Kiedy patrzę na swoją dzisiejszą produkcję, przypomina mi się Babcia, która będąc już w bardzo zaawansowanym wieku, po obudzeniu siadała na brzegu łóżka i patrząc w dal mówiła : "Cóż dalej, szary człowieku?".
Nawiasem mówiąc, prawdopodobnie był to cytat, gdyż przed wojną z zapałem, razem z Dziadkiem, uczęszczała na zajęcia "Koła Żywego Słowa".
I ja też, widzę Kotę i pytam :cóż dalej...?
Jakim sposobem wplątałam się w tak mrówczą robotę, godną najlepszych kaligrafów?
Czy naprawdę długie listopadowe/grudniowe wieczory będę spędzać na zamalowywaniu "dziurek" w żywopłocie?
Jedyna nadzieja, że pójdzie mi szybciej, niż zwykle (a pisze to specjalistka od robótek ręcznych, szczególnie szydełka).
Zawsze umieszczam wymiar obrazka, ale i tak każdy, kto widzi moje "portrety" na żywo, dziwi się, że są takie malutkie.
Dlatego zrobiłam zdjęcie, w którym obok postaci położyłam pierścionek.
Czy teraz już rozumiecie dramatyzm sytuacji?
Gdybym nie miała pędzelków, które zresztą kupiłam od Koty oraz okularów +1,5, nie porwałabym się na takie zadanie.
Z ciekawostek - aby suknia miała gładką i nieprzezroczystą powierzchnię, położyłam 16 (!) warstw farby. To samo na twarz. Kotową.
Nie na swoją... ale...
Po wczorajszym zapewnieniu, że będę uważać, na spacerze po północy straszyłam ustami w kolorze "white ivory".
WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
czwartek, 29 listopada 2012
środa, 28 listopada 2012
Kota wychodzi z mgły
Postanowiłam jeszcze na razie nic nie kombinować z tłem, tylko zająć się tym, czego jestem pewna.
O reszcie pomyślę potem.
I nawet dobrze mi z tą niewiadomą. Największa przyjemność, jeśli nie znam rozwiązania, a ono albo powoli się wyłania, albo znajduje w zupełnie niespodziewanej zazwyczaj chwili.
Właściwie szkielet obrazka jest już gotowy.
Teraz będzie przybywać szczegółów i kolorów, ale chciałabym zachować pewną ascezę, jeśli chodzi o barwy. Jednak nie wykluczam, że w trakcie może się okazać, że pasuje odwrotne rozwiązanie.
Oczywiście korci mnie, żeby już wymyślić wszystko.
Ale przede mną jeszcze robota w czerni (czarna robota!).
Podstawa - czyli najwyższe szpilki na świecie - namalowane.
Najważniejsze abym następnym razem kontrolowała wygląd - bo po oblizywaniu pędzli znowu wyszłam z psami, z ustami, jakbym rozgryzała węgiel. Do tej stylizacji, której jednak nie mogę nazwać odważną - bo nie była zamierzona, dochodzą białe smugi na czarnych, dresowych spodniach (po paluchach od malowania kotowej sukni) i mała torebeczka z psią kupą.
Za to zapach wytworny - fiołek, róża i heliotrop w jednym, dużej mocy (Broadway Nite Bonda No 9).
O reszcie pomyślę potem.
I nawet dobrze mi z tą niewiadomą. Największa przyjemność, jeśli nie znam rozwiązania, a ono albo powoli się wyłania, albo znajduje w zupełnie niespodziewanej zazwyczaj chwili.
Właściwie szkielet obrazka jest już gotowy.
Teraz będzie przybywać szczegółów i kolorów, ale chciałabym zachować pewną ascezę, jeśli chodzi o barwy. Jednak nie wykluczam, że w trakcie może się okazać, że pasuje odwrotne rozwiązanie.
Oczywiście korci mnie, żeby już wymyślić wszystko.
Ale przede mną jeszcze robota w czerni (czarna robota!).
Podstawa - czyli najwyższe szpilki na świecie - namalowane.
Najważniejsze abym następnym razem kontrolowała wygląd - bo po oblizywaniu pędzli znowu wyszłam z psami, z ustami, jakbym rozgryzała węgiel. Do tej stylizacji, której jednak nie mogę nazwać odważną - bo nie była zamierzona, dochodzą białe smugi na czarnych, dresowych spodniach (po paluchach od malowania kotowej sukni) i mała torebeczka z psią kupą.
