Ciągle brakowało mi malowania, rysunku, ale jednocześnie zupełnie nie miałam pomysłu, co właściwie miałabym malować, po co i dla kogo.
Przecież już wszystko było.
Jednak życie bez chwili czasu dla siebie, z nienormowanymi godzinami pracy i pełną dyspozycyjnością szybko przestało mieć urok stawiania wyzwań i sprawdzania się.
Aż pewnego razu, kiedy po 14stu godzinach pracy, koło 22giej, jechałam do domu, zasnęłam w autobusie i obudziłam się parę przystanków za daleko. Traf chciał, że akurat przy Akademii Sztuk Pięknych, przy moim wydziale Grafiki.
Wysiadłam i przeszłam przez Krakowskie Przedmieście pod sam budynek, patrząc w okna MOJEJ pracowni malarstwa i rysunku. A łzy kap - kap z brody.
Następnego dnia nie poszłam już do agencji (zresztą nie wzywali mnie akurat), tylko do mojego, wielokrotnie wspominanego Profesora - Mistrza. Nie musiałam Mu dużo opowiadać, takich historii miał na pęczki.
Kiedy skończyłam, zapadła cisza. Patrzyłam na Niego wyczekująco.
"Justynko, jeśli nie wiesz, co robić, to wyjdź i nie wracaj. Ale ja myślę, że Ty doskonale wiesz, co robić".
Tak, wiedziałam! Uscisnełam Go serdecznie i pobiegłam, jak na skrzydłach, przez dziedziniec Akademii.
Potem szłam wolno piechotą aż do samego domu, z głową w chmurach.
Nie, nie było tak pięknie, że zasiadłam do sztalug i zaczęłam, ale nawet nie mając pomysłu na to, co mam robić, wiedziałam, że to będzie malarstwo.
Teraz znalazłam jedne z pierwszych prac - pejzaży. Wydały mi się bardzo bliskie, a przecież mają, ja wiem, dobrych kilkanaście lat.
Ale wciąż czułam, że dobrowolnie się ograniczam, buduję sobie więzienie, będąc "malarką od zwierząt".
A więc o co mi chodziło?
O nastrój.
Obraz bez nastroju zdarza mi się namalować, nawet niezły, ale serca do niego nie mam.
Najlepiej odnajduję się w klimatach jesiennych, październikowo - listopadowych. Często uznawanych za smutne. Nie przeze mnie.
Mierzi mnie określenie "szare dni", co to w ogóle znaczy? Cóż za okropny ogólnik. W szarości jest najwięcej kolorów.
A zdarzają się też, nawet w późnym październiku, takie dni, jak dziś, kiedy kolory nie bombardują, jak latem, tylko łagodnie się układają w pięknym świetle nisko osadzonego słońca.
Jak miło jest zobaczyć swoje obrazy sprzed lat i poczuć, jak są strasznie "moje" i aktualne.
Pomyśleć, że powstawały wtedy, kiedy mój ukochany Eden Cacharela. Trudno, jest w złym guście, ale nie zmieniłabym w nim ani jednego kawałeczka.
Oczywiście Wojtek go nienawidzi i uważa za zapach aseksualny i odstraszający.
Czasem pocieram sobie tylko nos, blisko dziurek, Edenem - i ja go czuję, nikt inny nie. Poza psami.




























