Więc... w te ostatnie dni wakacji, postanowiłam zrobić sobie przerwę od malowania - ale nie do końca.
Wśród licznych zajęć testowałam i wybierałam różne zapachy pasujące do Nokturnów, poprosiłam o podpowiedź również "moje" forum perfumowe (jak zwykle niezawodne).
Ponieważ podlegam różnym przemianom, wobec tego i mnie zachciało się czegoś...kobiecego, gęstego, słodkiego, uwodzicielskiego - takich perfum, które, kiedy ma się je na sobie, towarzyszy temu świadomość, że pięknie się pachnie - choć niekoniecznie dla wszystkich, oczywiście.
W wędrówkach towarzyszył mi kochany Gucio. Na zdjęciu - w Quality.
Czy znalazłam pożądane aromaty? Do Nokturnów - mnóstwo, spokojnie wystarczy i do 20stu obrazów. Z noszeniem - duuużo gorzej, ale dwa typy mnie zaciekawiły. Jeszcze nie sprawdzone "globalnie". Czy mogło zabraknąć CdG - nie! Tym razem - słodziak 8 88. Drugie - klasyczne, kwiatowe Lewel for her Micallef.
Do marszobiegów, które wciąż uprawiam, specjalnego nic nie potrzebuję. I to w żadnej dziedzinie. Po raz pierwszy najpierw zaczęłam być aktywna, a dopiero potem pomyślałam o akcesoriach. Zawsze kolejność wyglądała odwrotnie - tym bardziej mnie to cieszy.
Pochwalę się - nabytkiem pt. buty odchudzające.
Podobno mają imitować chodzenie boso po piachu...no nie wiem, jednak faktem jest, że "kołyskowa" podeszwa powoduje, że aż się chce w nich ruszać, balansować i są niesamowicie wygodne.
I się pochwalę - pierwsze efekty dietoćwiczeń "czuję" już w ubraniach.
Ponieważ dziś Czwartek, proszę (coś z dziedziny Sztuki) :
Tuż obok mojego fryzjera.
Przede mną wizyta u pani Basi, gdyż i fryzurę postanowiłam zmienić.
Z włosów zupełnie równych i nie cieniowanych da się może (zawsze niewiadoma) wykreować coś takiego :
Przy okazji zetnie się bardzo przesuszone przygodą z blondem końcówki. A z przodu - chyba odważę się na asymetryczną długą grzywkę.
Mam nadzieje, że lepiej wyjdzie, niż moje nocne opalanie. Natarłam twarz kremem brązującym i poszłam spać. Nie przypuszczałam, że pozycja boczna spowoduje taki skutek - 3/4 oblicza tylko uzyskało ciemniejszy odcień - za to zamiast jednego policzka i skroni (pozostały blade) opaliła się poduszka w kształcie psa.
Nadanie równomiernego koloru opóźniło wyjście. Żeby Gustaw się nie nudził, urozmaicam nasze podróże. Synka fascynują pojazdy - pomyślałam o metrze. Początkowo był nieufny, ale potem w absolutnym zachwycie zamarł, przepuszczając pociągi ("chcę zobaczyć, jak odjeżdżają") i dosłownie zapomniał języka w gębie. Stał na środku peronu, w przeciągu, z rozwianymi włosami, z obu stron pędziły wagony i wykrzyknął przez hałas :
"Ale te metry wieją!".
Potem cały czas trzymał mnie za rękę.
Gustaw jest bardzo "techniczny" - co chwila coś rozkłada na części, pyta, woła o pomoc.
Dziś długo się nie odzywał, wreszcie usłyszeliśmy "Mamo! Tato! Chodźcie! Coś się zepsuło!"
Wspomnę jeszcze, że pozbyłam się prawie wszystkich butów na obcasie, oraz NARESZCIE wywaliłam pepegi tak znoszone, że aż wstyd.
Niemal jedyne obuwie płaskie - bo wciąż pielęgnowałam mit, że jednak będę chodzić na szpilkach...tylko muszę się nauczyć. Nie muszę!
Na koniec, trochę, żeby się usprawiedliwić, powiem, że Wojtek nie wyjechał - czeka na wynik castingu do reklamy do roli piekarza, w którym jest mocnym kandydatem do wygranej. Czasu nie traci - wciąż ćwiczy głos i arie swoim przepięknym barytonem, może za intensywnie - dziś znalazł podkłady w stylu discopolowym, a właściwie - italodisco i bez reszty dał się wciągnąć w "O Sole Mio" rodem z Drupiego.
Osobliwe wrażenia - dlatego czasem łatwiej mi podjąć decyzję o wyjściu z domu.
Tym bardziej, że śpiewanie odbywa się w mojej pracowni (przez ścianę nie ma nikogo w tym pomieszczeniu).
Ale...dykty już naszykowane - nawet część robót rozpoczęta. Poza Nokturnami bowiem mam do namalowania Łąkę w czterech częściach - każda o innej porze dnia.
WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
czwartek, 29 sierpnia 2013
niedziela, 25 sierpnia 2013
Nocturnes - szkice bardzo robocze
Proszę Państwa, nadejszła uroczysta chwila zainaugurowania cyklu Nocturnes.
Tytuł z pozoru pretensjonalny, ale nie wówczas, jeśli kiedyś - tam zamierza się mieć wystawę poza Polską.
Rozmów na razie żadnych nie było, gdyż obywatele tego bajecznego kraju mają zwyczaj nie pracowania w czasie wakacji. Tak więc czekam - być może już we wrześniu COŚ się wykluje.
