Wczoraj rano, spojrzawszy na obraz, doszłam do wniosku, że JUŻ. Skończyłam.
Ale przyszedł wieczór i zaświtał mi nowy pomysł - żeby wprowadzić więcej szarości w brązobeże dominujące kolorystykę obrazu (przypomnę - to odgórne założenia Zleceniodawcy), wykorzystam powierzchnie trzech kałuż i okienka w domach, pokrywając je srebrną farbą.
Muszę też wkleić zdjęcie Psa w cieniu.
Zupełnie inny obraz (no, może nie zupełnie). A! Format 120 na 80cm.
Okazało się, że srebrny efekt jest doskonały, tym bardziej, że w zależności od kąta oświetlenia i nasycenia światła, obraz zupełnie się zmienia, bo kałuże i szybki w okienkach są albo jaśniejsze albo ciemniejsze od reszty, a więc robi się albo marzec albo listopad na obrazie.
Na fragmentach powyżej starałam się pokazać zmienność obrazu w zależności od światła.
A już dziś przyszła mi do głowy kusząca myśl, aby w oddali namalować żywopłotek, dzięki któremu obraz nieco się zazieleni i dodatkowo nabierze przestrzeni.
I też się udało.
Również wklejam dwie wersje - przy odsłoniętych i zamkniętych żaluzjach.
Ciekawa byłam, co mój krytyczny mąż powie o Piesku. Szczególnie o ścieżce.
"Wiesz, wygląda, jakby Beata Kozidrak wzieła swój najlepszy szyfonowy szal i rozścieliła pod psem, zeby się nie ubrudził."
"Poza tym on jest bardzo skoczny, bo widz ma oczy w tym obrazie na wysokości około dwóch metrów (skąd W. bierze taką wiedzę?) - a pies osiąga w susie ten pułap."
W kałużach odbijają się łapy, nie dotykając ich, bo Pies frunie sobie, beztroski i uśmiechnięty, jakby nie obowiązywała go grawitacja.
Dodałam wyrazistości spojrzeniu, przyciemniając dół źrenic i obwódkę naokoło tęczówki.
No i cóż, koniec.
Jeszcze u mnie stoi, Pan Krzysztof przyjdzie po południu.
A ja zaczynam myśleć o nowym zleceniu. Nie wiem, tylko, od którego zacząć.
Znów mały format- czyli nie będę musiała (jak przy Psie dzisiaj) siedzieć w kucki na stole, robiąc zdjęcia.
WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pies. Pokaż wszystkie posty
piątek, 5 października 2012
środa, 3 października 2012
Pies chwilę przed premierą
Kolejne godziny przy Psie zaowocowały nowymi kolorami.
Przede wszystkim - zieleń, o której myślałam z obawą, bo najbardziej kusiły mnie liście jesienne, płomiennorude.Tymczasem po położeniu na listkach ok. pięciu warstw koloru, przetarciu i pocieniowaniu, efekt jest całkiem miły.
Brązy też wzbogaciłam o ledwie dostrzegalne rudości i popiele, psa wyodrębniłam z tła jeszcze bardziej.
Dostał też modną bródkę i brwi
Ale to jeszcze nie wszystko.
Wzmocnię światło i osłabię surowość niektórych plam.
Garść much by nie zaszkodziła...
Całości nie wklejam, bo już niewiele brakuje, a tak- pokażę już w pełni skończonego.
Teraz muszę trochę odpocząć i coś zjeść, bo zasuwam, od kiedy odprowadziłam Gucia do przedszkola- czyli od wpół do dziewiątej, tylko o kawie.
Przede wszystkim - zieleń, o której myślałam z obawą, bo najbardziej kusiły mnie liście jesienne, płomiennorude.Tymczasem po położeniu na listkach ok. pięciu warstw koloru, przetarciu i pocieniowaniu, efekt jest całkiem miły.
Brązy też wzbogaciłam o ledwie dostrzegalne rudości i popiele, psa wyodrębniłam z tła jeszcze bardziej.
Dostał też modną bródkę i brwi
Ale to jeszcze nie wszystko.
Wzmocnię światło i osłabię surowość niektórych plam.
Garść much by nie zaszkodziła...
Całości nie wklejam, bo już niewiele brakuje, a tak- pokażę już w pełni skończonego.