Za to zapach wytworny - fiołek, róża i heliotrop w jednym, dużej mocy (Broadway Nite Bonda No 9).
wtorek, 27 listopada 2012
Kota we mgle albo czymś
Za oknem gęsty deszczyk i mgła.
Na obrazku z Kotą też mgła...
Proszę się nie niepokoić, choć wygląda to na strzał w nogę, robiłam próby i z grubsza znam rezultat.
Woziłam się od dawna z pomysłem, aby całkiem zamalować obraz, jako pierwszą warstwę, a potem go umyć, tylko zawsze się rozpędzałam i zanim zrealizowałam zamierzenie, już inne kolory były położone.
Tym razem, z racji tego, że Kota kojarzy mi się z bielą/ecru, no i mgły na dworze - stało się.
Czas schnięcia minał, idę zmyć.
*****
Ha, ha, ale śmieszne. Ktoś tu mówił, że wie, co robi?
Ja?
Miałam uzyskać gładką, transparentną powierznię.
Na to wskazywały próby.
Tyle, że chociaż dykta wygląda na taką samą z obu stron, niestety, nie jest!
Różni się, minimalnie, gładkością. I to wystarcza, żeby zamiast jednolitego tła uzyskać taki oto "szron na szybie" :
Nie powiem, że mi się nie podoba.
Ale teraz dopiero mam wyzwanie!
Przynajmniej rysunek się nie wytarł.
Czyli jednak trzeba będzie nanosić kształty i wypełniać je kolorem (bo zakładam, że przecierki w drugiej warstwie mogą w ogóle się nie udać).
Jako mistrzyni wychodzenia z opresji malarskich (i nie tylko) na szczęście jestem bardziej zainspirowana i zaciekawiona, niż zmartwiona.
Jednak odrobina otuchy się przyda...
Wracam wspomnieniem do początków malowania (już po studiach) i Pieska Zimowego
Zamierzenia też były inne, niż rezultat.
Ale Koty zimowej nie zostawię, o nie.
Na obrazku z Kotą też mgła...
Proszę się nie niepokoić, choć wygląda to na strzał w nogę, robiłam próby i z grubsza znam rezultat.
Woziłam się od dawna z pomysłem, aby całkiem zamalować obraz, jako pierwszą warstwę, a potem go umyć, tylko zawsze się rozpędzałam i zanim zrealizowałam zamierzenie, już inne kolory były położone.
Tym razem, z racji tego, że Kota kojarzy mi się z bielą/ecru, no i mgły na dworze - stało się.
Czas schnięcia minał, idę zmyć.
*****
Ha, ha, ale śmieszne. Ktoś tu mówił, że wie, co robi?
Ja?
Miałam uzyskać gładką, transparentną powierznię.
Na to wskazywały próby.
Tyle, że chociaż dykta wygląda na taką samą z obu stron, niestety, nie jest!
Różni się, minimalnie, gładkością. I to wystarcza, żeby zamiast jednolitego tła uzyskać taki oto "szron na szybie" :
Nie powiem, że mi się nie podoba.
Ale teraz dopiero mam wyzwanie!
Przynajmniej rysunek się nie wytarł.
Czyli jednak trzeba będzie nanosić kształty i wypełniać je kolorem (bo zakładam, że przecierki w drugiej warstwie mogą w ogóle się nie udać).
Jako mistrzyni wychodzenia z opresji malarskich (i nie tylko) na szczęście jestem bardziej zainspirowana i zaciekawiona, niż zmartwiona.
Jednak odrobina otuchy się przyda...
Wracam wspomnieniem do początków malowania (już po studiach) i Pieska Zimowego
Zamierzenia też były inne, niż rezultat.
Ale Koty zimowej nie zostawię, o nie.
sobota, 24 listopada 2012
Ofiara i dziury
Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem czynów domowych, udało mi się jednak na krotko wyskoczyć.
W autobusie spotkałam dziwną postać, a nawet przedziwną.
Czy ofiara mody? Nie wiem, w każdym razie ofiara czapki, może niechcianego prezentu (bo w głowie mi się nie mieści, by ktoś, kto ma więcej, niż 12 lat, mógł z własnej woli tak wyjść do ludzi).
Nakrycie głowy miała tak kuriozalne, że aż spojrzałam pod miejsca siedzące, by zarejestrować obuwie - ale cała reszta wyglądała neutralnie.
