Jeszcze czuję zmęczenie po wyprawie (już ostatniej w tym roku) na łódkę.
Tym razem nie trzeba mnie było wcale namawiać, bo wiedziałam, ze obiekt stoi już na specjalnym parkingu, na stelażu. Co za ulga! Nie muszę się martwić, że nie uda mi się na nią wejść i wyjść suchą nogą, nic się nie buja.
Od razu okoliczności wydały mi się bardziej przyjazne, wręcz zachęcające i zdałam sobie sprawę z tego, że w przedsięwzięciu pod tytułem łódka najbardziej przeszkadza mi woda - a więc konieczność przemieszczania się, niestabilność oraz przymus uruchomienia jakiegoś napędu, wiatrowego lub elektrycznego (właśnie Wojtek popukał się w czoło "Jaki elektryczny? Jamaha na benzynę to silnik elektryczny???").
O ryzyku nie wspomnę, bo to nie fakt, lecz imaginacja.
Właściwie moja rola sprowadzała się do poszukiwania prądu oraz podawania Wojtkowi różnych narzędzi, znajdowaniu szmat itd.
Były przerwy, w czasie których zaprzyjaźniłam się z parkingowym psem, tak grubym, że jego plecy przypominały stolik. Niestety, poczęstowałam go kiełbaską i potem odpierałam przymilne żebractwo o więcej smakołyków. Coś miał takiego w spojrzeniu, że nie można było stać do niego tyłem, kiedy patrzył hipnotyzującym wzrokiem.
Wreszcie, po usłyszeniu chyba ze stu "NIE. Dosyć! Idź sobie!", usłyszałam z oddali nawoływanie pana parkingowego :"Szkuner! Do mnie! nie męcz ludzi!" i Szkuner zajął pozycję za żaglówką o parę metrów od naszej, o nazwie Dar Teściowej, co chwila wychylając poczciwy łeb ("a może jednak coś jeszcze mi dadzą?").
Zrobiłam też - przed myciem naszej żaglówki, zdjęcie fragmentu steru.
Faktura ułożyła się w fenomenalny pejzaż.
Całkowicie gotowy.
Po powrocie należało położyć Gucia spać. On zawsze dużo gada i pyta "dlaczego?", czasem prosi o bajkę - i to mnie zawsze usypia. Bardziej, niż Jego. Przypadek identyczny, jak przy masażu odchudzającym, który jest niezwykle skuteczny - dla masażysty.
Ostatnio Gucio przechwala się znajomością figur geometrycznych - a więc zna "kwadrat, krójkąt, tromb i koło", na to ostatnie czasem mówi "etytu" (nie wykryliśmy, czemu).
Zapomniałam - jeszcze byl "ośniobok".
Na senność teoretycznie dobrze mi robi spacer z psami.
Zawsze obawiam się spotkań z ludźmi, którzy na tych nocnych wyprawach czegoś ode mnie chcą. Z głową w chmurach szłam sobie, jak zwykle, wolniuteńko, nagle poczułam (jak u Szkunera) wzrok na plecach i niemalże zapach lęku.
Obejrzałam się - w nienaturalnej, katatonicznej pozie stał młody mężczyzna i patrzył na Maxa odległego o dobre 10 metrów. Pies też znieruchomiał - chyba ze zdziwienia. Aza, prawie ślepa i przygłucha (ma niemal 20 lat) przylgnęła do mnie.
"Halo! Proszę pana! Wezmę na smycz psy"
"O, będę bardzo wdzięczny, kiedyś mnie pogryzły, byłem u lekarza i bardzo się boję."
Zawołalam Maxa - ale gość nie drgnął. Czekał, aż Aza też będzie przypięta. Wtedy zwiotczał, jak gdyby wyjęto mu kręgosłup i drobiąc jak najdalej od nas, tuż przy murku, szeptał "Bardzo przepraszam i dziękuję", wciąż oglądając się za siebie.
Następny spacer - i znów spotkanie.Z daleka było widać - gość, mocno starszy, zawiany, starał się iść prosto, ale tyle go to kosztowało, że wciąż się zatrzymywał. Wreszcie, już blisko mnie, chrapliwym glosem zagadnął:
"Dzień dobry! (było ciut po pierwszej w nocy) Pani sama?"
"Nie, nie sama"
"Męża pani ma?"
"Ano mam. I synka."dodałam asekuracyjnie, podkreślając matczyność.
"O, to ja bardzo prze...przepraszam...pewnie, piękna kobieta, jak sama..."
Zachowałam pokerową twarz. W zaprószonym łbie coś się starszemu panu poplątało.
"Ja nigdy, nigdy nie zaczepiam kobiet. Pierwszy raz na 70 lat. Bo ja mam już 70 lat, uwierzy pani?"
Nic nie odpowiedziałam. Wyglądał na 80. A ja nie kłamię...raczej.
Ale dostrzegłam w jego oczach tę iskrę, charakterystyczną dla bawidamków.
Pewnie pomyślał, że jestem głucha jak mój pies a może i trochę ślepa, bo tylko coś wymamrotał do siebie, usiłując zapalić papierosa, który spadł. Na mokre liście.
"Jeszcze raz mi to zrobisz, to cię za...bię, sk...synu!!!" warknął, a zorientowawszy się, że jestem niedaleko, popatrzył na mnie, starając się wykonać ukłon:
"Do widzenia miłej pani".
Ech. Mialam dziś zacząć nowy obrazek - panienkę.
Ale przy przycinaniu dykta się rozwarstwiła na rogu.
Pech.
Dłużej pośpię za to.
WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
środa, 14 listopada 2012
wtorek, 13 listopada 2012
"Horror" czyli film victim
Oczywiście piszę o sobie (w tytule).
Zdążyłam dzisiaj na ostatni seans "Internatu". Na 10.30!