Owszem, jestem przesądna, więc trochę wbrew sobie zaczynam coś nowego przed czasem. Ale słyszałam również, że przesądy obowiązują tylko wtedy, kiedy się w nie wierzy.
Zgodnie z moim motto na forum perfumowym - "Nie jestem przesądna, to przynosi nieszczęście".
Do rzeczy.
Prace są zapowiedzią być może większego cyklu dziewięciu obrazów (gdybym każdy pomnożyła przez trzy).
Na razie zapowiadam tryptyk - Z Daleka od Domu, Blisko Domu i W Domu. Uprzedzam, że wykonałam tylko malutkie szkice, i to, o zgrozo, długopisem.
A więc - Z Daleka od Domu.
Daleko, czyli gdzie? W parku, oczywiście. Oto owoc wieczornych marszobiegów. Zamiast iść po prostej, znanymi szlakami, plączę się po alejkach rzadko uczęszczanych, wspinam się po stromych schodkach a na twarzy osiadają mi pajęczyny.
Druga część - Blisko Domu.
Nie, nie mojego. Wyobrażonego. Tzn takie domy istnieją, dużo ich w Łodzi, ale i w Warszawie też.
Wiem, że plan jest zawirowany - ściana nie wygląda na ścianę, zapewne w obrazie docelowym zadbam o jednoznaczność.
Wreszcie trzeci szkic - W Domu. Ten dom znajduje się w Dłużewie. Ośrodku Plenerowym Akademii sztuk Pięknych.
Dla mnie to miejsce kojące, szczególne. Tam malowałam pierwsze olejne obrazy, tam imprezowałam jako studentka, a potem, po długiej przerwie, przyjeżdżałam, żeby lizać rany po przejściach (było ich trochę).
Okno jest rzeczywiste, pałacowe (XIX w.), w moim ulubionym pokoju.
I tak na każdym szkicu umieściłam coś, co lubię najbardziej - na pierwszym cienistą alejkę, żywcem wziętą z Opowieści z Dreszczykiem, na drugim ścianę i topole włoskie (to wrażenie małości, kiedy znajduję się pod nimi), a na trzecim - ukochane wnętrze i ja - bezpieczna, kiedy za oknem chłód i zmierzch, może szaruga.
Bo zmierzch jest moją ukochaną porą dnia (?).
Co istotne, obrazy oczywiście namaluję do zapachów - mam parę typów, jeszcze się waham. I NIE będą czarno białe (szare), lecz złożone z wielu kolorów, które dadzą być może efekt bardzo ciemnych odcieni
Tytuł z pozoru pretensjonalny, ale nie wówczas, jeśli kiedyś - tam zamierza się mieć wystawę poza Polską.
Rozmów na razie żadnych nie było, gdyż obywatele tego bajecznego kraju mają zwyczaj nie pracowania w czasie wakacji. Tak więc czekam - być może już we wrześniu COŚ się wykluje.
Owszem, jestem przesądna, więc trochę wbrew sobie zaczynam coś nowego przed czasem. Ale słyszałam również, że przesądy obowiązują tylko wtedy, kiedy się w nie wierzy.
Zgodnie z moim motto na forum perfumowym - "Nie jestem przesądna, to przynosi nieszczęście".
Do rzeczy.
Prace są zapowiedzią być może większego cyklu dziewięciu obrazów (gdybym każdy pomnożyła przez trzy).
Na razie zapowiadam tryptyk - Z Daleka od Domu, Blisko Domu i W Domu. Uprzedzam, że wykonałam tylko malutkie szkice, i to, o zgrozo, długopisem.
A więc - Z Daleka od Domu.
Daleko, czyli gdzie? W parku, oczywiście. Oto owoc wieczornych marszobiegów. Zamiast iść po prostej, znanymi szlakami, plączę się po alejkach rzadko uczęszczanych, wspinam się po stromych schodkach a na twarzy osiadają mi pajęczyny.
Druga część - Blisko Domu.
Nie, nie mojego. Wyobrażonego. Tzn takie domy istnieją, dużo ich w Łodzi, ale i w Warszawie też.
Wiem, że plan jest zawirowany - ściana nie wygląda na ścianę, zapewne w obrazie docelowym zadbam o jednoznaczność.
Wreszcie trzeci szkic - W Domu. Ten dom znajduje się w Dłużewie. Ośrodku Plenerowym Akademii sztuk Pięknych.
Dla mnie to miejsce kojące, szczególne. Tam malowałam pierwsze olejne obrazy, tam imprezowałam jako studentka, a potem, po długiej przerwie, przyjeżdżałam, żeby lizać rany po przejściach (było ich trochę).
Okno jest rzeczywiste, pałacowe (XIX w.), w moim ulubionym pokoju.
I tak na każdym szkicu umieściłam coś, co lubię najbardziej - na pierwszym cienistą alejkę, żywcem wziętą z Opowieści z Dreszczykiem, na drugim ścianę i topole włoskie (to wrażenie małości, kiedy znajduję się pod nimi), a na trzecim - ukochane wnętrze i ja - bezpieczna, kiedy za oknem chłód i zmierzch, może szaruga.
Bo zmierzch jest moją ukochaną porą dnia (?).
Co istotne, obrazy oczywiście namaluję do zapachów - mam parę typów, jeszcze się waham. I NIE będą czarno białe (szare), lecz złożone z wielu kolorów, które dadzą być może efekt bardzo ciemnych odcieni
piątek, 23 sierpnia 2013
Przesyt
Szanowni Czytelnicy,
nie wiem, coś się ze mną dzieje takiego... w sferze artystycznej...że aż mnie nosi.
