Parę dni temu, ponieważ ja schudłam, a Wojtek nie, pomyślałam, że trzeba wyciągnąć pomocną dłoń w jego stronę.
Ponieważ On lubi pływać, zaproponowałam:
"Wiesz, Wojtek, tak sobie myślę, że jest sposób, żebyś się rozkręcił, jeśli chodzi o zgubienie wagi. Basen!"
"To znaczy przestać korzystać z ubikacji? Ciekawe, ciekawe..."
"Raczej żebyśmy poszli na pływalnię."
I wczoraj stało się - W. znalazł basen "Wodnik", a tam - pływanie rodzinne, gdzie my, rodzice i Gucio zapłacilibyśmy wszyscy tylko 15 zł za dwie godziny pływania. W weekendy.
Co było robić?
Udało mi się znaleźć wszystkie brakujące elementy, niezbędne w Wodniku i wyruszyliśmy.
Przyznaję się, nie lubię basenu. Pływać umiem, ale presja czasu, szczególnie, jeśli chodzi o przebieranie się oraz konieczność nie zgubienia czipa do szafki, paragonu itp, mąci mi ewentualną radość.
Piszę "ewentualną", bo na miejscu przypomniałam sobie wszystkie uciążliwości.
Basen to miejsce ekstremalnych kontrastów - ciepło/zimno oraz mokro/sucho.
Pomijam fakt, że woda ma dla mnie za niską temperaturę, a nie jest tak, że raz się wejdzie i sobie się tam w niej siedzi.
Szczególnie z dzieckiem.
Basenik rodzinny - w miarę ciepły. Gucio chce siku - wyjście na ziąb i szczękanie zębami.
Wchodzimy z powrotem - otworzyli zjeżdżalnię.
No to idziemy - znów sine usta i gęsia skórka.
I weź tu, człowieku, usiądź na brzegu rury - zawijasa, na wysokości dwóch pięter i rób dobrą minę do złej gry, kiedy zaraz pomknie się w nieznane. Przecież nie można synka zarazić strachem.
Nie dość, że wystartowaliśmy na żółtym świetle (w ogóle nie zauważyłam, że była jakaś sygnalizacja), to z powodu nadmiernej ostrożności zatrzymywaliśmy się co chwila i musiałam nas odpychać ręką.
Zapytałam więc ratownika, jaka technika sprzyja prędkości.
Mianowicie należy się położyć na plecach i unieść biodra, by zjeżdżać na piętach i części międzyłopatkowej pleców.
I tak zrobiłam. z Guciem z przodu.
A jak już się zacznie - nie ma odwrotu.
Pędziliśmy jak szalona para bobsleistów i tylko czułam, jak łączenia w rurze łupią mnie po kręgosłupie, świat z boku rozmazał się w niewyraźną plamę i jakoś bokiem wpadliśmy do brodzika na dole, przynajmniej ja zszokowana i po solidnym mimowolnym łyku wody - a tu zostać i pozbierać się nie można, bo z góry leci kilkuletni, piszczący pocisk - więc ratownik z kwaśną miną, interweniował, żebyśmy natychmiast wychodzili.
Na miękkich nogach, z Gustawem za rączkę (znowu ziąb), podreptaliśmy do części rodzinnej.
Synkowi chyba się spodobało, bo zażyczył sobie znowu zjazd. Tym razem byłam mądrzejsza i regulowałam szybkość półleżąc.
Po skończonych zajęciach i prysznicu, pod którym, przez słabe ciśnienie i limitowany czasowo strumień wody (że o jej niewyrównanej temperaturze nie wspomnę) trudno było się wypłukać, poszliśmy do szafki.
Nerwowe poszukiwanie czipa do otwierania - jest - w środku rzeczy suche, podłoga mokra.
Wrażenie takie, jakbyśmy mieli się ubierać w kałuży - dopóki nie odkryliśmy przebieralni z ławkami i suchą podłogą.
Była zupełnie pusta, bowiem przez pomyłkę weszliśmy na teren niedozwolony - miejsce tylko dla grup zorganizowanych.
Udało się.
Czekała nas jeszcze jedna atrakcja - suszarki. Zionące ciepłym powietrzem rury, które działały tylko w pewnym ułożeniu - wyprężone, przez co niemal robiłam mostek, aby wysuszyć włosy z tyłu głowy.
No i wreszcie trzeba zejść do szatni i wziąć ubranie i buty.
Teoretycznie powinno się być w klapkach, żeby nie deptać suchą stopą po brei naniesionej z zewnątrz. Ale klapki mokre. Itp, itd.
Klapki - to za mało powiedziane, wzięłam japonki. Kto próbował chodzić z zwykłych skarpetach (a ja włożyłam grube rajstopy) i w japonkach, wie, jak wyglądało moje poruszanie się, i to po schodach.
Rozemocjonowana wreszcie wyszłam z Wodnika - a na zewnątrz ziąb.
I jeszcze jedno. Nie mam pewności, czy czegoś szkodliwego nie dodają do wody, bo czułam się tak, jakby coś wyssało ze mnie dwie trzecie sił.
Nawet teraz, po wielu godzinach, nie doszłam do siebie.
ALE Gucio cały czas pyta ( o zgrozo!) kiedy znowu pójdziemy na basen i nie mam zamiaru się złamać.
Może tak wyglądało przetarcie szlaku? Tym się pocieszam.
Tymczasem wczoraj już zainicjowałam powstanie nowego obrazka.
Nie będzie na nim pieska ani żadnego zwierzątka, tylko kobieta.
Na dodatek na dużym formacie - 50 na 70cm.
Odważyłam się.
Wczoraj powstał szkic - dziś przeniosłam go na dyktę.
Nic więcej nie jestem w stanie napisać - bo sama nie wiem, nawet tego, czy namaluję akt.
Absolutna premiera.
Tego jeszcze nie było.
Chciałabym zdążyć ją namalować na wystawę, 23go stycznia.
Może się udać.
Gucio zdrów, chodzi do przedszkola.
Dżinsy kupione, bal już był.
Uda się.
WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
sobota, 12 stycznia 2013
czwartek, 10 stycznia 2013
Czas wolny podczas przedszkola Gucia
Kiedy po długiej przerwie posłaliśmy Gucia do przedszkola, okazało się, że dwa dni później dzieciaki będą miały karnawałowy bal, oczywiście bal przebierańców.
Z konkursem na najlepsze przebranie.
Myśleliśmy o wypożyczalni strojów, ale taka zabawa kosztuje za dobę 50zł, w związku z czym wczoraj, zamiast iść na Piłę w 3D, objechałam wszystkie skarbnice brakujących elementów odzieżowych i po dwóch godzinach byłam w posiadaniu przebrania za Marchewkę, Wilka i Kościotrupa (takiego, jak po prześwietleniu w bramce na lotnisku).
Oraz dorwałam dżinsy o fasonie dla normalnej osoby, za którą się uważam, a nie jakiegoś szczudłonogiego wykolejeńca, który ma łydki takiej samej grubości, co uda. "Wydarłam się" z podstawowej części swojej garderoby - czyli właśnie dżinsów. W sieciówkach szyją na szczudlaków i znów ciuchy używane poratowały mnie podstawowym, klasycznym fasonem (2) - proste nogawki i stan lekko obniżony, a nie poniżej kości biodrowych niemal.
Bzdurne "skinny"(1).
Nie pojmuję, jak można się aż tak oderwać od rzeczywistości, aby szyć - i to już od lat - jeden fason dżinsów, na ten sam typ figury. Podobno w KappAhlu ktoś widział odmianę. A może w ten sposób sztucznie napędza się modę - kiedy już wszystkich udręczy się i znudzi tym samym, wiadomo, że można zainicjować każdą niemal zmianę - i się przyjmie.
Nie trzeba być żadnym "transseterem" żeby to przewidzieć.
Tymczasem z marchewką, wilkiem i kościotrupem w torbie i ze spodniami pod pachą, zobaczyłam bar mleczny Złota Kurka i zamiast pakować sobie w rękaw sos z kebaba (przy okazji posilania się nim), skusiłam się na kaszę gryczaną z pieczarkami w śmietanie za całe cztery złote.
Złota Kurka poszła z duchem czasu i wydrukowała nawet jadłospisy po angielsku. Cudzoziemcy też bywają oszczędni.
Wnętrze baru zostało okaleczone - ręcznie malowane w zwierzątka płytki glazury, położone na całych ścianach, przykryto (mam nadzieję, że są pod spodem!) obrzydliwymi, plastikowymi, tłoczonymi, białymi panelami.
A tamte, stare ściany i niepowtarzalne wizerunki zwierzaków fascynowały mnie, jako dziecko, do tego stopnia, że byłam w stanie zjeść bez gadania rzeczy, uważane za siebie jako obrzydliwe. Typu gulasz z serc.
Do Złotej Kurki mam sentyment i tak, ale jeszcze z jednego powodu - bowiem tam, nad kotletem z jaj, Tato oświadczył się Mamie (i został przyjęty), wreczając Jej pierścionek z oczkiem z brylancikiem, szafirkiem i rubinkiem.
Jadając chętnie w barach mlecznych mam okazję zaobserwować, jak różnorodni są jego bywalcy. Oczywiście biedacy, studenci, ale też i różne wystylizowane typy.
Stylizowanie, jeśli jest silne, niesie zawsze za sobą ryzyko.
Jak każde szczególne staranie.
Tym razem podejrzałam egzemplarz, któremu się nie udało.
Gościu miał od dołu :
coś jakby wkłady do kaloszy, ale zrobione ze skóry, zdefasonowane, że podeszwa wypadała trochę z boku stopy
spodnie w typie luźnawe kalesony z obniżonym niby nonszalancko krokiem
dziwaczny, przymały surducik, z ciasnymi rękawkami (chyba z powodu zimna młodzian pod spód założył gruby sweter
zakopiańskie rękawiczki gryzące z jednym palcem
fryzura - typowy osełedec
kolor wszystkiego - brak, czyli czarnoszary
Gwóźdź stylizacyjny - "komin" obfity, z nadrukowanymi gęsto słowami AMANT.
Czyżby "amant" wypadł z obiegu?
A może to raczej takie "przymrużenie oka" - "Patrzcie, jaki jestem zdystansowany, dowcipny i pewny siebie"?
W domu Gucio ucieszył się tylko z jednego przebrania - z kościotrupa. Za nic nie chciał być marchewką.
Wilkiem też nie ("Nie chcę straszyć innych kiedy będę Wilkiem, chcę być miły" - kościotrupa nie uważał za strasznego).
O balu, tylko dla przedszkolaków (bo przy rodzicach dzieci nie bawią się dobrze), wiem od Gustawa, że było "Bardzo dobrze, ale nie tańczyłem, bo bolały mnie nogi i nie śpiewałem, bo muszę oszczędzać głos".
To nic, na zabawy jeszcze przyjdzie czas.
Najbardziej Gustawowi spodobał się "Ardian, on był przebrany za Spardejmena".
Już planuję nowy obrazek.
Z pieskiem!
Z konkursem na najlepsze przebranie.
Myśleliśmy o wypożyczalni strojów, ale taka zabawa kosztuje za dobę 50zł, w związku z czym wczoraj, zamiast iść na Piłę w 3D, objechałam wszystkie skarbnice brakujących elementów odzieżowych i po dwóch godzinach byłam w posiadaniu przebrania za Marchewkę, Wilka i Kościotrupa (takiego, jak po prześwietleniu w bramce na lotnisku).
Oraz dorwałam dżinsy o fasonie dla normalnej osoby, za którą się uważam, a nie jakiegoś szczudłonogiego wykolejeńca, który ma łydki takiej samej grubości, co uda. "Wydarłam się" z podstawowej części swojej garderoby - czyli właśnie dżinsów. W sieciówkach szyją na szczudlaków i znów ciuchy używane poratowały mnie podstawowym, klasycznym fasonem (2) - proste nogawki i stan lekko obniżony, a nie poniżej kości biodrowych niemal.
Bzdurne "skinny"(1).
