WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

wtorek, 25 września 2012

Spaniele lubią brąz

No więc...
Mimo, ze Gustaw był dziś w domu, udało mi się przysiąść na moim ulubionym fotelu z kółkami i popracować co nieco nad obrazem.
Właściwie powinnam podziękować Katty- bo sposób, a jaki potraktowałam fakturę w Jej wizerunku, miał wpływ na Pieska.


 Wszystkie kolory, jakie kładę, są przejrzyste- dopiero potem, kiedy powierzchnia obrazu będzie już pokryta, zacznę się zastanawiać, co zmienić (i czy).

Obraz trochę przypomina teraz patchwork- ale oczywiście zadbam o spójną całość.

Aż mnie ręce świerzbią! W ogóle nie czuję, że Piesek ma tak wielki rozmiar (120 na 80)- a przecież w porównaniu choćby z Katty (29 na 19) różnica jest kolosalna. W ogóle żadnego zmęczenia, bawię się nim, jak układanką.
No i okulary niepotrzebne.

Zarysowała się ścieżka i kałuże, jak sobie pomyślę, jakie niuanse trzeba będzie wydobyć, ile niespodzianek się przydarzy- to aż mi coś skacze w środku z radości.

Tym bardziej, że Gucio prawie całkiem zdrów i chyba już jutro pójdzie do przedszkola.
Przedstawił mi dziś swoją teorię- mianowicie urodziliśmy Go oboje (i ja i Wojtek), bo mężczyźni też mogą być w ciąży, ale tylko z dziewczynkami w brzuchach, kobiety- z chłopcami. Oraz każdy mężczyzna zmienia się w kobietę ("potem").
Nie zapytałam, jak w takim razie Wojtek został przy swojej płci - ale jeszcze wrócę do tej rozmowy.
Temat ewentualnej ciąży Wojtka jest dość śliski, z racji posiadania przez Niego(wciąż) brzucha.

Może jednak poczekam jeszcze trochę, aż Gustaw urośnie?
Albo użyję praktykowanego od wieków wyrażenia "nie garb się!"

poniedziałek, 24 września 2012

Piesek - jeszcze niewidzialny

Poprzypominały mi się, przy okazji pracy nad Pieskiem, moje, nieżyjące już, czworonogi.

Ukochane- to Żuczek (kundelek, znajda) i Norek (terier szkocki).

Żuczek - mimo mikrego wzrostu, herszt ulicy. Cwaniak, jakich mało. Żadne zamknięcie nie było dla Niego przeszkodą. Brał udział w wielu bójkach, oberwał nie raz i zostawił liczne potomstwo, które można było poznać po podwójnie zakręconych ogonkach. W lesie napędzał na nas stada zwierząt, więc kiedy Żuk znikał, a po chwili rozlegał się tętent, padaliśmy na ziemię i podnosząc głowy widzieliśmy gromadę pędzących np. dzików, a za nimi, w oddaleniu, ujadając w szale, nasza psina, z ogniem myśliwskim w oczach.
Dożył prawie dwudziestu lat.

A Norek (Norman), młodszy "brat", mimo krótkich nóżek i nieśmiałości, chciał robić wszystko, co Żuk. Wiele przeszedł w dzieciństwie, została Mu nieufność - nigdy nie dał się pogłaskać po brzuchu, ale to, że przychodził do nas i siadał sobie, patrząc w skupieniu, odczytywaliśmy właściwie. Czyli jako wielkie przywiązanie.Miał tyle ciepła w sobie, wzruszał nas.

Kochaliśmy je bardzo.



Powyżej mój bardzo dawny rysunek, jeszcze z liceum.

Tymczasem Piesek Pana Krzysztofa już jest naszkicowany.
Zmodyfikowałam trochę kształt na bardziej dynamiczny.
Będzie przeskakiwał przez ścieżkę i kałuże, z tyłu drzewa i na najdalszym planie- piony budynków.
Objaśniam wszystko, jak ślepemu, bo na zdjęciu ledwie co widać.


Muszę tylko poskromić zapędy kolorystyczne- bo dozwolone mam tylko brązy, beże, szarości i zieleń.
I bardzo dobrze. Takie obostrzenia często dają dobry efekt, zmuszają do poszukiwań.
Pod prysznic z obrazem nie pójdę, bo jest tak duży, że może się wygiąć, albo, co gorsza, podzielić los Podwójnego Pejzażu, który zaczynałam jako pojedynczy.

