WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

piątek, 7 września 2012

"Życzę miłego dnia"

Po odprowadzeniu synka wciąż nie mogłam się rozbudzić i czarno widziałam malowanie w dzień.
Ile można pić kaw?
Jest coś, co działa lepiej- śmiech. Wojtek jakiś czas temu zmienił w Orange'u abonament- wybrał droższy, z nieograniczoną ilością minut do wygadania. Tymczasem w punkcie obsługi klienta pan, o oczach jak jaja sadzone, pomyłkowo przypisał abonament tańszy, ale z limitem czasowym.
Oczywiście W. myśląc, że może rozmawiać przez telefon bez ograniczeń, szybko wyczerpał darmowy zapas.
I przyszedł rachunek.
Nie będę już wdawać się w szczegóły, ilu konsultantom musiał tłumaczyć, co się stało, ile wyczekiwać aż zwolni się linia, słuchając elektronicznego Mozarta - wreszcie dowiedział się, że w Orange'u myślą, co z tym zrobić i zawiadomią pisemnie.
I przyszedł list, pisany przez kogoś, kto miał kulturalne ambicje, sformułowany w języku wytworno- urzędowym. Zaczynał się od słów "Miło nam przekazać..." "...że w ramach Pana satysfakcji odstępujemy od negatywnego rozliczenia"
W ramach satysfakcji!
Jakby rezygnowali z pojedynku.
W. powiedział, że może odstapić od skopania im dupy.
"Ależ Wojtek, tak nie wypada - przynajmniej wybierz jakąś broń" wtrąciłam.
"Noga obuta w trzewik".
Pod pismem podpisał się, nic nie wiedzący, pan Dominik P. "pozostając z szacunkiem".

Pamiętam, jak użerałam się z człowiekiem "z tamtej strony słuchawki", który mnie, jako klientce jednego z banków proponował super kartę kredytową, biorąc pod włos zwrotami typu "tyle samo wydając, może mieć pani więcej pieniędzy". Wiłam się, jak piskorz, zbywając gościa, który znowu dzwonił z zapytaniem, czy już mogą mi wysyłać kartę- bezpłatną.
Wreszcie zdesperowana powiedziałam, że nie skorzystam z żadnej oferty.
"Ale...dlaczego, czy mogę wiedzieć?"
Olśniło mnie.
"Widzi pan... Pytałam o radę męża, a on się ucieszył i powiedział, że jak będę mieć złotą kartę kredytową, to przestanie mi dawać pieniądze. Czy teraz pan rozumie? Nie mogę podcinać gałęzi, na której siedzę"
"Och, no rzeczywiście, rozumiem...bardzo mi przykro...życzę miłego dnia" powiedział speszony, nie wiedząc, jak zareagować.

Więc- zdradzę, że kiedy słyszę "miłego dnia", mam ochotę coś brzydkiego powiedzieć. Drażni mnie to wyrażenie.
Kojarzy mi się - wybitnie subiektywnie- jakoś tak kelnersko- służalczo, obrzydliwie gładko, akwizytorsko.
Pomyślałabym może, że grubo przesadzam, ale na szczęście W. czuje zupełnie tak samo.

A jednak- udało mi się malować w dzień, i to jak! ale o tym w następnym odcinku. Może jeszcze dziś.
Inspiracją był mój stary obrazek. I flakon Lou Lou Cacharela.


Pozostaję z szacunkiem - Justyna Neyman

czwartek, 6 września 2012

Maleńkie wyjaśnienie

Nie przypuszczałam, że dla mnie- sowy z natury, pójście Gucia do przedszkola będzie oznaczać istotną zmianę- po kilku dniach odprowadzania synka na ósmą po prostu wieczorem odpadam.
Dziś nie jestem w stanie już niczego zrobić, poza przewróceniem się do łóżka, a przecież nieprzyzwoicie wczesna godzina- tuż po 22giej.
Dlatego muszę zacząć pisać i malować, kiedy Go nie ma.
Na razie załatwiałam sprawy ogranizacyjne, ale jutro już zostaję w domu.
Sama jestem ciekawa, czy i jak zmieni się moje malowanie, kiedy aktywność przeniosę na dzień.

Teraz już dobranoc- ...


Z tyłu- pani Mirella. Prawda, że zwyczajna?