Odprowadziłam Gucia do przedszkola, a ponieważ doszły mnie słuchy, że dzieciom wpaja się wiedzę przyrodniczą, zapytałam o temat mi najbliższy : czy zna jakieś "nasze" ptaszki.
"Znam!" odpowiedział z dumą.
"Jakie na przykład?"
"Bróbel, gołemp. Gołemp robi PUK! PUK! w drzewo. Z całej siły!"
"Dlaczego?"
"Bo on tak chce! jest bardzo mocny, najmocniejszy!"
Zdążyłam zweryfikować dane zanim Gustaw zniknąl w sali - ale na jak dlugo?
Na widok pawia z Łazienkach, kiedy wszyscy się zachwycali rozłożonym ogonem, mój syn lekceważąco mruknął "o, gołemp".
Wracając do filmu grozy.
Tym razem poszłam z desperacji. Horrorów w kinie jest tak mało, że aby móc powiedzieć, że się na nie chodzi, trzeba oglądać wszystkie.
Lily Cole, modelka wcielająca się w postać wystraszającą, o ile to możliwe na ekranie była jeszcze bardziej odpychająca, niż na zdjęciu.
Kiedy grała (oczywiście przejmującą melodię) na pianinie, jej dłonie miały rozpiętość przynajmniej trzech oktaw.
Jestem pewna, że gdyby do obowiązków modelek należało mówienie, ta istota nie znalazłaby pracy.
Ma coś takiego w układzie ust, jakby jej kto narobił do kieszeni, a przynajmniej jakby była posiadaczką nieświeżego oddechu.
Internat okazał się bajką dla niegrzecznych dzieci - niegrzecznych, bo nudny i powielający wyświechtane schematy.
Ktoś bardzo się starał, żeby zrobić tzw. atmosferę (zapatrzony w Piknik pod Wiszącą Skałą) ale nie wyszło.
Poza tym mam wrażenie, że aktorów zatrudniano "z klucza" - za castingiem stała fundacja "Ofiarom Ortodoncji".
Przynajmniej hamowali się z uśmiechaniem - ale wszak tematyka nie prowokowała. Może właśnie dlatego ktoś uznał, że w horrorze będą mieli szansę zabłysnąć?
Czy to mnie czegoś nauczy?
Owszem. Z dreszczyka nie zrezygnuję, ale powinnam zaopatrzyć się w ewentualne próbki perfum do testowania oraz dyskretną latareczkę nagłowną. I notes z długopisem.
Chociaż właściwie po co dyskrecja? Na sali zazwyczaj nie ma nikogo.
Zdążyłam dzisiaj na ostatni seans "Internatu". Na 10.30!
Odprowadziłam Gucia do przedszkola, a ponieważ doszły mnie słuchy, że dzieciom wpaja się wiedzę przyrodniczą, zapytałam o temat mi najbliższy : czy zna jakieś "nasze" ptaszki.
"Znam!" odpowiedział z dumą.
"Jakie na przykład?"
"Bróbel, gołemp. Gołemp robi PUK! PUK! w drzewo. Z całej siły!"
"Dlaczego?"
"Bo on tak chce! jest bardzo mocny, najmocniejszy!"
Zdążyłam zweryfikować dane zanim Gustaw zniknąl w sali - ale na jak dlugo?
Na widok pawia z Łazienkach, kiedy wszyscy się zachwycali rozłożonym ogonem, mój syn lekceważąco mruknął "o, gołemp".
Wracając do filmu grozy.
Tym razem poszłam z desperacji. Horrorów w kinie jest tak mało, że aby móc powiedzieć, że się na nie chodzi, trzeba oglądać wszystkie.
Lily Cole, modelka wcielająca się w postać wystraszającą, o ile to możliwe na ekranie była jeszcze bardziej odpychająca, niż na zdjęciu.
Kiedy grała (oczywiście przejmującą melodię) na pianinie, jej dłonie miały rozpiętość przynajmniej trzech oktaw.
Jestem pewna, że gdyby do obowiązków modelek należało mówienie, ta istota nie znalazłaby pracy.
Ma coś takiego w układzie ust, jakby jej kto narobił do kieszeni, a przynajmniej jakby była posiadaczką nieświeżego oddechu.
Internat okazał się bajką dla niegrzecznych dzieci - niegrzecznych, bo nudny i powielający wyświechtane schematy.
Ktoś bardzo się starał, żeby zrobić tzw. atmosferę (zapatrzony w Piknik pod Wiszącą Skałą) ale nie wyszło.
Poza tym mam wrażenie, że aktorów zatrudniano "z klucza" - za castingiem stała fundacja "Ofiarom Ortodoncji".
Przynajmniej hamowali się z uśmiechaniem - ale wszak tematyka nie prowokowała. Może właśnie dlatego ktoś uznał, że w horrorze będą mieli szansę zabłysnąć?
Czy to mnie czegoś nauczy?
Owszem. Z dreszczyka nie zrezygnuję, ale powinnam zaopatrzyć się w ewentualne próbki perfum do testowania oraz dyskretną latareczkę nagłowną. I notes z długopisem.
Chociaż właściwie po co dyskrecja? Na sali zazwyczaj nie ma nikogo.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Odnalezione fotografie
Na życzenie publiczności udostępniam zdjęcie Wojtka - człowieka o stu wcieleniach, jako astronoma.
W reklamie miał występować początkowo Kopernik, ale po wielotygodniowych, bezskutecznych castingach w całej Polsce, klient zrezygnował z pierwotnej koncepcji i zgodził się, żeby, jeśli nie Kopernik, to chociaż był porządny astronom.
Nawiasem mówiąc, Wojtek podczytuje mojego bloga i narzeka, że przekręcam jego słowa.