Chwilowo mam dość ładnych obrazków, czuję, że nie realizuję tego, co mi w duszy gra.
Czy gra?
Czy się dopiero zapowiada?
Nabrałam ochoty na coś DUŻEGO, niekoniecznie nowoczesnego, koniecznie za to ekspresyjnego, może i kontrowersyjnego, i - to mnie napawa lekkim zmieszaniem, PONUREGO. Może raczej powinnam napisać MROCZNEGO.
Cały czas myślę o serii Nokturnów - pewnie trzech. Z jednym się czuję tak, jakby już został namalowany.
A rzeczywistość skrzeczy, robię tyle czynności w ogóle nie związanych z malowaniem, jak każdy. Pocieszam się, że sytuacja się zmieni, kiedy Gustaw pójdzie do przedszkola, może Wojtek wyjedzie (nie tak szybko, w przyszłym tygodniu ma zdjęcia). Ja też - tak czuję - zmieniam się, ruszam, zdrowiej staram odżywiać, reorganizuję garderobę (na razie tylko pozbywam).
Oby coś z tego było.
nie wiem, coś się ze mną dzieje takiego... w sferze artystycznej...że aż mnie nosi.
Chwilowo mam dość ładnych obrazków, czuję, że nie realizuję tego, co mi w duszy gra.
Czy gra?
Czy się dopiero zapowiada?
Nabrałam ochoty na coś DUŻEGO, niekoniecznie nowoczesnego, koniecznie za to ekspresyjnego, może i kontrowersyjnego, i - to mnie napawa lekkim zmieszaniem, PONUREGO. Może raczej powinnam napisać MROCZNEGO.
Cały czas myślę o serii Nokturnów - pewnie trzech. Z jednym się czuję tak, jakby już został namalowany.
A rzeczywistość skrzeczy, robię tyle czynności w ogóle nie związanych z malowaniem, jak każdy. Pocieszam się, że sytuacja się zmieni, kiedy Gustaw pójdzie do przedszkola, może Wojtek wyjedzie (nie tak szybko, w przyszłym tygodniu ma zdjęcia). Ja też - tak czuję - zmieniam się, ruszam, zdrowiej staram odżywiać, reorganizuję garderobę (na razie tylko pozbywam).
Oby coś z tego było.
czwartek, 22 sierpnia 2013
Niespodzianka - PREMIERA - Panienka na stanowisku
Przedstawiam Państwu wspomniany wcześniej obrazek.
Nie mogłam tym razem relacjonować mąk twórczych, bo istniało niebezpieczeństwo, że osoba "portretowana" zagląda do Brulionu.
Namalowana to Pani na stanowisku i znajomy poprosił mnie, żebym zrealizowała jego pomysł obdarowania jej obrazkiem. Początkowo myślalam o bezpiecznym pejzażu, ale niespodziewanie widziałyśmy się kilka razy i uderzyła mnie jej konsekwencja w sposobie ubierania się.
Zawsze bardzo kobieco, w dopasowanej sukience, koloru kości słoniowej lub ciut ciemniejszej, do tego pantofelki na obcasie.
Dlatego pomyślałam o beżach.
Najpierw - szkic.
Ponieważ zajmowane przez nią stanowisko jest wysokie, ale i oficjalne bardzo, dlatego choć najchętniej uwieczniłabym ją w jakiejś może nawet trochę wyzywającej pozie (duża pewność siebie), skupiłam się na oficjalnym aspekcie.
A jednak okoliczności postanowiłam nieco "uromantycznić" - dodałam słońce i delikatne gałązki z kwiatkami.
I od razu wiedziałam, że to nie to.
Raz, że obrazek wyglądał mdło, to jeszcze parę osób zapytało mnie, czyżby to już był koniec?
Wyraźnie brakowało pierwszego planu, a kwiecie wydało mi się...rzygawiczne.
No to zaczęłam zmieniać.
I wciąż za pusto. Sięgnęłam po sprawdzony sposób - firankę.
Na niebie umieściłam gołąbka. Ale...wciąż czegoś brakowało...
Więc - przeczuwając, że strzelam sobie w nogę, dodałam drugiego ptaszka - przed nią.
Tyle, że...ptaszek pozę miał jaką taką kogucią, nie wspomnę, że zaczął mi przypominać zużytą, wyrzuconą niekulturalnie chusteczkę.
Dlatego z przyjaciółką urządziłam smsową burzę mózgów - czym zastąpić koguto - gołąbka?
Pomysły były bardzo kreatywne - muchomor - monstrum, lodówka, Mikołaj, Godzilla, a nawet koparka(coś praktycznego) i jaja w pończochach (coś nowoczesnego).
Pomyślałam, że choć czasu mam mało, powinnam zaufać sobie, że rozwiązanie samo się pojawi.
Tymczasem firankę przyozdobiłam kropkami.
Nareszcie zaczęło mi się podobać.
I wtedy zobaczyłam rozwiązanie - na pierwszym planie postawiłam (na swoim obrazku) - jej portret.
Wszystko zagrało. Nareszcie!
Ach, no i jeszcze ożywiłam kolory, za pomocą cieniowania i zróżnicowania odcieni.
Dziś pani dostała obraz. Bardzo jej się spodobał - a nie jest kimś, kto udaje.
Uff.
Nie mogłam tym razem relacjonować mąk twórczych, bo istniało niebezpieczeństwo, że osoba "portretowana" zagląda do Brulionu.
