Proszę Państwa, tym razem prace z najwyższego piętra w MSN, które wywarły na mnie do tego stopnia przygnębiające wrażenie, że mam serdecznie dość oglądania sztuki nowoczesnej w takim wydaniu i poszerzania horyzontów.
Jest tyle przyjemniejszych i pożyteczniejszych rodzajów spędzania czasu, niż obcowanie z pseudoartystycznymi i pseudointelektualnymi wygibasami.
UWAGA! Na końcu drastyczne zdjęcia! To nie jest żart!
Na początek - obiecane dawno jajca w pończochach. najpierw zdjęcia, potem komentarz.
Podobnie jak opisany wczoraj "Magazyn", to coś wygląda na parodię nowoczesnego eksponatu.
Nawet powiedziałabym, że gdybym - powiedzmy w nowej wersji 'Nie lubię poniedziałków" - zobaczyła tę "instalację" jako drwinę, powiedziałabym, że ktoś ma bardzo prymitywny dowcip i posługuje się zgranymi schematami.
Natomiast o ile gęba się śmieje podczas oglądania "instalacji" (dopisek "Praca w trakcie zakupu" niepokojąco pogłębia ten stan), o tyle przeczytanie komentarza zdumiewa.
Pozwolę sobie zamieścić całość.
"Praca Rzymianie to przykład charakterystycznego dla L. przewrotnego ujęcia schematów kobiecości i męskości i jednocześnie trawersacja słynnego motywu kobiet w kąpieli - jednego z najbardziej charakterystycznych tematów nowoczesnej historii sztuki.
Na pierwszym planie widzimy dwie odrapane, żeliwne wanny, otoczone niedbale rozrzuconymi odlewami ciężkich butów z klamrami, które przywodzą na myśl caligae, obuwie rzymskich legionistów i centurionów, pośpiesznie "porzucone" w nieładzie przed kąpielą lub orgią. Obok widoczne są dwie strzeliste formy skonstruowane z rozciągniętych na drucie rajstop. Pantofle i bezwstydnie opięte rajstopami kuliste formy podkreslają seksualność, a jednocześnie groteskowość dwóch kobiecych sylwetek, które zachowują bezpieczny dystans od "centurionów".
W tej bezceremonialnej komedii zmysłów L. pozostawia widzowi pole do interpretacji zainscenizowanej przez siebie sceny, przewrotnie nazywając swoją pracę neutralnym płciowo rzeczownikiem Romans, który może odnosić się zarówno do rzymian, jak i rzymianek. Praca przywodzi na myśl również łaźnie rzymskie, strefę jakości i luksusu, dwuznacznie skontrastowaną z nieokiełznaną i brutalistyczną estetykę ready - mades artystki."
Uwagi mam następujące :
- to, że jest wanna, nie powoduje u mnie skojarzeń z kąpielą kobiet. Szczególnie, jeśli wanna jest sucha, pusta i brudna
- buty z klamrami przywodzą na myśl raczej współczesne glanopodobne obuwie kobiece
- odlewy nie mają ambicji upodobnić się do prawdziwego obuwia, więc "pośpieszne porzucenie przed orgią lub kąpielą" to zwykłe bzdurzenie. Nie ma innych części ubrania, a przecież rozbieranie zaczyna się od butów.
- opięte rajstopami kuliste formy i pantofle owszem, są bezwstydne, ale z powodu niechlujnego wykonania
- rajstopy rozciągnięte za pomocą wieszaka z kulkami gipsowymi to za mało, żeby to nazwać kobiecymi sylwetkami, nawet symbolicznymi
- komedia zmysłów mogłaby mieć miejsce w duftarcie ew (gdybym sportretowała Someday J. Biebera), ale nie tutaj
- brudne wanny i dziurawe rajstopy nie przywodzą mi w najmniejszym stopniu na myśl strefy nagości i luksusu
- nieokiełznania tu tyle, co trucizny w zapałce
- z zostawionego pola do interpretacji nie skorzystam, gdyż zostało ono zanieczyszczone dokumentnie przez anonimowego Krytyka.
Niedaleko natykamy się na silikonowe odlewy (Alina Szapocznikow).
Nawet miłe po poprzednim "dziele".
Powyższa nosi bezpretensjonalny tytuł Pierś Iluminowana.
Najwyższy czas wspomnieć rzeźbę "Orzeł i Chłopiec". Jeszcze zanim się ją zobaczy, słychać ciurkanie, że aż się można spodziewać, że ktoś bezcześci dzieło sztuki.
A to orzeł właśnie.
Wykonany brzydko (spójrzcie na łapy), patrzyłby, gdyby mógł na gipsowego fiutka chłopczyka stojącego naprzeciw.
Dłoni brak. Powinnam zapytać o powód kuratora (mam szansę jutro), bo wygląda na uszkodzenie podczas transportu.
Opisu brak.
A już myślałam, że ptaszków nie spotka się w MSN. Spotka. I to nie tylko gipsowe.
Ale też prawdziwe, na filmach.
Na jednym, za pomocą mowy gestu, facet prosi drugiego o rozebranie się całkowite. Po pocałunku.
Przeszkolenie aktorskie by się tu przydało.
Na drugim filmie nagus tłucze się z wyimaginowanym przeciwnikiem. Nazwa - Boks.
Film utrzymany w stylistyce rekonstrukcji policyjnych. Dołujący.
Albo jak z archiwum psychiatryka - co może być jednak zabiegiem uzasadnionym.
Na koniec - dwa eksponaty, odwołujące się do traumatycznych przeżyć.
Pierwsza - słynna, wygląda, jakby ktoś zabrał coś wiszącego na sznureczkach, że tylko one zostały.
Tymczasem niewinnie wyglądające nitki są szwami, wyjętymi z ran zaszytych po sekcji zwłok ofiar zamieszek w mieście Meksyk. nazwa - 127 ofiar.
Pomysł jakiś to jest.
Ale...wg mnie nad wizualnym wykorzystaniem owych szwów możnaby pokombinować.
No nie wiem.
Powiesić na nich bombki na choinkę.
Związać baleron.
Zrobić sznurek do balonika.
Albo zawieszki do pustych kartek.
Tysiące możliwości.
Liczę również na to, że kurator wyjaśni mi nurtującą kwestię - jeśli szwy zostały użyte do zeszycia ran nieboszczyków, to te rany się nie zrosną. Czyli po wyjęciu szwów otworzyły się znowu?