"Żebym nie wyszedł na jakiegoś głupka. W zasadzie mam to gdzieś, ale jeżeli za każdym razem cytujesz troszeczkę inaczej...". Od siebie dodam, że byłoby jeszcze śmieszniej.
Ale to niespecjalne działanie - tylko mój brak pamięci.
Z tego też powodu co chwila giną nam różne rzeczy - a potem znajdują się w niespodziewanych miejscach i nigdy wtedy, gdy ich szukamy.
W. zakładał mi w pokoju nowe półki i przy porządkowaniu zberów, które zalegały od lat pod sufitem w pudełkach, znalazłam zdjęcie, które już raz mnie zaskoczyło (i natychmiast zginęło).
Po wojnie Rodzice Wojtka zamieszkali w domu na Ziemiach Odzyskanych.
Część rzeczy już tam zastali - w tym wiszący niewinnie na ścianie obrazeczek z cietrzewiem siedzącym na drzewie.
Jako przedmiot pamiątkowy został on wzięty przez W. do Warszawy.
Ramki były brzydkie i rozpadające się, więc W. postanowił je wymienić.
Pod cietrzewiem znajdowala się tekturka, a pod tekturką - fotografia.
Ale nie byle jaka!
Pomyśleć, że przez cale dzieciństwo Wojtka ta fotografia wisiała sobie pod cietrzewiem w ciemnym miejscu w przedpokoju. I wydało się po tylu latach - ponad sześćdziesięciu.
Swoją drogą, nasze warszawskie mieszkanie też musi mieć swoje tajemnice. Znajduje się w kamienicy z 1938go roku. W czasie wojny stacjonowali tu Niemcy.
Kiedy zbliżało się wyzwolenie Warszawy, siostra mojej Babci, Zosia(rocznik 1904), kobieta energiczna, upatrzyła sobie właśnie nasze okna.
Czekała po drugiej stronie ulicy (która wtedy nie nazywała się oczywiście Gagarina, tylko Bończy), aż "szkopy", jak mówiła, opuszczą dom, wówczas wzięła pod pachę ukrytą w pobliżu siekierę, weszła na pierwsze piętro, wybrała odpowiednie drzwi, za nimi umieściła siekierę - tak, na wszelki wypadek.
W dowodzie, jako datę meldunku miała 17sty stycznia 1945 - czyli dzień wyzwolenia Warszawy.
Sama jeszcze pamiętam, że w szafie był kranik, mała umywalka i haczyki podpisane "Hans, Fritz, Helmut".
Tak niewiele jest w naszej biednej, okaleczonej stolicy miejsc, które ocalały.
I chociaż moje okna są trochę nieszczelne (ale tylko trochę), mam opory, żeby je wymienić na nowe. Bo od początku (czyli roku 38go) są te same. Ile one widziały...
W reklamie miał występować początkowo Kopernik, ale po wielotygodniowych, bezskutecznych castingach w całej Polsce, klient zrezygnował z pierwotnej koncepcji i zgodził się, żeby, jeśli nie Kopernik, to chociaż był porządny astronom.
Nawiasem mówiąc, Wojtek podczytuje mojego bloga i narzeka, że przekręcam jego słowa.
"Żebym nie wyszedł na jakiegoś głupka. W zasadzie mam to gdzieś, ale jeżeli za każdym razem cytujesz troszeczkę inaczej...". Od siebie dodam, że byłoby jeszcze śmieszniej.
Ale to niespecjalne działanie - tylko mój brak pamięci.
Z tego też powodu co chwila giną nam różne rzeczy - a potem znajdują się w niespodziewanych miejscach i nigdy wtedy, gdy ich szukamy.
W. zakładał mi w pokoju nowe półki i przy porządkowaniu zberów, które zalegały od lat pod sufitem w pudełkach, znalazłam zdjęcie, które już raz mnie zaskoczyło (i natychmiast zginęło).
Po wojnie Rodzice Wojtka zamieszkali w domu na Ziemiach Odzyskanych.
Część rzeczy już tam zastali - w tym wiszący niewinnie na ścianie obrazeczek z cietrzewiem siedzącym na drzewie.
Jako przedmiot pamiątkowy został on wzięty przez W. do Warszawy.
Ramki były brzydkie i rozpadające się, więc W. postanowił je wymienić.
Pod cietrzewiem znajdowala się tekturka, a pod tekturką - fotografia.
Ale nie byle jaka!
Pomyśleć, że przez cale dzieciństwo Wojtka ta fotografia wisiała sobie pod cietrzewiem w ciemnym miejscu w przedpokoju. I wydało się po tylu latach - ponad sześćdziesięciu.
Swoją drogą, nasze warszawskie mieszkanie też musi mieć swoje tajemnice. Znajduje się w kamienicy z 1938go roku. W czasie wojny stacjonowali tu Niemcy.
Kiedy zbliżało się wyzwolenie Warszawy, siostra mojej Babci, Zosia(rocznik 1904), kobieta energiczna, upatrzyła sobie właśnie nasze okna.
Czekała po drugiej stronie ulicy (która wtedy nie nazywała się oczywiście Gagarina, tylko Bończy), aż "szkopy", jak mówiła, opuszczą dom, wówczas wzięła pod pachę ukrytą w pobliżu siekierę, weszła na pierwsze piętro, wybrała odpowiednie drzwi, za nimi umieściła siekierę - tak, na wszelki wypadek.
W dowodzie, jako datę meldunku miała 17sty stycznia 1945 - czyli dzień wyzwolenia Warszawy.
Sama jeszcze pamiętam, że w szafie był kranik, mała umywalka i haczyki podpisane "Hans, Fritz, Helmut".
Tak niewiele jest w naszej biednej, okaleczonej stolicy miejsc, które ocalały.