A więc na głowę nasadziła obiekt, zrobiony na drutach, jak piszę Futryk, myszmelanż, w kształcie przypominającym nieco chińskie ciasteczka z wróżbą. Na obiekcie wyszyta była para oczu, w charakterze postaci z mitologii chyba celtyckiej, patrzących z mocą w kogoś, kto się przygląda (czyli wszystkich w autobusie, którzy byli obróceni w kierunku właściwym). Oczy należały do jakby sowy lub wiewiórki, ponieważ czapka kończyła się dwojgiem uszu, z pracowicie zrobionymi końcówkami w formie półpomponików - pędzelków.
Natomiast oczy właściwe ozdobione były meandrową kreską o szerokości mniej więcej pół centymetra, czarną i kończącą się w połowie skroni. Sprawiała (kreska) wrażenie tak ciężkiej, że powodującej opadanie powiek. Spojrzenie nieobecne.
Poniżej usta wypełnione różowym kolorem, w kształcie stylizowanym na kogoś pomiędzy
Polą Negri a Ritą Hayworth.
Figura typu korpus bezszyjny. Podczas poruszania się mina nadąsana.
Komuś takiemu nie sposób spojrzeć prosto w oczy.
W domu, w ramach wspomnianego wyżej czynu, wzięłam się za porządki w obrazach i dyktach, z pomocą Wojtka. Znaleźliśmy nawet sklejkę. W., kiedy ją zobaczył, wspomniał o dawnych czasach, kiedy śpiewał w Szwajcarii, na ulicy (repertuar klasyczny, m. in. pieśni neapolitańskie). Ponieważ było mroźno, więc, żeby nogi nie przemarzły, pożyczył od Murzyna (akurat mającego przerwę w występie - stepowaniu) właśnie taką, jak nasza sklejkę. W. ustawił podkład muzyczny i zaczął śpiewać.
Mróz się wzmagał i z czasem została tylko jedna wierna słuchaczka, niewielka babina, która wreszcie ze zdesperowaną miną podeszła do Wojtka i zapytała "Panie, długi jeszcze ten wstęp? bo z zimna już nie mogę wytrzymać, więc niech mi pan powie, kiedy pan wreszcie zacznie stepować?".
Potem w porządkach przyszedł czas na zlikwidowanie dziur w ścianie. Wysłałam W. po szpachlę.
Dostał ją za darmo, bo zapomniał portmonetki.
Przestrzegam! Nigdy nie kupujcie tego dziadostwa!
Oboje dostaliśmy mini ataków nerwowych, bo substancja czepiała się wszystkiego, poza ścianą, a kiedy wreszcie udało się nałożyć ją w miarę równo w dziurę, wypływała w postaci tężejącego gluta.
Nie wytrzymałam i zapytałam z oburzeniem :
"Coś Ty, do diabła, przyniósł???"
"No co. Trzeba mieć wprawę(powiedział to ZANIM sam wziął się za robotę). Dobra szpachlówka. Nazywa się Myk, średnia pojemność. Mogłem wziąć też Śmig, większy. A jeszcze był całkiem mały."
"I jak się nazywał? Pyk Pyk?"
Ślady po dziurach zostały, ale trudno. Nie tknę już ich. Szpachlówkę wywaliłam.
Ach! Dostałam maleńkie zadanie. Podjęłam się zrobienia okolicznościowego rysuneczku, ale o osobie, dla której miał być, nie wiedziałam nic. Wobec tego zapytałam, czy może ma jakieś szczególne życzenie, ulubione zwierzątko? Okazało się, że owszem, ma kota, Stanisława, który sika do bakalii.
Tego mi było trzeba!
Oto bakalie podczas zasikiwania:
Teraz - nie bez obaw - biorę się za tło w portreciku Koty.
Może pójdzie mi lepiej, niż dziury w ścianie.
W autobusie spotkałam dziwną postać, a nawet przedziwną.
Czy ofiara mody? Nie wiem, w każdym razie ofiara czapki, może niechcianego prezentu (bo w głowie mi się nie mieści, by ktoś, kto ma więcej, niż 12 lat, mógł z własnej woli tak wyjść do ludzi).
Nakrycie głowy miała tak kuriozalne, że aż spojrzałam pod miejsca siedzące, by zarejestrować obuwie - ale cała reszta wyglądała neutralnie.