Teraz muszę trochę odpocząć i coś zjeść, bo zasuwam, od kiedy odprowadziłam Gucia do przedszkola- czyli od wpół do dziewiątej, tylko o kawie.
wtorek, 2 października 2012
Pies zdrajca albo nie chwal dnia przed zachodem
Po pierwsze- jeśli mój Zleceniodawca trafi na mój post, proszę, aby natychmiast porzucił tę lekturę.
Już nigdy, nigdy nie napiszę, że mi jakiś obraz dobrze idzie. Gdybym się zapomniała, proszę mnie skorygować w komentarzach.
Na szczęście teraz już wybrnęłam z kałabani, ale jeszcze dwie godziny temu prześladowała mnie przerażająca wizja, że zlecenia mogę nawet nie zrealizować, bo je wyrzucę przez okno.
Jednak- mimo późnej pory, zawsze jest prawdopodobieństwo, że uszkodzę Bogu ducha winnego przechodnia, poza tym wierzyłam, że w końcu zły los się odwróci.
Proszę wyobrazić sobie, że mając zamiar wyróżnić Psa z tła, osiągałam efekt odwrotny do zamierzonego, a z im większej palety środków decydowałam się korzystać, tym bardziej czworonóg nikł i nikł.
Ku mojemu przerażeniu.
Oczywiście, nie pierwszy raz zdarza się taka sytuacja i niby wiem, że nie należy się przejmować, tylko robić swoje. W rzadkich przypadkach daję spokój, ale z doświadczenia wiem, że lepiej dla moich obrazów, jeśli nie odpuszczam. Zawsze w końcu mogę pójść z nimi pod prysznic - albo - co nieraz się zdarzało - zamalować wszystko na równo (i potem pójść pod prysznic)
Po wielu godzinach pracy i nierównej walki, nagle między godziną 22gą a 23cią wszystko się zmieniło.
Światło!
Dzięki niemu obraz zaczął żyć.
Okienka jeszcze bardziej rozbłysną.
Sytuacja wydaje się ustabilizowana.
Ale - żeby nie zapeszyć, wklejam tylko fragmenty.
Przewidując pytania "Co to jest?" na temat obiektu na zdjęciu poniżej, informuję : ścieżka ze żwirkiem.
Teraz (oczywiście nie dosłownie, bo na razie gorzej widzę na jedno oko) czeka mnie wprowadzenie zieleni i wyproszenie u Pana Krzysztofa pozwolenia na odrobinę fioletu w brązach.
Takie ledwie muśnięcia, a dadzą duży efekt.
Ponieważ przypuszczam, że Pan Krzysztof doczytał "do tutaj", więc... z tym wyproszeniem to żart.
Dojdą (oprócz zieleni) jeszcze srebrne szarości i może trochę czerni.
Mam nadzieję, że zgodnie z zasadą "bilans musi być na zero" - jutro okaże się mniej emocjonujące twórczo.
Już nigdy, nigdy nie napiszę, że mi jakiś obraz dobrze idzie. Gdybym się zapomniała, proszę mnie skorygować w komentarzach.
Na szczęście teraz już wybrnęłam z kałabani, ale jeszcze dwie godziny temu prześladowała mnie przerażająca wizja, że zlecenia mogę nawet nie zrealizować, bo je wyrzucę przez okno.
Jednak- mimo późnej pory, zawsze jest prawdopodobieństwo, że uszkodzę Bogu ducha winnego przechodnia, poza tym wierzyłam, że w końcu zły los się odwróci.
Proszę wyobrazić sobie, że mając zamiar wyróżnić Psa z tła, osiągałam efekt odwrotny do zamierzonego, a z im większej palety środków decydowałam się korzystać, tym bardziej czworonóg nikł i nikł.
Ku mojemu przerażeniu.
Oczywiście, nie pierwszy raz zdarza się taka sytuacja i niby wiem, że nie należy się przejmować, tylko robić swoje. W rzadkich przypadkach daję spokój, ale z doświadczenia wiem, że lepiej dla moich obrazów, jeśli nie odpuszczam. Zawsze w końcu mogę pójść z nimi pod prysznic - albo - co nieraz się zdarzało - zamalować wszystko na równo (i potem pójść pod prysznic)
Po wielu godzinach pracy i nierównej walki, nagle między godziną 22gą a 23cią wszystko się zmieniło.