I chociaż moje okna są trochę nieszczelne (ale tylko trochę), mam opory, żeby je wymienić na nowe. Bo od początku (czyli roku 38go) są te same. Ile one widziały...
Fashion Victims (FV) część 2
Przypominam, teksty Futryk Pluszynski, ilustracje - ja.
FV 1
Dobra, będzie od góry
na głowie wąska opaska z "włosów" w kolorze blond (a włosy obiekta szatę)
na szei obiekta chuść orientalcepel black,
plaszczyk obiekta fuksjofioletowy, filcawy i militarniawy, z paskiem z tegoż materiała
poniżej płaszczyka obiekt był wyposażony w czarne skinny, białe skarpety (bawełna, nie zochy rajstopiane - i wyższe, w skinach niknące (w końcu żymno jest))
Obiekt silnie umakijażowany i ładny z twarzy, aczkolwiek sprawiał wrażenie ogólnie bazarkowe.
FV 2
rurki miętowe, bokserka ombre biało szara, kamizelka czarna, na łbie żółtko w układzie holyłódzkim,
cop glasses,
na stopach piptoły na platformie nude, na nagich zsiniałych stopach (a jest zimno, piśdzink i pada)
a, i kuferek profesjonalnej kosmetyczki miało
FV 3
maly, mocno kwadratowy, żeński,
ramoneska miętowa,
mini bandaż najpierw camel, potem cytryna (za 2 razą)
rajty nude, workery grafit
na łbu czapka typ krasnal ombre seledyn fiolet z pomponem
I specjalnie zostałam w domu (a nie poszłam na horror, słaby i krótko grany - ostatnie seanse) żeby wpis był na rozweselenie poniedziałku. Bo jakiś kiepski dziś nawet nie wiem, jak to się nazywa - wisi w pogodzie i jest albo dobrze, albo źle wpływające.
Mój bioprąd (czy tam coś) intelektualny jest dziś poniżej poziomu, ale nie wpływa na wesołość.
FV 1
Dobra, będzie od góry
na głowie wąska opaska z "włosów" w kolorze blond (a włosy obiekta szatę)
na szei obiekta chuść orientalcepel black,
plaszczyk obiekta fuksjofioletowy, filcawy i militarniawy, z paskiem z tegoż materiała
poniżej płaszczyka obiekt był wyposażony w czarne skinny, białe skarpety (bawełna, nie zochy rajstopiane - i wyższe, w skinach niknące (w końcu żymno jest))
Obiekt silnie umakijażowany i ładny z twarzy, aczkolwiek sprawiał wrażenie ogólnie bazarkowe.
FV 2
rurki miętowe, bokserka ombre biało szara, kamizelka czarna, na łbie żółtko w układzie holyłódzkim,
cop glasses,
na stopach piptoły na platformie nude, na nagich zsiniałych stopach (a jest zimno, piśdzink i pada)
a, i kuferek profesjonalnej kosmetyczki miało
FV 3
maly, mocno kwadratowy, żeński,
ramoneska miętowa,
mini bandaż najpierw camel, potem cytryna (za 2 razą)
rajty nude, workery grafit
na łbu czapka typ krasnal ombre seledyn fiolet z pomponem
I specjalnie zostałam w domu (a nie poszłam na horror, słaby i krótko grany - ostatnie seanse) żeby wpis był na rozweselenie poniedziałku. Bo jakiś kiepski dziś nawet nie wiem, jak to się nazywa - wisi w pogodzie i jest albo dobrze, albo źle wpływające.
Mój bioprąd (czy tam coś) intelektualny jest dziś poniżej poziomu, ale nie wpływa na wesołość.
piątek, 9 listopada 2012
Połowiczny ślub
Stworzyłam swoje nowe perfumy.
Co prawda nie wyskakuje po nich pokrzywka ani nie rozpuszczają lakieru do paznokci, ale mają przykry "efekt cebulowy" - łzawią oczy. To pewnie zasługa eukaliptusa.
Wojtek nazywa je zupełnie nieperfumowo - "smarowanie do pleców", a kiedy się żachnęłam, że trzeba być ograniczonym, aby wiązać eukaliptus tylko z aptecznym specyfikiem, odrzekł, że większość ludzi jedząc czekoladkę z nadzieniem miętowym będzie odczuwać przykrość z powodu przegryzienia pasty do zębów. "Może Ci się to nie podobać, ale taki jest fakt".
Mimo to włożyłam dziś ten zapach na poranny spacer z psami, licząc na to, że łzawiące oczy będą wyglądały naturalnie na wietrze.
Wracając i mijając drzwi sąsiadki, znowu zobaczyłam, że odwróciła wycieraczkę, którą uparcie przekręcam napisem do wnętrza jej mieszkania.Nie wiem, czy nie zna się na żartach, czy wprost przeciwnie.
Pierwsze zdjęcie - ułożenie przez właścicielkę, drugie - moje.
Wycieraczka zostanie już jednak, jak na pierwszej fotce, bo spotkałam sąsiadkę i nie wytrzymałam. Przyznałam się, że to ja. Po prostu nie mogłam się zgodzić, że taki żart pozostanie anonimowy.
Śmiała się, ale jakby półgębkiem.
Jeszcze zanim otworzyłam nasze drzwi, usłyszałam podirytowany głos Wojtka, rozmawiającego przez telefon - okazało się, z przedstawicielem telewizji kablowej.
"Proszę pana, ja nie będę teraz szukał okularów, żeby przeczytać, co macie napisane drobnym drukiem. Zamotacie jakąś babcię, aż się całkiem pogubi, naliczycie jej więcej, niż myślała i co? Potem ona wydzwania do wnuczka i płacze".