PS. Pani dyr. bardzo chętnie włączy do zajęć inne rodzaje muzyki- w tym klasyczną.
I w ogóle dobrze jest.

poniedziałek, 3 września 2012

Transformacja

Jestem, jak mówi Gucio "rozładowana" i to do tego stopnia, że nie wiem, czy uda mi się wrócić do formy sprzed poniedziałku.
Dziś pierwszy dzień w życiu Gustawa, kiedy został oficjalnie wpleciony w blisko dwudziestoletni kierat, kończący się wraz ze studiami (ewentualnie). Wzięłam torbę z ubrankami i piżamką- wszystko podpisane, Gustaw plecak z ulubionym misiem i wyszliśmy. Ja- bardzo przejęta- On- wcale.


"Nasza pani" przedszkolanka, dowodząca grupą Pszczółek, nosi imię Mirella (a nie wygląda). W sali zgromadziły się dzieci i rodzice, nie będący w stanie szybko zostawić pociech. Jak i ja...
Niektórzy mieli nawet błyszczące oczy i zaczerwienione nosy, wycierane ukradkiem. Każdy przedszkolak dostał nalepkę z imieniem, po czym p. Mirella zdecydowanie poprosiła dorosłych o wyjście.
Rzuciłam okiem na harmonogram zajęć- większość czasu zajmuje przygotowanie do posiłków, sprzątanie po nich a potem odpoczywanie. Wczasowy dryl- śniadanie 8.30, obiad 12, podwieczorek 14.30.


Jeszcze nie minęło mi wzruszenie, kiedy zobaczyłam ponurego majstra wchodzącego, jak ja, do sklepu spożywczego.Ponieważ za moment miał on u nas rozpocząć dzieło zniszczenia, ciekawa byłam, w jakiej kondycji się znajduje- czyli co kupi.
Zaskoczył mnie.
Nie piwo, nie wódka ani żaden alkohol, ani bułki, tylko najmocniejsza guma Wrigley's Spearmint. Profesjonalista.

W mieszkaniu już  poodsuwaliśmy meble i wówczas okazało się, że wszyscy przechodzą między szafami poza brzuchem Wojtka.
 Właściwie nie mam co narzekać- specjalnie nie nabałaganili. Wreszcie na stanowisku został sam murarz i malarz w jednym, rachityczny młodzieniec o nieobecnym spojrzeniu.

Poszłam do pokoju obok rozpakować przesyłkę- perfumy z Dubaju, z "linii ekskluzywnej". Mimo, że widziałam "flakon" na zdjęciu, jego wygląd na żywo bardzo mnie zaskoczył. Co spojrzałam- nie mogłam opanować śmiechu.


Przypomniałam sobie, z czym mi się kojarzy- diademy z odpustu w Ryczywole. Albo pierścionki.

Nagle usłyszałam wołanie murarza- "Proszę pani! Proszę pani...! Kupa!". Tym razem Max nabrudził.. Monstrualny okaz. Fachowiec okazał się człowiekiem wrażliwym, nie zniósł widoku sprzątania (i pewnie też zapachu kupy zmieszanego z perfumami z Dubaju) i wyszedł na zewnątrz. Przez otwarte okno słyszałam, jak się skarży ponuremu majstrowi, który namawiał go, by już nie wracał pod dziewiątkę. Ale nie posłuchał.

Tymczasem, ledwo wyszedł, musiałam lecieć po Gustawa. Czekałam grzecznie przed salą, aż pani Mirella uzna Go gotowym do wyjścia. Drzwi się uchyliły- a On jakby mnie nie zauważył.
"Czuję się jak stara baba" powiedział niskim głosem "Jestem rozładowany" - ale w drodze powrotnej się rozcmuchał. Na pytanie, czy spał (leżakował) odpowiedział, że On nie- tylko misio.

Resztę dnia usiłowałam doprowadzić dom do użytku, za to pracownię- przeistoczyć. Zerwać wykładzinę, przemeblować i moje ulubione zajęcie- selekcja wszystkiego.
Oto stan- przed i po.




Nawet kulki w zegarze zaczęły się kręcić. I znalazłam śmieszny- ale super podobny portret przyjaciółki, mojego autorstwa. Z dawnych czasów.
Pamiętam- jak zobaczyła obraz, zapytała z niedowierzaniem i bezradnością w głosie "Ja tak wyglądam?"- a wszyscy uczestnicy pleneru chórem odrzekli 'TAK".


