Słowo się rzekło, internet się pojawił, a więc przystępuję do relacji.
Nie, to nie jest dla mnie przyjemne i, powiem szczerze, zwlekałam, ile się dało - wynalazłam wymarzony zegarek na Allegro, umyłam spontanicznie lodówkę z zewnątrz, naszkicowałam dodatkową "panienkę"...
No dobra.
Zaczynam.
Zwiedzanie z przewodnikiem w MSN odbywa się w każdą niedzielę o 14stej, co tydzień jest ktoś inny.
Akurat trafiliśmy na Dyrektora Cichońskiego (na stronie figuruje jako zastępca ds. programowych - nam przedstawił się jednak jako dyr., może to jest przyjęte).
Od razu zapowiedział, że nie będzie się posługiwał hermetycznym językiem i wygłosił krótki wstęp.
Muszę napisać, że gościu na pierwszy rzut oka robił bardzo dobre wrażenie tzw. faceta z sąsiedztwa..
Oczywiście muszę pisać skrótowo, cały czas robiłam notatki i nawet, jeśli zdarzyłoby mi się coś pominąć, sensu nie zmieniłam. Tym bardziej, że o powodach, dla których eksponaty w MSN są takie, jakie są, Dyr. wspomniał od razu.
Uprzedził najczęściej zadawane pytanie publiczności - CO decyduje, że coś jest, bądź nie, dziełem sztuki.
Otóż - dla publiczności owszem, jest to być może kwestia pierwszorzędna, ale dla niego nie.
Dla niego znacznie ważniejsze jest co innego - DLACZEGO dany obiekt się w MSN znalazł i CO MÓWI - o świecie, człowieku, polityce, aktualnych kwestiach.
Można więc użyć wyrażenia "przedmioty aktywne" - tylko wówczas (oczywiście wg Dyra, nie mnie) z muzeum NIE robi się mauzoleum. Powołując się na Roberta Smithsona, przedstawił ideę, w imię której muzea powinno się "wypatroszyć" - jakby zabijając ślimaka, mieszkającego w pięknej muszli.
Oraz - nadejdzie czas, kiedy zatrą się granice i cały świat stanie się muzeum.
Przy tym Dyr zajął raczej stanowisko obserwatora, a nie zwolennika. Ani przeciwnika.
Jedyne, za czym się opowiadał, to za rozmaitością (której wg mnie boleśnie w MSN brakuje).
Czynniki widoczne w MSN sprzyjają takiemu procesowi (muzeum a nie mauzoleum) :
- rozmycie autorstwa
- zerwanie z tradycyjną estetyką
Oczywiście mnogość "aktywnych przedmiotów" w MSN wykluczała zajęcie się wszystkimi, dlatego Dyr wybrał ok. 10ciu obiektów, których status dzieła sztuki byłby najbardziej wątpliwy.
Najpierw - Miastobagno - artystka "od palmy" w Wwie wykonała fotomontaż - zdjęciu Berlina widzianego przez krzaczory zanurzone w bagnie. Miałaby być to jej propozycja, aby nie rekonstruować w mieście pałacu z XVIIIgo wieku, który został zburzony przez aliantów (na jego miejscu powstał naładowany azbestem "nowy pałac"), ale możnaby się cofnąć do czasów, kiedy Berlin był tylko trzęsawiskiem.
Następny obiekt - "lampa" nad koszem do śmieci i tekturami.
Dyr z pewnym zadowoleniem przyznał, że ta praca, zrobiona z rzeczy znalezionych na śmietniku, nie przypomina tradycyjnego obiektu muzealnego.
Wspomniał o akumulacji śmieci - jakby "akumulaturze" i o zajmowaniu się przez panią artystkę "wydalinami" miasta, które fascynuje ją jako niemal żywy organizm.