Nie pojmuję, jak można się aż tak oderwać od rzeczywistości, aby szyć - i to już od lat - jeden fason dżinsów, na ten sam typ figury. Podobno w KappAhlu ktoś widział odmianę. A może w ten sposób sztucznie napędza się modę - kiedy już wszystkich udręczy się i znudzi tym samym, wiadomo, że można zainicjować każdą niemal zmianę - i się przyjmie.
Nie trzeba być żadnym "transseterem" żeby to przewidzieć.
Tymczasem z marchewką, wilkiem i kościotrupem w torbie i ze spodniami pod pachą, zobaczyłam bar mleczny Złota Kurka i zamiast pakować sobie w rękaw sos z kebaba (przy okazji posilania się nim), skusiłam się na kaszę gryczaną z pieczarkami w śmietanie za całe cztery złote.
Złota Kurka poszła z duchem czasu i wydrukowała nawet jadłospisy po angielsku. Cudzoziemcy też bywają oszczędni.
Wnętrze baru zostało okaleczone - ręcznie malowane w zwierzątka płytki glazury, położone na całych ścianach, przykryto (mam nadzieję, że są pod spodem!) obrzydliwymi, plastikowymi, tłoczonymi, białymi panelami.
A tamte, stare ściany i niepowtarzalne wizerunki zwierzaków fascynowały mnie, jako dziecko, do tego stopnia, że byłam w stanie zjeść bez gadania rzeczy, uważane za siebie jako obrzydliwe. Typu gulasz z serc.
Do Złotej Kurki mam sentyment i tak, ale jeszcze z jednego powodu - bowiem tam, nad kotletem z jaj, Tato oświadczył się Mamie (i został przyjęty), wreczając Jej pierścionek z oczkiem z brylancikiem, szafirkiem i rubinkiem.
Jadając chętnie w barach mlecznych mam okazję zaobserwować, jak różnorodni są jego bywalcy. Oczywiście biedacy, studenci, ale też i różne wystylizowane typy.
Stylizowanie, jeśli jest silne, niesie zawsze za sobą ryzyko.
Jak każde szczególne staranie.
Tym razem podejrzałam egzemplarz, któremu się nie udało.
Gościu miał od dołu :
coś jakby wkłady do kaloszy, ale zrobione ze skóry, zdefasonowane, że podeszwa wypadała trochę z boku stopy
spodnie w typie luźnawe kalesony z obniżonym niby nonszalancko krokiem
dziwaczny, przymały surducik, z ciasnymi rękawkami (chyba z powodu zimna młodzian pod spód założył gruby sweter
zakopiańskie rękawiczki gryzące z jednym palcem
fryzura - typowy osełedec
kolor wszystkiego - brak, czyli czarnoszary
Gwóźdź stylizacyjny - "komin" obfity, z nadrukowanymi gęsto słowami AMANT.
Czyżby "amant" wypadł z obiegu?
A może to raczej takie "przymrużenie oka" - "Patrzcie, jaki jestem zdystansowany, dowcipny i pewny siebie"?
W domu Gucio ucieszył się tylko z jednego przebrania - z kościotrupa. Za nic nie chciał być marchewką.
Wilkiem też nie ("Nie chcę straszyć innych kiedy będę Wilkiem, chcę być miły" - kościotrupa nie uważał za strasznego).
O balu, tylko dla przedszkolaków (bo przy rodzicach dzieci nie bawią się dobrze), wiem od Gustawa, że było "Bardzo dobrze, ale nie tańczyłem, bo bolały mnie nogi i nie śpiewałem, bo muszę oszczędzać głos".
To nic, na zabawy jeszcze przyjdzie czas.
Najbardziej Gustawowi spodobał się "Ardian, on był przebrany za Spardejmena".
Już planuję nowy obrazek.
Z pieskiem!
środa, 9 stycznia 2013
Słup skończony!
Dziś rano, ze świeższym wzrokiem, choć nieprzytomnym umysłem (dzięki czemu nie odczuwałam stresu), dodałam, wydawało mi się, ostatni element obrazu.
Tak, jak zapowiadałam - słup na horyzoncie, a więc bardzo maleńki. Cały ma wysokość 9ciu mm!
Wymiary obrazu - 50 na 70cm.
Przy okazji to zdjęcie najlepiej pokazuje, że mamy do czynienia z obrazem drogi.
Jestem dumna z tego słupka - co prawda wspomagałam się najmocniejszymi okularami, ale w końcu i zegarmistrz używa lupki i to nie umniejsza jego kunsztu.
Po oderwaniu od dykty ostaniego włoska w pędzlu, którym naniosłam kropeczkę srebra w nóżce słupka, odchyliłam się w fotelu, by wziąć słynny głęboki oddech na zakończenie - ale coś mi nie pozwoliło.
Przypomniała mi się "Inwazja Kosmicznych Kartofli" i postanowiłam dodać trochę chmurowatości chmurom.
Poniżej zdjęcie PRZED i PO (jak w salonie odnowy biologicznej)
Dodatkowo górne w świetle dziennym, dolne - w sztucznym.
Przeprowadziłam ankietę - wyniki były doskonałe. Wszyscy domyślali się, nawet bez małego słupeczka, że te "krójkąty" (jak mówi Gucio) z boku to linia wysokiego napięcia.
Ach! Zapomniałabym - aby wprowadzić nieco spokoju i nastroju, dodałam również gwiazdy.
Tak więc dochmurzyłam chmury, robiąc górne krawędzie bardziej faliste, przed spodkiem latającym się powstrzymałam - i uznaję uroczyście obraz za skończony.
Oczywiście te żółte to wynik sztucznego światła - mimo, że jest to energooszczędna żarówka o "zimnej" temperaturze barw.
A na koniec - pożegnalny kadr z filmu drogi.
Teraz...co teraz....
Postaram się równolegle malować - bo mam zlecenie na jedną z "panienek", ale chcę mimochodem trzasnąć jeszcze jeden obraz industrialny, żeby zawisł na wystawie.
Tak, tak, wstępnie planuję powiesić się w końcu stycznia, w kawiarni Mirona Białoszewskiego na Ochocie w Warszawie.