A więc na głowę nasadziła obiekt, zrobiony na drutach, jak piszę Futryk, myszmelanż, w kształcie przypominającym nieco chińskie ciasteczka z wróżbą. Na obiekcie wyszyta była para oczu, w charakterze postaci z mitologii chyba celtyckiej, patrzących z mocą w kogoś, kto się przygląda (czyli wszystkich w autobusie, którzy byli obróceni w kierunku właściwym). Oczy należały do jakby sowy lub wiewiórki, ponieważ czapka kończyła się dwojgiem uszu, z pracowicie zrobionymi końcówkami w formie półpomponików - pędzelków.
Natomiast oczy właściwe ozdobione były meandrową kreską o szerokości mniej więcej pół centymetra, czarną i kończącą się w połowie skroni. Sprawiała (kreska) wrażenie tak ciężkiej, że powodującej opadanie powiek. Spojrzenie nieobecne.
Poniżej usta wypełnione różowym kolorem, w kształcie stylizowanym na kogoś pomiędzy
Polą Negri a Ritą Hayworth.
Figura typu korpus bezszyjny. Podczas poruszania się mina nadąsana.
Komuś takiemu nie sposób spojrzeć prosto w oczy.
W domu, w ramach wspomnianego wyżej czynu, wzięłam się za porządki w obrazach i dyktach, z pomocą Wojtka. Znaleźliśmy nawet sklejkę. W., kiedy ją zobaczył, wspomniał o dawnych czasach, kiedy śpiewał w Szwajcarii, na ulicy (repertuar klasyczny, m. in. pieśni neapolitańskie). Ponieważ było mroźno, więc, żeby nogi nie przemarzły, pożyczył od Murzyna (akurat mającego przerwę w występie - stepowaniu) właśnie taką, jak nasza sklejkę. W. ustawił podkład muzyczny i zaczął śpiewać.
Mróz się wzmagał i z czasem została tylko jedna wierna słuchaczka, niewielka babina, która wreszcie ze zdesperowaną miną podeszła do Wojtka i zapytała "Panie, długi jeszcze ten wstęp? bo z zimna już nie mogę wytrzymać, więc niech mi pan powie, kiedy pan wreszcie zacznie stepować?".
Potem w porządkach przyszedł czas na zlikwidowanie dziur w ścianie. Wysłałam W. po szpachlę.
Dostał ją za darmo, bo zapomniał portmonetki.
Przestrzegam! Nigdy nie kupujcie tego dziadostwa!
Oboje dostaliśmy mini ataków nerwowych, bo substancja czepiała się wszystkiego, poza ścianą, a kiedy wreszcie udało się nałożyć ją w miarę równo w dziurę, wypływała w postaci tężejącego gluta.
Nie wytrzymałam i zapytałam z oburzeniem :
"Coś Ty, do diabła, przyniósł???"
"No co. Trzeba mieć wprawę(powiedział to ZANIM sam wziął się za robotę). Dobra szpachlówka. Nazywa się Myk, średnia pojemność. Mogłem wziąć też Śmig, większy. A jeszcze był całkiem mały."
"I jak się nazywał? Pyk Pyk?"
Ślady po dziurach zostały, ale trudno. Nie tknę już ich. Szpachlówkę wywaliłam.
Ach! Dostałam maleńkie zadanie. Podjęłam się zrobienia okolicznościowego rysuneczku, ale o osobie, dla której miał być, nie wiedziałam nic. Wobec tego zapytałam, czy może ma jakieś szczególne życzenie, ulubione zwierzątko? Okazało się, że owszem, ma kota, Stanisława, który sika do bakalii.
Tego mi było trzeba!
Oto bakalie podczas zasikiwania:
Teraz - nie bez obaw - biorę się za tło w portreciku Koty.
Może pójdzie mi lepiej, niż dziury w ścianie.
piątek, 23 listopada 2012
Kota w żywopłocie
Myślałam, myślałam i doszłam do wniosku, że żywopłot jako otoczenie Koty będzie najlepszy.
Nawet ostatnio, kiedy się spotkałyśmy, siedziała sobie w płytkiej wnęce wyciętej na ławkę.
Na tle żywopłotu wyglądała tak filigranowo, niewielka, drobna postać.
Zresztą każdy w zetknięciu z tą "figurą" z drzew robi wrażenie mniejszego, niż jest.
Jednak obrazek ma swoje prawa, które szczęśliwie ja ustalam, dlatego chcąc zachować określoną wielkość postaci, zrobię żywopłot nieogarniony, z niewidocznym szczytem.
Obawiałam się trochę, że taka masa liści i gałęzi przytłoczy Kotę, ale i na to znalazłam sposób.