Następna instalacja, a właściwie chyba 3, na siłę powiązane, składa się z klatki, w której siedział na procesie Adolf Eichmann, odpowiedzialny za rozwiązanie "kwestii żydowskiej", obok roleczki, które za pomocą wajchy można uruchomić i wtedy przesunąć gazetę o ok. 2 metry i ściana z tych gazet. Na ścianie 3 nazwy miast - łączników.
Tyle, że akurat wszystkie gazety są z jednego nakładu GW (można ew. zasugerować, że to nie przypadek, jako że Michnik jest Żydem) natomiast na pierwszej stronie widnieje tytuł "Figa z makiem z przedszkolakiem" - wielkimi literami, i tutaj pan artysta dał pupy.
Na udokumentowanie ostatniego obiektu cieszyłam się jak dziecko - zapamiętałam go pobieżnie jako zapakowany w kartonowe pudło telewizor, wydający śmieszno - dziwne - elektroniczne dźwięki, jak ze studia eksperymentalnego, czasem przypominające bekanie.
Na ekranie coś się pokazywało i znikało, jakby zdjęcia pocięte w kółeczka.
Stanęłam sobie nad monitorem i wycelowałam obiektyw...
I zmartwiałam.
Uwierzcie mi, że nie byłam w stanie się ruszyć.
Nie chcę tutaj opisywać, na jak drastyczne zdjęcia i film trafiłam kiedyś w internecie, ale przez pół roku nie było nocy, żeby mnie to nie prześladowało. To było przeżycie o podobnej sile działania.
Te kropy są w ciągłym ruchu - dla osoby patrzącej widok jest znacznie bardziej dosłowny, na zdjęciach praktycznie niewiele widać. W stosunku do bezpośredniego przekazu, oczywiście.
Z MSN wyszłam chora, nawet nie miałam siły zaprotestować na dole w "portierni".
Nie ma ŻADNEGO ostrzeżenia.
NIGDZIE.
Czy ktokolwiek bierze odpowiedzialność za mnie, za moje zdrowie? A co, jeśli przyszłabym z Guciem?
Nie zamierzam tego tak zostawić. Skoro ostrzega się w tv przed przekleństwami, scenami, "które niektórzy mogą uznać za drastyczne" to nie może być mowy o tym, żeby sam fakt bycia w muzeum oznaczało, że wszystko mogą z nami zrobić.
Nikt się nie poczuwa, na razie.
Badziewie pokazać, albo i nic nie pokazać, ale za to dużo napisać, wypiąć się na widza czterema literami i zaskoczyć makabrycznymi zdjęciami. Nie ma granic.
Galeria to "bezpieczna przestrzeń" - tak mówią zatrudnieni w niej mózgowcy.
Zresztą poczytajcie.
"Siła przekazu obrazów pełnych krwi i przemocy zależy od kontekstu, w jakim je oglądamy. przerażający materiał video, znaleziony przypadkowo przez użytkownika w wirtualnej, a zarazem intymnej przestrzeni strony internetowej szokuje bardziej, niż materiał wyrwany z oryginalnego kontekstu i umieszczony w formie instalacji w bezpiecznej przestrzeni galeryjnej. Ponadto i karton i materialność rzeźby video wskazują nie tylko na nowy obieg wizualny, ale i na obieg towarowy, w którym te obrazy przemocy trafiają do dystrybucji jako dzieła sztuki o wysokiej wartości pieniężnej."
Jakiś orzeł wymyślił sobie, że po zapakowaniu telewizora w karton "ekstremalne sceny przemocy, agresji i rozpadu ciała" będą słabiej działać? Na mnie podziałały wystarczająco.
NIE ŻYCZĘ SOBIE być zaskakiwana tego rodzaju filmami, zdjęciami itd.
Ciekawe, jaka jest, swoją drogą, wartość owej "instalacji"?
I brudnych wanien?
Powiem Wam coś - mam dość.
Po dziury w nosie.
Miarka się przebrała.
Jeśli Wojtek będzie mógł się zająć Gustawem, podejmę wysiłek i udam się na oprowadzanie do MSN (jest tylko w niedzielę o 14).
Dla dobra sprawy. Dla wewnętrznej uczciwości.
WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
sobota, 3 sierpnia 2013
piątek, 2 sierpnia 2013
Spóźniony Krytyczny Czwartek - Część 1/2 - MSN Najwyższy Poziom
Ponieważ materiału zebrałam bardzo dużo, postanowiłam podzielić relację na dwie części.
Niektóre eksponaty podziałały na mnie szkodliwie - o nich jutro, natomiast teraz (żeby się rozpędzić) napiszę o obiektach mi obojętnych. W tym o Sasnalu.
Na piętrze MSN można zauważyć, po zewnętrznej stronie, baner, wydrukowany na płótnie.
Napis "Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro".
To "prowokacyjne" stwierdzenie bardzo słabnie w zderzeniu z nieudolnością wykonania. O niestaranności nie wspominam, bo może być zamierzona, natomiast szanowny artysta powinien nadrobić zajęcia z liternictwa. Zanim weźmie się za wyprodukowanie napisu.
Po wejściu na piętro usłyszałam coś niepokojącego, nie potrafiłam tych dźwięków określić..
Okazało się, że sprawę wyjaśniło zbliżenie się do kabinki wielkości windy towarowej, ciemnej w środku jak w d... u murzyna.
Ludzie zaciekawieni zaglądali do środka, ja też. Dźwięki można było porównać do czegoś pomiędzy głośnym przewracaniem kart w księdze a trzaskiem spoliczkowania. Tytuł "Słyszę rzeczy, których nie widać" wyjaśnił wszystko. W sumie spodobało mi się.
Niedaleko stoi rzeźba "Burłacy", zrobiona jakby z gumy balonowej (kiedyś to były Donaldy!) - alegoria trudu, z jakim tworzone jest MSN i przeniesienie go do właściwej siedziby. Postaci mają twarz ludzi pracujących w Muzeum.
Przypomniało mi się stwierdzenie naszego profesora - "Nauczanie was jest jak przesuwanie ciężkiej szafy".
A propos szafy - wiele trudu twórca włożył z transformację mebla - nazwa pracy 'Regał".
Wiem, jak wyglądał przedtem (popularny model) i dobrze mu to zrobiło.
Wygląda naprawdę interesująco. Proponuję tytuł - Bóbr Psychopata.
Niedaleko stoi (?) dzieło, wyglądające żywcem jak z parodii sztuki nowoczesnej.