Tak, jak zapowiadałam - słup na horyzoncie, a więc bardzo maleńki. Cały ma wysokość 9ciu mm!
Wymiary obrazu - 50 na 70cm.
Przy okazji to zdjęcie najlepiej pokazuje, że mamy do czynienia z obrazem drogi.
Jestem dumna z tego słupka - co prawda wspomagałam się najmocniejszymi okularami, ale w końcu i zegarmistrz używa lupki i to nie umniejsza jego kunsztu.
Po oderwaniu od dykty ostaniego włoska w pędzlu, którym naniosłam kropeczkę srebra w nóżce słupka, odchyliłam się w fotelu, by wziąć słynny głęboki oddech na zakończenie - ale coś mi nie pozwoliło.
Przypomniała mi się "Inwazja Kosmicznych Kartofli" i postanowiłam dodać trochę chmurowatości chmurom.
Poniżej zdjęcie PRZED i PO (jak w salonie odnowy biologicznej)
Dodatkowo górne w świetle dziennym, dolne - w sztucznym.
Przeprowadziłam ankietę - wyniki były doskonałe. Wszyscy domyślali się, nawet bez małego słupeczka, że te "krójkąty" (jak mówi Gucio) z boku to linia wysokiego napięcia.
Ach! Zapomniałabym - aby wprowadzić nieco spokoju i nastroju, dodałam również gwiazdy.
Tak więc dochmurzyłam chmury, robiąc górne krawędzie bardziej faliste, przed spodkiem latającym się powstrzymałam - i uznaję uroczyście obraz za skończony.
Oczywiście te żółte to wynik sztucznego światła - mimo, że jest to energooszczędna żarówka o "zimnej" temperaturze barw.
A na koniec - pożegnalny kadr z filmu drogi.
Teraz...co teraz....
Postaram się równolegle malować - bo mam zlecenie na jedną z "panienek", ale chcę mimochodem trzasnąć jeszcze jeden obraz industrialny, żeby zawisł na wystawie.
Tak, tak, wstępnie planuję powiesić się w końcu stycznia, w kawiarni Mirona Białoszewskiego na Ochocie w Warszawie.
wtorek, 8 stycznia 2013
Słup...łup...łup
No niestety, z wesołej anegdotki "co by tu namalować na obrazie" wyłonił się pomysł, który postanowiłam zrealizować wczoraj - czyli wiatraki (te ekologiczne) na horyzoncie.
Tylko, że kiedy przyszło co do czego, okazało się, że trzeba zrobić precyzyjne kółeczka (podzielić na 3 części) cyrklem - a więc ołówkiem, ołówek jest srebrny i tło też jest srebrne. Stosując metodę delikatnego żłobienia i tak widziałam szkic do wiatraków tylko pod pewnym kątem.
Oczywiście takim, który wyklucza malowanie.
Poza tym, jako osoba kompletnie pozbawiona wyobraźni przestrzennej, muszę wszystko mieć przynajmniej narysowane na obrazku, żeby stwierdzić, czy pasuje wielkością, nooo...czy w ogóle pasuje.
I wiatraczki na horyzoncie, ktore raz widziałam, raz nie, nie pasowały.
Ani większe, ani mniejsze.
Na dodatek przypomniałam sobie, że słyszałam opinię, że one emitują infradźwięki (czyli dźwięki poniżej progu słyszalności), które mają szkodliwy wpływ na zwierzęta i ludzi - były podawane jako jedna z ewentualnych przyczyn znikania załóg ze statków w Trójkącie Bermudzkim.
Straciłam serce i nerwy do wiatraków. Zlikwidowałam je w diabły.
W końcu - to wiadomo od wieków - walka z wiatrakami jest skazana na niepowodzenie.
Z zeppelinem było jeszcze gorzej - nawet nie zaczęłam go malować. Kiedy wrzuciłam w wyszukiwarkę grafiki właściwą nazwę (bo po wpisaniu "cepeliny" wyskakiwały same kluski z nadzieniem), pojawiły się migawki z tragicznych pożarów... Zepelin też się nie nadawał.
Aż wczoraj przed zaśnięciem - eureka! Wraca słup, ale na pierwszym planie i we fragmencie.
Ochoczo przystąpiłam do roboty - a kiedy skończyłam, nagle poraziła mnie straszliwa wątpliwość, czy to w ogóle jest czytelne??? Dla kogoś poza mną?
Wszak mentalnie już od tak dawna siedzę w słupach, ze wszystko mi się z nimi kojarzy. Niemal.
Swoją drogą to wg mnie wygląda świetnie. Kompozycyjnie. Abstrakcyjnie.
W każdym razie wytrzeć się raczej nie da.
Czyli - jak ratować obraz? (bo zakładam, że wcale nie widać, że to fragment słupa).
Można dać w oddali słup/ek w całości - jako podpowiedź, co oznacza zygzak po prawej stronie.
Ale co tu dużo mówić.
Czarno to widzę.
Na dodatek Mama, proszona o komentarz powiedziała, że tytuł obrazu powinien brzmieć "Inwazja Kosmicznych Kartofli".
Tylko, że kiedy przyszło co do czego, okazało się, że trzeba zrobić precyzyjne kółeczka (podzielić na 3 części) cyrklem - a więc ołówkiem, ołówek jest srebrny i tło też jest srebrne. Stosując metodę delikatnego żłobienia i tak widziałam szkic do wiatraków tylko pod pewnym kątem.
Oczywiście takim, który wyklucza malowanie.
Poza tym, jako osoba kompletnie pozbawiona wyobraźni przestrzennej, muszę wszystko mieć przynajmniej narysowane na obrazku, żeby stwierdzić, czy pasuje wielkością, nooo...czy w ogóle pasuje.
I wiatraczki na horyzoncie, ktore raz widziałam, raz nie, nie pasowały.
Ani większe, ani mniejsze.
Na dodatek przypomniałam sobie, że słyszałam opinię, że one emitują infradźwięki (czyli dźwięki poniżej progu słyszalności), które mają szkodliwy wpływ na zwierzęta i ludzi - były podawane jako jedna z ewentualnych przyczyn znikania załóg ze statków w Trójkącie Bermudzkim.