Na szczęście jutro nie przychodzi nikt do demolki- aż do połowy września mamy spokój. Wtedy zacznie się rozkuwanie ścian -  wymiana pionów kanalizacyjnych.
Teraz nawet nie wydaje mi się to straszne. Nie odwykłam od porządków. Ale to się rychło zmieni.

sobota, 1 września 2012

Zemsta marsowego obrazka

Dziś- nudno.

To znaczy... nie do końca... poniosłam uszczerbek na zdrowiu, bo wychodząc przed południem z psami postanowiłam sięgnąć do skrzynki pocztowej po kopertę z próbkami perfum, a zapomniałam kluczyka. Ponieważ mam drobną dłoń, wydawało mi się, że bez trudu sobie poradzę- już, już, chwytałam rąbek przesyłki, pchałam więc łapę coraz głębiej i co prawda w dwóch paluszkach, jak w obcęgach, miałam róg koperty, ale jednocześnie nie mogłam wyjąć ręki z blaszanej szpary.
Wtedy zobaczyła mnie pani z administracji z sąsiadką, której bardzo nie lubię- nigdy powaznie mnie nie traktuje. Gawędząc schodziły sobie ze schodów, umilkły na mój widok.

Tak więc tkwiłam z ręką w metalowej szczelinie, myśląc gorączkowo, czy mówić dzień dobry, czy może dla niepoznaki pogwizdywać? Ale nie zrobiłam nic poza typowym błędem- czyli przybraniem poważnej miny.
A wszystko dlatego, że nie chciało mi się pójść piętro wyżej po kluczyk.
Jeszcze do niedawna miałam na wierzchu dłoni czerwony ślad- jakby wgłębienie, ale znikło.
Zresztą na lewej- czyli nie malującej, to nic.

Tymczasem mój niby skończony obrazek, okazuje się, wymaga mrówczej pracy w okularach i za pomocą najcieńszego pędzelka.
A wszystko przez palnik do spawania metalu- przenikanie się turkusu z szafirem nie daje mi spokoju.
Jednocześnie powstrzymuję się od rewolucyjnych zmian, bo latarnie całkiem znikną.


Aczkolwiek już jest wiele bardzo interesujących momentów. Ale to jeszcze nie to.
Gdyby jeszcze udało mi się zdążyć przed poniedziałkiem, zanim nadejdzie apokalipsa CO.

Zastanawiam się też, jak wyczyścić jasnoszare spodnie- bo dół nogawek mam w czerwieni z powyższego obrazka. Poprosiłam znajomą, żeby smsowo dała mi kopa do malowania - i w tej samej chwili, zamiast wycisnąć odrobinę farby z tubki, wypuściłam połowę zawartości w postaci wytrysku, jak mi się wydawało, tylko na ceratę na stole. Nawet się cieszyłam, że nic się nie ubrudziło.
Niestety- z niewidocznej krawędzi stołu czerwień niepostrzeżenie skapała mi glutami na brzeg nogawki, a że splatam nogi podczas siedzenia- to od kolan w dół jestem w cynobrowym sosie.
A jeszcze mam wyjść z psami. Nie chce mi się przebierać. Najwyżej, jeśli kogoś spotkam, zrobię minę "ale o co chodzi? nic o tym nie wiem"

Ale obrazek dobrze się zapowiada.

piątek, 31 sierpnia 2012

Nieszczęścia chodzą parami

Dzień zaczął się gwałtownie- przed ósmą rano w drzwi załomotali panowie majstrowie, oznajmiając, że za kwadrans wchodzą robić piony centralnego ogrzewania i mamy przestawić szafę i odsunąć łóżko.

Szafa jest zapełniona książkami w dwóch rzędach, a wersalka wciśnięta na styk w kąt pod oknem.
Istniało więc przypuszczenie, że:
1) nie da się tego zrobić
2) jeśli się da, drzwi nie będą się otwierać i ekipa i tak nie wejdzie.
Nadludzkim wysiłkiem dokonaliśmy tego czynu, połowę mebli wynosząc przez przechodnią kuchnię do małego pokoju (czyli pracowni i sypialni Gucia- rozmiar 2 na 3 metry).
Przypomnę, ze całe nasze mieszkanie - 2 pokoje, kuchnia i łazienka, ma 28,5 metra.