Mam nadzieję, że biedny przeziębiony Gucio pójdzie wkrótce do przedszkola i będę mogła malować za dnia.

sobota, 22 września 2012

Pies - prapoczątek obrazu

Wymyśliłam sobie, że Pies dla Pana Krzysztofa ma być w ruchu. Następna myśl- w biegu.
Sprawa nieprosta.


To, co dzieje się z psem podczas pędu, przekracza wyobraźnię, a jeśli chodzi o uszy- żyją własnym życiem.


Gdybym aż tak namalowała, nie byłoby prawdziwie.
Dlatego po zużyciu połowy gumki i ołówka naszkicowałam postać Pieska prawdopodobnego.
Nie widać na zdjęciu- a On będzie uśmiechnięty.


Słabe zdjęcie- ale może coś tam majaczy, dając pojęcie.

Obraz jest- szczególnie w porównaniu z Panienkami- ogromny. 120 na 80 cm. Odejścia nie mam- musiałabym wyfrunąć za okno, jak Karlsson z Dachu, a więc będę musiała wynosić obraz do pokoju obok, a kto wie, czy nie na klatkę schodową i otwierać drzwi. Bywa tam ciemnawo, toteż bardzo możliwe, że zatrudnię Wojtka z latarką.
Nie wiem, czy sąsiadów jeszcze coś zdziwi, po tym, jak mnie nieraz widzieli pomalowaną, jak Indiankę albo ostatnio- uwięzioną w skrzynce na listy. Stuknięta spod dziewiątki.
Na dodatek wydaję intensywną woń xero i fajczącej się instalacji elektrycznej, dzięki Odeur'owi 71.
No i co.
Artysta tak może mieć.

czwartek, 20 września 2012

The End of Innocence (and Summer)

Ostatni dzień lata...
Zaczął się bardzo przyjemnie, bo poczta dostarczyła mi, przekrzykując szczekające psy, paczkę z torbą.
Klasyczny używany oldskul.
Aż zadzwoniłam do Wojtka- z radości (wyjechał)
"Wojtek, przyszła do mnie piękna czarna listonoszka!"
Mąż zaniemówił na chwilę
"Że mnie tam nie ma..."
Wtedy dopiero zrozumiałam. CZARNA LISTONOSZKA!

Dla dodania sobie animuszu włożyłam swoje super koturny, przewiesiłam na skos listonoszkę i wybrałam się do (nawet nie wiem, jak nazwać to miejsce- butik?) Horn & More.
Jest tam wybitnie zaopatrzony dział perfumeryjny, a ponieważ zawsze, gdy W. opuszcza Warszawę, urządzam sobie orgie zapachowe, wybrałam więc Horna.

Drzwi, a właściwie wrota, nie są otwarte dla wszystkich. Trzeba zadzwonić.


Obsługiwał mnie uprzedzająco grzeczny smukły młodzieniec w koszuli o kolorze wypłowiałej brzoskwini i długą blond grzywką. Od czasu do czasu zjawiały się, jak spod ziemi, dwie smagłe postaci (a może jedna, tylko raz w okularach, raz bez?) w stylowych szaro-czerniach,  o hiszpańskiej powierzchowności, powściągliwi i skupieni jak torreadorzy przed ostatecznym starciem. Była też dziewczyna, na moment- zupełnie normalna.
Miejsce- piękne.



Nie będę się zapachowo rozpisywać, ale zapachy Blood Concept AB (metaliczno- cielesny), Odeur 71 Comme des Garcons (kurz na gorącej żarówce plus xero) oraz Dziewice i Torreadorzy Etat Libre (zmysłowo krwisty- dla mnie to możliwe) wprawiły mnie w stan odurzenia.

Teraz mam na sobie Koniec Niewinności (Archives 69) Etat Libre i patrzę na odnalezione rysunki, które mi jakoś pasują do tematu.


Myślą przewodnią Horn and Mora jest "Sexy people love sexy objects"


Jednak wydaje mi się, że moja listonoszka, która wygląda jak produkt Spółdzielni Inwalidów Świt, jest nie za bardzo sexy, nawet wcale.
Chociaż- skoro Odeur 71 może być uwodzicielski (dla mnie jest)...