Twórczyni, którą Dyr określił (nie bez wahania) jako przedstawicielkę artystów wieku średniego (rocznik jej 1977) np. przekształciła bunkier nad Szprewą (rzeka) w hotel z wyposażeniem śmietnikowym, z siostrą nagrała film, na którym rzucały w siebie puszkami. Interesowało ją, jak w inny sposób można użytkować śmiecie.
Oczywiście najprościej zawlec je do Muzeum Nowoczesnego.
Np zgromadziła w galerii wyrzucone poświąteczne choinki, tak, że tylko ścieżka prowadziła do fotela, którego zajęcie zwiększało ryzyko obesrania przez dzikie gołębie, które, okazało się, zajęły zużyte drzewka.
Przy okazji Dyr wspomniał (niejeden zresztą raz), że właśnie 100 lat temu pojawił się - Pierwszy Ready Made - suszarka do butelek Duchampa. 1913. Jaka smutna data.
Czyli słusznie, że co chwila przy okazji Krytycznych Czw. właśnie Duchamp przychodził mi do głowy
Pamiętacie Państwo stojący na ziemi rzutnik, gdzie automatycznie zmieniały się przeźrocza? Nie tylko z psami - ale i z lumpami. Dyr opowiadał pomysłach "twórcy" - np skonstruowaniu pieska na kołeczkach, zrobionego z magnesu, ciągniętego za artystą po przedmieściach bodaj Mexico City, bowiem "spacer może być sztuką". Albo o przesunięciu wydmy wspólnie z mieszkańcami osady, żeby stworzyć im "mit", o którym mogliby opowiadać (wcześniej zauważył, że nie mają tego rodzaju historii) to również było tworzenie "niematerialnego dzieła sztuki".
Potem poszliśmy do kuli z asfaltu - okazuje się, zrobionej z warstw zdjętych z drogi podczas zmiany nawierzchni (bodaj na Ukrainie, przy okazji przygotowań do Euro).
Nad kupką dolarów z Zimbabwe Dyr. również mówił o innych pomysłach najsłynniejszego tajskiego artysty - np zeszlifowanie meteorytów i nadanie tej powierzchni lustrzanej gładkości, żeby mogło się w niej przeglądać niebo. I taki pomysł uważam za piękny, poetycki, wspaniały.
Powyższy jakby mniej.
Na pięterku już stanęliśmy przy "rzeźbie" z pcv czy klisz.
Okazuje się, że "artystka" wczesniej zajmowała się historią sztuki, żeby potem zacząć badać granice - co jest, a co nie, dziełem sztuki. Powyższy obiekt powstał w ciągu 5ciu godzin, na miejscu, można go zdekonstruować i postawić gdzie indziej, ale należy posiadać od twórczyni certyfikat.
Dyr. uważa, że to coś kojarzy się z psychodelią, eksperymentami z LSD oraz latami 80tymi, ale chyba sam popłynął.
O ile dobrze zrozumiałam, pani artystka miała pomysł na akcję "dzieł sztuki" tworzonych w ciągu 5ciu minut - nie ma co się oburzać - i tu Dyr przytoczył anegdotę (chyba starą chińską) o tym, jak bogacz - zleceniodawca zamówił u rysownika wizerunek koguta.
Czas mijał, bodaj lata nawet, a rysunku nie było. Poszedł więc bogacz do domostwa artysty, a ten powiedział : proszę bardzo - i w parę sekund wykonał rysunek.
Zleceniodawca się wściekł. Wówczas artysta zaprowadził go do pokoju obok - a tam wypchane koguty, ryciny z nimi, tysiące rysunków - wszystko to było potrzebne, żeby potem w ciągu chwili narysować ptaka.
Tyle tylko, że nie widzę analogii pomiędzy tą anegdotą a obiektami w MSN. Wprost przeciwnie, kiedy "artysta" ma okazję się wykazać czy to znajomością anatomii, czy rysunku, czy liternictwa, następuje, jak mówi Wojtek, kompromis - czyli nędza (są wyjątki).