Pamiętam, że na plenerach twórczych, jeśli trafił się ktoś od tego rodzaju instalacji, zawsze nas śmieszył i prowokował do drwin. Zdarzało się, że drwił razem z nami.
Tymczasem INSTALACJA, czytamy w opisie "...oddaje surrealistycznego ducha wczesnej twórczości Bunuela. Odsyła nas do pojęcia "sztuki globalnej"- czyli sztuki pochodzącej z wielu lokalnych tradycji nowoczesności (!) - zastępującego dotychczasową wizję uniwersalnej sztuki współczesnej, będącej często narzędziem kulturowej kolonizacji".
Chyba ktoś z Zachęty dostał pracę w MSN.
Bez żalu zostawiłam za sobą "enigmatyczną konstelację obiektów" i rzuciłam okiem na zegar.
W rzeczywistości była za 5 szósta, o ile to ma jakieś znaczenie.
Jakże bliski mi ten obiekt!
Już byłam na studiach i chciałam w prezencie dla Taty zrobić zegar z cyferblatem mojej produkcji.
Nie udało mi się - ilość godzin się nie zgadzała. Zresztą podobnie wyłożyłam się z kalendarzem - stosunkowo niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że lipiec i sierpień mają po 31 dni. U mnie zawsze Sylwester niespodziewanie następował 30go.
Pamiętam też, jak czekałam na przyjęcie do szpitala z podejrzeniem udaru niedokrwiennego.
A był to Instytut Psychiatrii i Neurologii, czyli popularne wariatkowo.
Nad panią w rejestracji wisiał duży zegar - chodzący do tyłu. Specjalnie. Reklamówka firmy farmaceutycznej. Zresztą kalendarz, widoczny przez okienko, pokazywał nieaktualną datę - krótko mówiąc, szpital przyjazny pacjentowi, który w chorobie psychicznej poczuje się swojsko.
W jednej z salek niejaki W. prezentował swój autoportret.
Obok - "rzeźba" z klisz. Bez opisu.
Z tyłu praca pt. List.
Przeszłam obok niej obojętnie - no co, zdjęcie, jak zdjęcie.
Tyle tylko, że - to nie było zdjęcie. Tylko gobelin (!).
Autorka - Goshka Macuga. Świetna sprawa.
Były tam jeszcze 3 salki z filmami, z dźwiękiem, ale każdy trwał po 30 - 40 minut. Utrzymane częściowo w stylistyce lat 70tych, rzeczywistości NRD. Wg mnie filmy powinny być uruchamiane przez zwiedzających i koniecznie wyświetlane, ile do końca.
Wówczas możnaby sobie zaplanować oglądanie, a tak, choć w salce nie było nikogo, projekcja trwała - nie wiadomo, od kiedy. O co chodzi - też nie wiadomo.
Na koniec napiszę o Sasnalu.
Raczej - o widzianych przeze mnie obrazach.
Powiem Wam, że ani mnie one grzeją, ani ziębią.
Owszem, są malowane "śmiało" i nie mogę napisać, żeby były złe - ale po prostu nie działają na mnie.
Nie przemawiają do mnie różne "mechaniczne" (nie wynikłe z obserwacji) sposoby (obwiedzenie ciemną linią) - ogólnie te dzieła są dla mnie obce. Ktoś powiedział, że Sasnal maluje tak, jakby umiał, ale mu się nie chciało.
Ogólnie spodziewałabym się, że zobaczę coś, co zaprze mi dech - w końcu S. jest chyba teraz malarzem, uważanym za największego z polskich.
Mogę to jedynie skwitować wzruszeniem...ramion.
Natomiast muszę przyznać, że z tych prac emanuje...ja wiem? Pewność siebie.
Z malarzy współczesnych, których obraz robią na mnie wrażenie i po prostu mnie poruszają - na pierwszym miejscu jest Antoni Fałat.
Ze starszych - Nowosielski.
I mój mistrz - Rafał Malczewski.
Ale ich w MSN nie znalazłam.
Niektóre eksponaty podziałały na mnie szkodliwie - o nich jutro, natomiast teraz (żeby się rozpędzić) napiszę o obiektach mi obojętnych. W tym o Sasnalu.
Na piętrze MSN można zauważyć, po zewnętrznej stronie, baner, wydrukowany na płótnie.
Napis "Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro".
To "prowokacyjne" stwierdzenie bardzo słabnie w zderzeniu z nieudolnością wykonania. O niestaranności nie wspominam, bo może być zamierzona, natomiast szanowny artysta powinien nadrobić zajęcia z liternictwa. Zanim weźmie się za wyprodukowanie napisu.
Po wejściu na piętro usłyszałam coś niepokojącego, nie potrafiłam tych dźwięków określić..
Okazało się, że sprawę wyjaśniło zbliżenie się do kabinki wielkości windy towarowej, ciemnej w środku jak w d... u murzyna.
Ludzie zaciekawieni zaglądali do środka, ja też. Dźwięki można było porównać do czegoś pomiędzy głośnym przewracaniem kart w księdze a trzaskiem spoliczkowania. Tytuł "Słyszę rzeczy, których nie widać" wyjaśnił wszystko. W sumie spodobało mi się.
Niedaleko stoi rzeźba "Burłacy", zrobiona jakby z gumy balonowej (kiedyś to były Donaldy!) - alegoria trudu, z jakim tworzone jest MSN i przeniesienie go do właściwej siedziby. Postaci mają twarz ludzi pracujących w Muzeum.
Przypomniało mi się stwierdzenie naszego profesora - "Nauczanie was jest jak przesuwanie ciężkiej szafy".
A propos szafy - wiele trudu twórca włożył z transformację mebla - nazwa pracy 'Regał".
Wiem, jak wyglądał przedtem (popularny model) i dobrze mu to zrobiło.
Wygląda naprawdę interesująco. Proponuję tytuł - Bóbr Psychopata.
Niedaleko stoi (?) dzieło, wyglądające żywcem jak z parodii sztuki nowoczesnej.
Pamiętam, że na plenerach twórczych, jeśli trafił się ktoś od tego rodzaju instalacji, zawsze nas śmieszył i prowokował do drwin. Zdarzało się, że drwił razem z nami.
Tymczasem INSTALACJA, czytamy w opisie "...oddaje surrealistycznego ducha wczesnej twórczości Bunuela. Odsyła nas do pojęcia "sztuki globalnej"- czyli sztuki pochodzącej z wielu lokalnych tradycji nowoczesności (!) - zastępującego dotychczasową wizję uniwersalnej sztuki współczesnej, będącej często narzędziem kulturowej kolonizacji".