W szkicu nie ma sensu tego ujmować, ale chcę, żeby roślinna bryła miała w sobie lekkość, wręcz przejrzystość.
Krotko mówiąc - czeka mnie koronkowa robota.
Najwygodniej bedzie zacząć od tła i na nie nanosić precyzyjne kontury.
Oczywiście, możnaby puste fragmenty wypełniać farbą, ale wówczas przypuszczam, że nie zdążyłabym z obrazkiem przed końcem roku, a efekt wcale nie byłby lepszy.
Nie zdecydowałam, czy zastosuję technikę z ostatniego "portretu", polegającą na szybkim zmywaniu położonego koloru, wiem tylko, że całość ma sprawiać pogodne, liryczne wrażenie, nie pozbawione tajemniczości.
Dodam jeszcze, co istotne - i ja, i Kota, mamy wielkie upodobanie do zapachów klasycznych, ze starej, dobrej, perfumiarskiej szkoły, dlatego też w takich właśnie perfumach mam zamiar malować.
Diane von Furstenberg (miodowy, ale świeży), Birmane (ananasowo słodki, marzycielski) i Lady Caron (sympatyczny szypr, ale z charakterkiem - jak to szypr) będą idealne.
Nawet ostatnio, kiedy się spotkałyśmy, siedziała sobie w płytkiej wnęce wyciętej na ławkę.
Na tle żywopłotu wyglądała tak filigranowo, niewielka, drobna postać.
Zresztą każdy w zetknięciu z tą "figurą" z drzew robi wrażenie mniejszego, niż jest.
Jednak obrazek ma swoje prawa, które szczęśliwie ja ustalam, dlatego chcąc zachować określoną wielkość postaci, zrobię żywopłot nieogarniony, z niewidocznym szczytem.
Obawiałam się trochę, że taka masa liści i gałęzi przytłoczy Kotę, ale i na to znalazłam sposób.
W szkicu nie ma sensu tego ujmować, ale chcę, żeby roślinna bryła miała w sobie lekkość, wręcz przejrzystość.
Krotko mówiąc - czeka mnie koronkowa robota.
Najwygodniej bedzie zacząć od tła i na nie nanosić precyzyjne kontury.
Oczywiście, możnaby puste fragmenty wypełniać farbą, ale wówczas przypuszczam, że nie zdążyłabym z obrazkiem przed końcem roku, a efekt wcale nie byłby lepszy.
Nie zdecydowałam, czy zastosuję technikę z ostatniego "portretu", polegającą na szybkim zmywaniu położonego koloru, wiem tylko, że całość ma sprawiać pogodne, liryczne wrażenie, nie pozbawione tajemniczości.
Dodam jeszcze, co istotne - i ja, i Kota, mamy wielkie upodobanie do zapachów klasycznych, ze starej, dobrej, perfumiarskiej szkoły, dlatego też w takich właśnie perfumach mam zamiar malować.
Diane von Furstenberg (miodowy, ale świeży), Birmane (ananasowo słodki, marzycielski) i Lady Caron (sympatyczny szypr, ale z charakterkiem - jak to szypr) będą idealne.
środa, 21 listopada 2012
Pasowanie na przedszkolaka
Dziś szczególny dzień - pasowania Gustawa na przedszkolaka.
Od tygodni nasz synek przynosił z przedszkola strzępki wierszyków na nieokreśloną melodię, które z biegiem czasu zawierały coraz mniej słów, a coraz więcej mamrotania - a to "małe pajączki, ma...eeee rączki, ploeeeeee pajęczynkę by eeee rodzinkę", a to "podaj rękę patnerowi eeeeeeeeee nóżka w prawo, nóżka w lewo....eeeeee", za to z żywą gestykulacją i coraz szybciej wykonywanymi obrotami, często z wywrotką.
Mieliśmy - my, rodzice, dać dziecku strój galowy na "występ".
Gucio zachwycił się białą koszulą w paski, taką dorosłą i sztruksowymi, granatowymi ogrodniczkami.
Po rozebraniu się w szatni jak zwykle kazał mi odliczać, basem zapowiedział "odpalamy silniki!" i jak pocisk runął do swojej sali Pszczółek.
Jeszcze do wczoraj wieczora nie wiedzieliśmy, czy "pasowanie" dojdzie, jeśli chodzi o Gustawa, do skutku, bo poniedziałek i wtorek spędził w domu - wydawało się, że może być chory. Bolała Go głowa, nie miał apetytu, a jeszcze dowiedzieliśmy się, że w Pszczółkach panuje epidemia ospy wietrznej, więc oglądaliśmy synka uważnie, czy nie ma czerwonych kropek.