Zresztą i ja dziś odparłam atak gościa z jakiegoś banku, który był tylko jednym z hordy czyhającej pod schodami ruchomymi w Złotych Tarasach. Mam wrażenie, że jeszcze została mi energia po Bondzie, w każdym razie łatwo nie było, tym bardziej, że człowiek ten miał brwi uczesane w górę i w ząbki na dodatek, przez co sprawiały wrażenie drapieżnych gąsienic, poruszających się prawie niezależnie od mimiki.
Swoją drogą pamiętam też najwyżej uniesione brwi - u pana w reklamacjach, kiedy W. zażądał zwrotu pieniędzy za zepsutą żarówkę energooszczędną. Myślę, że mógłby powiedzieć, że na dziale kaloryferów wylądował spodek latający - zdumienie nie byłoby większe.
Po skończeniu wyczerpującej konwersacji telefonicznej, Wojtek poprosił mnie, żebym zajrzała do jego maila z zaproszeniem na casting reklamowy.
Przeczytałam.
"Wojtek, możesz zostać w domu. Szukają typu "nowoczesnego rolnika". Nie nadajesz się."
"Dlaczego?"
"Bo masz brzuch!"
"Justysiu, co Ty mówisz! Jak się nie nadaję? Przecież jestem dokładnie w takim typie. Nie pomyślałaś, że nowoczesny rolnik nie musi się ruszać? I wtedy właśnie jest gruby."
Liczyłam na to, że Wojtek zostanie w domu i będę mieć czas, żeby oznajmić Mu najnowszą wiadomość. Znajoma powiedziała mi, że jeśli, załóżmy, jest para (jak my), gdzie jedna osoba ma prawo do ślubu kościelnego (bo go wcześniej nie brała), to może uzyskać ślub "połówkowy".
Stoi przy ołtarzu i może złożyć taką samą przysięgę, jak standardowo.
W. się zainteresował.
"A ja co? Będę sobie tam też stał?"
"Nie wiem, chyba tak..."
"I, załóżmy, Ty powiesz, że bierzesz sobie mnie za męża, a kiedy ksiądz zwróci się do mnie, czy wezmę Ciebie za żonę, odpowiem "A czy mogę się wstrzymać z odpowiedzią?", na co ksiądz "Oczywiście".
Dobrze myślę?"
Tymczasem Wojtek włożył "szczęśliwą koszulę", w której wygrał wiele konkursów i wyszedł, a ja korzystając z Jego nieobecności, wypachniłam się Dark Aoudem Montala - zapachem drzewnym, dymnym, z intrygującą nutą spalenizny.
Żeby poczuć się bardziej ekstrawagancko, przypięłam grzywkę spinką z pająkiem, mającym nóżki zrobione z cieniutkich sprężynek, bezustannie drgających.
Po niedługim czasie Wojtek wrócił. Wyszłam Mu na powitanie. Chciał mnie objąć, ale w ostatniej chwili cofnął się, zaskoczony, wpatrując w pająka.
"Świetny, prawda?" zagadnęłam.
"Owszem, mało Cię po głowie nie trzepnąłem. Jeśli będziesz go nosić, musisz być gotowa na to, że co chwila ktoś będzie Cię walił po łbie".
Mimo mojego śmiechu W. przytulił mnie - ale znów się odsunął.
"Czym Ty znowu pachniesz?"
"Ach, to Dark Aoud, takie perfumy z dymkiem"
"Z dymkiem! Chciałbym, przytulając Cię, czuć, że obejmuję kobietę, a nie osiodłaną kobyłę ocalałą z pożaru!"
"Ależ Dark jest piękny!"
"Jasne. Pachnie tak, jakbym był na planecie cyborgów, którzy od ludzi różnią się tylko chemicznym swądem instalacji elektrycznej. To nie perfumy, tylko wyziewy!".
Teraz, wieczorem, zdecydowałam się zrezygnować z użycia zapachów, które W. nazywa "siodłem wysmarowanym miodem" (istnieje też wariant siodła wysmarowanego dżemem śliwkowym) i pachnę jedynym swoim kwiatowcem (fiołek, róża, heliotrop).
Ciekawa byłam opinii W.bo zapach jest baaardzo mocny - ale usłyszałam pomruk zadowolenia.
"To rozumiem. W dawnych czasach, kiedy kobieta chciała pachnieć ładnie, używała tylko czegoś takiego"(o Habanicie nie wspomniałam).
Na szczęście i ja przepadam za Broadway Nite.
Co prawda nie wyskakuje po nich pokrzywka ani nie rozpuszczają lakieru do paznokci, ale mają przykry "efekt cebulowy" - łzawią oczy. To pewnie zasługa eukaliptusa.
Wojtek nazywa je zupełnie nieperfumowo - "smarowanie do pleców", a kiedy się żachnęłam, że trzeba być ograniczonym, aby wiązać eukaliptus tylko z aptecznym specyfikiem, odrzekł, że większość ludzi jedząc czekoladkę z nadzieniem miętowym będzie odczuwać przykrość z powodu przegryzienia pasty do zębów. "Może Ci się to nie podobać, ale taki jest fakt".
Mimo to włożyłam dziś ten zapach na poranny spacer z psami, licząc na to, że łzawiące oczy będą wyglądały naturalnie na wietrze.
Wracając i mijając drzwi sąsiadki, znowu zobaczyłam, że odwróciła wycieraczkę, którą uparcie przekręcam napisem do wnętrza jej mieszkania.Nie wiem, czy nie zna się na żartach, czy wprost przeciwnie.
Pierwsze zdjęcie - ułożenie przez właścicielkę, drugie - moje.
Wycieraczka zostanie już jednak, jak na pierwszej fotce, bo spotkałam sąsiadkę i nie wytrzymałam. Przyznałam się, że to ja. Po prostu nie mogłam się zgodzić, że taki żart pozostanie anonimowy.
Śmiała się, ale jakby półgębkiem.
