Szanowni Państwo, dziś prezentuję drugą i ostatnią część obrazów ze zwierzętami. I jeden dodatkowy.
Już bez wstępów - 1. Żuraw (2005, rozmiar 50 na 70cm)
2. Lew (35 na 60cm, 2006) - choć niektórzy mają wątpliwości. Obraz nieco surrealistyczny - palmy z tyłu kojarzyły się z marihuaną (na to bym nie wpadła), a niepokojącego nastroju dodają muchy tse tse, które niby wylęgły się z dziurek w podłożu.
3. i 4. Pejzaż z Ptaszkami - początkowo stanowił jeden obraz, ale kiedy chciałam go wyprostować, po amatorsku, nogą - pękł i po przycięciu zrobiły się dwa - postawione obok płynnie się kontynuują
5. Ofiara Prysznica czyli Pekińczyk (rozmiar 35 na 60, 2005) - nad nim prawdziwie się znęcałam w kapieli wodnej i zużyłam pół pumeksu, odsłaniając spodnie warstwy
6. Pudel (35 na 60cm, 2006) - świeci w ultrafiolecie, efekt niesamowity
7. Karaluch (40 na 70cm, 2009) - pamiątka po nawale robactwa w naszej kamienicy. Nikt się nie przyznawał, że ma te stworzenia u siebie w domu, bo przecież wstyd. Aż raz, kiedy byłam w gościach u pedantycznej czyścioszki - sąsiadki z góry, nagle wypasiona samica prusaka przebiegła między talerzykami z deserem. Pani domu jakby się zawiesiła, ale kiedy usłyszała mój okrzyk "U pani też są?" - westchnęła z ulgą, ale i poczuciem klęski i pokiwała głową.
8. Lis (40 na 65cm, 2007) - jedyne zwierzę z oczami w stylu hinduskim
9. Pejzaż z Krówką (40 na 60cm, 2007)
10. Oczy w Drzewach (30 na 50cm, 2009) - ulubiony obraz Wojtka, jedyny nie na sprzedaż
11. Ślimak w Nasturcjach (40 na 65cm, 2006) - naprawdę ślimaki są dwa, pierwszy po oprawie skrył się pod ramą, więc domalowałam następnego.
12. Mucha w Zupie Szczawiowej (40 na 65cm, 2009) - co tu pisać - stolik barowy, talerz barowy, chryzantema i skrzypce należące do konsumenta, którego buty widać
14. Nietoperz (40 na 65cm, 2007) - namalowany po awanturze z moim mężem
15. Figa (40 na 55cm, 2006) - suczka starowinka, którą pokochał mój Maksio, kiedy jeszcze był młodym psem
A na koniec - nie zwierzę, tylko mój autoportret, z którym jednak się nie utożsamiam teraz. powstały w tym roku, rozmiar 50 na 70cm.
I to już całość moich domowych zasobów.
Wiadomość z ostatniej chwili - sprzedałam Kameleona. Dziwię się, że dopiero teraz.
Przy okazji fotografowania prac, przypomniałam sobie dawne umeblowanie pracowni. Zapytałam Gustawa, czy pamięta, że łóżko stało kiedyś gdzie indziej.
Zmarszczył brwi :
"Dzieje, dawne dzieje... Kiedy to było? Chyba w latach pięćdziesiątych?" i westchnął ciężko.
WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
czwartek, 14 listopada 2013
środa, 13 listopada 2013
Faszyn Victims i Dogozagadka
Niezależnie od roboty, nastroju itd zmysł obserwacji kazał mi uwiecznić dwie niezwykłe postaci, zauważone w drodze po odbiór synka.
Pierwsza - osoba najwyraźniej ściągająca małe błyszczące przedmioty, przede wszystkim kryształki rożnych wielkości, nity oraz szpiconity. Niewiasta ta przeszła nam przed maską samochodu, mimo panującego zmierzchu połyskliwie akcentując swoją obecność.
Najpierw zauważyłam nie buty, lecz mankiety leginsów gęsto upstrzone diamencikami. Potem mój wzrok powędrował wyżej i okazało się, że victim utrzymał konsekwencję glamour w całym, jak to się mówi, outficie. Nawet szal, powiewający na wietrze, ciągnął się jak migocząca smuga.
Przy tym cała sylweta o masywnym kadłubku przygięta była lekko do przodu, co, szczególnie w kontekście drapieżnych butów, dawało jej wojowniczy charakter, wzmocniony przez sztywny kuc w kształcie kija hokejowego, który ani drgnął, kpiąc sobie z warunków atmosferycznych.
Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z wrażenia, aż tu pod Ambasadą Rosyjską oniemieliśmy, widząc drugiego Victima o bardziej przyjaznej, ciepłej stylizacji.
Tym razem kobieta w nieokreślonym wieku - mogła mieć i 30, i 60 lat, odziana była w kurtkę, wyglądającą na unikat wyprodukowany z kołdry, po której zabłoconymi łapami przebiegł pies - gigant. Głowa tej pani przypominała, również z makijażu (kolorystycznie dobranego do kufai), drewnianą matrioszkę. Spodnie - jakby za wielkie, pofałdowane leginsy, na stopach zaś tkwiło coś w typie jasnych walonek skóropodobnych.
Pędziliśmy do przedszkola po Gustawa, który na pytanie o ostatnio uporczywie meczący Go kaszel, odpowiedział, że to była tylko "elergia na patyki".
Tymczasem...
...tymczasem....
...zebraliśmy się i już dwukrotnie pojechaliśmy do schroniska Na Paluchu (oczywiście Gucio spędzał wtedy czas w Motylach).
Wybór psów wstępnie dokonany został na podstawie komputerowej bazy danych.
Ale - co tu dużo mówić - sprawa na razie nas przerasta.
Ani ja, ani Wojtek nie mieliśmy okazji wyboru psa- znajdowały nas same.
Nie chodzi o to, że nie możemy się zdecydować, tylko w żaden sposób nie udaje nam się dowiedzieć niemalże czegokolwiek o charakterze czworonoga.
Wybrane pieski, które wypożyczano nam na spacer, po wyjściu z klatki albo były zalęknione, albo dostawały czegoś w rodzaju amoku. To oczywiście zrozumiałe, ale JAK poznać zwierzaka w takim razie?
Mamy więc plan przycisnąć opiekunów i wolontariuszy o już upatrzone typy.
Nie wspomnę, że już wizyta w takim miejscu jest niebywale trudnym doświadczeniem. Wyobraźcie sobie ponad 2,5 tysiąca psów, w klatkach ustawionych wzdłuż alejek. Na widok człowieka podnosi się wrzawa nabrzmiała od podekscytowania. O zapachowych wrażeniach nie wypada nawet mówić wobec kondensacji psiego nieszczęścia.
Na razie - mnie osobiście - utkwił w pamięci Melon. Wojtek próbował zrobić mu zdjęcie, ale kundel na widok światełka w aparacie schował się za klapką.
