WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mazury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mazury. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2015

Wpis egzystencjalny



Każde drzewo ma wpisany w siebie wyrok śmierci - jeżeli znajduje się w lasach państwowych, o wyroku decyduje bóg - człowiek.
Tuż za Moją Promenadą zastałam taki obrazek :



Zesztywniałam.
Nie mogłam się ruszyć z miejsca.
Z samej Promenady nic nie widać. Na szczęście.
Ale... na jak długo?
Gonitwa myśli - co zrobię? jakby co? czy dowiedzieć się, jakie są plany?


Drzewom młodym nic nie grozi - ale co z moimi "wyspami" sosen?
Jak wyglądała - by Promenada bez nich...?



Trudno mi znieść widok wycinanych drzew.
Coś we mnie zawsze zamiera.


Kiedy byłam w Barcelonie, wycięto starą mirabelkę na naszym podwórku.
Gucio popłakiwał przez dwa dni.
Kiedy tłumaczyłam Mu, że tak już jest i musi się z tym pogodzić - zacisnął piąstki i powiedział "Ja się NIGDY z tym nie pogodzę, NIGDY!"


Drzewa. Ich obecność. Przez 31 lat - ile urosły wysokie sosny na Promenadzie? Miałam okazje do porównań - po tych, które pamiętam jako piętnastolatka, jako wysokie, prawie nie widać różnicy.


A w moim życiu... liceum, matura, studia, praca w agencji reklamowej, nieudane małżeństwo - dziesięcioletnie, kłopoty, powrót do malowania, wreszcie Wojtek, ślub, urodzenie Gucia (dzień po dniu!), nasze wspólne życie, pasja perfumowa, zaczęcie bloga, Panienki, duftart, wystawy...

Tak łatwo ściąć drzewo - moment i koniec.
Człowiek też - ile dzieli chwilę, kiedy żył, od tej - kiedy umarł?
Jak już kiedyś pisałam - zapytano Stanisława Lema, czy wie, co będzie po śmierci. "Oczywiście - to samo, co przed urodzeniem".
Nieprawda!
Zawsze uważałam, że ludzką pychą jest uznawać tylko to, co wymierzalne i udowodnione naukowo. Półtora roku po śmierci Taty, czuję czasem Jego obecność, teraz już nie raniącą, ale spokojną, Jego wsparcie.

Pamiętam, kiedy bardzo, bardzo wyczerpana pracą nad obrazem, zrozpaczona, usłyszałam sygnał sms.
Chcąc odczytać, prawdopodobnie nacisnęłam nie ten przycisk - wyświetliła się wiadomość sprzed dwóch lat "Całuję cię, córeczko. Twój Tata.". Czemu akurat ona?

A las? Przecież nie tylko składa się ze stojących, żyjących drzew.
Ich śmierć jest dla mnie tragiczna





 ...ale potem zaczyna się przemiana




 Niektóre pnie przypominają dziwne stworzenia




Zostają wchłonięte i przetworzone




(nie wspominając o tym, co my, ludzie, z drzewa robimy)

Jak więc spojrzeć na śmierć? Kaszpirowski, w czasach swojej świetności, zapytany, z czego jest najbardziej dumny, odpowiedział "Jestem w każdej chwili gotów na śmierć. Kiedyś, na scenie, kiedy występowałem, spadło rusztowanie, ciężkie, stalowe, z reflektorami. Krawędź o metr ode mnie. Nie drgnąłem".



Ja tylko wiem, że warto na życie - i śmierć - spojrzeć z szerszej, jakby to ująć - nie bolesnej perspektywy.
Tak, jak ze zdjęciem. Zbyt blisko nie widać tak wiele...


...jak tu, kiedy się oddalę


A Moja Promenada? Jasne, mogę się martwić, co zastanę - najbliższego roku, później.
Ale... ona i tak się przemienią.
Drzewka, teraz małe, nie zasłaniające przestrzeni, dające tak wspaniały oddech, zmienią się z czasem - jeśli dane mi będzie to zobaczyć - w duszny, ciemny lasek, znad którego wprawdzie będą wystawać "moje" sosny, ale ja mogłabym je dostrzec tylko na drabinie.
Jednak jeśli to miejsce, a nie jego uroda, tak mnie - pozytywnie - obezwładniają i wzruszają, to niezależnie od tego, co się na nim stanie, będzie działać.
W każdym razie liczę na "mój" słupek