Ale dziś był jak nowy, na szczęście.
Po odprowadzeniu poważnie zastanawiałam się, czy aby nie pójść spać, ale głód mi na to nie pozwalał.
Ostatnio wzięła mnie ochota na ciepłe zupy, które przyrządza mi mój świetnie gotujący mąż.
Dzisiejsza zupa zachwyciła mnie nie tylko smakiem, ale i wyglądem. i całkiem rozbudziła.
Szykując się na przedszkolną uroczystość podsłuchałam, że Wojtek nawiązuje kontakty z właścicielami żaglówek takich, jak nasza (rambler) - telefoniczne na razie, zauważyłam w jego głosie pewną jakby obawę. Po skończonej rozmowie westchnął ciężko.
"Oj, Justysiu, wracają mi wspomnienia...Wiesz, czemu nie jestem regularnym żeglarzem?" (uprawnienia wszystkie ma).
"No właśnie, dlaczego?"
"Nienawidzę szantów!"
"Co takiego?"
"Musisz zbadać sobie słuch!"
"Wojtek, muszę zbadać, ale wzrok, słuch mam dobry"
"Taaak?" i ściszył głos do prawie szmeru: "Powinnaś się podlać ryczeniu na sucho. Co powiedziałem?"
"Podlać ryczeniu na sucho???"
"No widzisz, Justysiu, PODDAĆ się LECZENIU SŁUCHU - mówiłem".
Żarty, żarty, a tymczasem zrobiło się późno i trzeba było wybierać się na pasowanie.
Kolorystycznie zainspirowała mnie zupa - zdecydowałam się na fioletową sukienkę.
Na miejscu uroczystość już się zaczynała. W sali zgromadzeni byli wszyscy zainteresowani - a więc tłok jak w autobusie. Zanim przygotowałam aparat fotograficzny, już Pszczółki, potencjalni nosiciele ospy, w postaci węża śpiewającego "Jedzie pociąg z da le ka" już ustawili się na prowizorycznej scenie, całkiem dla mnie, stojącej z tyłu, niewidocznej. Wojtek, jak taran, przebrnął na przód i filmował telefonem.
Ja tymczasem, szepcząc "przepraszam" takim tonem, jakbym mówiła "zejdź mi z drogi, ofermo" przebiłam się na bok, w kierunku okna i stanęłam z tyłu stołu z łakociami. To nie był dobry pomysł, bo przez cały skupiałam się na balansowaniu ciałem, aby nie rymnąć w domowe ciasta i torty, ledwie widząc główkę naszego synka.
Klęska. Wszystkie zdjęcia wyszły poruszone, aż wreszcie pomyślałam sobie, że trudno, rezygnuję z rejestrowania występu i postaram się choć trochę zobaczyć i nacieszyć się widokiem.
Obok synka stali jego koledzy, zapewne ci, o których opowiadał nam w domu - Kubert, Hilip i Adian.
Wojtek też potem narzekał, że pani z tylu robiła Mu w karku dziurę łokciem, na dodatek przed nosem dyndała Mu z boku na bok metka jej markowego aparatu, jakby chciała go zahipnotyzować.
Wreszcie występ się skończył, nastąpiło rozgęszczenie, a Wojtek natychmiast został wzięty w obroty przez panie Gucia - Kasię i Mirellę, które wiedziały, że W. śpiewa. Można powiedzieć, że został wrobiony w kolędowe karaoke. Zastrzegł od razu twardo, że sam wybierze ścieżkę muzyczną.
"Cieszę się, Wojtek, że się zgodziłeś. Tylko jak Ty to sobie wyobrażasz?" zapytałam.
"Cóż prostszego? Karaoke nie jest wynalazkiem japońskim, ale kościelnym, praktykowanym od stuleci"
"???"
"No co - organy jako podkład, książeczka i lecimy z koksem".
Z jedynego zdjęcia, które udało mi się zrobić (pod lampą), musiałam wykasować Wojtka, bo jak siebie zobaczył, powiedział (jako aktor), że za takie oświetlenie można pójść do więzienia.
A dwie pozostałe fotografie są już typowo poimprezowe.
Gustaw zasnął już w samochodzie.
A z galowego stroju zaprezentował tylko skarpetki.