Tak, te dwa punkciki to on.
Co to będzie...?
KTO to będzie...?
Pierwsza - osoba najwyraźniej ściągająca małe błyszczące przedmioty, przede wszystkim kryształki rożnych wielkości, nity oraz szpiconity. Niewiasta ta przeszła nam przed maską samochodu, mimo panującego zmierzchu połyskliwie akcentując swoją obecność.
Najpierw zauważyłam nie buty, lecz mankiety leginsów gęsto upstrzone diamencikami. Potem mój wzrok powędrował wyżej i okazało się, że victim utrzymał konsekwencję glamour w całym, jak to się mówi, outficie. Nawet szal, powiewający na wietrze, ciągnął się jak migocząca smuga.
Przy tym cała sylweta o masywnym kadłubku przygięta była lekko do przodu, co, szczególnie w kontekście drapieżnych butów, dawało jej wojowniczy charakter, wzmocniony przez sztywny kuc w kształcie kija hokejowego, który ani drgnął, kpiąc sobie z warunków atmosferycznych.
Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z wrażenia, aż tu pod Ambasadą Rosyjską oniemieliśmy, widząc drugiego Victima o bardziej przyjaznej, ciepłej stylizacji.
Tym razem kobieta w nieokreślonym wieku - mogła mieć i 30, i 60 lat, odziana była w kurtkę, wyglądającą na unikat wyprodukowany z kołdry, po której zabłoconymi łapami przebiegł pies - gigant. Głowa tej pani przypominała, również z makijażu (kolorystycznie dobranego do kufai), drewnianą matrioszkę. Spodnie - jakby za wielkie, pofałdowane leginsy, na stopach zaś tkwiło coś w typie jasnych walonek skóropodobnych.
Pędziliśmy do przedszkola po Gustawa, który na pytanie o ostatnio uporczywie meczący Go kaszel, odpowiedział, że to była tylko "elergia na patyki".
Tymczasem...
...tymczasem....
...zebraliśmy się i już dwukrotnie pojechaliśmy do schroniska Na Paluchu (oczywiście Gucio spędzał wtedy czas w Motylach).
Wybór psów wstępnie dokonany został na podstawie komputerowej bazy danych.
Ale - co tu dużo mówić - sprawa na razie nas przerasta.
Ani ja, ani Wojtek nie mieliśmy okazji wyboru psa- znajdowały nas same.
Nie chodzi o to, że nie możemy się zdecydować, tylko w żaden sposób nie udaje nam się dowiedzieć niemalże czegokolwiek o charakterze czworonoga.
Wybrane pieski, które wypożyczano nam na spacer, po wyjściu z klatki albo były zalęknione, albo dostawały czegoś w rodzaju amoku. To oczywiście zrozumiałe, ale JAK poznać zwierzaka w takim razie?
Mamy więc plan przycisnąć opiekunów i wolontariuszy o już upatrzone typy.
Nie wspomnę, że już wizyta w takim miejscu jest niebywale trudnym doświadczeniem. Wyobraźcie sobie ponad 2,5 tysiąca psów, w klatkach ustawionych wzdłuż alejek. Na widok człowieka podnosi się wrzawa nabrzmiała od podekscytowania. O zapachowych wrażeniach nie wypada nawet mówić wobec kondensacji psiego nieszczęścia.
Na razie - mnie osobiście - utkwił w pamięci Melon. Wojtek próbował zrobić mu zdjęcie, ale kundel na widok światełka w aparacie schował się za klapką.
Tak, te dwa punkciki to on.
Co to będzie...?
KTO to będzie...?
niedziela, 10 listopada 2013
Łąka - początki nowego obrazu
Gdyby nie film o rekinach gigantach porwanych przez tornado i spadających z nieba jako obława Los Angeles, to pewnie jeszcze bym siedziała nad robotą.
Najłatwiej nie jest - z powodu metrażu. Powinnam w zasadzie widzieć cały czas cztery obrazy, które, przypomnę, razem mają stanowić całość.
20go listopada w rejonie Norwegii, w którym mieszka moja szanowna Zleceniodawczyni, rozpoczyna się Noc Polarna, dlatego Łąka jest moją najpilniejszą robotą. Bo ten właśnie obraz ma za zadanie, by łatwiej Pani Emilii było przetrwać połowę roku bez słońca.
Sam początek, więc zróznicowanie pejzaży jest jeszcze umiarkowane.
Koncepcja polega na uchwyceniu czterech pór DNIA, gdzie jedna przechodzić będzie płynnie w następną.
Pierwsza część - to Brzask
Druga - Poranek
Trzecia - Rozkwit Dnia
Czwarta - Zachód
A po głowie mi się kołacze coś typowo jesiennego, ciepłego w barwach, szczególnie, że po Żyrafie została dramatycznie pusta ściana.
W nocy śni mi się, że rozmawiam z Tatą - siedzimy sobie w jego pokoju i gadamy. Pytałam Go, czy już zawsze tak będzie? Powiedział, że to zależy ode mnie i żebym wzięła się za sprzątanie, póki Mama nie przyszła.
Wtedy sen się urwał.
Nie znoszę sprzątać.
Żałuję.
Najłatwiej nie jest - z powodu metrażu. Powinnam w zasadzie widzieć cały czas cztery obrazy, które, przypomnę, razem mają stanowić całość.
20go listopada w rejonie Norwegii, w którym mieszka moja szanowna Zleceniodawczyni, rozpoczyna się Noc Polarna, dlatego Łąka jest moją najpilniejszą robotą. Bo ten właśnie obraz ma za zadanie, by łatwiej Pani Emilii było przetrwać połowę roku bez słońca.
Sam początek, więc zróznicowanie pejzaży jest jeszcze umiarkowane.
Koncepcja polega na uchwyceniu czterech pór DNIA, gdzie jedna przechodzić będzie płynnie w następną.
Pierwsza część - to Brzask
Druga - Poranek
Trzecia - Rozkwit Dnia
Czwarta - Zachód
A po głowie mi się kołacze coś typowo jesiennego, ciepłego w barwach, szczególnie, że po Żyrafie została dramatycznie pusta ściana.
W nocy śni mi się, że rozmawiam z Tatą - siedzimy sobie w jego pokoju i gadamy. Pytałam Go, czy już zawsze tak będzie? Powiedział, że to zależy ode mnie i żebym wzięła się za sprzątanie, póki Mama nie przyszła.
Wtedy sen się urwał.
Nie znoszę sprzątać.
Żałuję.
poniedziałek, 4 listopada 2013
Zwierzęta z archiwum
Dokopałam się do najdawniejszych obrazów nawet nie w moich archiwach komputerowych.