Chyba ktoś z Zachęty dostał pracę w MSN.
Bez żalu zostawiłam za sobą "enigmatyczną konstelację obiektów" i rzuciłam okiem na zegar.
W rzeczywistości była za 5 szósta, o ile to ma jakieś znaczenie.
Jakże bliski mi ten obiekt!
Już byłam na studiach i chciałam w prezencie dla Taty zrobić zegar z cyferblatem mojej produkcji.
Nie udało mi się - ilość godzin się nie zgadzała. Zresztą podobnie wyłożyłam się z kalendarzem - stosunkowo niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że lipiec i sierpień mają po 31 dni. U mnie zawsze Sylwester niespodziewanie następował 30go.
Pamiętam też, jak czekałam na przyjęcie do szpitala z podejrzeniem udaru niedokrwiennego.
A był to Instytut Psychiatrii i Neurologii, czyli popularne wariatkowo.
Nad panią w rejestracji wisiał duży zegar - chodzący do tyłu. Specjalnie. Reklamówka firmy farmaceutycznej. Zresztą kalendarz, widoczny przez okienko, pokazywał nieaktualną datę - krótko mówiąc, szpital przyjazny pacjentowi, który w chorobie psychicznej poczuje się swojsko.
W jednej z salek niejaki W. prezentował swój autoportret.
Obok - "rzeźba" z klisz. Bez opisu.
Z tyłu praca pt. List.
Przeszłam obok niej obojętnie - no co, zdjęcie, jak zdjęcie.
Tyle tylko, że - to nie było zdjęcie. Tylko gobelin (!).
Autorka - Goshka Macuga. Świetna sprawa.
Były tam jeszcze 3 salki z filmami, z dźwiękiem, ale każdy trwał po 30 - 40 minut. Utrzymane częściowo w stylistyce lat 70tych, rzeczywistości NRD. Wg mnie filmy powinny być uruchamiane przez zwiedzających i koniecznie wyświetlane, ile do końca.
Wówczas możnaby sobie zaplanować oglądanie, a tak, choć w salce nie było nikogo, projekcja trwała - nie wiadomo, od kiedy. O co chodzi - też nie wiadomo.
Na koniec napiszę o Sasnalu.
Raczej - o widzianych przeze mnie obrazach.
Powiem Wam, że ani mnie one grzeją, ani ziębią.
Owszem, są malowane "śmiało" i nie mogę napisać, żeby były złe - ale po prostu nie działają na mnie.
Ogólnie spodziewałabym się, że zobaczę coś, co zaprze mi dech - w końcu S. jest chyba teraz malarzem, uważanym za największego z polskich.
Mogę to jedynie skwitować wzruszeniem...ramion.
Natomiast muszę przyznać, że z tych prac emanuje...ja wiem? Pewność siebie.
Z malarzy współczesnych, których obraz robią na mnie wrażenie i po prostu mnie poruszają - na pierwszym miejscu jest Antoni Fałat.
Ze starszych - Nowosielski.
I mój mistrz - Rafał Malczewski.
Ale ich w MSN nie znalazłam.
czwartek, 1 sierpnia 2013
Komunikat
Szanowni Państwo, mój drugi komp jest kompletnie zawirusowany.
Nie otwiera się prawie nic - Wojtek teraz walczy z nim, a Krytyczny Czwartek zagrożony.
Z kompa, na którym piszę, nie mogę wklejać zdjęć - a bez nich recenzja nie ma sensu.
Jeśli mężowi uda się uporać z przeszkodami technicznymi, to Czwartek ukaże się późno w nocy.
Jeżeli nie - to zapraszam do lektury jutro.
Przepraszam i proszę uprzejmie Szanownych Czytelników o zrozumienie i cierpliwość.
W każdym razie byłam, widziałam, mnóstwo zdjęć ciekawych zrobiłam.
Do zobaczenia zatem!
Może, żeby Panstwa tak bez niczego nie zostawiać, opowiem coś - wesołego.
Moja Mama swego czasu udała się do Najwyższego Urzędu ds. Śmieci złożyć deklarację.
Sala była pusta - za biurkami siedzieli chętni do obsługi urzędnicy.
Jeden z nich, zażywny jegomość, wstał i uprzejmym gestem dłoni i słowem zaprosił Mamę do siebie.
Podała imię, nazwisko i pesel.
"Poproszę o datę urodzenia"
Mam spojrzała na niego przeciągle.
"Przed chwilą podałam pesel. Rozumie pan, pe sel. Czy to panu nie wystarczy?"
Urzędnik zmarszczył czoło - "Taaak, rzeczywiście. Imię ojca?" rzucił z nagła.
"PROSZĘ PANA. Czy ja z panem będę brać ślub?"
"Nieee, dlaczego?"
"Bo wówczas zrozumiałabym formalności. Jeśli mielibyście mnie zamiar ścigać za niedopełnienie opłat, to macie, do cholery, całą bazę danych. Moich też. W tym budynku!"
"Ale...takie są przepisy..." rzekł niepewnie.
Mamie rozszerzyły się źrenice
"PRZEPISY??? To GŁUPOTY, proszę pana! Mój ojciec miał piękne imię, ale ja go panu nie podam!"
"No to co ja mam wpisać?"
"Pan pisze, co pan chce!"
Urzędnikowi pofałdowało się czoło z wysiłku. W ciszy słychać było brzęczącą muchę.
Wreszcie napisał : "Ojciec - NIEZNANY".
Mama jest osobą z temeramentem.
Jako mieszkanka domku jednorodzinnego, żeby komuś otworzyć, musi nie tylko podejść do drzwi, ale też uchylić furtkę. Dlatego, zanim to nastąpi, zachodzi weryfikacja interesantów.
Ktoś nacisnął dzwonek przy wejściu do ogródka.
Mama uchyliła okno i nieprzyjaznym głosem (lubi mieć spokój), zapytała "O co chodzi?"
Przy furtce stała zmieszana panienka.
"Ja w sprawie teatru..."
"Skoro tak, już otwieram." odpowiedziała Mama.
" No więc...chodzi o teatr Capitol. Prowadzi go pani Gornostaj"
"A tak, wiem, ale repertuar chyba mnie nie interesuje...Jakiego rodzaju rzeczy tam grają?"
"Różne, kabarety przyjeżdżają, komedie są...np. Klimakterium"
Mama przybrała wojowniczą pozę.
"Proszę pani, widziałam fragmenty w telewizji, BARDZO niesmaczne teksty. Szczerze mówiąc, coś okropnego.