I ja też powoli odpadam, słysząc, jak Wojtek, cichutko, żeby nie obudzić synka, ćwiczy "Cichą noc", oczywiście do podkładu z komputera.
Od tygodni nasz synek przynosił z przedszkola strzępki wierszyków na nieokreśloną melodię, które z biegiem czasu zawierały coraz mniej słów, a coraz więcej mamrotania - a to "małe pajączki, ma...eeee rączki, ploeeeeee pajęczynkę by eeee rodzinkę", a to "podaj rękę patnerowi eeeeeeeeee nóżka w prawo, nóżka w lewo....eeeeee", za to z żywą gestykulacją i coraz szybciej wykonywanymi obrotami, często z wywrotką.
Mieliśmy - my, rodzice, dać dziecku strój galowy na "występ".
Gucio zachwycił się białą koszulą w paski, taką dorosłą i sztruksowymi, granatowymi ogrodniczkami.
Po rozebraniu się w szatni jak zwykle kazał mi odliczać, basem zapowiedział "odpalamy silniki!" i jak pocisk runął do swojej sali Pszczółek.
Jeszcze do wczoraj wieczora nie wiedzieliśmy, czy "pasowanie" dojdzie, jeśli chodzi o Gustawa, do skutku, bo poniedziałek i wtorek spędził w domu - wydawało się, że może być chory. Bolała Go głowa, nie miał apetytu, a jeszcze dowiedzieliśmy się, że w Pszczółkach panuje epidemia ospy wietrznej, więc oglądaliśmy synka uważnie, czy nie ma czerwonych kropek.
Ale dziś był jak nowy, na szczęście.
Po odprowadzeniu poważnie zastanawiałam się, czy aby nie pójść spać, ale głód mi na to nie pozwalał.
Ostatnio wzięła mnie ochota na ciepłe zupy, które przyrządza mi mój świetnie gotujący mąż.
Dzisiejsza zupa zachwyciła mnie nie tylko smakiem, ale i wyglądem. i całkiem rozbudziła.
Szykując się na przedszkolną uroczystość podsłuchałam, że Wojtek nawiązuje kontakty z właścicielami żaglówek takich, jak nasza (rambler) - telefoniczne na razie, zauważyłam w jego głosie pewną jakby obawę. Po skończonej rozmowie westchnął ciężko.
"Oj, Justysiu, wracają mi wspomnienia...Wiesz, czemu nie jestem regularnym żeglarzem?" (uprawnienia wszystkie ma).
"No właśnie, dlaczego?"
"Nienawidzę szantów!"
"Co takiego?"
"Musisz zbadać sobie słuch!"
"Wojtek, muszę zbadać, ale wzrok, słuch mam dobry"
"Taaak?" i ściszył głos do prawie szmeru: "Powinnaś się podlać ryczeniu na sucho. Co powiedziałem?"
"Podlać ryczeniu na sucho???"
"No widzisz, Justysiu, PODDAĆ się LECZENIU SŁUCHU - mówiłem".
Żarty, żarty, a tymczasem zrobiło się późno i trzeba było wybierać się na pasowanie.
Kolorystycznie zainspirowała mnie zupa - zdecydowałam się na fioletową sukienkę.
Na miejscu uroczystość już się zaczynała. W sali zgromadzeni byli wszyscy zainteresowani - a więc tłok jak w autobusie. Zanim przygotowałam aparat fotograficzny, już Pszczółki, potencjalni nosiciele ospy, w postaci węża śpiewającego "Jedzie pociąg z da le ka" już ustawili się na prowizorycznej scenie, całkiem dla mnie, stojącej z tyłu, niewidocznej. Wojtek, jak taran, przebrnął na przód i filmował telefonem.
Ja tymczasem, szepcząc "przepraszam" takim tonem, jakbym mówiła "zejdź mi z drogi, ofermo" przebiłam się na bok, w kierunku okna i stanęłam z tyłu stołu z łakociami. To nie był dobry pomysł, bo przez cały skupiałam się na balansowaniu ciałem, aby nie rymnąć w domowe ciasta i torty, ledwie widząc główkę naszego synka.
Klęska. Wszystkie zdjęcia wyszły poruszone, aż wreszcie pomyślałam sobie, że trudno, rezygnuję z rejestrowania występu i postaram się choć trochę zobaczyć i nacieszyć się widokiem.
Obok synka stali jego koledzy, zapewne ci, o których opowiadał nam w domu - Kubert, Hilip i Adian.