Rok 2003, kiedy zdecydowałam się zajmować tylko malarstwem, to był szczególny czas. Rozstałam się z moim pierwszym mężem po 10ciu latach małżeństwa. Żeby nie zwariować i nie rozpamiętywać postanowiłam zająć się pracą.
Powiem szczerze, że nie bardzo wiedziałam, co właściwie chcę, żeby znajdowało się na moich obrazach. Przecież wszystko już zostało namalowane... I nagle mój wzrok padł na świnkę morską, zrobiłam szkic i nagle poczułam, że zwierzęta, wesołe, rozczulające, nieco bajkowe to temat dla mnie. Początkowo myślałam, że klientela dziecięca stanie się celem. Wszak mało kto zajmował się wyposażeniem młodszej widowni, a sama pamiętałam, jak bardzo zapadały mi w pamięć obrazy w moim pokoju. Jednak w czasie pierwszej wystawy okazało się, że nabywcami są osoby dorosłe, szukające na ścianę czegoś pogodnego, miłego i bezpretensjonalnego.
Najpierw za podłoża obrazów służyło niemal byle co - plecy od szafek, drzwiczek. Potem, przy współudziale narzeczonego po mężu zorganizowaliśmy akcję zdobywania dykt. Jechaliśmy samochodem, ja wyposażona w cążki do drutu. Zatrzymywaliśmy się na światłach, wyskakiwałam z pojazdu na widok kuszącej dykty, przecinałam mocowanie, dyktę szybko umieszczałam pod pachą i chodu do auta.
Dlatego pierwsze prace na odwrocie mają np. ogłoszenie o giełdzie motocykli.
A więc...zaczynam prezentację.
Na początek - 1.Prażyrafa (2003)
A to mój ulubiony obraz - 2.Piesek w kawiarni (2005). Nie tylko farby kładzione wielowarstwowo, ale pod spodem jest martwa natura nie mojego autorstwa.
4.Tygrysek (2005) - przyznaję, nie byłam całkiem trzeźwa podczas procesu twórczego.
5.Śpiewający jeleń (2003) to jeden z moich pierwszych obrazów - na jego widok dyr. Krukowski (CSW) odmówił mi miejsca na wystawę w kawiarni sąsiadującej z Centrum.
6.Oczy zza wazonu (2003) na szczęście znajdują się u Mamy, dzięki czemu mogę je podziwiać. Byłoby mi bardzo smutno, gdyby powędrowały nie wiadomo gdzie.
Czas na 7.Pieska Wiosennego i 8.Letniego (2004)
Jeszcze jeden 9.Jeleń (2005)
oraz 11.Wielki Kot (2004)
Znalazłam też wybryk pt 12.Złota Rybka (2004)
13.Piesek Sandomierski (2005) z pleneru - tego mi naprawdę żal (że sprzedałam)
I z tego samego pleneru wciąż w moim posiadaniu 14.Kot nadrzeczny (2005)
I obraz, który chyba tylko mnie przypadł do gustu (dzięki czemu wisi sobie u mnie) - przepadam za nim - 15.Pies na Balkonie (2004).
16.Antylopy (2005) namalowane z okazji rocznicy małżeństwa - lilia to symbol wierności.
Oraz pojedyncza 17.Impala (2005)
Znane już Państwu 18.Jeżyk i 19.Jerzyk (oba 2003)
I 20.Pies z kluczem (2005)
Japońska w charakterze 21.Czapla (2006)
Na koniec niepozorna 22.Sówka (2003), która sprzedała się, zanim ją dokończyłam
A to jeszcze nie wszystko - nie powiem, żeby mnie nie ciągnęło do zwierząt.
Ciekawi mnie, jak wygląda Państwa ranking?
środa, 30 października 2013
A życie toczy się dalej
Nie będę ukrywać.
Jest źle, bardzo źle.
Na szczęście Wojtek wrócił na wczorajszy pogrzeb i mam ramiona, w których się mogę wypłakać.
Jednocześnie zlecenia czekają, materiały, które muszę zredagować i dostarczyć do dokończenia strony wymagają roboty.
Tak więc zmobilizowałam się i kupiłam nowe farby.
Najbliższy czas co prawda wypełniony będzie tematami grobowymi, ale potem się wezmę.
Na szczęście Gucio jest naszym słoneczkiem, cieszy się bardzo, że Tata wrócił i nie odstępuje Go na krok, ciągle powtarzając "A wiesz, Tato, że Cię bardzo kocham? I też Cię lubię".
Teraz, kiedy śpi, spróbuję zrobić plan pracy.
Przynajmniej tyle.
Na koniec dziękuję Wam wszystkim za ciepłe słowa wsparcia, naprawdę mi pomogły.
Melduję, że żyję i mam nadzieję, że robota mi pomoże, tym bardziej, że pomysły artystyczne znowu mnie bombardują.
PS. Czy nie piękna ta rączka? (śpiącego Gustawa)
Jest źle, bardzo źle.
Na szczęście Wojtek wrócił na wczorajszy pogrzeb i mam ramiona, w których się mogę wypłakać.
Jednocześnie zlecenia czekają, materiały, które muszę zredagować i dostarczyć do dokończenia strony wymagają roboty.
Tak więc zmobilizowałam się i kupiłam nowe farby.
Najbliższy czas co prawda wypełniony będzie tematami grobowymi, ale potem się wezmę.
Na szczęście Gucio jest naszym słoneczkiem, cieszy się bardzo, że Tata wrócił i nie odstępuje Go na krok, ciągle powtarzając "A wiesz, Tato, że Cię bardzo kocham? I też Cię lubię".
Teraz, kiedy śpi, spróbuję zrobić plan pracy.
Przynajmniej tyle.
Na koniec dziękuję Wam wszystkim za ciepłe słowa wsparcia, naprawdę mi pomogły.
Melduję, że żyję i mam nadzieję, że robota mi pomoże, tym bardziej, że pomysły artystyczne znowu mnie bombardują.
PS. Czy nie piękna ta rączka? (śpiącego Gustawa)
sobota, 26 października 2013
Poznajcie mojego Tatę
Dawno temu, zanim powstał Brulion, rozmawiałam z Tatą o pisaniu - chyba moich pamiętników. Wspomniałam, że nie mam niestety umiejętności wymyślania fabuły i tylko pamiętniki mi zostają.
"To nic, córeczko. Możesz napisać nawet książkę." - i pokiwał z powagą głową.
"Naprawdę?"
"Oczywiście. Podpowiem Ci - nosiłaby tytuł Mój Tatuś" - i autoironiczny uśmiech, tak mi znajomy, pojawił się przez chwilę na jego twarzy.
A więc...
Kazimierz Neyman - rocznik 1941 (Warszawa)
Jego ojciec - przedwojenny inżynier,
Jego mama - zmarła, kiedy Kazio miał 3 lata
Żonaty, jedno dziecko - ja
O małżeństwie nie napiszę, bo to sprawy osobiste Rodziców, wspomnę tylko, że choć zdarzały się burze (jak to między indywidualnościami), jedno za drugim poszłoby w ogień.