Światło!
Dzięki niemu obraz zaczął żyć.
Okienka jeszcze bardziej rozbłysną.
Sytuacja wydaje się ustabilizowana.
Ale - żeby nie zapeszyć, wklejam tylko fragmenty.
Przewidując pytania "Co to jest?" na temat obiektu na zdjęciu poniżej, informuję : ścieżka ze żwirkiem.
Teraz (oczywiście nie dosłownie, bo na razie gorzej widzę na jedno oko) czeka mnie wprowadzenie zieleni i wyproszenie u Pana Krzysztofa pozwolenia na odrobinę fioletu w brązach.
Takie ledwie muśnięcia, a dadzą duży efekt.
Ponieważ przypuszczam, że Pan Krzysztof doczytał "do tutaj", więc... z tym wyproszeniem to żart.
Dojdą (oprócz zieleni) jeszcze srebrne szarości i może trochę czerni.
Mam nadzieję, że zgodnie z zasadą "bilans musi być na zero" - jutro okaże się mniej emocjonujące twórczo.
sobota, 29 września 2012
Psie oczy i Cyganie
Przed wyjściem do przedszkola Gucio spojrzał na Pieska
"O... Czemu on nie ma oczek?" rzekł zmartwiony.
"Namaluj mu oczka, ja proszę, proszę, proszę... Dwa oczka"
Taki zresztą był plan.
Nie powiem, oczy zawsze mnie wiele kosztują - starań i niepewności. Nie od razu mi się udało - w robocie była gąbka (tym razem nie zamieniłam artystycznej z kuchenną). Kiedy już myślałam, że Gustaw wróci z przedszkola i zapyta z wyrzutem, gdzie są oczy - Pies spojrzał na mnie wesoło.
Zaaferowana pracą nie spostrzegłam, że pod naszymi oknami cygańska sekcja dęta wygrywa w najlepsze melodie sprzed stu lat z okładem, co dziwniejsze, nawet całkiem nieźle im szło.
Szybko włożyłam pieniądze w kopertę bąbelkową, w której przyszła przesyłka do mnie (oczywiście pachnąca) i rzuciłam z okna, za co solista posłał mi ukłon z uśmiechem pobłyskującym złotymi zębami i zaordynował walc z czasów wojny rosyjsko- japońskiej Na Sopkach Mandżurii.
Słońce wyszło i Piesek (jeszcze nie skończony) ukazał się w całej krasie. Mam zamiar "wyróżnić" go z tła, bo na razie przegrywa w konkurencji z drzewami. Już wiem, co zrobię.
Orkiestrę tymczasem przepędziła grubiańska hołota, dla której ich gra była po prostu niespodziewanym hałasem.
Może jeszcze kiedyś przyjdą pod moje okno?
środa, 26 września 2012
Pies bez koloru
Tak, jak przypuszczałam, Pies maluje się przyjemnie i jakby bez wysiłku.
Kiedyś takie sytuacje obrazkowe mnie niepokoiły, gdyż funkcjonuje przeświadczenie, że bez wypruwania flaków i żył na czole nie powstanie żadne wartościowe dzieło.
Ale teraz, kiedy już nie jestem uczennicą, tylko malarką pełną gębą, cieszę się, jeśli proces twórczy jest łatwy i daje efekty.
W wypadku Pieska jeszcze za wcześnie mówić o efektach, ale ... dobrze się zapowiada i "żyje".
Tytuł roboczy- Od Drzewa do Drzewa.
Oczywiście w sferze fakturowej będzie się jeszcze więcej działo, bo na razie przypomina komiks- wycinankę.
Chciałoby się wprowadzić trochę rudości, ale mam zakaz. Jednak przemycę nieco ciepła w odcieniach.
I zieleń! Zielony liść- jak u kogoś początkującego.
I okienka będą też.
Powiem szczerze, że nie mam do końca planu, co jeszcze dodam.
Sytuacja jest dynamiczna- jak (mam nadzieję) ten obrazek.
Kiedyś takie sytuacje obrazkowe mnie niepokoiły, gdyż funkcjonuje przeświadczenie, że bez wypruwania flaków i żył na czole nie powstanie żadne wartościowe dzieło.