Jeszcze zanim otworzyłam nasze drzwi, usłyszałam podirytowany głos Wojtka, rozmawiającego przez telefon - okazało się, z przedstawicielem telewizji kablowej.
"Proszę pana, ja nie będę teraz szukał okularów, żeby przeczytać, co macie napisane drobnym drukiem. Zamotacie jakąś babcię, aż się całkiem pogubi, naliczycie jej więcej, niż myślała i co? Potem ona wydzwania do wnuczka i płacze".
Zresztą i ja dziś odparłam atak gościa z jakiegoś banku, który był tylko jednym z hordy czyhającej pod schodami ruchomymi w Złotych Tarasach. Mam wrażenie, że jeszcze została mi energia po Bondzie, w każdym razie łatwo nie było, tym bardziej, że człowiek ten miał brwi uczesane w górę i w ząbki na dodatek, przez co sprawiały wrażenie drapieżnych gąsienic, poruszających się prawie niezależnie od mimiki.
Swoją drogą pamiętam też najwyżej uniesione brwi - u pana w reklamacjach, kiedy W. zażądał zwrotu pieniędzy za zepsutą żarówkę energooszczędną. Myślę, że mógłby powiedzieć, że na dziale kaloryferów wylądował spodek latający - zdumienie nie byłoby większe.
Po skończeniu wyczerpującej konwersacji telefonicznej, Wojtek poprosił mnie, żebym zajrzała do jego maila z zaproszeniem na casting reklamowy.
Przeczytałam.
"Wojtek, możesz zostać w domu. Szukają typu "nowoczesnego rolnika". Nie nadajesz się."
"Dlaczego?"
"Bo masz brzuch!"
"Justysiu, co Ty mówisz! Jak się nie nadaję? Przecież jestem dokładnie w takim typie. Nie pomyślałaś, że nowoczesny rolnik nie musi się ruszać? I wtedy właśnie jest gruby."
Liczyłam na to, że Wojtek zostanie w domu i będę mieć czas, żeby oznajmić Mu najnowszą wiadomość. Znajoma powiedziała mi, że jeśli, załóżmy, jest para (jak my), gdzie jedna osoba ma prawo do ślubu kościelnego (bo go wcześniej nie brała), to może uzyskać ślub "połówkowy".
Stoi przy ołtarzu i może złożyć taką samą przysięgę, jak standardowo.
W. się zainteresował.
"A ja co? Będę sobie tam też stał?"
"Nie wiem, chyba tak..."
"I, załóżmy, Ty powiesz, że bierzesz sobie mnie za męża, a kiedy ksiądz zwróci się do mnie, czy wezmę Ciebie za żonę, odpowiem "A czy mogę się wstrzymać z odpowiedzią?", na co ksiądz "Oczywiście".
Dobrze myślę?"
Tymczasem Wojtek włożył "szczęśliwą koszulę", w której wygrał wiele konkursów i wyszedł, a ja korzystając z Jego nieobecności, wypachniłam się Dark Aoudem Montala - zapachem drzewnym, dymnym, z intrygującą nutą spalenizny.
Żeby poczuć się bardziej ekstrawagancko, przypięłam grzywkę spinką z pająkiem, mającym nóżki zrobione z cieniutkich sprężynek, bezustannie drgających.
Po niedługim czasie Wojtek wrócił. Wyszłam Mu na powitanie. Chciał mnie objąć, ale w ostatniej chwili cofnął się, zaskoczony, wpatrując w pająka.
"Świetny, prawda?" zagadnęłam.
"Owszem, mało Cię po głowie nie trzepnąłem. Jeśli będziesz go nosić, musisz być gotowa na to, że co chwila ktoś będzie Cię walił po łbie".
Mimo mojego śmiechu W. przytulił mnie - ale znów się odsunął.
"Czym Ty znowu pachniesz?"
"Ach, to Dark Aoud, takie perfumy z dymkiem"
"Z dymkiem! Chciałbym, przytulając Cię, czuć, że obejmuję kobietę, a nie osiodłaną kobyłę ocalałą z pożaru!"
"Ależ Dark jest piękny!"
"Jasne. Pachnie tak, jakbym był na planecie cyborgów, którzy od ludzi różnią się tylko chemicznym swądem instalacji elektrycznej. To nie perfumy, tylko wyziewy!".
Teraz, wieczorem, zdecydowałam się zrezygnować z użycia zapachów, które W. nazywa "siodłem wysmarowanym miodem" (istnieje też wariant siodła wysmarowanego dżemem śliwkowym) i pachnę jedynym swoim kwiatowcem (fiołek, róża, heliotrop).
Ciekawa byłam opinii W.bo zapach jest baaardzo mocny - ale usłyszałam pomruk zadowolenia.
"To rozumiem. W dawnych czasach, kiedy kobieta chciała pachnieć ładnie, używała tylko czegoś takiego"(o Habanicie nie wspomniałam).
Na szczęście i ja przepadam za Broadway Nite.
środa, 7 listopada 2012
My name is Bond. James Bond.
Miałam iść na horror, podobno bardzo słaby, ale na tyle się spóźniłam (a w kasie nikt nie był skłonny opowiadać mi początku), że trochę wbrew swojej woli zdecydowałam się obejrzeć nowego Bonda.
Akt nieco desperacki, gdyż oblicze Davida Craiga skutecznie mnie odstraszało.
I faktycznie, w grze aktorskiej okazał się nieco drewniany, przy tym twarz jakby zrobiona z kartofla.
Co prawda w niektórych ujęciach oczy miał trochę z Englerta, choć w przeciwieństwie do tego ostatniego, pozbawione wyrazu.
ALE w jakiś przedziwny sposób wpasował się w konwencję, zresztą z poufnych źródeł dowiedziałam się, że większość agentów to nie szarmanccy przystojniacy, ale przeciętni faceci z tendencją do pewnego prostactwa w powierzchowności.