Zawody wykonywane i pasje (chronologicznie) - pianista jazzowy, marynarz (maszynownia), kierownik drukarni (maszyny z XIX w.), wybitny specjalista od próżni (pocz. lat 70tych), wynalazca rozwiązań poprawiających osiągi w samochodach terenowych i wyścigowych, wybitny ekspert w dziedzinie problemów nie do rozwiązania dotyczących samochodów (słynne "Panie Kazimierzu, co to może być?"), od 22 lat pracował w Inter Carsie, ogromnej firmie, gdzie w zbiorowisku niemal anonimowych pracowników jako jedyny był znany wszystkim z imienia jako pan Kazimierz. Tam między innymi prowadził cieszące się ogromnym powodzeniem szkolenia dotyczące trudnych czasem relacji z klientem, które ilustrował przykładami wziętymi z życia (np. Jak postępować z rozwścieczonym klientem), szachista, wielbiciel wielkich maszyn (szczególnie parowych) i dawnych zegarów.
Ulubione książki/autorzy - Trylogia, Klub Pickwicka Dickensa, Zoszczenko, Sałtykow Szczedrin, Wyspa Pingwinów Anatola France, Baron Drzewołaz Italo Calvino, książki marynistyczne, historyczne - Druga Wojna Światowa
Ulubiona muzyka/wykonawcy/kompozytorzy - jazz - Oscar Peterson, Modern Jazz Quartet, Thelonius Monk, Charlie Parker, Fats Waller, Bach - Wariacje Golbergowskie
Ulubiona epoka - Dwudziestolecie Międzywojenne (Tata mówił, że czuje się tak, jakby wręcz żył w tamtych czasach).
Ulubiony miesiąc - wrzesień
Znak zodiaku - Waga
"Tato, a gdybyś mógł zacząć jeszcze raz - kim chciałbyś być?"
"Wynalazcą, może dyrygentem, stroicielem fortepianów (miał słuch absolutny), ale przede wszystkim, Justysiu, bawidamkiem".
Tata dzieciństwo miał właściwie samotne, wspominał jakąś nianię, która jednak zwolniła się po tym, jak, podczas jej snu, przybił jej kapcie do podłogi.
W jego domu rodzinnym znajdowało się pianino (szybko opanował grę) i biblioteka. Miał zakaz otwierania wielkiej, oszklonej szafy z książkami, ale wytropił, że plecy się odchylają, a ponieważ czytał już jako czterolatek, do podstawówki poszedł mając za sobą lekturę Dostojewskiego, Prousta, Balzaka i innych.
Jego Ojciec lubił się popisywać Kaziem, szczególnie podczas cotygodniowych spotkań ze znajomymi ze sfery przedwojennej inteligencji. Pewnego razu rzucił myśl, że Kazio odpowie na każde pytanie.
Sześcioletni Kazio.
Jeden z zaproszonych, w typie mądrali, uniósł brwi - "Tak? Dobrze, w takim razie za tydzień się przygotuję. Na moje pytanie Kazio nie odpowie".
Tydzień minął, Kazio (przypominam - sześciolatek) starannie ubrany już czekał. Znajomy przyszedł, usiadł przy stole i spojrzał uważnie na Tatę. Zapadła pełna napięcia cisza.
"Kaziu, powiedz mi - na czym polega sztuka życia?" - i triumfalnie rozejrzał się dookoła.
Tata schylił głowę; znajomy uśmiechał się niemal bezczelnie.
Nagle Kazio się wyprostował i rzekł:
"Na umiejętności przewidywania."
Znajomy tego nie wytrzymał - wyszedł i jeszcze długo potem nie pojawiał się na spotkaniach.
W szkole - już pod koniec podstawówki, Tata grał wieczorami na pianinie, w gimnazjum i po nocach, blat ławki wykorzystywał więc jako miejsce do spania.
Nauczyciele go nie znosili, bo wiedzieli, że kiedy przyjdzie ostateczny sprawdzian, Tato bez najmniejszego trudu zda go celująco. Jeśli nie przed nimi, to przed komisją.
Cieszył się wielkim powodzeniem u dziewczyn, szczególnie, że był nieprzeciętnie przystojny. Ale niespecjalnie o to dbał i wcale nie zabiegał. Powodzenie zresztą było zupełnie zrozumiałe, bo Kazimierz występował jako pianista na wszelkich akademiach i okazjach.
Po niecałych dwóch latach studiów na Politechnice, wyjechał na Wybrzeże, do Szkoły Morskiej w Gdyni.
Tam, grając jako pianista z zespołem w klubie jazzowym, poznał moją Mamę.
Pływał dobrych parę lat (ulubiony widok - zorza polarna), opowiadał mi mnóstwo przygód - ale mnie w pamięci utkwiła najbardziej ta historia.
Po wielomiesięcznym kursie, cała załoga żyła radosną perspektywą spotkania z rodzinami. Tato jako jedyny zostawał na statku. Wreszcie, odpoczywając od nużącego, bo jednakowego i przymusowego towarzystwa, czekał. Nie mijało parę dni, kiedy w ciszy pojawiały się kroki, i choć statek jeszcze nie odpływał, powolutku się zapełniał. Rodziny marynarzy przyzwyczajały się do życia bez nich, aż za dobrze się przyzwyczajały. Zresztą powody istniały po obu stronach.
Pamiętam też mrożącą krew w żyłach opowieść - statek dostał rozkaz do odpływania. Tata zgodnie z tym zarządził wszystko w maszynowni i zdrzemnął się. Obudziło Go dziwne przeczucie, że dzieje się coś niepokojącego - i rzeczywiście, za chwilę wszystko się trzęsło, pomieszczenie wypełniał złowrogi pomruk, wszystkie wskaźniki dawno przekroczyły dopuszczalną normę. Zagadka wyjaśniła się natychmiast - zapominano o odcumowaniu, tak więc statek wyrywał już niemal kawał wybrzeża.
Z różnych poważnych bardzo okoliczności sobie drwił - kiedy dostał odznaczenie, zamiast wyrecytować formułkę "Ku chwale Ojczyzny", wprawił dowódcę w osłupienie, bo, już udekorowany, spojrzał mu prosto w oczy i rzekł "Jesteśmy dziećmi obozowisk, służymy w miarę swych stanowisk" (cytat z Księgi Dżungli).
Znajomość z Mamą przerywały dramatyczne czasem przerwy, kiedy Tato wyruszał w rejs. Mama zgodziła się zostać jego żoną, ale postawiła warunek - albo Ona, albo morze. Bez wahania, jak mi mówił, wybrał Mamę.
Swoją drogą, oświadczyny odbyły się w barze mlecznym Złota Kurka, nad kotletem jajecznym.