Namalowana to Pani na stanowisku i znajomy poprosił mnie, żebym zrealizowała jego pomysł obdarowania jej obrazkiem. Początkowo myślalam o bezpiecznym pejzażu, ale niespodziewanie widziałyśmy się kilka razy i uderzyła mnie jej konsekwencja w sposobie ubierania się.
Zawsze bardzo kobieco, w dopasowanej sukience, koloru kości słoniowej lub ciut ciemniejszej, do tego pantofelki na obcasie.
Dlatego pomyślałam o beżach.
Najpierw - szkic.
Ponieważ zajmowane przez nią stanowisko jest wysokie, ale i oficjalne bardzo, dlatego choć najchętniej uwieczniłabym ją w jakiejś może nawet trochę wyzywającej pozie (duża pewność siebie), skupiłam się na oficjalnym aspekcie.
A jednak okoliczności postanowiłam nieco "uromantycznić" - dodałam słońce i delikatne gałązki z kwiatkami.
I od razu wiedziałam, że to nie to.
Raz, że obrazek wyglądał mdło, to jeszcze parę osób zapytało mnie, czyżby to już był koniec?
Wyraźnie brakowało pierwszego planu, a kwiecie wydało mi się...rzygawiczne.
No to zaczęłam zmieniać.
I wciąż za pusto. Sięgnęłam po sprawdzony sposób - firankę.
Na niebie umieściłam gołąbka. Ale...wciąż czegoś brakowało...
Więc - przeczuwając, że strzelam sobie w nogę, dodałam drugiego ptaszka - przed nią.
Tyle, że...ptaszek pozę miał jaką taką kogucią, nie wspomnę, że zaczął mi przypominać zużytą, wyrzuconą niekulturalnie chusteczkę.
Dlatego z przyjaciółką urządziłam smsową burzę mózgów - czym zastąpić koguto - gołąbka?
Pomysły były bardzo kreatywne - muchomor - monstrum, lodówka, Mikołaj, Godzilla, a nawet koparka(coś praktycznego) i jaja w pończochach (coś nowoczesnego).
Pomyślałam, że choć czasu mam mało, powinnam zaufać sobie, że rozwiązanie samo się pojawi.
Tymczasem firankę przyozdobiłam kropkami.
Nareszcie zaczęło mi się podobać.
I wtedy zobaczyłam rozwiązanie - na pierwszym planie postawiłam (na swoim obrazku) - jej portret.
Wszystko zagrało. Nareszcie!
Ach, no i jeszcze ożywiłam kolory, za pomocą cieniowania i zróżnicowania odcieni.
Dziś pani dostała obraz. Bardzo jej się spodobał - a nie jest kimś, kto udaje.
Uff.
środa, 21 sierpnia 2013
Pani i Pan - koniec - premiera
Stało się.
Obrazki wysłane, więc nic już nie zmienię - i dobrze, bo ostatnio mam tendencję do psucia obrazków. Trzeba wiedzieć, kiedy przestać - a ja nie zawsze potrafię się powstrzymać.
Co do "mojego" małżeństwa - zacznę od końca. Co uważam za najważniejsze w tego rodzaju pracach? Ponieważ postać, sylwetka, jest tylko nośnikiem, wobec tego priorytet to skupienie się na okolicznościach towarzyszących - sposobie ubierania się, otoczeniu i pozie osób "portretowanych". Dobre uchwycenie w ruchu ma pierwszoplanowe znaczenie.
Gest musi opowiadać o malowanych ludziach.
I tu mi się udało (przypomnę - potwierdzone przez Szanowną Zleceniodawczynię, która uznała, że wręcz mam intuicyjny dar).
Mężczyzna - w dumnej niemal pozie, czekający, ale też i wymagający.
I Ona.
Zwiewna, kobieca, pewna siebie.
Sukienka w naturze ma piękniejszy, ultramarynowy kolor, lekko ją pocieniowałam.
Czerwone szpilki, rękawiczki z bransoletką z kwiatem.
I ich dłonie.
Niebo, żeby nie było mdłe i płaskie, składa się w istocie z paru błękitów, dodałam też chmurki, przełamujące jednolitość płaszczyzny, a jednocześnie dodające dynamiki.
Obrazy mogą wisieć zetknięte albo w jakiejś odległości od siebie - to już zależy od obdarowanych.
Jak pisalam wcześniej, nie brnęłam w wyobrażenie kuli ziemskiej, tylko dodałam drzewa i zarośla na linii horyzontu. Wszystkie barwy są złożone, żeby uniknąć efektu wycinanki.
No dobra - dość gadania.
Proszę bardzo - oto moja para.
Jak Państwo widzą, splecione korony łączą oba obrazki, jeśli ktoś chce, mogą mieć znaczenie symboliczne. Kulisty kształt zachowałam, cieniowanie również się kontynuuje.
Teraz pozostaje mi czekać na obiecany odzew, jak spodobał się prezent.
Jestem strasznie ciekawa!
Obrazki wysłane, więc nic już nie zmienię - i dobrze, bo ostatnio mam tendencję do psucia obrazków. Trzeba wiedzieć, kiedy przestać - a ja nie zawsze potrafię się powstrzymać.
Co do "mojego" małżeństwa - zacznę od końca. Co uważam za najważniejsze w tego rodzaju pracach? Ponieważ postać, sylwetka, jest tylko nośnikiem, wobec tego priorytet to skupienie się na okolicznościach towarzyszących - sposobie ubierania się, otoczeniu i pozie osób "portretowanych". Dobre uchwycenie w ruchu ma pierwszoplanowe znaczenie.