Straciłam serce i nerwy do wiatraków. Zlikwidowałam je w diabły.
W końcu - to wiadomo od wieków - walka z wiatrakami jest skazana na niepowodzenie.
Z zeppelinem było jeszcze gorzej - nawet nie zaczęłam go malować. Kiedy wrzuciłam w wyszukiwarkę grafiki właściwą nazwę (bo po wpisaniu "cepeliny" wyskakiwały same kluski z nadzieniem), pojawiły się migawki z tragicznych pożarów... Zepelin też się nie nadawał.
Aż wczoraj przed zaśnięciem - eureka! Wraca słup, ale na pierwszym planie i we fragmencie.
Ochoczo przystąpiłam do roboty - a kiedy skończyłam, nagle poraziła mnie straszliwa wątpliwość, czy to w ogóle jest czytelne??? Dla kogoś poza mną?
Wszak mentalnie już od tak dawna siedzę w słupach, ze wszystko mi się z nimi kojarzy. Niemal.
Swoją drogą to wg mnie wygląda świetnie. Kompozycyjnie. Abstrakcyjnie.
W każdym razie wytrzeć się raczej nie da.
Czyli - jak ratować obraz? (bo zakładam, że wcale nie widać, że to fragment słupa).
Można dać w oddali słup/ek w całości - jako podpowiedź, co oznacza zygzak po prawej stronie.
Ale co tu dużo mówić.
Czarno to widzę.
Na dodatek Mama, proszona o komentarz powiedziała, że tytuł obrazu powinien brzmieć "Inwazja Kosmicznych Kartofli".
niedziela, 6 stycznia 2013
Nowy obraz - chmury skończone
Niezrażona brakiem odzewu publiczności udostępniam rezultat dzisiejszej sesji malarskiej.
Co prawda "Na Nowy Rok dnia na barani skok", ale przysłowiowy baran dopiero się przymierza, a ja ścigam się z czasem.
Liczyłam na to, że zobaczywszy obraz w dzień jakoś się do niego ustosunkuję i dobiorę kolor dodatkowych elementów, ktore mam zamiar zamieścić.
Tymczasem wiem mniej, niż wczoraj. Chyba przez to, że do pejzażu użyłam błyszczących farb, więc wygląd jest zależny nie tylko od światłam, ale nawet od kąta, pod jakim ustawi się Słup bez Słupa.
Oto zdjęcia bez żadnego "podkręcania" kolorystycznego, zrobione w godzinnych odstępach.
Chciałam, żeby niebo było żywe - teraz chmury przypominają mi wieloryby, a ja się zastanawiam, po co mi ten słup?
Jakiej wielkości mam go namalować? Żeby był olbrzymi?
A może coś z Wojny Światów Wellsa?
Mechagodzilla?
Klucz ptaków?
Lecąca chatka z Czrnoksiężnika z Krainy Oz?
Złowróżbne wiatraki?
Krwiożerczy cadillac Christine?
Tak to jest, jak się nie chce zepsuć obrazka.
Ostatni pomysł - gacie na sznurze
Nie, chyba muszę poczekać, aż inspiracja sama przyjdzie.
Skłaniam się ku cepelinowi. Ze śmigiełkiem.
Co prawda "Na Nowy Rok dnia na barani skok", ale przysłowiowy baran dopiero się przymierza, a ja ścigam się z czasem.
Liczyłam na to, że zobaczywszy obraz w dzień jakoś się do niego ustosunkuję i dobiorę kolor dodatkowych elementów, ktore mam zamiar zamieścić.
Tymczasem wiem mniej, niż wczoraj. Chyba przez to, że do pejzażu użyłam błyszczących farb, więc wygląd jest zależny nie tylko od światłam, ale nawet od kąta, pod jakim ustawi się Słup bez Słupa.
Oto zdjęcia bez żadnego "podkręcania" kolorystycznego, zrobione w godzinnych odstępach.
Chciałam, żeby niebo było żywe - teraz chmury przypominają mi wieloryby, a ja się zastanawiam, po co mi ten słup?
Jakiej wielkości mam go namalować? Żeby był olbrzymi?
A może coś z Wojny Światów Wellsa?
Mechagodzilla?
Klucz ptaków?
Lecąca chatka z Czrnoksiężnika z Krainy Oz?
Złowróżbne wiatraki?
Krwiożerczy cadillac Christine?
Tak to jest, jak się nie chce zepsuć obrazka.
Ostatni pomysł - gacie na sznurze
Nie, chyba muszę poczekać, aż inspiracja sama przyjdzie.
Skłaniam się ku cepelinowi. Ze śmigiełkiem.
sobota, 5 stycznia 2013
Postępy w obrazie
...tylko słupa brak.
Słupa wysokiego napięcia. Na razie wybieram odpowiedni kształt.
Tymczasem przez dwa dni chodziłam i myślałam, jakie niebo namalować.
Poza tym, że ma być BARDZO jakieś, nie miałam pomysłu.
Wreszcie zdałam sobie sprawę, że mogę tak w nieskończoność unikać malowania, robiąc przy okazji mnóstwo pożytecznych raczy - a to posprzątać, a to dorobić oczy do pokrowczyka na chiński herbaciany wytworny czajniczek dla Mamy, nie mówiąc o zakupach...
Krótko mówiąc - podjęłam dziś męską decyzję, aby zacząć, mimo to, że już jest ciemno.
Chmur mi się chciało, gęstych, bryłowatych, ołowianych.
I co?
I poszło!
Malowany w nocy i fotografowany w sztucznym świetle - nie mam w gruncie rzeczy pojęcia, jak wygląda mój ulubiony obraz. Jeśli światło słoneczne przyjmiemy za normę.
W rzeczywiśtości wieczornej ziemia jest jaśniejsza, bardziej niebieska.
Gucio spytał :
"Mamusiu, dlaczego tu jest niebiesko?"
"Bo to noc, kochanie."
"Ale noc to czarność i fioletowość" odpowiedział Gucio z poważną miną, a ja popatrzyłam na Niego zdumionym wzrokiem i przeszło mi przez głowę, że może nie jest jednak tak tępy plastycznie, jak przypuszczałam? A na pewno będzie ładnie używał języka polskiego. To już słychać.