Pracę znalazł bez trudu. A tam poznał gościa, którego nikt nie lubił, pedanta bez poczucia humoru, u którego nawet śniadanie było powtarzalnym co do joty rytuałem. Facet rozwijał z papieru bułkę z masłem, obierał ze skorupki ugotowane na twardo jajo na twardo, kroił je na plasterki i robił kanapkę. Tata podmienił mu jajko, do którego wcześniej, dzięki zakładowej dentystce, przez maleńką dziurkę w skorupce wprowadził włos. Kolega przekroił jajko i zamarł. Do końca dnia zanudzał wszystkich pytaniem, skąd w jajku włos, a ponieważ sytuacja powtarzała się co rano, pedant napisał aż do profesora Żabczyńskiego, który prowadził przyrodnicze audycje w radiu, potem skarżąc się, że nie dostał odpowiedzi.
Tymczasem na świecie pojawiłam się ja.
Pamiętam tyle zdarzeń...
...kiedy byliśmy sami, bo Mama poszła do szpitala, Tato kąpał mnie (kilkuletnią) rano i nad włącznikiem światła w pokoju, odbijał mi na ścianie moją mokrą pupę
...kiedy zachorowałam i leżałam długo w łóżku, zrobił mi kolejkę linową, z tekturowym wagonikiem, którą, za pomocą bloczków, mogłam, nawet leżąc w pościeli, przesuwać od jednej ściany do drugiej
...nauczył mnie świątecznej piosenki, którą wykonałam na ochotnika pod przedszkolnym bożonarodzeniowym drzewkiem "Wkoło choinki wkoło, tańczmy z pupą gołą" i nie omieszkałam się pochwalić "mojej pani", kto tę piosnkę ułożył. Zresztą tej samej pani, którą Tato nazywał Madame Roszko, zrobiłam na zakończenie przedszkola tzw. dzierżymordę - czyli ściśnięcie jej twarzy w dłoniach. Oczywiście tego też On mnie nauczył. Uznał to za akt odwagi z mojej strony.
...kiedy nie mogłam opanować układu równań z dwiema niewiadomymi, nauczył mnie tak, że jest to bodaj jedyna rzecz, jaką na trwałe opanowałam z nauk ścisłych z całego procesu edukacyjnego.
Pamiętam nasze spacery z psem (sznaucer olbrzym Bartek, a potem Żuczek - przygarnięty przez Tatę kundelek). Nasze przechadzki odbywały się na tzw. wygonie - terenie parkowym obok mojej podstawówki, sąsiadującym z fortem mokotowskim, otoczonym fosą (zresztą co jakiś czas Tato pytał, czy skoczyłabym do fosy za milion, a ja nigdy nie znajdywałam odpowiedzi).
Wyobraźcie sobie listopadowy ziąb, ciemny wieczór i nas - kilkuletnią dziewczynkę idącą pod rękę z Tatą, który opowiadał mi historie w odcinkach - np. "Zorl, Kot Przestworzy" albo z cyklu "opowieści z dreszczykiem" - o kobiecie, która podczas szarugi trafia do wyludnionego domu na pustkowiu (koniec odcinka), błądzi po ciemnych pokojach, cudem znajdując świecę, oświetlającą chybotliwym płomieniem ściany pełne dawnych fotografii, które wydają się jej znajome, widzi w końcu korytarza uchylone drzwi (koniec odcinka), potem schody z poręczami, zakończonymi drewnianymi kulami, wspina się po schodach z sercem skaczącym do gardła i widzi kolejne drzwi (koniec odcinka), otwiera je - w ciemności majaczy postać siedząca na bujanym fotelu, leciutko się kołyszącym. Postać okazuje się szkieletem z ocalałymi pięknymi włosami sięgającymi ziemi, na kolanach mającą szkatułkę (koniec odcinka).
Czy muszę pisać, jak niecierpliwie czekałam na koniec - następnego wieczora?
...kobieta podchodzi do szkieletu, który w tym momencie rozsypuje się w proch, szkatuła upada z hukiem na ziemię, jej pokrywa się uchyla i wysuwa się pożółkła kartka papieru, złożona na czworo (koniec odcinka, ku mojej rozpaczy). Bohaterka drżącą dłonią podnosi kartkę, prostuje ją i widzi pochyły, niewyraźny napis (tu mało nie dostałam apopleksji), który brzmi : "Idź do huty kupić buty"!
Stosunkowo niedawno, widząc szkice moich Nokturnów, Tato ze skrywanym zadowoleniem stwierdził "Trzeba powiedzieć, że to JA jestem odpowiedzialny za spaczenie twojej wyobraźni" (np. kiedyś rzucił od niechcenia "Wyobraź sobie, drogie dziecko, że nasza Ziemia to tylko pyłek na tej oto nodze stołowej").
W moich czasach młodzieńczych, kiedy opowiedziałam o przyjaciółce, dla której z jednej strony chłopak pisał wiersze, aż raz podsłuchała, że wyśmiewa się z jej rubensowskich kształtów - Tata poprosił mnie o kartkę i długopis i ułożył wierszyk:
"Gorzka miłość i otyłość
Zawsze idą w parze
Więc - nie przejmuj się, dziewczyno
Niech ci serce wskaże
Jak na przykład z grubej nogi
Zrobić chudą nogę:
Nie jeść, nie pić, nie rozpaczać -
- lecz uprawiać yogę".
Nie nalegał, żebym pokazała to koleżance.
Kiedyś Tato dostał wiertełko, które precyzyjnie drążyło rowki nawet we szkle. I na ulubionej popielniczce Mamy (podobno nie znalazł żadnego innego przedmiotu) wyrył czterowiersz pt. "Gwóźdź i Ryba" :
"Gwóźdź rdzewieje
Ryba nie
Gwóźdź się wbije
Rybę zje".
Pamiętam, że Mama nienawidziła, kiedy opowiadał o kosmosie - "Kazik, jeśli tylko wspomnisz coś o czarnej dziurze, albo że jesteśmy kulką mknącą w przestrzeni, nie zniosę tego, rozumiesz?!"
"Ależ Małgosiu, przecież..."
"Justysiu, Ojciec znowu zaczyna!"
"Nie mów o mnie Ojciec!"
Kiedyś przysnęłam na jakimś rodzinnym przyjęciu. Poczułam na sobie wzrok Taty, otworzyłam oczy, a On powiedział z zadowoleniem "Moja krew!" (nawiasem mówiąc, nigdy się nie przyznawał, że przysypia i nawet odgniatając sobie twarz na książce wszystkiemu zaprzeczał, mówiąc, że "analizuje tekst")
Muszę wspomnieć o wielkim rodzinnym zjeździe, na którym po raz kolejny próbowano rozstrzygnąć kwestię pochodzenia nazwiska Neyman (rodzina zasłużona - pradziadek Taty założył Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, co prawda drugi pradziad przegrał cały majątek w ruletkę w Monako i wrócił do Polski w jedynym ubraniu, jakie mu zostało - Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego).