Gest musi opowiadać o malowanych ludziach.
I tu mi się udało (przypomnę - potwierdzone przez Szanowną Zleceniodawczynię, która uznała, że wręcz mam intuicyjny dar).
Mężczyzna - w dumnej niemal pozie, czekający, ale też i wymagający.
I Ona.
Zwiewna, kobieca, pewna siebie.
Sukienka w naturze ma piękniejszy, ultramarynowy kolor, lekko ją pocieniowałam.
Czerwone szpilki, rękawiczki z bransoletką z kwiatem.
I ich dłonie.
Niebo, żeby nie było mdłe i płaskie, składa się w istocie z paru błękitów, dodałam też chmurki, przełamujące jednolitość płaszczyzny, a jednocześnie dodające dynamiki.
Obrazy mogą wisieć zetknięte albo w jakiejś odległości od siebie - to już zależy od obdarowanych.
Jak pisalam wcześniej, nie brnęłam w wyobrażenie kuli ziemskiej, tylko dodałam drzewa i zarośla na linii horyzontu. Wszystkie barwy są złożone, żeby uniknąć efektu wycinanki.
No dobra - dość gadania.
Proszę bardzo - oto moja para.
Jak Państwo widzą, splecione korony łączą oba obrazki, jeśli ktoś chce, mogą mieć znaczenie symboliczne. Kulisty kształt zachowałam, cieniowanie również się kontynuuje.
Teraz pozostaje mi czekać na obiecany odzew, jak spodobał się prezent.
Jestem strasznie ciekawa!
wtorek, 20 sierpnia 2013
Szewc bez butów chodzi czyli pogaduchy o wyglądzie
Zbliża się jesień (zacznę znienacka), co mnie bardzo cieszy, gdyż lato jest dla mnie porą roku postawioną na głowie. Słoneczne dni i upały wydają mi się takie...niepolskie, poza tym wcale nie kusi mnie ani opalanie, ani noszenie sukienek, ani nawet wakacje. Żyję wówczas jakby w zawieszeniu.
Jakoś tak się składa, że (w tym roku szczególnie) lato obfituje we wciąż nowe zlecenia, poza tym nie ma jak urlop we wrześniu czy nawet październiku (bo np. kąpiele w jeziorze już w ogóle przestały być dla mnie atrakcyjne).
Wreszcie jesień oznacza dla mnie czas wzmożonej mobilizacji - lipiec i sierpień naznaczony jest moją rozlazłością w sensie wyglądu (i diety) i ogólnym oszołomieniem, prawdopodobnie wywołanym zbyt intensywnymi kolorami i światłem.
Tak więc mimo prawie 45ciu wiosen na karku jakoś silniej teraz, niż w zeszłych latach, uświadomiłam sobie, że ciągle jestem "kobietą przed".
Wciąż ubieram się w sposób pozbawiony stylu (wolny zawód czyt. mało wyjść do ludzi się dokłada) - czyli dżinsy, bluza lub podkoszulek i tenisówki/adidasy (a szafka na buty pęka od obcasów).
No właśnie - obcasy. Nie nauczyłam się w nich poruszać, kiedy był po temu naturalny czas (młodość) i teraz miewam epizody, kiedy postanawiam wszystko zmienić, chodzę na spacery w szpilkach, żeby jednak udowodnić sobie, że można.
Ale jedna wyprawa na miasto w niewygodnym, co tu dużo mówić, obuwiu, i już mam dosyć, a pepegi (jedyna para) znów wędrują naszykowane do włożenia.
Jednocześnie nie jestem z tego wszystkiego zadowolona - pomijając już fakt, że maluję wiele obrazów z pięknymi i powabnymi "panienkami", to jeszcze, jako artystka, chciałabym choć troszkę na nią wyglądać.
Mam za sobą zryw związany z wernisażem - niestety, było, minęło.
Ciuchy zostały, ale na większą okazję - a na codzień znowu zwykłe portki i dzianinowa góra.
Przyznam się teraz do czegoś - otóż moim ulubionym programem jest "Jak się nie ubierać". Wojtek mówi, że nie rozumie, po co to oglądam - "Justysiu, przecież wiesz doskonale, jak się nie ubierać - robisz to wciąż".
Prawda.
Kwintesencją mojego braku stylu jest ubiorek domowy - dres, a na spacery (teraz bez psów) kapelutek bawełniany czarny. Nie przejmuję się, bo wychodzę, kiedy jest ciemno - pierwszy raz dla złapania pomysłu na obraz, drugi - dla ukoronowania roboty.
Poza tym dzięki temu mam okazję, żeby pachnieć tym, czego w domu Wojtek nie trawi.
Ostatnio na mojej dłoni niemal co wieczór pojawia się Vierges et Torreros (Dziewice i Torreadorzy) Etat Libre - woń skóry i tuberozy z metaliczną nutą, duża moc.
Bardzo też opuściłam się w formie. Leczę nadczynność tarczycy, biorąc proszki, które powodują skłonność do tycia - i nie wiedzieć kiedy 5 kilo mi przybyło. Wcześniej, dzięki chorobie, mogłam wcinać, co sobie tylko zamarzę i chudłam - złe nawyki pozostały, a sytuacja się zmieniła.
Na szczęście wzięłam się za siebie - i (od niedawna co prawda) trzymam dietę oraz - co dla mnie niebywałe - ruszam się. Rezultatów jeszcze nie ma...chyba.
