsc i słucham.
Teraz pomnik, podświetlony, wśród mroku naokoło, wygląda jak obiekt z filmu sf.
Dlatego... ten obraz.
Jest taki.
Z "moim" domkiem.
* Chopin zażyczył sobie, by jego serce przewieziono do Polski. Zgodnie z jego wolą, dokonano sekcji zwłok i serce włożono do słoja z alkoholem (prawdopodobnie koniakiem). Siostra Chopina przez jakiś czas przechowywała słój w swoim mieszkaniu na Podwalu, by przekazać je do Kościoła Świętego Krzyża (tuż obok mojego Wydziału Grafiki na ASP).
Posłuchajcie.
Kamień by się nie wzruszył.
wtorek, 26 listopada 2019
Ciche zwycięstwo
Rok temu, po ponad sześciomiesięcznej chemioterapii i dwóch operacjach, bo jedna okazała się niewystarczająca, czekałam na wyniki histopatologii.
Jak było?
Potwornie. Wielka mobilizacja w czasie intensywnego leczenia i myślenie zadaniowe, wtedy potrzebne, zaczęło być zastępowane lękami i pytaniami - co dalej?
Przypomniały mi się wszystkie kraczące kobiety ze szpitalnej poczekalni, stwierdzenia w rodzaju "jak się już raz miało raka, to zawsze będzie siedział", "co z tego, że czysto po operacji, skoro nie wiadomo, gdzie się rozniósł" i przede wszystkim "to nie jest życie, kiedy tylko czeka się na wyniki i nic się więcej nie liczy", "jestem chora, jak mam tu przyjechać".
Nie wspomnę już o przykładach, kto się kiedy przekręcił i "z naszej grupy, co byłyśmy na sali, tylko ja żyję".
Także ten tego ten.
I mnie strach obleciał. W planie była rehabilitacja z elementami psychoterapii, co wydawało mi się absurdem. Psychoterapia w TYM miejscu? Ale właśnie wtedy zaczęło się moje nowe życie, którego nie zamieniłabym nigdy na to, które było przed chorobą.
Na rehabilitacji poznałam wspaniałe osoby - takie koła ratunkowe, a teraz już przyjaciółki. Jak widzisz kogoś w twojej sytuacji, kto się uśmiecha albo idzie kupić buty, to jest naprawdę coś. Nawet nazwałyśmy się "trójką muszkieterów". Trzymamy się razem i kiedy trzeba dodajemy otuchy. Bo wcale nie zawsze trzeba.
Dowiedziałam się też o Pięciu Zasadach Zdrowego Myślenia, w opozycji do pozytywnego myślenia, które mocno mi zaszkodziło. Serio.
1. Jest oparte na oczywistych faktach (w przeciwieństwie do pozytywnego)
2. Chroni nasze życie i zdrowie
3. Pomaga osiągnąć bliższe i dalsze cele
4. Pomaga uniknąć najbardziej niepożądanych konfliktów z innymi lub je rozwiązać
5. Pomaga nam się czuć tak, jak chcemy się czuć bez nadużywania leków, alkoholu czy innych substancji
Wiecie, ja uważam, że życie powinno być przyjemne, dlatego bardzo, bardzo chciałam się nauczyć, jak mogę czuć się tak, jak chcę się czuć. Kiedy zaczęło mi się udawać, dzięki przesiewaniu każdej myśli budzącej niepokój czy lęk przez to pięciostopniowe sito. Robiłam to regularnie, bo strach towarzyszył mi wciąż... ale po odsianiu nic z tego nie zostawało. To nic, że za kwadrans znowu lęk przychodził, bo już wiedziałam, że można dać sobie z nim radę, tylko trzeba powtarzać, ćwiczyć. Ćwiczyć, i jeszcze raz ćwiczyć. Można przeklinać. Bardzo dobrze mi robiło powiedzieć lękowi "spierdalaj".