Wracając do obrazu - chmury namalowałam farbą z dużą domieszką srebrnego, przez co są świetne w oglądaniu, ale fatalne w fotografowaniu.
No i co?
Jest klimacik!
A pachnę zapachem, który baaardzo mi tu pasuje - Jasmin Noir Bvlgari - czyli czarne, gumowe kwiaty.
PS. ciekawe, ile czasu będę teraz wymyślać słup...?
Słupa wysokiego napięcia. Na razie wybieram odpowiedni kształt.
Tymczasem przez dwa dni chodziłam i myślałam, jakie niebo namalować.
Poza tym, że ma być BARDZO jakieś, nie miałam pomysłu.
Wreszcie zdałam sobie sprawę, że mogę tak w nieskończoność unikać malowania, robiąc przy okazji mnóstwo pożytecznych raczy - a to posprzątać, a to dorobić oczy do pokrowczyka na chiński herbaciany wytworny czajniczek dla Mamy, nie mówiąc o zakupach...
Krótko mówiąc - podjęłam dziś męską decyzję, aby zacząć, mimo to, że już jest ciemno.
Chmur mi się chciało, gęstych, bryłowatych, ołowianych.
I co?
I poszło!
Malowany w nocy i fotografowany w sztucznym świetle - nie mam w gruncie rzeczy pojęcia, jak wygląda mój ulubiony obraz. Jeśli światło słoneczne przyjmiemy za normę.
W rzeczywiśtości wieczornej ziemia jest jaśniejsza, bardziej niebieska.
Gucio spytał :
"Mamusiu, dlaczego tu jest niebiesko?"
"Bo to noc, kochanie."
"Ale noc to czarność i fioletowość" odpowiedział Gucio z poważną miną, a ja popatrzyłam na Niego zdumionym wzrokiem i przeszło mi przez głowę, że może nie jest jednak tak tępy plastycznie, jak przypuszczałam? A na pewno będzie ładnie używał języka polskiego. To już słychać.
Wracając do obrazu - chmury namalowałam farbą z dużą domieszką srebrnego, przez co są świetne w oglądaniu, ale fatalne w fotografowaniu.
No i co?
Jest klimacik!
A pachnę zapachem, który baaardzo mi tu pasuje - Jasmin Noir Bvlgari - czyli czarne, gumowe kwiaty.
PS. ciekawe, ile czasu będę teraz wymyślać słup...?
czwartek, 3 stycznia 2013
Najgorsze powitanie roku i nowy obraz
Nadszedł w końcu ostatni dzień roku 2012go.
Byliśmy bardzo słabi, wycieńczeni antybiotykami, ale ja miałam mnóstwo wigoru, żeby o godzinie 0 pójść na Pola Mokotowskie z całą naszą trójką i powybuchać znalezioną amunicję sprzed dwóch lat.
Gucio już od południa był przygotowywany, że w nocy "puszczamy rakiety" i wydawało się, że nie może się doczekać.
Niestety, już o 19stej zwiądł, skulił się w kłębek i chrapał, jak jeż.
Godzinę przed północą czyniłam rozpaczliwe wysiłki, żeby rozbudzić naszego synka. Na propozycję wyjścia mruknął "Jutro" i to było ostatnie przytomne słowo, jakie od Niego usłyszeliśmy.
Tymczasem we mnie rosła chęć wybuchania, jakbym sama była petardą.
Co zrobić? Gucia się przecież nie zostawi, więc w desperacji postanowiłam, że ja, sama, nieuzbrojona, pojadę 4 przystanki na wygon i przynajmniej sobie popatrzę.
Dodatkowo zezłościło mnie stwierdzenie Wojtka, że dla Niego Sylwester nie ma większego znaczenia.
Skoro tak - wyszłam. Po przejściu przystanku piechotą, bo panował przestój w komunikacji miejskiej, dostałam się do bardzo wesołego autobusu, w którym gęsto upchane, rozbawione towarzystwo gwizdało, ryczało i śmiało się, wylewając trunki na zakrętach, a od samego powietrza przesyconego alkoholem można było się upić.
Wysiedliśmy na tym samym przystanku. Spojrzałam na zegarek - była 23cia 30. A do Pól Mokotowskich kawał drogi. Szłam, jak owca za stadem, za nimi i nagle poczułam prawie fizycznie samotność, jak czarną dziurę... i zrobiłam w tył zwrot.
Do przystanku powrotnego daleko, potem czekanie na autobus, już wśród wybuchów i grupek niewyżytej mlodzieży.
Zadzwoniłam do Wojtka :
"Halo, to ja, wracam, bardzo chcę być przy Tobie, ale nie wiem, czy zdążę. "
I wtedy podjechał jakiś nocny. Wskoczyłam do niego, zrobiła się za 7 minut północ.
Cały czas ze słuchawką przy uchu, relacjonowałam W., gdzie jestem.
"Mam szansę zdążyć! Przejechaliśmy ostatnie światła! Na następnym wysiadam!"
Na zegarku za 4 minuty północ, ja zbliżałam się już do docelowego przystanku; rozentuzjazmowana trajkotałam, że się udało.
"Widzisz mnie, widzisz???" (bo z naszych okien mamy widok na przystanek).
I wtedy stała się rzecz straszna - Ncoś tam się nie zatrzymał! Wszystkie przystanki miał na żądanie, nie wcisnęłam przycisku "Otwieranie drzwi" i pędziłam dalej, z wielką prędkością.
"Justysiu, co się dzieje???"
"Nie wiem, jadę, nie przystanał..."
"KRZYCZ, żeby się zatrzymał, SŁYSZYSZ??? KRZYCZ!!!!"
Ale ja, jak zwykle w takich sytuacjach, kiedy bodźce są za silne, zbaraniałam, stałam jak słup soli, z jednej strony ogłuszona Wojtkiem, z drugiej - petardami, bo...
...co za wstyd.
Północ spędziłam w nocnym autobusie.
Wreszcie wyskoczyłam, jak szalona, na następnym przystanku, rezygnacja walczyła u mnie z chęcią rzucenia się do biegu.