W międzyczasie przechodziliśmy z Dyrem obok pokoiku z filmem, gdzie występowały koszmarne kukiełki - i wspomniał on, że jest to jeden z jego ulubionych obiektów. Film opowiada m in. o wojnach krzyżowych, a kukiełki wykonano wg technik z dawnych wieków. Co prawda estetyka odpowiada tradycyjnej, ale (dodał jakby dla usprawiedliwienia) autorstwo jest rozmyte (wielokrotnie używane wyrażenie) - bo należy do kolektywu Slavs and Tatars, czyli grupy twórców (niekoniecznie artystów) irańskich, chyba tureckich i polskich, którzy często poslugują się analogią obalenia szacha i komunizmu w Polsce.
Wreszcie stanęliśmy przed Magazynem (pamiętacie, zbiorowisko rur, starych części samochodów, pobitych talerzyków, wypchanych zwierząt itd.). Otóż i ten zbiór, nazwany pokojem bez ścian, jest grupą przedmiotów, które mówią - opowiadają o człowieczeństwie, a twórca, z pochodzenia Indianin (a u nich każda rzecz mówi) i poeta w jednym, gromadził je i pisał.
Nie jestem zainteresowana, co miał do powiedzenia, gdyż brak selekcji upewnia mnie co do jego nudziarstwa.
Zatrzymaliśmy się przy Regale. Tym razem podobno autor (Stańczak) nie chciałby, by jego dzieło kontemplować - zamierzał w ciągu chwili wywołać wrażenie. Zajmował się "przenicowywaniem" przedmiotów - np. tak długo przekuwał czajnik, aż wywrócił go na "lewą" stronę. Zakładał na siebie kilkaset par rajstop (też ze śmietnika, nierzadko noszących ślady użytkowania), aż krew niemal przestawała mu krążyć, a z tekstyliów tworzyła się skorupa. W 1996 roku wycofał się zupełnie, ze wszystkiego, jakby przepadł i samego siebie przenicował (słowa Dyra). Teraz powoli wraca do aktywności.
Co do 10ciogodzinnego zegara - nie jest pracą artysty, lecz rzemieślnika (czyżby komisja tak zdecydowała?). Zegar mierzy czas wg ustaleń po rewolucji francuskiej - kiedy się skończyła, ustalono rok zerowy, miesięcy miało być 10, a pozostałe dni uznano za wolne.
Czy nie szkoda, że nigdzie nie został umieszczony stosowny opis? Jakże on zmienia rozumienie zegara!
Bo musicie Państwo wiedzieć, że jest Komisja, która selekcjonuje i decyduje. Czy dana rzecz zasługuje, by się znaleźć w MSN.
W końcu znaleźliśmy się przy sznurkach - czyli przy pracy 127 Ofiar.
Zadałam pytanie sugerowane przez Parabelkę - skoro szwy służyły temu, by ciała po sekcji zwłok nie rozlatywały się (i żeby nie wypadały wnętrzności), wyciągnięcie szwów przez "artystkę" spowodowałoby destrukcję ciał. I tak się stało, twórczyni skorzystała z tego, że ofiary (zamieszek wojen narkotykowych w Mexico City) były anonimowe i zostały pochowane w zbiorowej mogile (na zdjęciu za Dyrem praca 127 Ofiar a przed nim wiadomo, co - fragment kobiecej postaci).
Przedtem owa pani miała pomysły, możnaby rzec, szyte grubszymi nićmi. Np. jako dzieło sztuki (to dopiero przedmiot, który mówi!) pokazała...język, odcięty po śmierci młodego dilera narkotykowego i przesłany jego matce (podobno konsultowała się z nią i tamta orzekła, że "artystka" może go użyć).
Twórczyni przez jakiś czas pracowała przy sekcjach zwłok i postanowiła wykorzystać wodę, którą obmywa się trupy, do...nawilżania powietrza na swojej wystawie.
Inny pomysł - ustawiła urządzenie do robienia baniek mydlanych, też wlewając weń wodę po myciu zwłok.