Ale teraz, kiedy już nie jestem uczennicą, tylko malarką pełną gębą, cieszę się, jeśli proces twórczy jest łatwy i daje efekty.
W wypadku Pieska jeszcze za wcześnie mówić o efektach, ale ... dobrze się zapowiada i "żyje".
Tytuł roboczy- Od Drzewa do Drzewa.
Oczywiście w sferze fakturowej będzie się jeszcze więcej działo, bo na razie przypomina komiks- wycinankę.
Chciałoby się wprowadzić trochę rudości, ale mam zakaz. Jednak przemycę nieco ciepła w odcieniach.
I zieleń! Zielony liść- jak u kogoś początkującego.
I okienka będą też.
Powiem szczerze, że nie mam do końca planu, co jeszcze dodam.
Sytuacja jest dynamiczna- jak (mam nadzieję) ten obrazek.
wtorek, 25 września 2012
Spaniele lubią brąz
No więc...
Mimo, ze Gustaw był dziś w domu, udało mi się przysiąść na moim ulubionym fotelu z kółkami i popracować co nieco nad obrazem.
Właściwie powinnam podziękować Katty- bo sposób, a jaki potraktowałam fakturę w Jej wizerunku, miał wpływ na Pieska.
Wszystkie kolory, jakie kładę, są przejrzyste- dopiero potem, kiedy powierzchnia obrazu będzie już pokryta, zacznę się zastanawiać, co zmienić (i czy).
Obraz trochę przypomina teraz patchwork- ale oczywiście zadbam o spójną całość.
Aż mnie ręce świerzbią! W ogóle nie czuję, że Piesek ma tak wielki rozmiar (120 na 80)- a przecież w porównaniu choćby z Katty (29 na 19) różnica jest kolosalna. W ogóle żadnego zmęczenia, bawię się nim, jak układanką.
No i okulary niepotrzebne.
Zarysowała się ścieżka i kałuże, jak sobie pomyślę, jakie niuanse trzeba będzie wydobyć, ile niespodzianek się przydarzy- to aż mi coś skacze w środku z radości.
Tym bardziej, że Gucio prawie całkiem zdrów i chyba już jutro pójdzie do przedszkola.
Przedstawił mi dziś swoją teorię- mianowicie urodziliśmy Go oboje (i ja i Wojtek), bo mężczyźni też mogą być w ciąży, ale tylko z dziewczynkami w brzuchach, kobiety- z chłopcami. Oraz każdy mężczyzna zmienia się w kobietę ("potem").
Nie zapytałam, jak w takim razie Wojtek został przy swojej płci - ale jeszcze wrócę do tej rozmowy.
Temat ewentualnej ciąży Wojtka jest dość śliski, z racji posiadania przez Niego(wciąż) brzucha.
Może jednak poczekam jeszcze trochę, aż Gustaw urośnie?
Albo użyję praktykowanego od wieków wyrażenia "nie garb się!"
Mimo, ze Gustaw był dziś w domu, udało mi się przysiąść na moim ulubionym fotelu z kółkami i popracować co nieco nad obrazem.
Właściwie powinnam podziękować Katty- bo sposób, a jaki potraktowałam fakturę w Jej wizerunku, miał wpływ na Pieska.
Wszystkie kolory, jakie kładę, są przejrzyste- dopiero potem, kiedy powierzchnia obrazu będzie już pokryta, zacznę się zastanawiać, co zmienić (i czy).
Obraz trochę przypomina teraz patchwork- ale oczywiście zadbam o spójną całość.
Aż mnie ręce świerzbią! W ogóle nie czuję, że Piesek ma tak wielki rozmiar (120 na 80)- a przecież w porównaniu choćby z Katty (29 na 19) różnica jest kolosalna. W ogóle żadnego zmęczenia, bawię się nim, jak układanką.
No i okulary niepotrzebne.
Zarysowała się ścieżka i kałuże, jak sobie pomyślę, jakie niuanse trzeba będzie wydobyć, ile niespodzianek się przydarzy- to aż mi coś skacze w środku z radości.
Tym bardziej, że Gucio prawie całkiem zdrów i chyba już jutro pójdzie do przedszkola.