Nie biegam - gdyż wg mnie rurki w środku i narządy są pozawieszane i poprzyczepiane (jak w instalacji) i lepiej tego porządku nie nadwyrężać. Za to szybki marsz, godzinny - w sam raz. Tym bardziej, że szczęśliwie mieszkam tuż pod Łazienkami, leżącymi na dodatek na skarpie, więc zmachać się można fest.
Wierzyłam w wagę. Dopóki nie pokazała, że ważę mniej po obiadku i kawie.
Zdesperowana poszłam do Euro AGD, z zamiarem wydania paru groszy na przyrząd obiektywny i nowoczesny, elektroniczny. Tam panienka zdradziła mi, jak wybrać wagę. Należy ustawić parę i porównać wyniki - powinny być takie same, oczywiście. Szczególnie, jeśli wyprodukowała je jedna firma.
I uwierzcie, nie spotkałam ani jednej wagi, która pokazywałaby wiarygodny wynik - czyli odpowiednio większy z torbą z dużą wodą mineralną. O ile bez torby znalazłam dwie, na których okienku ukazał się zastraszająca liczba (ta sama), o tyle po objuczeniu pakunkiem z wodą cyferki różniły się.
Odeszłam z niczym, zagubiona, bez oparcia.
Wracając do programu Jak się Nie Ubierać - wczorajszy bardzo mi dał do myślenia. Zasada, na której zbudowany jest każdy odcinek - bliscy czy znajomi zgłaszają nie wiedzącą o niczym osobę, którą uważają za źle się ubierającą. Przez tydzień, z ukrycia, śledzi ją kamera, filmując błędy.
Potem następuje zaskoczenie - ofiara dowiaduje się, że kandyduje do udziału w programie, i jeśli zgodzi się w nim wystąpić, oznacza to dla niej, że :
- musi przywieźć do prowadzących swoje ciuchy
- zgodzić się je wyrzucić (nawet wszystkie)
- dostaje czek na 5000 dolarów i pod kierunkiem stylistów wybiera nowe ubrania
- w obroty bierze ją fryzjer i makijażystka
- prezentuje się, będąc PO (przemianie) swoim znajomym, szczególnie tym, którzy uznali ją za beznadziejnie wyglądającą.
Tym razem panią PRZED była kobieta w wieku 51 lat, zgłosiły ją córki, którym podbierała ciuchy, sama zaopatrując się wyłącznie w sklepach z młodzieżowymi ubraniami, najlepiej krzykliwymi, skręcającymi stylowo mocno w kierunku lat 80tych.
Mary bała się postarzyć, uważała, że ubrania noszone przez osoby w jej wieku są nudne, smutne i dodające lat, skrytykowała wszystko - włącznie z wyglądem prowadzących Stacey i Clintona (którzy noszą się świetnie, nawiasem mówiąc).
Słowem - kluczem było "ubierać się stosownie do wieku" (Mary lubowała się w szortach i miniówkach, najlepiej błyszczących). Przy tym propozycje ani nie były nudne, ani postarzające.
Tylko Mary coraz bardziej nieszczęśliwa.
Chowała się za swoimi ubraniami, za okropnym makijażem, hippisowską fryzurą.
A kiedy zaczęła naprawdę pięknie wyglądać - nie mogła na siebie patrzeć.
Stacey i Clinton nie wiedzieli, co począć. Pierwszy raz spotkali się z taki przypadkiem. Przecież program miał uszczęśliwić wybraną osobę. W związku z tym wezwali Mary i oświadczyli, że w drodze wyjątku nie wyrzucą jej ubrań - przytachali walizy pełne różowych motylków i cekinowych spodenek i powiedzieli : "Proszę. Możesz je zabrać i oddać nam nowe ubrania".
Mary nie odzywała się przez dłuższą chwilę.
Przestępowała z nogi na nogę.
Ale - nie wróciła do różowości.
Oznajmiła, że będzie nad sobą pracować, chociaż doda co nieco od siebie.
A co ja chowam za swoim bezwiekowym i bezstylowym ubiorem? Może chcę się jednak odmłodzić?
Gustaw, zobaczywszy mnie ostatnio znowu w dżinsach, stwierdził "Wyglądasz całkiem jak mężczyzna".
I chociaż nie mogę powiedzieć, żebym czuła się ze sobą źle, coś mi przeszkadza...
Chyba nie wymyślę, co.
Chyba powinnam to poczuć.
Liczę na to, że im bliżej jesieni i dbania o formę, tym łatwiej przyjdzie mi zmiana.
Na którą, w przeciwieństwie do "panienek", nie mam pomysłu.
A może tylko tak sobie mówię - a pomysł by się znalazł, tylko mi się zwyczajnie nie chce?
Nie rozumiem tego.
W zasadzie nigdy nie było inaczej.
PS. Na drzwiach do kamienicy zawisła kartka :
"Uwaga! W piątek zbiórka odzieży dla potrzebujących".
Przyłożyłam się!
Jakoś tak się składa, że (w tym roku szczególnie) lato obfituje we wciąż nowe zlecenia, poza tym nie ma jak urlop we wrześniu czy nawet październiku (bo np. kąpiele w jeziorze już w ogóle przestały być dla mnie atrakcyjne).
Wreszcie jesień oznacza dla mnie czas wzmożonej mobilizacji - lipiec i sierpień naznaczony jest moją rozlazłością w sensie wyglądu (i diety) i ogólnym oszołomieniem, prawdopodobnie wywołanym zbyt intensywnymi kolorami i światłem.