I tym, w sumie optymistycznym akcentem, kończę wpis, nad którym myślałam przez trzy dni.
A pisałam przez całego Rain Man'a i Halloween (właśnie się skończyło).

czwartek, 18 czerwca 2015

Tajemnice lasu albo skutki braku nawigacji


Las...
Dla mnie ulubione okoliczności przyrody - najmilszy sposób spędzania czasu - spacery, lepiej je nazwać szybkim marszem. Spacery oczywiście dla widoków, a nie jakaś tam bieżnia za szybą, za którą widać szaleńców w różnych, szczególnie wieczornych porach. Przypominają mi chomiki biegające w kółku.

Dziś szybki marsz właściwie  stał się wyścigiem z czasem...
A las zrobił się jeszcze bardziej tajemniczy - bo nagle (co w moim tutejszym odmierzaniu czasu znaczy po pół godzinie), zorientowałam się, że nie wiem, gdzie jestem.






Jak to możliwe??? Poszłam w znane miejsce, z którego tylko ponad godzinę trwałaby droga do domu.
W takiej sytuacji pomóc może telefon do przyjaciela :
"Wojtek... zgubiłam się"
"Kochanie, a co widzisz?"
"Las!"
"No ale coś charakterystycznego...drogowskaz?"
"Jedyny, jaki widziałam w ciągu trzech dni, rozszyfrowałam,  nie sama zresztą, po roku"


"Zapytaj kogoś o drogę"
"KOGO? Jednej z osiemnastu saren, które przebiegły mi drogę? Nie spotkałam żywego ludzkiego ducha w lesie, od poniedziałku!"
"No dobrze... Powiedz mi, skąd szłaś?"
"Takie małe jeziorko, ale w zeszłym roku już nie znalazłeś go na mapie"
"W takim razie idź i jak tylko zobaczysz COKOLWIEK charakterystycznego, daj mi znać"


Dziarsko stawiałam kroki - ponieważ droga bardzo porządna, wiedziałam, że musi mnie doprowadzić w cywilizowane rejony. Ach, zaczęłam tęsknić do znajomych widoków...






I nagle - charakterystyczna rzecz!
"Wojtek, jestem na asfalcie! I słyszę kury i głosy!"
"Czekaj, asfaltowa droga...powiedz mi, skad dokąd biegnie - strony świata"
"A skąd ja mogę wiedzieć?"
"Gdzie masz słońce - po prawej, czy lewej stronie?"
"Zaraz...zaraz...lewa... to ta ręka..."
"Dobrze, ustaw się tak, żebyś miała slońce za plecami..."
"Wojtek, jedzie facet na rowerze! Łapię go!"

 Kiedy facet na rowerze kazał mi zrobić w tył zwrot - brwi uniosły mi się jak u bohaterów kreskówek
Więc się okazało, że wychodząc z jeziorowej niecki, poszłam nieco za daleko - a droga, którą wzięłam za prostą, nie dość, że biegła pod lekkim skosem, to jeszcze skręcała - i tym sposobem ja, zamiast iść do domu, raźno maszerowałam - bagatelka - 6 km, w przeciwnym kierunku. W obie strony 12 kilosów.

Wracając, już na luzie, rozkoszowałam się widokami






Brzozy! Jak ja je lubię!






I wreszcie - coraz bliżej Mojej Promenady






I ona - Promenada



I wyjście z lasu




Po lewej stronie łąki



Pogoda strasznie zmienna - ale kropla nie spadła. Sucho, wszystko chrzęści pod stopami.
I wreszcie dotarłam.
"Moje" jezioro - tutaj przy okazji wcale nie ostatniego wyjścia z domku, nad sam brzeg


 Przed jedenastą wieczorem jeszcze nie jest całkiem ciemno.
Dzięki temu wydaje mi się, że jestem tu nie cztery dni, lecz...od nie pamiętam, kiedy.
Wspaniale.


Mam w planie następny wyjazd - jeśli się wszystko uda, to wyruszymy z Wojtkiem i Guciem jeszcze w lipcu, samochodem, co oznacza, że całe malowanie wezmę ze sobą! Niedaleko stąd.
Tymczasem - piątek, sobota i niedziela w całości należą tylko do mnie.