Co tam prawda! Czy Bondem nie mógłby być Jude Law? Ach!
Po 20stu minutach reklam widzowie cieplej przyjmą każdy film, byle się zaczął.
Piosenka tytułowa w wykonaniu Adele nie podobała mi się. Temat, owszem, ale Adele wypadła wg mnie krowiasto, bezjajecznie. Wyobraziłam sobie, jak brzmiałaby Duffy na jej miejscu albo taki Gossip.
Siedziałam sobie (wąchając ukradkiem próbki perfum ze świeżuteńkiej, przechwyconej wcześniej przesyłki) i nagle zorientowałam się, że zapachy nie wiedzieć kiedy zapakowałam z powrotem do torebki i wgapiam się w ekran jak sroka w gnat, na dodatek ściskając dłonie z emocji, a nawet czasem kiwając się jak na symulatorze jazdy motocyklem.
Pomijam Craiga, on jak to on, natomiast Judi Dench mogłabym jeść łyżkami.
Ralph Fiennes - perełka.
Javier Barden jako demoniczny homoseksualista i były agent, pałający żądzą zemsty - świetny.
A muzyka - wpasowana w akcję wg dawnej szkoły filmow animowanych z Pixie i Dixie, gdzie każdy ruch miał odzwierciedlenie w dźwięku.
Tak więc połową siebie śledziłam wzrokiem, co się dzieje na ekranie, a drugą połową słuchałam z niekłamanym podziwem (choć nie wiem, czy była zatrudniona orkiestra, czy też spreparowano muzykę syntetycznie).
Może tajemnicą tak udanej ekranizacji była reżyseria Sama Mendesa (American Beauty).
Im bliżej końca filmu, tym dotkliwsza była myśl, że aby nie spóźnić się po Gucia do przedszkola, muszę wykonać jakiś bondowski wyczyn.
Z fotela wyprysnęłam jak pocisk, na mojej drodze chyba los specjalnie ustawił jakichś niemrawych niezgułów, których wymijałam prawie biegnąc i ryzykując kolizję, przez obrotowe drzwi przefrunęłam, do autobusu wpadłam w trakcie dzwonka ostrzegawczego, a pod przedszkolem (też w pędzie) zrobiłam parę efektownych susów, pośliznąwszy się na rozmokłych liściach topoli i zdzierając obcas w kratce przy wejściu.
Ale zdążyłam - w uszach wciąż brzmiała mi dyndająca gitarka z początku słynnego muzycznego tematu Bonda.
Mało tego - teraz też brzmi.
Akt nieco desperacki, gdyż oblicze Davida Craiga skutecznie mnie odstraszało.
I faktycznie, w grze aktorskiej okazał się nieco drewniany, przy tym twarz jakby zrobiona z kartofla.
Co prawda w niektórych ujęciach oczy miał trochę z Englerta, choć w przeciwieństwie do tego ostatniego, pozbawione wyrazu.
ALE w jakiś przedziwny sposób wpasował się w konwencję, zresztą z poufnych źródeł dowiedziałam się, że większość agentów to nie szarmanccy przystojniacy, ale przeciętni faceci z tendencją do pewnego prostactwa w powierzchowności.
Co tam prawda! Czy Bondem nie mógłby być Jude Law? Ach!
Po 20stu minutach reklam widzowie cieplej przyjmą każdy film, byle się zaczął.
Piosenka tytułowa w wykonaniu Adele nie podobała mi się. Temat, owszem, ale Adele wypadła wg mnie krowiasto, bezjajecznie. Wyobraziłam sobie, jak brzmiałaby Duffy na jej miejscu albo taki Gossip.
Siedziałam sobie (wąchając ukradkiem próbki perfum ze świeżuteńkiej, przechwyconej wcześniej przesyłki) i nagle zorientowałam się, że zapachy nie wiedzieć kiedy zapakowałam z powrotem do torebki i wgapiam się w ekran jak sroka w gnat, na dodatek ściskając dłonie z emocji, a nawet czasem kiwając się jak na symulatorze jazdy motocyklem.
Pomijam Craiga, on jak to on, natomiast Judi Dench mogłabym jeść łyżkami.
Ralph Fiennes - perełka.
Javier Barden jako demoniczny homoseksualista i były agent, pałający żądzą zemsty - świetny.
A muzyka - wpasowana w akcję wg dawnej szkoły filmow animowanych z Pixie i Dixie, gdzie każdy ruch miał odzwierciedlenie w dźwięku.
Tak więc połową siebie śledziłam wzrokiem, co się dzieje na ekranie, a drugą połową słuchałam z niekłamanym podziwem (choć nie wiem, czy była zatrudniona orkiestra, czy też spreparowano muzykę syntetycznie).
Może tajemnicą tak udanej ekranizacji była reżyseria Sama Mendesa (American Beauty).
Im bliżej końca filmu, tym dotkliwsza była myśl, że aby nie spóźnić się po Gucia do przedszkola, muszę wykonać jakiś bondowski wyczyn.
Z fotela wyprysnęłam jak pocisk, na mojej drodze chyba los specjalnie ustawił jakichś niemrawych niezgułów, których wymijałam prawie biegnąc i ryzykując kolizję, przez obrotowe drzwi przefrunęłam, do autobusu wpadłam w trakcie dzwonka ostrzegawczego, a pod przedszkolem (też w pędzie) zrobiłam parę efektownych susów, pośliznąwszy się na rozmokłych liściach topoli i zdzierając obcas w kratce przy wejściu.
Ale zdążyłam - w uszach wciąż brzmiała mi dyndająca gitarka z początku słynnego muzycznego tematu Bonda.