Tak więc mimo prawie 45ciu wiosen na karku jakoś silniej teraz, niż w zeszłych latach, uświadomiłam sobie, że ciągle jestem "kobietą przed".
Wciąż ubieram się w sposób pozbawiony stylu (wolny zawód czyt. mało wyjść do ludzi się dokłada) - czyli dżinsy, bluza lub podkoszulek i tenisówki/adidasy (a szafka na buty pęka od obcasów).
No właśnie - obcasy. Nie nauczyłam się w nich poruszać, kiedy był po temu naturalny czas (młodość) i teraz miewam epizody, kiedy postanawiam wszystko zmienić, chodzę na spacery w szpilkach, żeby jednak udowodnić sobie, że można.
Ale jedna wyprawa na miasto w niewygodnym, co tu dużo mówić, obuwiu, i już mam dosyć, a pepegi (jedyna para) znów wędrują naszykowane do włożenia.
Jednocześnie nie jestem z tego wszystkiego zadowolona - pomijając już fakt, że maluję wiele obrazów z pięknymi i powabnymi "panienkami", to jeszcze, jako artystka, chciałabym choć troszkę na nią wyglądać.
Mam za sobą zryw związany z wernisażem - niestety, było, minęło.
Ciuchy zostały, ale na większą okazję - a na codzień znowu zwykłe portki i dzianinowa góra.
Przyznam się teraz do czegoś - otóż moim ulubionym programem jest "Jak się nie ubierać". Wojtek mówi, że nie rozumie, po co to oglądam - "Justysiu, przecież wiesz doskonale, jak się nie ubierać - robisz to wciąż".
Prawda.
Kwintesencją mojego braku stylu jest ubiorek domowy - dres, a na spacery (teraz bez psów) kapelutek bawełniany czarny. Nie przejmuję się, bo wychodzę, kiedy jest ciemno - pierwszy raz dla złapania pomysłu na obraz, drugi - dla ukoronowania roboty.
Poza tym dzięki temu mam okazję, żeby pachnieć tym, czego w domu Wojtek nie trawi.
Ostatnio na mojej dłoni niemal co wieczór pojawia się Vierges et Torreros (Dziewice i Torreadorzy) Etat Libre - woń skóry i tuberozy z metaliczną nutą, duża moc.
Bardzo też opuściłam się w formie. Leczę nadczynność tarczycy, biorąc proszki, które powodują skłonność do tycia - i nie wiedzieć kiedy 5 kilo mi przybyło. Wcześniej, dzięki chorobie, mogłam wcinać, co sobie tylko zamarzę i chudłam - złe nawyki pozostały, a sytuacja się zmieniła.
Na szczęście wzięłam się za siebie - i (od niedawna co prawda) trzymam dietę oraz - co dla mnie niebywałe - ruszam się. Rezultatów jeszcze nie ma...chyba.
Nie biegam - gdyż wg mnie rurki w środku i narządy są pozawieszane i poprzyczepiane (jak w instalacji) i lepiej tego porządku nie nadwyrężać. Za to szybki marsz, godzinny - w sam raz. Tym bardziej, że szczęśliwie mieszkam tuż pod Łazienkami, leżącymi na dodatek na skarpie, więc zmachać się można fest.
Wierzyłam w wagę. Dopóki nie pokazała, że ważę mniej po obiadku i kawie.
Zdesperowana poszłam do Euro AGD, z zamiarem wydania paru groszy na przyrząd obiektywny i nowoczesny, elektroniczny. Tam panienka zdradziła mi, jak wybrać wagę. Należy ustawić parę i porównać wyniki - powinny być takie same, oczywiście. Szczególnie, jeśli wyprodukowała je jedna firma.
I uwierzcie, nie spotkałam ani jednej wagi, która pokazywałaby wiarygodny wynik - czyli odpowiednio większy z torbą z dużą wodą mineralną. O ile bez torby znalazłam dwie, na których okienku ukazał się zastraszająca liczba (ta sama), o tyle po objuczeniu pakunkiem z wodą cyferki różniły się.
Odeszłam z niczym, zagubiona, bez oparcia.
Wracając do programu Jak się Nie Ubierać - wczorajszy bardzo mi dał do myślenia. Zasada, na której zbudowany jest każdy odcinek - bliscy czy znajomi zgłaszają nie wiedzącą o niczym osobę, którą uważają za źle się ubierającą. Przez tydzień, z ukrycia, śledzi ją kamera, filmując błędy.
Potem następuje zaskoczenie - ofiara dowiaduje się, że kandyduje do udziału w programie, i jeśli zgodzi się w nim wystąpić, oznacza to dla niej, że :
- musi przywieźć do prowadzących swoje ciuchy
- zgodzić się je wyrzucić (nawet wszystkie)
- dostaje czek na 5000 dolarów i pod kierunkiem stylistów wybiera nowe ubrania
- w obroty bierze ją fryzjer i makijażystka
- prezentuje się, będąc PO (przemianie) swoim znajomym, szczególnie tym, którzy uznali ją za beznadziejnie wyglądającą.
Tym razem panią PRZED była kobieta w wieku 51 lat, zgłosiły ją córki, którym podbierała ciuchy, sama zaopatrując się wyłącznie w sklepach z młodzieżowymi ubraniami, najlepiej krzykliwymi, skręcającymi stylowo mocno w kierunku lat 80tych.
Mary bała się postarzyć, uważała, że ubrania noszone przez osoby w jej wieku są nudne, smutne i dodające lat, skrytykowała wszystko - włącznie z wyglądem prowadzących Stacey i Clintona (którzy noszą się świetnie, nawiasem mówiąc).