I w ten sposób, dzięki temu również, że Centrum Onkologii podzieliłam na strefy, a z przyjaciółkami nazywałyśmy je kpiąco Centrum Towarzyskie lub Centrum Zaskoczeń, zaczęły się zmiany.
Ruszyło malowanie.
Pierwsza wystawa, druga w Aptece Sztuki, Triennale w Toruniu, premiera perfum Jakuba Pietrynki w perfumerii Dragonfly
premiera moich duftartów, wreszcie ostatnio event o duftarcie i warsztaty z jednym z 4 profesjonalnych "nosów" w Polsce.
Nikogo nie uczy się, jak chorować, a to też jest sztuka. Rak to nie choroba dla słabeuszy.
Można nauczyć się żyć normalnie.
Można żyć lepiej, niż wcześniej.
Nie dajcie się zastraszyć.
Że komuś się nie udało, to jego prawda. Nasza może być inna. Nie słuchajcie narzekaczy i jęczołów.
(poniżej moje koleżanki)
Idę kończyć obraz. Z Chopinem.
Poważna sprawa.
Ale nie bardzo.
Jak było?
Potwornie. Wielka mobilizacja w czasie intensywnego leczenia i myślenie zadaniowe, wtedy potrzebne, zaczęło być zastępowane lękami i pytaniami - co dalej?
Przypomniały mi się wszystkie kraczące kobiety ze szpitalnej poczekalni, stwierdzenia w rodzaju "jak się już raz miało raka, to zawsze będzie siedział", "co z tego, że czysto po operacji, skoro nie wiadomo, gdzie się rozniósł" i przede wszystkim "to nie jest życie, kiedy tylko czeka się na wyniki i nic się więcej nie liczy", "jestem chora, jak mam tu przyjechać".
Nie wspomnę już o przykładach, kto się kiedy przekręcił i "z naszej grupy, co byłyśmy na sali, tylko ja żyję".
Także ten tego ten.
I mnie strach obleciał. W planie była rehabilitacja z elementami psychoterapii, co wydawało mi się absurdem. Psychoterapia w TYM miejscu? Ale właśnie wtedy zaczęło się moje nowe życie, którego nie zamieniłabym nigdy na to, które było przed chorobą.
Na rehabilitacji poznałam wspaniałe osoby - takie koła ratunkowe, a teraz już przyjaciółki. Jak widzisz kogoś w twojej sytuacji, kto się uśmiecha albo idzie kupić buty, to jest naprawdę coś. Nawet nazwałyśmy się "trójką muszkieterów". Trzymamy się razem i kiedy trzeba dodajemy otuchy. Bo wcale nie zawsze trzeba.
Dowiedziałam się też o Pięciu Zasadach Zdrowego Myślenia, w opozycji do pozytywnego myślenia, które mocno mi zaszkodziło. Serio.
1. Jest oparte na oczywistych faktach (w przeciwieństwie do pozytywnego)
2. Chroni nasze życie i zdrowie
3. Pomaga osiągnąć bliższe i dalsze cele
4. Pomaga uniknąć najbardziej niepożądanych konfliktów z innymi lub je rozwiązać
5. Pomaga nam się czuć tak, jak chcemy się czuć bez nadużywania leków, alkoholu czy innych substancji
Wiecie, ja uważam, że życie powinno być przyjemne, dlatego bardzo, bardzo chciałam się nauczyć, jak mogę czuć się tak, jak chcę się czuć. Kiedy zaczęło mi się udawać, dzięki przesiewaniu każdej myśli budzącej niepokój czy lęk przez to pięciostopniowe sito. Robiłam to regularnie, bo strach towarzyszył mi wciąż... ale po odsianiu nic z tego nie zostawało. To nic, że za kwadrans znowu lęk przychodził, bo już wiedziałam, że można dać sobie z nim radę, tylko trzeba powtarzać, ćwiczyć. Ćwiczyć, i jeszcze raz ćwiczyć. Można przeklinać. Bardzo dobrze mi robiło powiedzieć lękowi "spierdalaj".