Naokoło wybuchy, niebo i budynki rozbłyskiwały jak w filmie SF.
Najgorsze miało dopiero nadejść, bo Wojtek obraził się na mnie. Największe pretensje miał o to, ze Go nie posłuchałam - a w takiej chwili powinnam, wg Niego, nie myśleć, tylko robić, co karze.
Ale mnie nie było na to stać. I nie wiem, czy bedzie kiedykolwiek.
Kiedy po raz kolejny usłyszałam pretensje, wściekłość sięgnęła zenitu. Nakrzyczałam jakieś okropne rzeczy, których nie mogę przytoczyć (ale wykropkowań byłoby dużo) i zdecydowałam, że wychodzę z psami. Na długo. Trzasnęłam drzwiami, co niestety wśród huków było niesłyszalne i wybiegłam z budynku.
Tyle, ze zapomniałam psów.
Wrócić? nie wrócić?
Wróciłam.
Aza zsikała się na schodach - więc cofnęłam się po mopa.
Sytuacja, która chciałam, by była poważna, stała się śmieszna.
Na szczęście Wojtkowi po moim powrocie przeszło. Włączyliśmy genialny koncert jazzowy, ja szybciutko w pokoju obok przebrałam się w zjawiskową koronkową suknię i szpilki i tańczyliśmy. Z zadowoleniem obserwowałam, że Wojtkowi ciągle dłoń zsuwa się na mój tyłek.
A potem nas zmogło i wyczerpani nerwowo poszliśmy spać.
W Nowy Rok przyszli w odwiedziny znajomi - a ponieważ wczesniej się strasznie pokłócili, najpierw jedno z nich, a potem, po dwóch godzinach - drugie.
Nie miałam ochoty na wizyty. Żadne.
Dlatego Gucio, który wyciągał mnie do pracowni, żeby grać z Nim w mini bilard, zdawał się wybawieniem.
Prawie zasypiałam, marząc, że zostaniemy sami - aż tu nagle, niespodziewanie, rozpoczęła się awantura. Właściwie o nic - o wtrącanie się w nie swoje sprawy.
I zrobiło się baaardzo ciekawie.
Gucio poszedł wcześniej już spać w swoim łóżeczku, dlatego można było swobodnie "wywalić" sobie wszystko.
A przez lata się nazbierało.
Kobieca solidarność zwyciężyła - tak więc chlipiąc padłyśmy sobie w objęcia z żoną gościa, panowie doszli do porozumienia (bez pojedynku) - trochę to potrwało, aż wreszcie wszyscy poczuliśmy się oczyszczeni i związani mocniej węzłem przyjaźni. Ponieważ mamy słuch, a co poniektórzy i głos, śpiewaliśmy kolędy, nie powiem, ze trzymając się za ręce, ale byłoby to możliwe.
Żegnałam ich z żalem.
O dziwo, wczoraj nic się nie działo.
Poszłam tylko na mszę, żeby podziękować za zdrowie Gucia. I tu i teraz przysięgam, że zanim zjawię się w jakimkolwiek kościele, dowiem się, czy będzie tam gitara lub bębenki lub jedno i drugie i moja noga, jak mówi Wojtek, "nie powstanie" w takim przybytku. Ktoś zapomniał o istnieniu cudownego instrumentu o nazwie organy i o genialnych kompozytorach, którzy przez wieki pisali muzykę sakralną.
Tymczasem czułam w sobie narastającą chęć jakiegoś twórczego czynu.
I tym sposobem dziś zaczęłam wreszcie nowy, industrialny w zamyśle, obraz.
Być może będzie na nim, jak go nazywa Gustaw, "słup wysokiego pięcia".
Obraz ma podwójną strukturę - szarość połyskliwa, z domieszką srebra, błękit - matowy.
Tutaj zdjęcie fragmentu, gdyż kompozycja jest pionowa, przy tym horyzont specjalnie, oczywiście, nie trzyma poziomu, jest lekko pochylony - a więc już wiem, ze to kolejny obraz, ktorego nie sposób powiesić tak, zeby wyglądał "prosto".
Nie wiedziałam go jeszcze w dzień, dlatego wstrzymałam się z resztą kolorów.
Ale to, co jest, podoba mi się i wg mnie ma klimat.
Stosownie do niego pachnę Alienem edp.
Jak dobrze, że nastąpił "normalny" czas.
Byliśmy bardzo słabi, wycieńczeni antybiotykami, ale ja miałam mnóstwo wigoru, żeby o godzinie 0 pójść na Pola Mokotowskie z całą naszą trójką i powybuchać znalezioną amunicję sprzed dwóch lat.
Gucio już od południa był przygotowywany, że w nocy "puszczamy rakiety" i wydawało się, że nie może się doczekać.
Niestety, już o 19stej zwiądł, skulił się w kłębek i chrapał, jak jeż.
Godzinę przed północą czyniłam rozpaczliwe wysiłki, żeby rozbudzić naszego synka. Na propozycję wyjścia mruknął "Jutro" i to było ostatnie przytomne słowo, jakie od Niego usłyszeliśmy.
Tymczasem we mnie rosła chęć wybuchania, jakbym sama była petardą.
Co zrobić? Gucia się przecież nie zostawi, więc w desperacji postanowiłam, że ja, sama, nieuzbrojona, pojadę 4 przystanki na wygon i przynajmniej sobie popatrzę.
Dodatkowo zezłościło mnie stwierdzenie Wojtka, że dla Niego Sylwester nie ma większego znaczenia.
Skoro tak - wyszłam. Po przejściu przystanku piechotą, bo panował przestój w komunikacji miejskiej, dostałam się do bardzo wesołego autobusu, w którym gęsto upchane, rozbawione towarzystwo gwizdało, ryczało i śmiało się, wylewając trunki na zakrętach, a od samego powietrza przesyconego alkoholem można było się upić.
Wysiedliśmy na tym samym przystanku. Spojrzałam na zegarek - była 23cia 30. A do Pól Mokotowskich kawał drogi. Szłam, jak owca za stadem, za nimi i nagle poczułam prawie fizycznie samotność, jak czarną dziurę... i zrobiłam w tył zwrot.