NIGDY nie wybiorę się na tego rodzaju sztukę, rozumie pani? Nigdy!"
"Ojej..." wyszeptała panienka.
"I nie mówię tego z racji swojego wieku. Nie chciałam pani przestraszyć. Jeśli będzie pani miała inne propozycje, zapraszam."
Panienka czmychnęła, a Mama zapadła się w swój ulubiony fotel, zabierając się do sudoku.
Pamiętam, jak dawno temu, po nocy jakiś typ wyważył furtkę, nasz pies, sznaucer olbrzym, zaczął szczekać. Mama chwyciła miotłę i kiedy zobaczyła złodzieja, dalejże go okładać, strasznym głosem krzycząc "A masz, łachudro! Wynocha stąd!" - pies wziął to do siebie i z podkulonym ogonem drżąc zwinął się na posłaniu w najciaśniejszy precelek. Światła w oknach sąsiadów pogasły - po ciemku lepiej widać.
Tymczasem facet, wciąż zbierając razy, oniemiał, i kiedy przyjechała policja, pełen rozpaczy tłumaczył, że chciał tylko zapytać o drogę (przypominam, że włamał się do ogródka) "A ta czarownica na mnie napadła!"
Tak więc, drodzy Czytelnicy, nie dziwcie się, że nie siedzę cicho i na pewne rzeczy się oburzam.
Co jutro nastąpi.
Relacja z MSN będzie nieobojętna.
Nie otwiera się prawie nic - Wojtek teraz walczy z nim, a Krytyczny Czwartek zagrożony.
Z kompa, na którym piszę, nie mogę wklejać zdjęć - a bez nich recenzja nie ma sensu.
Jeśli mężowi uda się uporać z przeszkodami technicznymi, to Czwartek ukaże się późno w nocy.
Jeżeli nie - to zapraszam do lektury jutro.
Przepraszam i proszę uprzejmie Szanownych Czytelników o zrozumienie i cierpliwość.
W każdym razie byłam, widziałam, mnóstwo zdjęć ciekawych zrobiłam.
Do zobaczenia zatem!
Może, żeby Panstwa tak bez niczego nie zostawiać, opowiem coś - wesołego.
Moja Mama swego czasu udała się do Najwyższego Urzędu ds. Śmieci złożyć deklarację.
Sala była pusta - za biurkami siedzieli chętni do obsługi urzędnicy.
Jeden z nich, zażywny jegomość, wstał i uprzejmym gestem dłoni i słowem zaprosił Mamę do siebie.
Podała imię, nazwisko i pesel.
"Poproszę o datę urodzenia"
Mam spojrzała na niego przeciągle.
"Przed chwilą podałam pesel. Rozumie pan, pe sel. Czy to panu nie wystarczy?"
Urzędnik zmarszczył czoło - "Taaak, rzeczywiście. Imię ojca?" rzucił z nagła.
"PROSZĘ PANA. Czy ja z panem będę brać ślub?"
"Nieee, dlaczego?"
"Bo wówczas zrozumiałabym formalności. Jeśli mielibyście mnie zamiar ścigać za niedopełnienie opłat, to macie, do cholery, całą bazę danych. Moich też. W tym budynku!"
"Ale...takie są przepisy..." rzekł niepewnie.
Mamie rozszerzyły się źrenice
"PRZEPISY??? To GŁUPOTY, proszę pana! Mój ojciec miał piękne imię, ale ja go panu nie podam!"
"No to co ja mam wpisać?"
"Pan pisze, co pan chce!"
Urzędnikowi pofałdowało się czoło z wysiłku. W ciszy słychać było brzęczącą muchę.
Wreszcie napisał : "Ojciec - NIEZNANY".
Mama jest osobą z temeramentem.
Jako mieszkanka domku jednorodzinnego, żeby komuś otworzyć, musi nie tylko podejść do drzwi, ale też uchylić furtkę. Dlatego, zanim to nastąpi, zachodzi weryfikacja interesantów.
Ktoś nacisnął dzwonek przy wejściu do ogródka.
Mama uchyliła okno i nieprzyjaznym głosem (lubi mieć spokój), zapytała "O co chodzi?"
Przy furtce stała zmieszana panienka.
"Ja w sprawie teatru..."
"Skoro tak, już otwieram." odpowiedziała Mama.
" No więc...chodzi o teatr Capitol. Prowadzi go pani Gornostaj"
"A tak, wiem, ale repertuar chyba mnie nie interesuje...Jakiego rodzaju rzeczy tam grają?"
"Różne, kabarety przyjeżdżają, komedie są...np. Klimakterium"
Mama przybrała wojowniczą pozę.
"Proszę pani, widziałam fragmenty w telewizji, BARDZO niesmaczne teksty. Szczerze mówiąc, coś okropnego.
NIGDY nie wybiorę się na tego rodzaju sztukę, rozumie pani? Nigdy!"
"Ojej..." wyszeptała panienka.
"I nie mówię tego z racji swojego wieku. Nie chciałam pani przestraszyć. Jeśli będzie pani miała inne propozycje, zapraszam."
Panienka czmychnęła, a Mama zapadła się w swój ulubiony fotel, zabierając się do sudoku.
Pamiętam, jak dawno temu, po nocy jakiś typ wyważył furtkę, nasz pies, sznaucer olbrzym, zaczął szczekać. Mama chwyciła miotłę i kiedy zobaczyła złodzieja, dalejże go okładać, strasznym głosem krzycząc "A masz, łachudro! Wynocha stąd!" - pies wziął to do siebie i z podkulonym ogonem drżąc zwinął się na posłaniu w najciaśniejszy precelek. Światła w oknach sąsiadów pogasły - po ciemku lepiej widać.
Tymczasem facet, wciąż zbierając razy, oniemiał, i kiedy przyjechała policja, pełen rozpaczy tłumaczył, że chciał tylko zapytać o drogę (przypominam, że włamał się do ogródka) "A ta czarownica na mnie napadła!"
Tak więc, drodzy Czytelnicy, nie dziwcie się, że nie siedzę cicho i na pewne rzeczy się oburzam.
Co jutro nastąpi.
Relacja z MSN będzie nieobojętna.
środa, 31 lipca 2013
Pomysł na... Koło
Słowo się rzekło - zatem prezentuję, co mam zamiar zrobić z obrazem.
Przepraszam za późną porę - aby odpocząć od zmagań twórczych wybrałam się na horror (Obecność). Ubolewam, że tego gatunku w kinach jak na lekarstwo, na dodatek rzadko który mnie przestrasza.