Wreszcie nadszedł czas na pytania publiczności. Głos zabrał Wojtek.
Zwrócił uwagę na to, że Dyr. przez większość czasu opowiadał o pracach, a jeszcze więcej o ich twórcach, czy wobec tego widz, pozbawiony obecności Dyra i jego istotnych anegdot, cokolwiek zyskuje w takim ubogim kontakcie z "dziełami"?
Dyr powiedział, że po pierwsze, można niedrogo kupić przewodnik, po drugie jest przeszkolona obsługa, którą o wszystko można zapytać, po trzecie dobre pytanie - czy dzieło bez kontekstu jest gorsze? Jego zdaniem nie, jest inne, wymaga przygotowania i tyle.
Jak z muzyką współczesną - też trzeba się do niej przygotować.
Poza tym Dyr. cały czas się uśmiechał miło i sympatycznie i przede wszystkim on miał mikrofon, w odróżnieniu od pytającego. Zapytany konkretnie o Zegar (o ileż uboższy bez opisu) zbył tę kwestię znowu powtarzając "przy odrobinie dobrej woli można kupić przewodnik za 5 zł, pisany bez żargonu i artystycznej gwary".
I ja się odezwałam - czemu nie ma ostrzeżenia przy telewizorze, w którym pojawia się odcięta głowa. Przecież mogłabym tam przyjść z dzieckiem, które od razu podbiegłoby do wydającego osobliwe dźwięki monitora.
A więc (odpowiedź) - na dole znajduje się obsługa ( rozumiem, że - w domyśle - by nas uprzedzili) a w ogóle te zdjęcia są wyrwane z kontekstu i abstrakcyjne (!). A że ja po nich spać nie mogłam - no cóż, do tego Dyr się nie odniósł.
Już na dole, przed wyjściem, przedstawiłam Dyrowi mój pomysł.
Przypomnę.
Mianowicie MSN wynajmowałoby wybraną przestrzeń na godziny. Każdy mógłby przyjść i postawić swój przedmiot, który przez wynajęty czas miałby status dzieła sztuki, a za dodatkową opłatą Krytyk mógłby wyprodukować opis.
Dyr spojrzał na mnie z pewnym roztargnieniem "Tak, tak, to już było, wystawy tworzone przez amatorów, np. ludzi chorych psychicznie, to było."
Nie zrozumiał.
Nic a nic.
Na koniec - bomba. Zapytałam, dlaczego przy obiekcie z jajcami w pończochach widnieje napis "Praca w procesie sprzedaży". Czyżby była taka kosztowna?" - niemal śmiałam się w duchu z własnej ironii.
Ku mojemu zdumieniu Dyr z powagą pokiwał głową.
"Tak. Na razie jest ona cenowo poza naszym zasięgiem."
W. zapytał więc, ile kosztuje?
Dyr wił się jak piskorz - "Nie powiem państwu, ale ponieważ Muzeum jest instytucją państwową, ma
obowiązek ujawniać takie informacje. Proszę zadać pytanie drogą mailową, bo teraz po prostu nie wiem."
W. nie ustępował "To może powie pan, ile kosztuje jakakolwiek praca?"
Dyr uśmiechnął się "Jak powiedziałem, proszę zadać pytanie mailowo."
Na koniec powiem Wam, że o ile jestem w stanie (przy odrobinie dobrej woli) zrozumieć "przesłanie" każdego z obiektów, zresztą na przeszkodzie mogłoby stanąć jedynie niedowierzanie ("Jak to? Tylko tyle?") o tyle nie pojmuję, czemu tak intensywnie lansuje się "twórców" podejmujących działania na jedno kopyto?
Niby w duchu humanizmu, a w gruncie rzeczy coraz bardziej odhumanizowane, rozmyte autorsko (celowo), nieestetyczne?
W jawny sposób odpadki intelektualne i artystyczne?
Czy gdyby nie Duchamp, historia sztuki potoczyłaby się inaczej?
Uczcijmy setną rocznicę chwilą ciszy.