Wracając do zjazdu - jeden z uczestników zabrał głos. Odkrył jakoby, że "Neyman" pochodzi od miana, jakim określono atamana kozackiego, wobec tego przodka, który był "nie iman" (nie pojmany).
Wówczas Tato podniósł rękę, odchrząknął i powiedział, że dobrze byłoby zbadać, czy aby pochodzenie nazwiska nie jest żydowskie, bo brzmieniowo i w ogóle tak mu się jakoś intuicyjnie wydaje.
Jak można się spodziewać, został wyproszony z sali.
Tata ratował mnie z opresji - kiedy nie mogłam się pozbierać po różnych zawirowaniach, zabrał mnie na dwutygodniowy wyjazd nad morze i tam, tylko we dwójkę, rozmawialiśmy, śmialiśmy się, wspinaliśmy po schodach latarni morskiej. Wróciłam jak nowa.
Ostatni raz śmialiśmy się już w szpitalu, kiedy Tatę miała odwiedzić pani psycholog. Bardzo byłam ciekawa tej wizyty. Na pytanie, jak poszło, powiedział "Nie martw się, Justysiu. Byłem dla niej dobry".
Zdarzało się, że mimo jego wezwania, pielęgniarka nie przychodziła szybko - "Zdaje się, że znika moja siła oddziaływania na kobiety", skomentował.
"Ależ skąd" zaprzeczałam "Tylko chwilowo przygasła".
Marzyliśmy razem z Tatą, że kiedy Go wypuszczą, choćby na jakiś czas, będzie do mnie przychodził, posłuchamy jazzu i naprawi wreszcie mój zegar, którego mechanizmem zaczął się zajmować jeszcze, kiedy nie wiedzieliśmy, że Tato jest chory. Zamówimy pizzę, ja zajmę się malowaniem, a On podłubie w trybikach.
Często pytał, niby niezobowiązująco "No, ciekawe, czy zegar pójdzie?" i wydawał mi polecenia, żeby mechanizm wyjąć z kąpieli i wysuszyć suszarką, potem odpytywał, czy to zrobiłam, czy wysechł...
Perspektywa spokojnych godzin spędzonych u mnie, w spokoju, przy muzyce, z dala od tego cholernego, upiornego szpitala, stała się Jego światełkiem w tunelu.
Niestety, do odwiedzin u mnie nigdy nie doszło.
Ten zegar jest jak symbol - nie mam siły go dotknąć.
Przed chorobą Taty nie zawsze mieliśmy regularny kontakt, ale, jak powiedział "Mimo, że nie zawsze jestem przy Tobie, ale wiedz, Justysiu, że zawsze, kiedy będzie trzeba, zjawię się, żeby Ci pomóc".
Tato mój kochany, gdzie jesteś?
"To nic, córeczko. Możesz napisać nawet książkę." - i pokiwał z powagą głową.
"Naprawdę?"
"Oczywiście. Podpowiem Ci - nosiłaby tytuł Mój Tatuś" - i autoironiczny uśmiech, tak mi znajomy, pojawił się przez chwilę na jego twarzy.
A więc...
Kazimierz Neyman - rocznik 1941 (Warszawa)
Jego ojciec - przedwojenny inżynier,
Jego mama - zmarła, kiedy Kazio miał 3 lata
Żonaty, jedno dziecko - ja
O małżeństwie nie napiszę, bo to sprawy osobiste Rodziców, wspomnę tylko, że choć zdarzały się burze (jak to między indywidualnościami), jedno za drugim poszłoby w ogień.
Zawody wykonywane i pasje (chronologicznie) - pianista jazzowy, marynarz (maszynownia), kierownik drukarni (maszyny z XIX w.), wybitny specjalista od próżni (pocz. lat 70tych), wynalazca rozwiązań poprawiających osiągi w samochodach terenowych i wyścigowych, wybitny ekspert w dziedzinie problemów nie do rozwiązania dotyczących samochodów (słynne "Panie Kazimierzu, co to może być?"), od 22 lat pracował w Inter Carsie, ogromnej firmie, gdzie w zbiorowisku niemal anonimowych pracowników jako jedyny był znany wszystkim z imienia jako pan Kazimierz. Tam między innymi prowadził cieszące się ogromnym powodzeniem szkolenia dotyczące trudnych czasem relacji z klientem, które ilustrował przykładami wziętymi z życia (np. Jak postępować z rozwścieczonym klientem), szachista, wielbiciel wielkich maszyn (szczególnie parowych) i dawnych zegarów.
Ulubione książki/autorzy - Trylogia, Klub Pickwicka Dickensa, Zoszczenko, Sałtykow Szczedrin, Wyspa Pingwinów Anatola France, Baron Drzewołaz Italo Calvino, książki marynistyczne, historyczne - Druga Wojna Światowa
Ulubiona muzyka/wykonawcy/kompozytorzy - jazz - Oscar Peterson, Modern Jazz Quartet, Thelonius Monk, Charlie Parker, Fats Waller, Bach - Wariacje Golbergowskie
Ulubiona epoka - Dwudziestolecie Międzywojenne (Tata mówił, że czuje się tak, jakby wręcz żył w tamtych czasach).
Ulubiony miesiąc - wrzesień
Znak zodiaku - Waga
"Tato, a gdybyś mógł zacząć jeszcze raz - kim chciałbyś być?"
"Wynalazcą, może dyrygentem, stroicielem fortepianów (miał słuch absolutny), ale przede wszystkim, Justysiu, bawidamkiem".
Tata dzieciństwo miał właściwie samotne, wspominał jakąś nianię, która jednak zwolniła się po tym, jak, podczas jej snu, przybił jej kapcie do podłogi.
W jego domu rodzinnym znajdowało się pianino (szybko opanował grę) i biblioteka. Miał zakaz otwierania wielkiej, oszklonej szafy z książkami, ale wytropił, że plecy się odchylają, a ponieważ czytał już jako czterolatek, do podstawówki poszedł mając za sobą lekturę Dostojewskiego, Prousta, Balzaka i innych.
Jego Ojciec lubił się popisywać Kaziem, szczególnie podczas cotygodniowych spotkań ze znajomymi ze sfery przedwojennej inteligencji. Pewnego razu rzucił myśl, że Kazio odpowie na każde pytanie.
Sześcioletni Kazio.
Jeden z zaproszonych, w typie mądrali, uniósł brwi - "Tak? Dobrze, w takim razie za tydzień się przygotuję. Na moje pytanie Kazio nie odpowie".
Tydzień minął, Kazio (przypominam - sześciolatek) starannie ubrany już czekał. Znajomy przyszedł, usiadł przy stole i spojrzał uważnie na Tatę. Zapadła pełna napięcia cisza.
"Kaziu, powiedz mi - na czym polega sztuka życia?" - i triumfalnie rozejrzał się dookoła.