Przedstawił mi dziś swoją teorię- mianowicie urodziliśmy Go oboje (i ja i Wojtek), bo mężczyźni też mogą być w ciąży, ale tylko z dziewczynkami w brzuchach, kobiety- z chłopcami. Oraz każdy mężczyzna zmienia się w kobietę ("potem").
Nie zapytałam, jak w takim razie Wojtek został przy swojej płci - ale jeszcze wrócę do tej rozmowy.
Temat ewentualnej ciąży Wojtka jest dość śliski, z racji posiadania przez Niego(wciąż) brzucha.
Może jednak poczekam jeszcze trochę, aż Gustaw urośnie?
Albo użyję praktykowanego od wieków wyrażenia "nie garb się!"
poniedziałek, 24 września 2012
Piesek - jeszcze niewidzialny
Poprzypominały mi się, przy okazji pracy nad Pieskiem, moje, nieżyjące już, czworonogi.
Ukochane- to Żuczek (kundelek, znajda) i Norek (terier szkocki).
Żuczek - mimo mikrego wzrostu, herszt ulicy. Cwaniak, jakich mało. Żadne zamknięcie nie było dla Niego przeszkodą. Brał udział w wielu bójkach, oberwał nie raz i zostawił liczne potomstwo, które można było poznać po podwójnie zakręconych ogonkach. W lesie napędzał na nas stada zwierząt, więc kiedy Żuk znikał, a po chwili rozlegał się tętent, padaliśmy na ziemię i podnosząc głowy widzieliśmy gromadę pędzących np. dzików, a za nimi, w oddaleniu, ujadając w szale, nasza psina, z ogniem myśliwskim w oczach.
Dożył prawie dwudziestu lat.
A Norek (Norman), młodszy "brat", mimo krótkich nóżek i nieśmiałości, chciał robić wszystko, co Żuk. Wiele przeszedł w dzieciństwie, została Mu nieufność - nigdy nie dał się pogłaskać po brzuchu, ale to, że przychodził do nas i siadał sobie, patrząc w skupieniu, odczytywaliśmy właściwie. Czyli jako wielkie przywiązanie.Miał tyle ciepła w sobie, wzruszał nas.
Kochaliśmy je bardzo.
Powyżej mój bardzo dawny rysunek, jeszcze z liceum.
Tymczasem Piesek Pana Krzysztofa już jest naszkicowany.
Zmodyfikowałam trochę kształt na bardziej dynamiczny.
Będzie przeskakiwał przez ścieżkę i kałuże, z tyłu drzewa i na najdalszym planie- piony budynków.
Objaśniam wszystko, jak ślepemu, bo na zdjęciu ledwie co widać.
Muszę tylko poskromić zapędy kolorystyczne- bo dozwolone mam tylko brązy, beże, szarości i zieleń.
I bardzo dobrze. Takie obostrzenia często dają dobry efekt, zmuszają do poszukiwań.
Pod prysznic z obrazem nie pójdę, bo jest tak duży, że może się wygiąć, albo, co gorsza, podzielić los Podwójnego Pejzażu, który zaczynałam jako pojedynczy.
Mam nadzieję, że biedny przeziębiony Gucio pójdzie wkrótce do przedszkola i będę mogła malować za dnia.
Ukochane- to Żuczek (kundelek, znajda) i Norek (terier szkocki).
Żuczek - mimo mikrego wzrostu, herszt ulicy. Cwaniak, jakich mało. Żadne zamknięcie nie było dla Niego przeszkodą. Brał udział w wielu bójkach, oberwał nie raz i zostawił liczne potomstwo, które można było poznać po podwójnie zakręconych ogonkach. W lesie napędzał na nas stada zwierząt, więc kiedy Żuk znikał, a po chwili rozlegał się tętent, padaliśmy na ziemię i podnosząc głowy widzieliśmy gromadę pędzących np. dzików, a za nimi, w oddaleniu, ujadając w szale, nasza psina, z ogniem myśliwskim w oczach.
Dożył prawie dwudziestu lat.
A Norek (Norman), młodszy "brat", mimo krótkich nóżek i nieśmiałości, chciał robić wszystko, co Żuk. Wiele przeszedł w dzieciństwie, została Mu nieufność - nigdy nie dał się pogłaskać po brzuchu, ale to, że przychodził do nas i siadał sobie, patrząc w skupieniu, odczytywaliśmy właściwie. Czyli jako wielkie przywiązanie.Miał tyle ciepła w sobie, wzruszał nas.