I w ten sposób, dzięki temu również, że Centrum Onkologii podzieliłam na strefy, a z przyjaciółkami nazywałyśmy je kpiąco Centrum Towarzyskie lub Centrum Zaskoczeń, zaczęły się zmiany.
Ruszyło malowanie.
Pierwsza wystawa, druga w Aptece Sztuki, Triennale w Toruniu, premiera perfum Jakuba Pietrynki w perfumerii Dragonfly
premiera moich duftartów, wreszcie ostatnio event o duftarcie i warsztaty z jednym z 4 profesjonalnych "nosów" w Polsce.
Nikogo nie uczy się, jak chorować, a to też jest sztuka. Rak to nie choroba dla słabeuszy.
Można nauczyć się żyć normalnie.
Można żyć lepiej, niż wcześniej.
Nie dajcie się zastraszyć.
Że komuś się nie udało, to jego prawda. Nasza może być inna. Nie słuchajcie narzekaczy i jęczołów.
(poniżej moje koleżanki)
Idę kończyć obraz. Z Chopinem.
Poważna sprawa.
Ale nie bardzo.
wtorek, 12 listopada 2019
Czyj to pomnik? Premiera
Wszystko staje się całością. To, że pożegnałam się z Moją Promenadą, czyli ukochanym miejscem na Mazurach. W mieście dzieje się moje życie, ono daje mi możliwości wystaw, wernisaży, że nie wspomnę o perfumeriach.
Bo Warszawa to perfumowe Eldorado, oczywiście na naszą, polską skalę. Tu ulokowały się perfumerie oferujące zapachy, których nie znajdziemy w sieciówkach typu Sephora czy Douglas. Kiedyś, jeszcze parę lat temu, granica między niszą a mainstreamem wyraźnie się rysowała. Teraz wiele, swego czasu, bezkompromisowych firm, produkujących niespotykane kompozycje, wchłoniętych zostało przez koncerny. Jednak i tak zostało sporo perfum dających wrażenia jedyne w swoim rodzaju. Szczególnie "dymy" i industrial, świadoma zabawa syntetykami - to mnie zawsze pociągało.
Postanowiłam złożyć hołd "miejskiemu" zapachowi - i powstał Pomnik, do mojej dwuskładnikowej kompozycji.
Co prawda przestrzeni tu nie ma, ale jest specyficzne osamotnienie miasta nocą czy o świcie, kiedy na ulicach nie ma żywej duszy (poza tajemnymi stowarzyszeniami łataczy dziur w jezdniach, rurarzy od kanalizacji i śmieciarzy typu flash, którzy w biegu zeskakują z samochodu, małpimi ruchami porywają kosze ze śmieciami, błyskawicznie opróżniając je do siatkowych pak, rzucając na miejsce i wskakujących do nie zamkniętych drzwi obok kierowcy, na stojąco w jadącym samochodzie wypatrujących kolejnego celu - śmietnika ulicznego).
Podświetlone budynki, okna - czarne prostokąty, połyskujące szybami, latarnie.
Nowoczesność często sąsiaduje z resztkami architektury sprzed kilkudziesięciu lub więcej lat. Wiekowe enklawy w różnej kondycji zamknięte wśród szklanych domów.
Działki budowlane nieduże, więc ściany rosną wzwyż.
Zainspirowała mnie Wola, dzielnica niemal zrównana z ziemią podczas Powstania Warszawskiego. Jej obszar niedaleko Centrum (miasta) to właśnie rosnące niemal na naszych oczach wieżowce. Żelazna, Sienna, Towarowa, Chmielna, Złota, Prosta.
Po napadzie, jakiego doświadczyłam niedawno, mój zapał do nocnych wędrówek po Warszawie mocno ostygł. Jest prawie pewne, że nikt mi nie pomoże - jakby co. Niestety.
Ale swego czasu nachodziłam się, chłonąc atmosferę opustoszałego miasta. Potem kadry ze spacerowych wędrówek wchodziły mi do snów.