No dobra, przyznam się. Kupiłam u nich ten Odeur 71.
Będzie jak znalazł do cyklu Słupy Wysokiego Napięcia.

Spowita w Odeur weszłam do Sephory i podsłuchałam rozmowę dwóch pań sprzedających na temat La Vie est Belle Lancome'a. Jedna, bardziej doświadczona, tłumaczyła praktykantce, z czego jest złożona nuta głowy i jaki absolut jest w "sercu".
Ośmieliłam się wtrącić "Jeśli tu jest jakiś absolut, to absolut z wyciągu z pianek Marshmallow. W typie Escady Magnetism".
"Pozwolę się nie zgodzić"- sprzedawczyni zabłysły oczy- "Gdzie Lancome, a gdzie Escada!"
Na to ja: "Skoro Chanel wypuszcza Coco Noir, to czemu Lancome ma nie robić Escad?"
Pani zaoponowała "Coco Noir bardzo się podoba!"
Wysączyłam bezwzględnie :"Powiedzmy to sobie jasno- Coco Noir jest SŁABE" i wyszłam.

Odeur dodaje odwagi!

środa, 19 września 2012

Konsekwencje Pieska Jesiennego

Jak mówi mój Tato "Stare sprawy rzucają długie cienie".
Dobrych parę lat temu miałam wernisaż w nieistniejącej już kawiarni. W okresie "zwierzęcym". Miedzy innymi wisiał tam uroczy obrazek- Piesek Jesienny.


Jeszcze wystawa nie rozpoczęła się na dobre, a już został sprzedany.
I ta sama osoba zwróciła się do mnie w zeszłym tygodniu, kiedy kończyłam Katty. Pan Krzysztof potrzebował dwóch dużych obrazów. Z tych, które mam, wybrał Różę, a drugi będę malować na zamówienie.
Ku mojej radości wspólnie ustaliliśmy, że na obrazie będzie piesek- spaniel lub mieszaniec. Dostałam ścisłe wytyczne dotyczące kolorystyki- brązy, beże, popiele i szarości, a z kolorów innej gamy w grę wchodzi jedynie zieleń.

Kojarzy mi się z jednym z moich pierwszych obrazów- Kotopsem.


 Tyle, że za pieskiem Pana Krzysztofa będzie pejzaż z elementami miejskimi- myślałam o pionach budynków.
Może latarnie też?

Nazywam swojego nowego Zleceniodawcę Krzysztofem, ale to nie jest Jego prawdziwe imię.
W jednym z maili popełniłam karygodny błąd- pomyłkowo zwróciłam się do Niego "Krzysztof". Oczywiście przepraszałam, strasznie mi było głupio, tym bardziej, że klient solidny, konkretny, wrażliwy i sympatyczny na dodatek.
Przy bezpośrednim spotkaniu powiedziałam, że mogę zmazać swoją winę tylko w jeden sposób- jeśli On zacznie się do mnie zwracać "Pani Ilono".
"Jeśli Pani sobie życzy..." rzekł niepewnie. Oj, nie, nie życzę sobie...
Za to zgodziliśmy się, że tutaj pan od nowego pieska będzie występował jako Krzysztof.

Jutro rozpoczynam robocze szkice- obraz ma być duży- 100 na 70 cm.
Rozpedzam się- dosłownie też.
Steppera używam i wydawało mi się, że są efekty, bo dosłownie z ćwiczenia na ćwiczenie lżej mi się chodzi.
Aż wreszcie wczoraj prawda wyszła na jaw- odpadło pokrętło. Oznacza to, ze nie ja się rozkręcałam, tylko stepper.
To by wyjaśniało bardzo okazyjną cenę.