Kochaliśmy je bardzo.
Powyżej mój bardzo dawny rysunek, jeszcze z liceum.
Tymczasem Piesek Pana Krzysztofa już jest naszkicowany.
Zmodyfikowałam trochę kształt na bardziej dynamiczny.
Będzie przeskakiwał przez ścieżkę i kałuże, z tyłu drzewa i na najdalszym planie- piony budynków.
Objaśniam wszystko, jak ślepemu, bo na zdjęciu ledwie co widać.
Muszę tylko poskromić zapędy kolorystyczne- bo dozwolone mam tylko brązy, beże, szarości i zieleń.
I bardzo dobrze. Takie obostrzenia często dają dobry efekt, zmuszają do poszukiwań.
Pod prysznic z obrazem nie pójdę, bo jest tak duży, że może się wygiąć, albo, co gorsza, podzielić los Podwójnego Pejzażu, który zaczynałam jako pojedynczy.
Mam nadzieję, że biedny przeziębiony Gucio pójdzie wkrótce do przedszkola i będę mogła malować za dnia.
sobota, 22 września 2012
Pies - prapoczątek obrazu
Wymyśliłam sobie, że Pies dla Pana Krzysztofa ma być w ruchu. Następna myśl- w biegu.
Sprawa nieprosta.
To, co dzieje się z psem podczas pędu, przekracza wyobraźnię, a jeśli chodzi o uszy- żyją własnym życiem.
Gdybym aż tak namalowała, nie byłoby prawdziwie.
Dlatego po zużyciu połowy gumki i ołówka naszkicowałam postać Pieska prawdopodobnego.
Nie widać na zdjęciu- a On będzie uśmiechnięty.
Słabe zdjęcie- ale może coś tam majaczy, dając pojęcie.
Obraz jest- szczególnie w porównaniu z Panienkami- ogromny. 120 na 80 cm. Odejścia nie mam- musiałabym wyfrunąć za okno, jak Karlsson z Dachu, a więc będę musiała wynosić obraz do pokoju obok, a kto wie, czy nie na klatkę schodową i otwierać drzwi. Bywa tam ciemnawo, toteż bardzo możliwe, że zatrudnię Wojtka z latarką.
Nie wiem, czy sąsiadów jeszcze coś zdziwi, po tym, jak mnie nieraz widzieli pomalowaną, jak Indiankę albo ostatnio- uwięzioną w skrzynce na listy. Stuknięta spod dziewiątki.
Na dodatek wydaję intensywną woń xero i fajczącej się instalacji elektrycznej, dzięki Odeur'owi 71.
No i co.
Artysta tak może mieć.
Sprawa nieprosta.
To, co dzieje się z psem podczas pędu, przekracza wyobraźnię, a jeśli chodzi o uszy- żyją własnym życiem.
Gdybym aż tak namalowała, nie byłoby prawdziwie.
Dlatego po zużyciu połowy gumki i ołówka naszkicowałam postać Pieska prawdopodobnego.
Nie widać na zdjęciu- a On będzie uśmiechnięty.
Słabe zdjęcie- ale może coś tam majaczy, dając pojęcie.
Obraz jest- szczególnie w porównaniu z Panienkami- ogromny. 120 na 80 cm. Odejścia nie mam- musiałabym wyfrunąć za okno, jak Karlsson z Dachu, a więc będę musiała wynosić obraz do pokoju obok, a kto wie, czy nie na klatkę schodową i otwierać drzwi. Bywa tam ciemnawo, toteż bardzo możliwe, że zatrudnię Wojtka z latarką.
Nie wiem, czy sąsiadów jeszcze coś zdziwi, po tym, jak mnie nieraz widzieli pomalowaną, jak Indiankę albo ostatnio- uwięzioną w skrzynce na listy. Stuknięta spod dziewiątki.
Na dodatek wydaję intensywną woń xero i fajczącej się instalacji elektrycznej, dzięki Odeur'owi 71.
No i co.
Artysta tak może mieć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