Słowem - kluczem było "ubierać się stosownie do wieku" (Mary lubowała się w szortach i miniówkach, najlepiej błyszczących). Przy tym propozycje ani nie były nudne, ani postarzające.
Tylko Mary coraz bardziej nieszczęśliwa.
Chowała się za swoimi ubraniami, za okropnym makijażem, hippisowską fryzurą.
A kiedy zaczęła naprawdę pięknie wyglądać - nie mogła na siebie patrzeć.
Stacey i Clinton nie wiedzieli, co począć. Pierwszy raz spotkali się z taki przypadkiem. Przecież program miał uszczęśliwić wybraną osobę. W związku z tym wezwali Mary i oświadczyli, że w drodze wyjątku nie wyrzucą jej ubrań - przytachali walizy pełne różowych motylków i cekinowych spodenek i powiedzieli : "Proszę. Możesz je zabrać i oddać nam nowe ubrania".
Mary nie odzywała się przez dłuższą chwilę.
Przestępowała z nogi na nogę.
Ale - nie wróciła do różowości.
Oznajmiła, że będzie nad sobą pracować, chociaż doda co nieco od siebie.
A co ja chowam za swoim bezwiekowym i bezstylowym ubiorem? Może chcę się jednak odmłodzić?
Gustaw, zobaczywszy mnie ostatnio znowu w dżinsach, stwierdził "Wyglądasz całkiem jak mężczyzna".
I chociaż nie mogę powiedzieć, żebym czuła się ze sobą źle, coś mi przeszkadza...
Chyba nie wymyślę, co.
Chyba powinnam to poczuć.
Liczę na to, że im bliżej jesieni i dbania o formę, tym łatwiej przyjdzie mi zmiana.
Na którą, w przeciwieństwie do "panienek", nie mam pomysłu.
A może tylko tak sobie mówię - a pomysł by się znalazł, tylko mi się zwyczajnie nie chce?
Nie rozumiem tego.
W zasadzie nigdy nie było inaczej.
PS. Na drzwiach do kamienicy zawisła kartka :
"Uwaga! W piątek zbiórka odzieży dla potrzebujących".
Przyłożyłam się!
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
Dzień i noc z Panią i Panem
Drodzy Czytelnicy.
Terminy gonią, więc cały dzień spędziłam nad obrazkami (z wyjątkiem przetestowania nowych perfum Comme des Garcons i marszobiegu).
Ostatnio moja para tańczyła na kuli ziemskiej i zastanawiałam się, co dalej.
W myśl zasady "Najpierw rób to, co wiesz na pewno", nadałam podłożu zielony, lekko przygaszony, ale wesoły kolor.
Na zdjęciu uchwyciłam obrazek z refleksami świetlnymi.
W końcu wkleję efekt finalny, gdzie i tak się wszystko wyda.
No to co z tą ziemią? Kombinowałam i kombinowałam i doszłam do wniosku...że nic. Nie będę specjalnie podkreślać "ziemskości", bo raz, że to trąci nachalną symbolika, po drugie musiałabym obyć się bez szczegółów, jakże ozdobnych, w postaci np. drzewa
Namalowałam niebieską sukienkę (pewien archetyp w męskich wspomnieniach), rękawiczki a la Rita H. z bransoletką z kwiatem - pani ożyła.
I tak pracowałam, aż nagle, niespodziewanie, zaczęło się ściemniać.
Drzewo, które kontynuuje się na obu obrazkach (spleciona, wspólna korona), jeszcze jest bezlistne - tutaj postanowiłam nie eksperymentować przy żarówce.
Jutro mam zamiar skończyć - wszystko już obmyślone.
Podobno (wiem to od osoby znającej "moje" małżeństwo) udało mi się uchwycić "ducha" tych ludzi.
Oczywiście to dodało mi skrzydeł.
Przydadzą się.
Terminy gonią, więc cały dzień spędziłam nad obrazkami (z wyjątkiem przetestowania nowych perfum Comme des Garcons i marszobiegu).
Ostatnio moja para tańczyła na kuli ziemskiej i zastanawiałam się, co dalej.
W myśl zasady "Najpierw rób to, co wiesz na pewno", nadałam podłożu zielony, lekko przygaszony, ale wesoły kolor.
Na zdjęciu uchwyciłam obrazek z refleksami świetlnymi.
W końcu wkleję efekt finalny, gdzie i tak się wszystko wyda.
No to co z tą ziemią? Kombinowałam i kombinowałam i doszłam do wniosku...że nic. Nie będę specjalnie podkreślać "ziemskości", bo raz, że to trąci nachalną symbolika, po drugie musiałabym obyć się bez szczegółów, jakże ozdobnych, w postaci np. drzewa
Namalowałam niebieską sukienkę (pewien archetyp w męskich wspomnieniach), rękawiczki a la Rita H. z bransoletką z kwiatem - pani ożyła.
I tak pracowałam, aż nagle, niespodziewanie, zaczęło się ściemniać.
Drzewo, które kontynuuje się na obu obrazkach (spleciona, wspólna korona), jeszcze jest bezlistne - tutaj postanowiłam nie eksperymentować przy żarówce.
Jutro mam zamiar skończyć - wszystko już obmyślone.
Podobno (wiem to od osoby znającej "moje" małżeństwo) udało mi się uchwycić "ducha" tych ludzi.
Oczywiście to dodało mi skrzydeł.
Przydadzą się.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