Mało tego - teraz też brzmi.
poniedziałek, 5 listopada 2012
Fashion Victims (FV) - Część Pierwsza
Jakiś czas temu, na forum perfumowym, napotkałam teksty - właściwie recenzje, opisujące ze szczegółami ofiary mody. Ot, tak, jako ciekawostki.
Zachwyciły mnie, a jednocześnie na tyle silnie podziałały na wyobraźnię, że postanowiłam, jako ilustratorka z wykształcenia i zamiłowania, zabrać się do roboty.
Autorem jest osoba, którą mam przyjemność znać osobiście - Futryk Pluszynski.
I, choć mnie korci, nic więcej nie dodam od siebie.
Proszę uprzejmie:
FV (Faszyn Viktim) nr 1
Studentka na egzam jadęca
od dołu:
oksfordy na szpilce, zochy czarne z lecącym oczkie
legins domowy skulkowany na zupie, wykończony koronką pęcinową
żakiet / marynarka
twarz pomararańcz solar,
usta cieliste, tuszu czarnego do rzęs grubo
(obiekt po prawej stronie na dole to oczywiście lecące oczko)
FV nr 2
Krotki a nabity był - "weźmij krasnoluda i uczesz go gładko a z warkoczem"
Przyodziewek od góry:
bluzka power shoulders z długim, turkus, na plecach wywietrznik trójkątny
spódnica bandaż, stan wysoki
na odnóżach połyskliwy lajkrak - rajstopy psujajeczne
Na końcu dolnym czeszki białe
Na końcu górnym róż brzoskwiniowy na policzkach całych, nieco roztarte krawędzie
Włos blond, zaczesany, z tyłu krótki warkocz typu dobierany
torba worek z brązowego krokodyla połysk
efekt ogólnego wpudzianowania
(a torbę z krokodyla ze wzrokiem widać?)
FV nr 3
zaczynając od dołu tą razą:
oficerki w kolorze camel,
legginsy bawełniane typu wypchło mnie sie kolanko, w kolorze spranyblack
torba gorzkoczekoladowa typu worek ze "złotym" okółkowaniem
spódnica bombka granatowa
kurtka - pilotka bez futra kołnierzanego, w kolorze odchodowym
(coś między musztardą a camelem)
na szei chuść orientalcepel biały
łep był najciekawszy - włos w kolorze kasztan, takiego stana, że mi sie zaczeli same palce ruszać do natłuszczania
większość włosa spięta tzw. szczęką a grzywa przypięta z boku czymś superanckim:
takie coś z burberyjnej krateczki, okazałości średnicznej co najmniej 10 cm,
ozdobione wewśrodku "perłą" i "diamentem" w rozmiarach 2 na 2 cm każden
I to by było na tyle.
Mam zamiar wprowadzić Faszyn Viktims jako cykl.
Oczywiście będę bardzo wdzięczna za komentarze - bo jeśli ktoś wejdzie i nic nie napisze, to ja nic nie wiem - czy się podobało, czy nie np.
A w tej chwili szczególnie mi na tym zależy, bo to nowa forma.
Zachwyciły mnie, a jednocześnie na tyle silnie podziałały na wyobraźnię, że postanowiłam, jako ilustratorka z wykształcenia i zamiłowania, zabrać się do roboty.
Autorem jest osoba, którą mam przyjemność znać osobiście - Futryk Pluszynski.
I, choć mnie korci, nic więcej nie dodam od siebie.
Proszę uprzejmie:
FV (Faszyn Viktim) nr 1
Studentka na egzam jadęca
od dołu:
oksfordy na szpilce, zochy czarne z lecącym oczkie
legins domowy skulkowany na zupie, wykończony koronką pęcinową
żakiet / marynarka
twarz pomararańcz solar,
usta cieliste, tuszu czarnego do rzęs grubo
(obiekt po prawej stronie na dole to oczywiście lecące oczko)
FV nr 2
Krotki a nabity był - "weźmij krasnoluda i uczesz go gładko a z warkoczem"
Przyodziewek od góry:
bluzka power shoulders z długim, turkus, na plecach wywietrznik trójkątny
spódnica bandaż, stan wysoki
na odnóżach połyskliwy lajkrak - rajstopy psujajeczne
Na końcu dolnym czeszki białe
Na końcu górnym róż brzoskwiniowy na policzkach całych, nieco roztarte krawędzie
Włos blond, zaczesany, z tyłu krótki warkocz typu dobierany
torba worek z brązowego krokodyla połysk
efekt ogólnego wpudzianowania
(a torbę z krokodyla ze wzrokiem widać?)
FV nr 3
zaczynając od dołu tą razą:
oficerki w kolorze camel,
legginsy bawełniane typu wypchło mnie sie kolanko, w kolorze spranyblack
torba gorzkoczekoladowa typu worek ze "złotym" okółkowaniem
spódnica bombka granatowa
kurtka - pilotka bez futra kołnierzanego, w kolorze odchodowym
(coś między musztardą a camelem)
na szei chuść orientalcepel biały
łep był najciekawszy - włos w kolorze kasztan, takiego stana, że mi sie zaczeli same palce ruszać do natłuszczania
większość włosa spięta tzw. szczęką a grzywa przypięta z boku czymś superanckim:
takie coś z burberyjnej krateczki, okazałości średnicznej co najmniej 10 cm,
ozdobione wewśrodku "perłą" i "diamentem" w rozmiarach 2 na 2 cm każden
I to by było na tyle.
Mam zamiar wprowadzić Faszyn Viktims jako cykl.
Oczywiście będę bardzo wdzięczna za komentarze - bo jeśli ktoś wejdzie i nic nie napisze, to ja nic nie wiem - czy się podobało, czy nie np.
A w tej chwili szczególnie mi na tym zależy, bo to nowa forma.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