Tata schylił głowę; znajomy uśmiechał się niemal bezczelnie.
Nagle Kazio się wyprostował i rzekł:
"Na umiejętności przewidywania."
Znajomy tego nie wytrzymał - wyszedł i jeszcze długo potem nie pojawiał się na spotkaniach.
W szkole - już pod koniec podstawówki, Tata grał wieczorami na pianinie, w gimnazjum i po nocach, blat ławki wykorzystywał więc jako miejsce do spania.
Nauczyciele go nie znosili, bo wiedzieli, że kiedy przyjdzie ostateczny sprawdzian, Tato bez najmniejszego trudu zda go celująco. Jeśli nie przed nimi, to przed komisją.
Cieszył się wielkim powodzeniem u dziewczyn, szczególnie, że był nieprzeciętnie przystojny. Ale niespecjalnie o to dbał i wcale nie zabiegał. Powodzenie zresztą było zupełnie zrozumiałe, bo Kazimierz występował jako pianista na wszelkich akademiach i okazjach.
Po niecałych dwóch latach studiów na Politechnice, wyjechał na Wybrzeże, do Szkoły Morskiej w Gdyni.
Tam, grając jako pianista z zespołem w klubie jazzowym, poznał moją Mamę.
Pływał dobrych parę lat (ulubiony widok - zorza polarna), opowiadał mi mnóstwo przygód - ale mnie w pamięci utkwiła najbardziej ta historia.
Po wielomiesięcznym kursie, cała załoga żyła radosną perspektywą spotkania z rodzinami. Tato jako jedyny zostawał na statku. Wreszcie, odpoczywając od nużącego, bo jednakowego i przymusowego towarzystwa, czekał. Nie mijało parę dni, kiedy w ciszy pojawiały się kroki, i choć statek jeszcze nie odpływał, powolutku się zapełniał. Rodziny marynarzy przyzwyczajały się do życia bez nich, aż za dobrze się przyzwyczajały. Zresztą powody istniały po obu stronach.
Pamiętam też mrożącą krew w żyłach opowieść - statek dostał rozkaz do odpływania. Tata zgodnie z tym zarządził wszystko w maszynowni i zdrzemnął się. Obudziło Go dziwne przeczucie, że dzieje się coś niepokojącego - i rzeczywiście, za chwilę wszystko się trzęsło, pomieszczenie wypełniał złowrogi pomruk, wszystkie wskaźniki dawno przekroczyły dopuszczalną normę. Zagadka wyjaśniła się natychmiast - zapominano o odcumowaniu, tak więc statek wyrywał już niemal kawał wybrzeża.
Z różnych poważnych bardzo okoliczności sobie drwił - kiedy dostał odznaczenie, zamiast wyrecytować formułkę "Ku chwale Ojczyzny", wprawił dowódcę w osłupienie, bo, już udekorowany, spojrzał mu prosto w oczy i rzekł "Jesteśmy dziećmi obozowisk, służymy w miarę swych stanowisk" (cytat z Księgi Dżungli).
Znajomość z Mamą przerywały dramatyczne czasem przerwy, kiedy Tato wyruszał w rejs. Mama zgodziła się zostać jego żoną, ale postawiła warunek - albo Ona, albo morze. Bez wahania, jak mi mówił, wybrał Mamę.
Swoją drogą, oświadczyny odbyły się w barze mlecznym Złota Kurka, nad kotletem jajecznym.
Pracę znalazł bez trudu. A tam poznał gościa, którego nikt nie lubił, pedanta bez poczucia humoru, u którego nawet śniadanie było powtarzalnym co do joty rytuałem. Facet rozwijał z papieru bułkę z masłem, obierał ze skorupki ugotowane na twardo jajo na twardo, kroił je na plasterki i robił kanapkę. Tata podmienił mu jajko, do którego wcześniej, dzięki zakładowej dentystce, przez maleńką dziurkę w skorupce wprowadził włos. Kolega przekroił jajko i zamarł. Do końca dnia zanudzał wszystkich pytaniem, skąd w jajku włos, a ponieważ sytuacja powtarzała się co rano, pedant napisał aż do profesora Żabczyńskiego, który prowadził przyrodnicze audycje w radiu, potem skarżąc się, że nie dostał odpowiedzi.
Tymczasem na świecie pojawiłam się ja.
Pamiętam tyle zdarzeń...
...kiedy byliśmy sami, bo Mama poszła do szpitala, Tato kąpał mnie (kilkuletnią) rano i nad włącznikiem światła w pokoju, odbijał mi na ścianie moją mokrą pupę
...kiedy zachorowałam i leżałam długo w łóżku, zrobił mi kolejkę linową, z tekturowym wagonikiem, którą, za pomocą bloczków, mogłam, nawet leżąc w pościeli, przesuwać od jednej ściany do drugiej
...nauczył mnie świątecznej piosenki, którą wykonałam na ochotnika pod przedszkolnym bożonarodzeniowym drzewkiem "Wkoło choinki wkoło, tańczmy z pupą gołą" i nie omieszkałam się pochwalić "mojej pani", kto tę piosnkę ułożył. Zresztą tej samej pani, którą Tato nazywał Madame Roszko, zrobiłam na zakończenie przedszkola tzw. dzierżymordę - czyli ściśnięcie jej twarzy w dłoniach. Oczywiście tego też On mnie nauczył. Uznał to za akt odwagi z mojej strony.
...kiedy nie mogłam opanować układu równań z dwiema niewiadomymi, nauczył mnie tak, że jest to bodaj jedyna rzecz, jaką na trwałe opanowałam z nauk ścisłych z całego procesu edukacyjnego.
Pamiętam nasze spacery z psem (sznaucer olbrzym Bartek, a potem Żuczek - przygarnięty przez Tatę kundelek). Nasze przechadzki odbywały się na tzw. wygonie - terenie parkowym obok mojej podstawówki, sąsiadującym z fortem mokotowskim, otoczonym fosą (zresztą co jakiś czas Tato pytał, czy skoczyłabym do fosy za milion, a ja nigdy nie znajdywałam odpowiedzi).
Wyobraźcie sobie listopadowy ziąb, ciemny wieczór i nas - kilkuletnią dziewczynkę idącą pod rękę z Tatą, który opowiadał mi historie w odcinkach - np. "Zorl, Kot Przestworzy" albo z cyklu "opowieści z dreszczykiem" - o kobiecie, która podczas szarugi trafia do wyludnionego domu na pustkowiu (koniec odcinka), błądzi po ciemnych pokojach, cudem znajdując świecę, oświetlającą chybotliwym płomieniem ściany pełne dawnych fotografii, które wydają się jej znajome, widzi w końcu korytarza uchylone drzwi (koniec odcinka), potem schody z poręczami, zakończonymi drewnianymi kulami, wspina się po schodach z sercem skaczącym do gardła i widzi kolejne drzwi (koniec odcinka), otwiera je - w ciemności majaczy postać siedząca na bujanym fotelu, leciutko się kołyszącym. Postać okazuje się szkieletem z ocalałymi pięknymi włosami sięgającymi ziemi, na kolanach mającą szkatułkę (koniec odcinka).