Wojtek też potem narzekał, że pani z tylu robiła Mu w karku dziurę łokciem, na dodatek przed nosem dyndała Mu z boku na bok metka jej markowego aparatu, jakby chciała go zahipnotyzować.
Wreszcie występ się skończył, nastąpiło rozgęszczenie, a Wojtek natychmiast został wzięty w obroty przez panie Gucia - Kasię i Mirellę, które wiedziały, że W. śpiewa. Można powiedzieć, że został wrobiony w kolędowe karaoke. Zastrzegł od razu twardo, że sam wybierze ścieżkę muzyczną.
"Cieszę się, Wojtek, że się zgodziłeś. Tylko jak Ty to sobie wyobrażasz?" zapytałam.
"Cóż prostszego? Karaoke nie jest wynalazkiem japońskim, ale kościelnym, praktykowanym od stuleci"
"???"
"No co - organy jako podkład, książeczka i lecimy z koksem".
Z jedynego zdjęcia, które udało mi się zrobić (pod lampą), musiałam wykasować Wojtka, bo jak siebie zobaczył, powiedział (jako aktor), że za takie oświetlenie można pójść do więzienia.
A dwie pozostałe fotografie są już typowo poimprezowe.
Gustaw zasnął już w samochodzie.
A z galowego stroju zaprezentował tylko skarpetki.
I ja też powoli odpadam, słysząc, jak Wojtek, cichutko, żeby nie obudzić synka, ćwiczy "Cichą noc", oczywiście do podkładu z komputera.
wtorek, 20 listopada 2012
Panienka Kota (Ewa) - prapoczątek
Kota była jedną z pierwszych postaci z Forum Perfumowego poznanych za żywo.
Spodziewałam się osoby zdystansowanej, może nawet nieco surowej, tymczasem okazało się, że nasze spotkanie było przesympatyczne, na luzie, wspominam je bardzo, bardzo sympatycznie.
Na dodatek pierwszy raz wówczas zobaczyłam (wielokrotnie wspominany) Park w Oliwie i słynny żywopłot.
Kiedy Kota, już znajoma, po wielu spotkaniach, w tym roku, zaproponowała, bym zrobiła Jej portret, zapytałam, w jakich się Ona widzi okolicznościach (na obrazku). Jakie otoczenie lubi.
Okazało się, że Włochy.
I zaczęłam wymyślać - postać wśród wzgórz z cyprysami.
Ale szło mi jakoś ciężko, na dodatek pomysł dość szybko wydał mi się banalny.
Aż tu nagle - pach! - i wyobraziłam sobie żywopłotową aleję i Kotę.
Natychmiast wykonałam telefon dla uzgodnienia wersji - zmiana została zaakceptowana, ku mojej wielkiej radości.
Teraz, po wybudzeniu z zimowego odrętwienia, uroczyście zaczynam kolejną panienkę.
Nie do końca wiem, czy akurat żywopłot będzie na obrazku, może inny fragment Parku w Oliwie?
Bardzo się cieszę na ten "portrecik" - nie ma, jak malować osobę, którą się lubi i ceni.
Spodziewałam się osoby zdystansowanej, może nawet nieco surowej, tymczasem okazało się, że nasze spotkanie było przesympatyczne, na luzie, wspominam je bardzo, bardzo sympatycznie.
Na dodatek pierwszy raz wówczas zobaczyłam (wielokrotnie wspominany) Park w Oliwie i słynny żywopłot.
Kiedy Kota, już znajoma, po wielu spotkaniach, w tym roku, zaproponowała, bym zrobiła Jej portret, zapytałam, w jakich się Ona widzi okolicznościach (na obrazku). Jakie otoczenie lubi.
Okazało się, że Włochy.
I zaczęłam wymyślać - postać wśród wzgórz z cyprysami.
Ale szło mi jakoś ciężko, na dodatek pomysł dość szybko wydał mi się banalny.
Aż tu nagle - pach! - i wyobraziłam sobie żywopłotową aleję i Kotę.
Natychmiast wykonałam telefon dla uzgodnienia wersji - zmiana została zaakceptowana, ku mojej wielkiej radości.
Teraz, po wybudzeniu z zimowego odrętwienia, uroczyście zaczynam kolejną panienkę.
Nie do końca wiem, czy akurat żywopłot będzie na obrazku, może inny fragment Parku w Oliwie?
Bardzo się cieszę na ten "portrecik" - nie ma, jak malować osobę, którą się lubi i ceni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