Do przystanku powrotnego daleko, potem czekanie na autobus, już wśród wybuchów i grupek niewyżytej mlodzieży.
Zadzwoniłam do Wojtka :
"Halo, to ja, wracam, bardzo chcę być przy Tobie, ale nie wiem, czy zdążę. "
I wtedy podjechał jakiś nocny. Wskoczyłam do niego, zrobiła się za 7 minut północ.
Cały czas ze słuchawką przy uchu, relacjonowałam W., gdzie jestem.
"Mam szansę zdążyć! Przejechaliśmy ostatnie światła! Na następnym wysiadam!"
Na zegarku za 4 minuty północ, ja zbliżałam się już do docelowego przystanku; rozentuzjazmowana trajkotałam, że się udało.
"Widzisz mnie, widzisz???" (bo z naszych okien mamy widok na przystanek).
I wtedy stała się rzecz straszna - Ncoś tam się nie zatrzymał! Wszystkie przystanki miał na żądanie, nie wcisnęłam przycisku "Otwieranie drzwi" i pędziłam dalej, z wielką prędkością.
"Justysiu, co się dzieje???"
"Nie wiem, jadę, nie przystanał..."
"KRZYCZ, żeby się zatrzymał, SŁYSZYSZ??? KRZYCZ!!!!"
Ale ja, jak zwykle w takich sytuacjach, kiedy bodźce są za silne, zbaraniałam, stałam jak słup soli, z jednej strony ogłuszona Wojtkiem, z drugiej - petardami, bo...
...co za wstyd.
Północ spędziłam w nocnym autobusie.
Wreszcie wyskoczyłam, jak szalona, na następnym przystanku, rezygnacja walczyła u mnie z chęcią rzucenia się do biegu.
Naokoło wybuchy, niebo i budynki rozbłyskiwały jak w filmie SF.
Najgorsze miało dopiero nadejść, bo Wojtek obraził się na mnie. Największe pretensje miał o to, ze Go nie posłuchałam - a w takiej chwili powinnam, wg Niego, nie myśleć, tylko robić, co karze.
Ale mnie nie było na to stać. I nie wiem, czy bedzie kiedykolwiek.
Kiedy po raz kolejny usłyszałam pretensje, wściekłość sięgnęła zenitu. Nakrzyczałam jakieś okropne rzeczy, których nie mogę przytoczyć (ale wykropkowań byłoby dużo) i zdecydowałam, że wychodzę z psami. Na długo. Trzasnęłam drzwiami, co niestety wśród huków było niesłyszalne i wybiegłam z budynku.
Tyle, ze zapomniałam psów.
Wrócić? nie wrócić?
Wróciłam.
Aza zsikała się na schodach - więc cofnęłam się po mopa.
Sytuacja, która chciałam, by była poważna, stała się śmieszna.
Na szczęście Wojtkowi po moim powrocie przeszło. Włączyliśmy genialny koncert jazzowy, ja szybciutko w pokoju obok przebrałam się w zjawiskową koronkową suknię i szpilki i tańczyliśmy. Z zadowoleniem obserwowałam, że Wojtkowi ciągle dłoń zsuwa się na mój tyłek.
A potem nas zmogło i wyczerpani nerwowo poszliśmy spać.
W Nowy Rok przyszli w odwiedziny znajomi - a ponieważ wczesniej się strasznie pokłócili, najpierw jedno z nich, a potem, po dwóch godzinach - drugie.
Nie miałam ochoty na wizyty. Żadne.
Dlatego Gucio, który wyciągał mnie do pracowni, żeby grać z Nim w mini bilard, zdawał się wybawieniem.
Prawie zasypiałam, marząc, że zostaniemy sami - aż tu nagle, niespodziewanie, rozpoczęła się awantura. Właściwie o nic - o wtrącanie się w nie swoje sprawy.
I zrobiło się baaardzo ciekawie.
Gucio poszedł wcześniej już spać w swoim łóżeczku, dlatego można było swobodnie "wywalić" sobie wszystko.
A przez lata się nazbierało.
Kobieca solidarność zwyciężyła - tak więc chlipiąc padłyśmy sobie w objęcia z żoną gościa, panowie doszli do porozumienia (bez pojedynku) - trochę to potrwało, aż wreszcie wszyscy poczuliśmy się oczyszczeni i związani mocniej węzłem przyjaźni. Ponieważ mamy słuch, a co poniektórzy i głos, śpiewaliśmy kolędy, nie powiem, ze trzymając się za ręce, ale byłoby to możliwe.
Żegnałam ich z żalem.
O dziwo, wczoraj nic się nie działo.
Poszłam tylko na mszę, żeby podziękować za zdrowie Gucia. I tu i teraz przysięgam, że zanim zjawię się w jakimkolwiek kościele, dowiem się, czy będzie tam gitara lub bębenki lub jedno i drugie i moja noga, jak mówi Wojtek, "nie powstanie" w takim przybytku. Ktoś zapomniał o istnieniu cudownego instrumentu o nazwie organy i o genialnych kompozytorach, którzy przez wieki pisali muzykę sakralną.
Tymczasem czułam w sobie narastającą chęć jakiegoś twórczego czynu.
I tym sposobem dziś zaczęłam wreszcie nowy, industrialny w zamyśle, obraz.
Być może będzie na nim, jak go nazywa Gustaw, "słup wysokiego pięcia".
Obraz ma podwójną strukturę - szarość połyskliwa, z domieszką srebra, błękit - matowy.
Tutaj zdjęcie fragmentu, gdyż kompozycja jest pionowa, przy tym horyzont specjalnie, oczywiście, nie trzyma poziomu, jest lekko pochylony - a więc już wiem, ze to kolejny obraz, ktorego nie sposób powiesić tak, zeby wyglądał "prosto".
Nie wiedziałam go jeszcze w dzień, dlatego wstrzymałam się z resztą kolorów.
Ale to, co jest, podoba mi się i wg mnie ma klimat.
Stosownie do niego pachnę Alienem edp.
Jak dobrze, że nastąpił "normalny" czas.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