Zostało tylko miejsce do siedzenia przy laptopie i puf dla Gustawa. Łazienkę zajęły psy, ale i tak nadpobudliwy Max, który zawsze lubi mieć zgromadzonych domowników w jednym miejscu i kontrolować sytuację, latał w tę i z powrotem- a to kawał kundla, waży 37 kg, wygląda jak skrzyżowanie kozy z dzikiem.
A Aza za nim.
Kiedy zaczęło się wiercenie stropów i cięcie rur, tak się biedna przeraziła, że posadziła na środku wielką kupę, tuż obok pana spawającego, który leżał na boku i robił dziurę w podłodze i jak prawdziwy profesjonalista nawet nie dał po sobie poznać, że się coś stało.
Gucio cały czas asystował majstrom, bez przerwy zadając kłopotliwe pytania w rodzaju "dlaczego pany są stare i zakurzone?".

Udało mi się na chwilę zaszyć, w wydawało mi się, bezpiecznym miejscu w małym pokoju. Przystąpiłam do odpowiadania na komentarze w blogu, aż tu nagle przeciąg gwałtownie zamknął drzwi, duża dykta na półce pod sufitem (za którą wisiał święty obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem) straciła równowagę i spadła, strącając mi na głowę wielką donicę o średnicy 20 cm ze świeżo podlanym kwiatkiem. Donica rozpękła mi się na czaszce, a wszystko wokół wyglądało jak po wybuchu torfowiska.
Ziemia na klawiaturze, obrazach- w tym pejzażu z latarniami i oczywiście na wykładzinie.
Krzyknęłam bardziej z przerażenia niż bólu, bo uderzenie zamortyzował kucyk. Tak więc nie zobaczyłam gwiazd ani sześcioliczbowego ciągu cyfr (jak sugerował Wojtek) i - zdumiewające- nic a nic mi się nie stało.
I nie spadł żaden z flakoników perfum.
Tylko gipsowy aniołek z początku XXgo wieku przesunął się niebezpiecznie do krawędzi- mało brakowało, a poprawiłby uderzenie.

Tymczasem trzeba było lecieć na integracyjną zabawę na przedszkolnym placu zabaw, gdzie już od poniedziałku będzie chodził Gucio. Kiedy dotarliśmy na miejsce, trwał zbiorowy dziecięcy entuzjazm przy zabawie w kółku.
Gustaw od razu się urwał, bo wypatrzył w głębi placu domki dla dzieci. Z zapałem otwierał i zamykał drzwi i okienka, a kiedy Go usiłowałam wdrożyć w zabawę, wyczekał moment, kiedy nikogo nie było przy sprzęcie grającym i skradał się, aby wyłączyć muzykę ("Mamusiu, ja nie lubię, jak jest tak głośno").
Nic dziwnego- było nie tylko glośno, ale i chamsko. Inaczej nie mogę nazwać dziecinnego disco polo, z prostackim rytmem liczonym na dwa, oczywiście. Na dodatek, jeśli ktoś nie wierzy, że może być coś gorszego od disco polo - otóż może być, jeśli śpiewane jest  głosami typu smerfy.
Na szczęście nie był jedynym dzieckiem nie podzielającym radości z zabaw grupowych - z zadowoleniem zauważyłam, że dołączył do paru outsiderów ze zmarszczonymi brwiami.
Moje biedne dziecko od poniedziałku będzie się na codzień stykać z prostactwem tego świata. Ciekawa jestem, czy ktokolwiek wpadnie tam na pomysł, żeby zaznajomić maluchy z muzyką poważną. Dlatego muszę wzmóc wysiłki wychowawcze, żeby Gucio ponasiąkał trochę muzyką prawdziwą. U nas na szczęście dużo słucha się jazzu, rocka i soulu.
Wszechobecny w zabawkach plastik i byle jakie kolory uświadamiają mi, że idea Montessori, gdzie dzieciaki przebywają wśród przedmiotów z pomysłem, ma sens.
Ale czemu ja się przeciwstawiam, skoro nawet w ubrankach dla dziewczynek obowiązuje róż- i to jego najbrzydsza odmiana a la Barbie. A przecież róż różowi nierówny, i nawet, jeśli Mamy chcą się go trzymać, nie dostają żadnej propozycji innej, niż ten jeden jedyny wstrętny odcień.