A każdemu horrorowi daję szansę.
Tutaj wszystko zapowiadało się dobrze - szczęśliwa rodzina kupuje dom, który okazuje się być nawiedzonym. Mnóstwo ulubionych przeze mnie scen - samotna osoba słyszy hałas, z duszą na ramieniu skrada się, tropiąc miejsce pochodzenia dziwnych odgłosów, kamera z tyłu za nią, albo, co gorsza, z przodu, dzięki czemu możemy zamrzeć z przerażenia, bo nieszczęśnik nie widzi, co dzieje się za nim, a ja...
...a ja w tym momencie słyszę "bul, bul, bul" albo "szur szur" - to w rzędzie obok jakiś nienasycony, kompulsywny potwór kupił sobie kubeł z kukurydzą i wiadro koli z lodem.
A więc do odgłosów z ekranu doszedł mój pełen nienawiści syk "ciiiiii - sza!" - ale co się odstało, tego już nikt mi nie zwróci.
Nie pojmuję, czemu multipleksy upodobały sobie sprzedawanie możliwie najbardziej szeleszczących, niedyskretnych przekąsek?
Ale...wracając do obrazu. Tak, jak wspomniałam, nie myślałabym o zmianie, gdybym była pewna swojej pracy. Wówczas (co miało miejsce wielokrotnie) może się ona spotykać z nieprzychylnymi komentarzami, albo raczej niezgodnymi z zamysłem, ale MNIE się podoba i tylko to się liczy.
W tym jednak przypadku od razu zastrzegłam sobie prawo do zmian, bo brałam pod uwagę ich ewentualność.
Przeżyłam więc wyzwalające doświadczenie, porównywalne do powrotu do ciemnych włosów i zalała mnie fala pomysłów.
Do nowej koncepcji potrzebuję :
- michy sałatkowej
- kartonu białego
- farby
- magicznego kleju Rubber Cement, dzięki któremu można do woli przyklejać różne rzeczy, przesuwać je, a nadmiar substancji ściera się poprzez wałkowanie.
Zmiana obrazu nie musi oznaczać trwałego przemalowania.
Jeśli potraktujemy go jako wersję podstawową, dzięki wykonaniu kółek wielkości czarnego Koła (standard trzymany dzięki misce) i mocowaniu ich w miejscu poprzedniego, możemy mieć X wariantów tego samego PROJEKTU.
Na przykład taką wersję z okiem :
Wymyśliłam kilkanaście wariantów - nie wykluczam, że któryś z nich spodoba mi się na tyle (oko strasznie kusi), że zmienię Czarne Koło na trwałe.
Wyobraźcie sobie Państwo, że posiadacie taki obraz na własność. I w załączeniu 7 kółek.
Wówczas każdego dnia tygodnia możecie sobie "zrobić" inną Muchę.
Zmieniać, jak perfumy - w zależności od nastroju.
Co ważne - wierność koncepcji. Warianty nie powinny zaburzać tego, by praca wciąż była portretem zapachu - czyli duftartem.
No i jak Wam się podoba?
Tymczasem nieuchronnie zbliża się (a nawet już jest) szczególny dzień tygodnia - czyli Czwartek.
Zapraszam jutro na relację z najwyższego piętra Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Można założyć, że skoro tydzień temu dostałam tam ataku śmiechu, będzie ciekawie.
Jajca w rajstopach, bekający telewizor, męski striptiz, ciemna kabina z odgłosami strzelania w pysk - to tylko niektóre z frapujących PROJEKTÓW.
Przepraszam za późną porę - aby odpocząć od zmagań twórczych wybrałam się na horror (Obecność). Ubolewam, że tego gatunku w kinach jak na lekarstwo, na dodatek rzadko który mnie przestrasza.
A każdemu horrorowi daję szansę.
Tutaj wszystko zapowiadało się dobrze - szczęśliwa rodzina kupuje dom, który okazuje się być nawiedzonym. Mnóstwo ulubionych przeze mnie scen - samotna osoba słyszy hałas, z duszą na ramieniu skrada się, tropiąc miejsce pochodzenia dziwnych odgłosów, kamera z tyłu za nią, albo, co gorsza, z przodu, dzięki czemu możemy zamrzeć z przerażenia, bo nieszczęśnik nie widzi, co dzieje się za nim, a ja...
...a ja w tym momencie słyszę "bul, bul, bul" albo "szur szur" - to w rzędzie obok jakiś nienasycony, kompulsywny potwór kupił sobie kubeł z kukurydzą i wiadro koli z lodem.
A więc do odgłosów z ekranu doszedł mój pełen nienawiści syk "ciiiiii - sza!" - ale co się odstało, tego już nikt mi nie zwróci.
Nie pojmuję, czemu multipleksy upodobały sobie sprzedawanie możliwie najbardziej szeleszczących, niedyskretnych przekąsek?
Ale...wracając do obrazu. Tak, jak wspomniałam, nie myślałabym o zmianie, gdybym była pewna swojej pracy. Wówczas (co miało miejsce wielokrotnie) może się ona spotykać z nieprzychylnymi komentarzami, albo raczej niezgodnymi z zamysłem, ale MNIE się podoba i tylko to się liczy.
W tym jednak przypadku od razu zastrzegłam sobie prawo do zmian, bo brałam pod uwagę ich ewentualność.
Przeżyłam więc wyzwalające doświadczenie, porównywalne do powrotu do ciemnych włosów i zalała mnie fala pomysłów.
Do nowej koncepcji potrzebuję :
- michy sałatkowej
- kartonu białego
- farby
- magicznego kleju Rubber Cement, dzięki któremu można do woli przyklejać różne rzeczy, przesuwać je, a nadmiar substancji ściera się poprzez wałkowanie.
Zmiana obrazu nie musi oznaczać trwałego przemalowania.
Jeśli potraktujemy go jako wersję podstawową, dzięki wykonaniu kółek wielkości czarnego Koła (standard trzymany dzięki misce) i mocowaniu ich w miejscu poprzedniego, możemy mieć X wariantów tego samego PROJEKTU.
Na przykład taką wersję z okiem :
Wymyśliłam kilkanaście wariantów - nie wykluczam, że któryś z nich spodoba mi się na tyle (oko strasznie kusi), że zmienię Czarne Koło na trwałe.
Wyobraźcie sobie Państwo, że posiadacie taki obraz na własność. I w załączeniu 7 kółek.