Czy muszę pisać, jak niecierpliwie czekałam na koniec - następnego wieczora?
...kobieta podchodzi do szkieletu, który w tym momencie rozsypuje się w proch, szkatuła upada z hukiem na ziemię, jej pokrywa się uchyla i wysuwa się pożółkła kartka papieru, złożona na czworo (koniec odcinka, ku mojej rozpaczy). Bohaterka drżącą dłonią podnosi kartkę, prostuje ją i widzi pochyły, niewyraźny napis (tu mało nie dostałam apopleksji), który brzmi : "Idź do huty kupić buty"!
Stosunkowo niedawno, widząc szkice moich Nokturnów, Tato ze skrywanym zadowoleniem stwierdził "Trzeba powiedzieć, że to JA jestem odpowiedzialny za spaczenie twojej wyobraźni" (np. kiedyś rzucił od niechcenia "Wyobraź sobie, drogie dziecko, że nasza Ziemia to tylko pyłek na tej oto nodze stołowej").
W moich czasach młodzieńczych, kiedy opowiedziałam o przyjaciółce, dla której z jednej strony chłopak pisał wiersze, aż raz podsłuchała, że wyśmiewa się z jej rubensowskich kształtów - Tata poprosił mnie o kartkę i długopis i ułożył wierszyk:
"Gorzka miłość i otyłość
Zawsze idą w parze
Więc - nie przejmuj się, dziewczyno
Niech ci serce wskaże
Jak na przykład z grubej nogi
Zrobić chudą nogę:
Nie jeść, nie pić, nie rozpaczać -
- lecz uprawiać yogę".
Nie nalegał, żebym pokazała to koleżance.
Kiedyś Tato dostał wiertełko, które precyzyjnie drążyło rowki nawet we szkle. I na ulubionej popielniczce Mamy (podobno nie znalazł żadnego innego przedmiotu) wyrył czterowiersz pt. "Gwóźdź i Ryba" :
"Gwóźdź rdzewieje
Ryba nie
Gwóźdź się wbije
Rybę zje".
Pamiętam, że Mama nienawidziła, kiedy opowiadał o kosmosie - "Kazik, jeśli tylko wspomnisz coś o czarnej dziurze, albo że jesteśmy kulką mknącą w przestrzeni, nie zniosę tego, rozumiesz?!"
"Ależ Małgosiu, przecież..."
"Justysiu, Ojciec znowu zaczyna!"
"Nie mów o mnie Ojciec!"
Kiedyś przysnęłam na jakimś rodzinnym przyjęciu. Poczułam na sobie wzrok Taty, otworzyłam oczy, a On powiedział z zadowoleniem "Moja krew!" (nawiasem mówiąc, nigdy się nie przyznawał, że przysypia i nawet odgniatając sobie twarz na książce wszystkiemu zaprzeczał, mówiąc, że "analizuje tekst")
Muszę wspomnieć o wielkim rodzinnym zjeździe, na którym po raz kolejny próbowano rozstrzygnąć kwestię pochodzenia nazwiska Neyman (rodzina zasłużona - pradziadek Taty założył Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, co prawda drugi pradziad przegrał cały majątek w ruletkę w Monako i wrócił do Polski w jedynym ubraniu, jakie mu zostało - Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego).
Wracając do zjazdu - jeden z uczestników zabrał głos. Odkrył jakoby, że "Neyman" pochodzi od miana, jakim określono atamana kozackiego, wobec tego przodka, który był "nie iman" (nie pojmany).
Wówczas Tato podniósł rękę, odchrząknął i powiedział, że dobrze byłoby zbadać, czy aby pochodzenie nazwiska nie jest żydowskie, bo brzmieniowo i w ogóle tak mu się jakoś intuicyjnie wydaje.
Jak można się spodziewać, został wyproszony z sali.
Tata ratował mnie z opresji - kiedy nie mogłam się pozbierać po różnych zawirowaniach, zabrał mnie na dwutygodniowy wyjazd nad morze i tam, tylko we dwójkę, rozmawialiśmy, śmialiśmy się, wspinaliśmy po schodach latarni morskiej. Wróciłam jak nowa.
Ostatni raz śmialiśmy się już w szpitalu, kiedy Tatę miała odwiedzić pani psycholog. Bardzo byłam ciekawa tej wizyty. Na pytanie, jak poszło, powiedział "Nie martw się, Justysiu. Byłem dla niej dobry".
Zdarzało się, że mimo jego wezwania, pielęgniarka nie przychodziła szybko - "Zdaje się, że znika moja siła oddziaływania na kobiety", skomentował.
"Ależ skąd" zaprzeczałam "Tylko chwilowo przygasła".
Marzyliśmy razem z Tatą, że kiedy Go wypuszczą, choćby na jakiś czas, będzie do mnie przychodził, posłuchamy jazzu i naprawi wreszcie mój zegar, którego mechanizmem zaczął się zajmować jeszcze, kiedy nie wiedzieliśmy, że Tato jest chory. Zamówimy pizzę, ja zajmę się malowaniem, a On podłubie w trybikach.
Często pytał, niby niezobowiązująco "No, ciekawe, czy zegar pójdzie?" i wydawał mi polecenia, żeby mechanizm wyjąć z kąpieli i wysuszyć suszarką, potem odpytywał, czy to zrobiłam, czy wysechł...
Perspektywa spokojnych godzin spędzonych u mnie, w spokoju, przy muzyce, z dala od tego cholernego, upiornego szpitala, stała się Jego światełkiem w tunelu.
Niestety, do odwiedzin u mnie nigdy nie doszło.
Ten zegar jest jak symbol - nie mam siły go dotknąć.
Przed chorobą Taty nie zawsze mieliśmy regularny kontakt, ale, jak powiedział "Mimo, że nie zawsze jestem przy Tobie, ale wiedz, Justysiu, że zawsze, kiedy będzie trzeba, zjawię się, żeby Ci pomóc".
Tato mój kochany, gdzie jesteś?
niedziela, 20 października 2013
* * * * * Tata
Dziś nad ranem, po długiej i ciężkiej chorobie, zmarł mój ukochany Tato.
Miał ogromny, pozytywny wpływ na to, jakim jestem człowiekiem.
Rozumieliśmy się bez słów.
Wiem, że osobom trzecim czasem ciężko znaleźć odpowiednie słowa, mnie całkowicie wystarczy proste "Jestem z tobą".
Kiedy będzie mnie stać, napiszę, jak barwną i niezwykłą był postacią.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