Po powrocie rzuciłam okiem na umyty z błota wczorajszy pejzaż i- niestety! Wymaga jeszcze dużo pracy. Niezbędna będzie szczególna odmiana błękitu, który mi się skończył. Pojechałam więc na Mazowiecką -  zagłębia dla plastyków- a tu wszystko pozamykane.

Zgnębiona wróciłam do domu, który zamiast być azylem, jest przewrócony do góry nogami. Na stole leży sterta książek, bo "pany" sobie poszły o 16stej, zostawiając porozwalane dziury na wylot do mieszkań na górze i na dole -  murarz będzie w poniedziałek. Tak więc wszystko, co miało sens to dosunąć puste meble na tyle, żeby się dawało w miarę funkcjonować.
Ale Gustawowi to zamieszanie się podoba. Szczególnie palniki i iskry. Podał nawet rączkę na do widzenia szefowi ekipy, ponuremu typowi o wyglądzie przestępcy, który nosił tatuaż na przedramieniu. Bardzo dziwny tatuaż- bo nie gołą babę ani inicjały, tylko pieska- pekińczyka, jak z kreskówek, o idiotycznym spojrzeniu. Zagadniety o tatuaż żachnął się tylko "Eee tam, nie ma o czym mówić".


A w poniedziałek czeka nas wymiana pionów w małym pokoju, gdzie wobec tego musimy zlikwidować łóżeczko synka z barierką. Już dawno mógłby sam z niego wychodzić, ale około roku-dwóch lat temu, kiedy leżeliśmy sobie jeszcze rano, ja i Wojtek, Gustaw nagle, jak duch, pojawił się przy naszej wersalce- czyli musiał sam wydostać się ze swojego łóżeczka w pokoju obok.
Byłam tak zaskoczona, że na Jego widok wydałam głośny okrzyk. Gucio bardzo się przestraszył moją reakcją, zrobił w tył zwrot pobiegł co sił w nogach do pracowni, susem przeskoczył przez barierkę na swój materacyk- i już nigdy więcej nie próbował sam się wydostać, tylko wołał rano  "halo, halo".

Nie wiem, jak my się pozbieramy z tym remontem, bo jeszcze we wrześniu będzie wymiana pionów kanalizacyjnych - czyli prucie ścian. Jedyne, co mi się podoba w wymianie rur- to zapach przy cięciu metalu i spawaniu.

Co do dziur- przypomniało mi się, jak pewnego samotnego, spokojnego, zimowego wieczoru leżałam sobie na tapczanie i oglądałam Karierę Emmy Hart, spragniona kobiecej rozrywki, aż tu nagle na poduszkę spadł mi wielki kawał tynku i cegły,  w suficie pojawiła się dziurka- a w dziurce oko. Podniosłam się gwałtownie ze zdumienia i przerażenia i usłyszałam głos sąsiada z góry "To pani???". "Panie, a kto niby ma być!" odpowiedziałam oburzona.
 Resztę wieczoru zamurowywał u mnie sufit i nie wiem, jak się potoczyła kariera Emmy Hart.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Latarnie na Marsie

Zanim jeszcze dodałam obiekt na moim przecieranym pejzażyku, dałam go do obejrzenia Guciowi.
"O, lampy! To bardzo stary obrazek. Ja chcę go."
"Nie jest stary- tylko tak wygląda."
"A dlaczego go namalowałaś na zużyto?"
"Bo tak chciałam. Podoba Ci się?"
"Podoba. Ja lubię go."

Czy to znaczy, że pejzaż jest czytelny?