Wówczas każdego dnia tygodnia możecie sobie "zrobić" inną Muchę.
Zmieniać, jak perfumy - w zależności od nastroju.
Co ważne - wierność koncepcji. Warianty nie powinny zaburzać tego, by praca wciąż była portretem zapachu - czyli duftartem.
No i jak Wam się podoba?
Tymczasem nieuchronnie zbliża się (a nawet już jest) szczególny dzień tygodnia - czyli Czwartek.
Zapraszam jutro na relację z najwyższego piętra Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Można założyć, że skoro tydzień temu dostałam tam ataku śmiechu, będzie ciekawie.
Jajca w rajstopach, bekający telewizor, męski striptiz, ciemna kabina z odgłosami strzelania w pysk - to tylko niektóre z frapujących PROJEKTÓW.
Niespodzianka z Kołem
Proszę Państwa.
Ponieważ ostatni obraz zaczął mnie przygnębiać, a nie mam zamiaru produkować takich szkodliwych prac, w związku z tym zapowiadam na dziś wieczór niespodziankę.
Zmienię obraz - wciąż jednak (to priorytet) będzie pasował do Odeura 53.
Postanowiłam wykorzystać okazję, jaka płynie z publikowania malarstwa online i ...
(już wiem, co zrobię!)
Ponieważ ostatni obraz zaczął mnie przygnębiać, a nie mam zamiaru produkować takich szkodliwych prac, w związku z tym zapowiadam na dziś wieczór niespodziankę.
Zmienię obraz - wciąż jednak (to priorytet) będzie pasował do Odeura 53.
Postanowiłam wykorzystać okazję, jaka płynie z publikowania malarstwa online i ...
(już wiem, co zrobię!)
wtorek, 30 lipca 2013
Duftart - Wersja Nowoczesna - Premiera
Szanowni Państwo.
Mam przyjemność przedstawić Pierwszy Obraz Duftartu Nowoczesnego.
Czy jest skończony?
Nie wiem.
Na teraz - tak, ale zastrzegam sobie prawo (co niniejszym czynię regułą) do zmian, ilekroć mi się coś odwidzi. Co za ulga!
W związku z tym, mottem dzisiejszej premiery niech będą słowa - "Nic nie jest takim, jakim się wydaje".
Zakamuflowany narcyzm każe mi przedstawić zdjęcie w tym duchu.
Wspomniałam, że obraz zatytułowany Odeur 53 został stworzony do jednego z moich ulubionych zapachów. Właściwie są to perfumy niewiele mające wspólnego z pachnidłami w powszechnym rozumieniu.
Bowiem pozornie świeże, transparentne i oczywiste, nie przypominają niczego konkretnego, występującego w naturze. Owszem, jakieś znane echa pobrzmiewają, jednak ogólnie Odeur 53 Comme des Garcons (bo jest też 71 - zupełnie inny) można zaliczyć do zapachów ABSTRAKCYJNYCH.
Krótko mówiąc, pasował jak ulał do mojego obrazu, nowofalowego - czyli nie dość, że duftartowskiego, to jeszcze z nowoczesnym stylu.
Więc :
nowoczesny zapach = abstrakcyjny
nowoczesny obraz = abstrakcyjny.
A co jest najbardziej abstrakcyjne w sztuce? Suprematyzm - abstrakcja ekstremalna, radykalna. Pojęcie wymyślone przez Kazimierza Malewicza, który twierdził w nim, że istnieje przewaga (a więc supremacja) form niespotykanych w naturze (i odczuć nimi wywoływanych) nad przedstawieniowością.
Najsłynniejszy obraz, z 1915 roku - Czarny Kwadrat Na Białym Tle (jako, że linie proste i kwadraty w naturze nie występują - jego zdaniem). Co prawda dziełem Malewicza jest też Czarne Koło (a przecież to figura bardzo powszechna w naturze) - ale o tym mówi się mniej. Wcale, w porównaniu z Kwadratem.
Liczy się ON i basta.
Tak więc nie ma się co dziwić, że ja wzięłam, że tak powiem, w obroty, koło. Żeby pokazać inny wymiar tego rodzaju malarstwa.
Posiadam taką właściwość, że dla mnie nie ma abstrakcji.
Tak, neguję jej istnienie. W swoim odbiorze.
Bo...wszystko mi się z czymś kojarzy, a więc "czyste piękno" w rozumieniu Malewicza jest dla mnie niedostępne.
Dlaczego "nic nie jest takie, jak się wydaje"?
Ano...po pierwsze - biel nie jest bielą.
Domieszałam do niej sporą dawkę żółtego (yellow naples deep), żeby uniknąć efektu bieli pasty do zębów.
Pierwsza warstwa jest z mniejszą ilością domieszek, druga i trzecia - z większą.
Ponieważ dodatkowo "szorstkowałam" powierzchnię (Gucio był bardzo zainteresowany), więc nie ma mowy o płaskiej gładkości.
Koło. Tylko...które? Czarne, na wierzchu? Czy pólprzejrzyste, pod spodem? A może ledwo widoczne trzecie? To najgłówniejsze jest jakby przesuniętą pokrywą, ale co zakrywa...?
No dobra, mogę to Wam w zaufaniu powiedzieć - nie wiem.
Czarny kształt nie dość, że sam jest wypukły, z nierównościami, to "wtapia się", "wchodzi" w tło dzięki precyzyjnemu (nie będę pisać, ile godzin i znoju w upał mnie to kosztowało) cieniowaniu ołóweczkiem marki Koh - I - Noor.
Ale i tak dużo dłużej myślałam, niż tworzyłam ten obraz.
Uwodzi mnie piękno kształtów. Linii. Secesja, japońszczyzna.
Dlatego obok koła pociągnęłam kreskę (cienkim pędzelkiem z farbą - dwa zawały min.).
OCZYWIŚCIE nie prostą.
Tylko taką, która może zdarzyć się w naturze.
Nie chciałam też, żeby była równej grubości - dzięki nierównomiernej szorstkości powierzchni naturalne stały się przetarcia.
I na koniec - gwiazda obrazu.
Pełni wiele ról - po pierwsze, pasuje do zapachu, który czasem niepokojąco wali stęchlizną i jakąś nawet zupą typu rosół. Nie cały czas - zdarzają się takie chwile, podobnie krótkotrwałe, jak przelot muchy.
Druga kwestia - umieszczenie owada w tej minimalistycznej kompozycji, odbiera jej siłę abstrakcyjnego działania.
Dla mnie to i tak nie ma znaczenia - bo widzę zaćmienie słońca i źdźbło trawy.