Czyj to pomnik?
Zauważyliście być może, że podpis na obrazach bywa niedbały, jakby nie było dla niego odpowiedniego miejsca. Są też oczywiście podpisy wystylizowane i zintegrowane z obrazem.
Na tablicy pomnika widnieją moje inicjały. Ale nie odnoszą się do statuły (!), tylko jego twórczyni.
Tylko światła się zmieniają, nie wiadomo, dla kogo.
Chociaż nie, inteligencja objęła sygnalizację świetlną i dzięki czujnikom ruchu zamiera, czyhając na zabłąkanych przechodniów.
Miasto śpi.
Tylko moje okno jasne.
Maluję.
Bo Warszawa to perfumowe Eldorado, oczywiście na naszą, polską skalę. Tu ulokowały się perfumerie oferujące zapachy, których nie znajdziemy w sieciówkach typu Sephora czy Douglas. Kiedyś, jeszcze parę lat temu, granica między niszą a mainstreamem wyraźnie się rysowała. Teraz wiele, swego czasu, bezkompromisowych firm, produkujących niespotykane kompozycje, wchłoniętych zostało przez koncerny. Jednak i tak zostało sporo perfum dających wrażenia jedyne w swoim rodzaju. Szczególnie "dymy" i industrial, świadoma zabawa syntetykami - to mnie zawsze pociągało.
Postanowiłam złożyć hołd "miejskiemu" zapachowi - i powstał Pomnik, do mojej dwuskładnikowej kompozycji.
Co prawda przestrzeni tu nie ma, ale jest specyficzne osamotnienie miasta nocą czy o świcie, kiedy na ulicach nie ma żywej duszy (poza tajemnymi stowarzyszeniami łataczy dziur w jezdniach, rurarzy od kanalizacji i śmieciarzy typu flash, którzy w biegu zeskakują z samochodu, małpimi ruchami porywają kosze ze śmieciami, błyskawicznie opróżniając je do siatkowych pak, rzucając na miejsce i wskakujących do nie zamkniętych drzwi obok kierowcy, na stojąco w jadącym samochodzie wypatrujących kolejnego celu - śmietnika ulicznego).
Podświetlone budynki, okna - czarne prostokąty, połyskujące szybami, latarnie.
Nowoczesność często sąsiaduje z resztkami architektury sprzed kilkudziesięciu lub więcej lat. Wiekowe enklawy w różnej kondycji zamknięte wśród szklanych domów.
Działki budowlane nieduże, więc ściany rosną wzwyż.
Zainspirowała mnie Wola, dzielnica niemal zrównana z ziemią podczas Powstania Warszawskiego. Jej obszar niedaleko Centrum (miasta) to właśnie rosnące niemal na naszych oczach wieżowce. Żelazna, Sienna, Towarowa, Chmielna, Złota, Prosta.
Po napadzie, jakiego doświadczyłam niedawno, mój zapał do nocnych wędrówek po Warszawie mocno ostygł. Jest prawie pewne, że nikt mi nie pomoże - jakby co. Niestety.
Ale swego czasu nachodziłam się, chłonąc atmosferę opustoszałego miasta. Potem kadry ze spacerowych wędrówek wchodziły mi do snów.
Czyj to pomnik?
Zauważyliście być może, że podpis na obrazach bywa niedbały, jakby nie było dla niego odpowiedniego miejsca. Są też oczywiście podpisy wystylizowane i zintegrowane z obrazem.
Na tablicy pomnika widnieją moje inicjały. Ale nie odnoszą się do statuły (!), tylko jego twórczyni.
Tylko światła się zmieniają, nie wiadomo, dla kogo.
Chociaż nie, inteligencja objęła sygnalizację świetlną i dzięki czujnikom ruchu zamiera, czyhając na zabłąkanych przechodniów.
Miasto śpi.
Tylko moje okno jasne.
Maluję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