Pokazałam Wojtkowi.
"Bez okularów, Justysiu, niewiele widzę... czy to są latarnie?"
"Owszem!" zawołałam ucieszona.
"A nie myślałaś, żeby je zrobić wyraźniej, innym kolorem? Wydaje mi się, że nie każdy się wpatrzy i zobaczy. Ja nie wiem, może tak ma być, że obrazek nie dla wszystkich...? W końcu to pejzaż marsjański, on nie rządzi się ziemskimi prawami"


 Właściwie Marsem jest planeta widoczna nad horyzontem. Może ewentualnie dodam jeszcze ciut soczystej czerwieni do podłoża (w tym odcieniu, co "słońce").
Z drugiej strony- jakie ja mam obiekcje? Skoro produkuje się perfumy, które dla jednych pachną, inni nic nie czują (Molecules)
W każdym razie taki, jaki jest- czyli oszczędny,  bardzo mi się podoba. Ewentualnie następny namaluję bardziej widoczny, a ten niech sobie taki zostanie. Przynajmniej do jutra.
A potem- może coś w niebieskim?


Tymczasem podsłuchałam rozmowę Wojtka ze znajomym, który kupił sobie nowy piec CO. Wierzyć mi się nie chciało, ale podobno - w razie nieobecności- można go uruchomić smsem.
"Wojtek, czy to prawda?"
"Oczywiście- jest wiele takich urządzeń. Bombę na przykład też możesz wybuchnąć smsem. Piszesz, rozumiesz do pieca, żeby się włączył, przy okazji prosząc, żeby zwrócił uwagę, czy się jacyś obcy przy domu nie kręcą"
I tak mam wciąż.

Dawno nie pisałam- pachnę Dark Aoud'em Montale - po raz trzeci, i sama nie wiem, czy mi w nim fajnie, czy nie. Aktualnie czuję się jak szczątek z krematorium - jakiś nie spopielony kawałek.
Nienajlepiej.
Wojtkowi się podoba. Czemu akurat TO, a nie inne moje piękne zapachy retro słodko- upojne?

Ale dziś nawet nic nie powiedział, kiedy w znanym zabójcy zapachowym prasowałam koszulę (Paris YSL).
Nienawidzę prasowania. Głównie dlatego, że nie sposób wykonać tę czynność jak trzeba. Nawet, jak kawałek już jest ok, żeby wyprasować następny, trzeba ten zmiąć i tak w kółko.
Koszula super trudna, bo lniana i wysuszona na wygniota. Ale to dla męża na casting, do którego szukali "pana z brzuszkiem ubranego na błękitno". Trzeba iść.
Iluż przekleństw nie powiedziałam na głos- ze względu na Gucia!
Na dodatek nie było internetu. Włączyli, kiedy skończyłam.
I wtedy okazało się, że pan z brzuszkiem był do innej reklamy, do której i tak się Wojtek nie nadawał. A dziś szukali gościa na luzie.
I koszula psu na budę.
"Dobrze, że nie poszedłem, bo bym tylko głupka z siebie robił i wypinał brzuch. A jakby mi kazali schować, to jeszcze bym się kłócił- że jak to, mam czarno na białym- brzuch ma być".

wtorek, 28 sierpnia 2012

Na granicy czytelności

Naprawdę, dziś rano myślałam, że może na moich zdrapywanych z farby dyktach, które jakże świetnie się zapowiadają, stworzę żywopłot.
Od kiedy byłam w Parku Oliwskim i widziałam ściany z drzew, wysokości potężnej kamienicy, ten widok ciągle za mną chodzi.


Szczególnie, że namalowałam już Żywopłot dawno temu- i sprzedałam, z wielkim żalem. Z chciwości i głupoty.
I co jakiś czas świta mi pomysł- a może tak... znowu Żywopłot?

Czerwono- niebieski? czemu nie?

Ale tym razem wygrał  "obraz drogi". Proporcje, zestawienie cieniutkich, jak łodyżki roślinek latarni i horyzontu- bardzo inspirujące. Brutalne traktowanie tła i delikatna precyzja szczegółów!
Z zapałem wzięłam się do pracy, szczególnie, że zrobiliśmy ekstra 40 km, żeby kupić mi super specjalistyczne pędzelki.
Już miałam wszystko obmyślone, robota szła jak z płatka, tylko efekt...


Wydaje mi się (ale muszę nabrać dystansu), że obrazek jest nieczytelny.
Dlatego niczego nie objaśniam, tylko w smutku czekam do jutra.
Najgorsze, że mi się bardzo podoba- a to oznacza, że podejmę walkę o tę koncepcję i będę poszukiwać sposobu na większą wyrazistość, jednocześnie starając się zachować szlachetny minimalizm.

A może jednak wystarczająco widać?