I wreszcie po trzecie.
Nie da rady, żebym długo była na serio.
Moje przekleństwo na akademiach, w filharmonii, w kościele.
Cały obraz pokryłam fiksatywą jedwabny półmat. Przy okazji utrwalił się ołówek.
Już nie zwlekam. Jestem przejęta.
Szanowni Czytelnicy.
Proszę bardzo - całość - na dziś.
I już się chowam - na zdjęciu z lustrami, w ciemności.
Nic nie jest takim, jakim się wydaje.
Na koniec zapowiadam, że moje Koło jest częścią tryptyku - następne prace to portrety - CdG 2 i Kleju.
PS. Ktoś, kogo opinie cenię, powiedział o moim Kole z Muchą - "Noc zasłania dzień"
Mam przyjemność przedstawić Pierwszy Obraz Duftartu Nowoczesnego.
Czy jest skończony?
Nie wiem.
Na teraz - tak, ale zastrzegam sobie prawo (co niniejszym czynię regułą) do zmian, ilekroć mi się coś odwidzi. Co za ulga!
W związku z tym, mottem dzisiejszej premiery niech będą słowa - "Nic nie jest takim, jakim się wydaje".
Zakamuflowany narcyzm każe mi przedstawić zdjęcie w tym duchu.
Wspomniałam, że obraz zatytułowany Odeur 53 został stworzony do jednego z moich ulubionych zapachów. Właściwie są to perfumy niewiele mające wspólnego z pachnidłami w powszechnym rozumieniu.
Bowiem pozornie świeże, transparentne i oczywiste, nie przypominają niczego konkretnego, występującego w naturze. Owszem, jakieś znane echa pobrzmiewają, jednak ogólnie Odeur 53 Comme des Garcons (bo jest też 71 - zupełnie inny) można zaliczyć do zapachów ABSTRAKCYJNYCH.
Krótko mówiąc, pasował jak ulał do mojego obrazu, nowofalowego - czyli nie dość, że duftartowskiego, to jeszcze z nowoczesnym stylu.
Więc :
nowoczesny zapach = abstrakcyjny
nowoczesny obraz = abstrakcyjny.
A co jest najbardziej abstrakcyjne w sztuce? Suprematyzm - abstrakcja ekstremalna, radykalna. Pojęcie wymyślone przez Kazimierza Malewicza, który twierdził w nim, że istnieje przewaga (a więc supremacja) form niespotykanych w naturze (i odczuć nimi wywoływanych) nad przedstawieniowością.
Najsłynniejszy obraz, z 1915 roku - Czarny Kwadrat Na Białym Tle (jako, że linie proste i kwadraty w naturze nie występują - jego zdaniem). Co prawda dziełem Malewicza jest też Czarne Koło (a przecież to figura bardzo powszechna w naturze) - ale o tym mówi się mniej. Wcale, w porównaniu z Kwadratem.
Liczy się ON i basta.
Tak więc nie ma się co dziwić, że ja wzięłam, że tak powiem, w obroty, koło. Żeby pokazać inny wymiar tego rodzaju malarstwa.
Posiadam taką właściwość, że dla mnie nie ma abstrakcji.
Tak, neguję jej istnienie. W swoim odbiorze.
Bo...wszystko mi się z czymś kojarzy, a więc "czyste piękno" w rozumieniu Malewicza jest dla mnie niedostępne.
Dlaczego "nic nie jest takie, jak się wydaje"?
Ano...po pierwsze - biel nie jest bielą.
Domieszałam do niej sporą dawkę żółtego (yellow naples deep), żeby uniknąć efektu bieli pasty do zębów.
Pierwsza warstwa jest z mniejszą ilością domieszek, druga i trzecia - z większą.
Ponieważ dodatkowo "szorstkowałam" powierzchnię (Gucio był bardzo zainteresowany), więc nie ma mowy o płaskiej gładkości.
Koło. Tylko...które? Czarne, na wierzchu? Czy pólprzejrzyste, pod spodem? A może ledwo widoczne trzecie? To najgłówniejsze jest jakby przesuniętą pokrywą, ale co zakrywa...?
No dobra, mogę to Wam w zaufaniu powiedzieć - nie wiem.
Czarny kształt nie dość, że sam jest wypukły, z nierównościami, to "wtapia się", "wchodzi" w tło dzięki precyzyjnemu (nie będę pisać, ile godzin i znoju w upał mnie to kosztowało) cieniowaniu ołóweczkiem marki Koh - I - Noor.
Ale i tak dużo dłużej myślałam, niż tworzyłam ten obraz.
Uwodzi mnie piękno kształtów. Linii. Secesja, japońszczyzna.
Dlatego obok koła pociągnęłam kreskę (cienkim pędzelkiem z farbą - dwa zawały min.).
OCZYWIŚCIE nie prostą.
Tylko taką, która może zdarzyć się w naturze.
Nie chciałam też, żeby była równej grubości - dzięki nierównomiernej szorstkości powierzchni naturalne stały się przetarcia.
I na koniec - gwiazda obrazu.
Pełni wiele ról - po pierwsze, pasuje do zapachu, który czasem niepokojąco wali stęchlizną i jakąś nawet zupą typu rosół. Nie cały czas - zdarzają się takie chwile, podobnie krótkotrwałe, jak przelot muchy.
Druga kwestia - umieszczenie owada w tej minimalistycznej kompozycji, odbiera jej siłę abstrakcyjnego działania.
Dla mnie to i tak nie ma znaczenia - bo widzę zaćmienie słońca i źdźbło trawy.
I wreszcie po trzecie.
Nie da rady, żebym długo była na serio.
Moje przekleństwo na akademiach, w filharmonii, w kościele.
Cały obraz pokryłam fiksatywą jedwabny półmat. Przy okazji utrwalił się ołówek.
Już nie zwlekam. Jestem przejęta.
Szanowni Czytelnicy.
Proszę bardzo - całość - na dziś.
I już się chowam - na zdjęciu z lustrami, w ciemności.
Nic nie jest takim, jakim się wydaje.
Na koniec zapowiadam, że moje Koło jest częścią tryptyku - następne prace to portrety - CdG 2 i Kleju.
PS. Ktoś, kogo opinie cenię, powiedział o moim Kole z Muchą - "Noc zasłania dzień"
Subskrybuj:
Posty (Atom)























