Do ćwiczeń mam zamiar dodać spożywanie większej ilości warzyw, ale dopiero od dnia, kiedy do spożywczaka dostarczą Zupę Prezydencką. Idzie do nich od poniedziałku.
Pani blond borsuczy, stojąca na serach i mrożonkach, już od wejścia mnie informowała "Jeszcze nie ma" - a ja w duchu weselałam.
Dzisiaj nic nie powiedziała, siedziała cicho za ladą z serami. No to pytam, czy zupa jest.
"Pani, jaka zupa! Pani zobaczy lepiej, jak ja wyglądam!" rzekła z wyrzutem.
Faktycznie- twarz z jednej strony opuchnięta.
"Zaraz umrę od tego zęba" ponuro wpatrzyła się w Tylżycki.
A ja co- zupę tylko chcę, a człowieka nie widzę

poniedziałek, 17 września 2012

Katty- skończona

Nowy zleceniodawca już odebrał Różę i czeka na Pieska.
Pokazałam Mu Katty - bardzo się zdziwił
"Pani Justyno, byłem przekonany, że to duży obraz! One (panienki) wszystkie są takie malutkie? Niemożliwe"
Powiedział też, że nierówna powierzchnia, faktura "witrażu"- części dolnej obrazka, bardzo Mu się podoba.

 Wersji ostatecznej nie widział- w ogóle nikt jej nie widział, poza mną.
Teraz jestem spokojna i zadowolona - balans kolorów- doskonały, dzięki wprowadzeniu nowego elementu.


Tak! Słońce - jak pomarańcza. I jego odbicie (miejsce ustalone z moim konsultantem d/s technicznych - czyli Wojtkiem), przez co "witraż", będący wcześniej elementem dekoracyjnym, zyskał przestrzenność.

Jeszcze zwyczajowo- Katty ma 19 na 29 cm.


Obraz zrobił się bardziej nastrojowy i, według mnie, pogodniejszy.

A Katty nie straciła na wyrazistości (czego się trochę obawiałam). Słonko Jej nie zdominowało.



Przyznam, że szkoda mi się będzie z Nią rozstać, ale Piesek już przebiera łapami.


Powyżej wielkość ciut większa od naturalnej. wielkość głowy! Nie- całości.

Jeszcze sobie trochę popatrzę - bo ten obrazek ma w sobie coś kojącego.

Katty - PRZEDostatnie słowo

Wreszcie nadszedł ten moment, kiedy kończy się malowanie. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Moment uroczysty.
Żeby wprowadzić się w odpowiedni nastrój, pachniałam Night Aoud Micallefa, rozbrzmiewały Nokturny Debussy'ego.
I poniosło mnie.

Po wprowadzeniu dodatkowego koloru, czyli pomarańczo- czerwienio rudości (po konsultacji z Katty, która powiedziała, ze jest to jej ulubiony kolor!), jeszcze mi było mało.
Przy nastrojowych akordach Dziewczyny o Włosach jak Len, wpadłam na pomysł- MGŁY!

Ochoczo rozrobiłam farbę i przystąpiłam.
I to nie był dobry ruch.
Obrazek stracił na wyrazistości, poza tym....

...znowu miałam stan przedzawałowy. kiedy zorientowałam się, że trzeba szybko, póki jeszcze nie wyschło (a w akrylach to jest chwila) wytrzeć mgły.
Rzuciłam się po zmywak- ale pomyliła mi się gąbka artystyczna z gospodarczą, i nagle zorientowałam się, że w obrazek wcieram pozostałości klopsików z sosem i kopytkami!

Na szczęście moje obrazki są odporne, więc udało się go pięknie wymyć.
Z mgieł i kopytek.

Ale rozrobiona farba została - co by tu...co by tu...
Mam! I, niewiele myśląc, zrobiłam naokoło Katty poświatę.

Niby fajnie. Rusałka.
Przy tym poświata uzasadnia, w jaki sposób niewiasta o wytwornym wyglądzie pojawia się w plenerze górskim.
Jednak...kiedy zdjęłam okulary i spojrzałam na całość, poświata wydała mi się sztuczna i na siłę.


Sięgnęłam więc po gąbkę artystyczną i przetarłam obrazek.


Teraz pięknie komponuje się jako całość, bo przetarcia są czułe - czyli różnią się delikatnie, w zależności od miejsca, poza tym kulki jarzebinowe odcinają się od tła. I biżuteria stała się bardziej widoczna.


Wprowadziłam też akcenty bieli- kości słoniowej - na rękach i twarzy Katty, a żeby wszystko "grało" troszkę białych rozbłysków jest poniżej postaci.


A jednak... coś mi mówi, że to nie koniec.
Mam pomysł.

Ciąg dalszy- wkrótce.