Wczoraj rano, spojrzawszy na obraz, doszłam do wniosku, że JUŻ. Skończyłam.
Ale przyszedł wieczór i zaświtał mi nowy pomysł - żeby wprowadzić więcej szarości w brązobeże dominujące kolorystykę obrazu (przypomnę - to odgórne założenia Zleceniodawcy), wykorzystam powierzchnie trzech kałuż i okienka w domach, pokrywając je srebrną farbą.
Muszę też wkleić zdjęcie Psa w cieniu.
Zupełnie inny obraz (no, może nie zupełnie). A! Format 120 na 80cm.
Okazało się, że srebrny efekt jest doskonały, tym bardziej, że w zależności od kąta oświetlenia i nasycenia światła, obraz zupełnie się zmienia, bo kałuże i szybki w okienkach są albo jaśniejsze albo ciemniejsze od reszty, a więc robi się albo marzec albo listopad na obrazie.
Na fragmentach powyżej starałam się pokazać zmienność obrazu w zależności od światła.
A już dziś przyszła mi do głowy kusząca myśl, aby w oddali namalować żywopłotek, dzięki któremu obraz nieco się zazieleni i dodatkowo nabierze przestrzeni.
I też się udało.
Również wklejam dwie wersje - przy odsłoniętych i zamkniętych żaluzjach.
Ciekawa byłam, co mój krytyczny mąż powie o Piesku. Szczególnie o ścieżce.
"Wiesz, wygląda, jakby Beata Kozidrak wzieła swój najlepszy szyfonowy szal i rozścieliła pod psem, zeby się nie ubrudził."
"Poza tym on jest bardzo skoczny, bo widz ma oczy w tym obrazie na wysokości około dwóch metrów (skąd W. bierze taką wiedzę?) - a pies osiąga w susie ten pułap."
W kałużach odbijają się łapy, nie dotykając ich, bo Pies frunie sobie, beztroski i uśmiechnięty, jakby nie obowiązywała go grawitacja.
Dodałam wyrazistości spojrzeniu, przyciemniając dół źrenic i obwódkę naokoło tęczówki.
No i cóż, koniec.
Jeszcze u mnie stoi, Pan Krzysztof przyjdzie po południu.
A ja zaczynam myśleć o nowym zleceniu. Nie wiem, tylko, od którego zacząć.
Znów mały format- czyli nie będę musiała (jak przy Psie dzisiaj) siedzieć w kucki na stole, robiąc zdjęcia.
WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
piątek, 5 października 2012
środa, 3 października 2012
Co za dzień!
Zaczęło się, jak zwykle- pobudka o 7, co prawda nieskuteczna, bo Wojtek nastawił mi nowy sygnał w telefonie (bulgotanie), które raczej usypia. Rodzice też swego czasu eksperymentowali z sygnałami - przez trzy dni nie mogłam się dodzwonić do Mamy, bo Tato jako dzwonek nastawił wycie wilków. Tyle, że było ono z oddali i długo się rozpędzało.
Po odprowadzeniu Gucia, jak zwykle zasiadłam do obrazu, postanawiając w przerwie pójść do kina.
Oczywiście straciłam rachubę czasu i wrzuciwszy na siebie byle co, pognałam, wiedząc, że się spóźnię na seans. Ale - co tam - pomyślałam, i tak jest ponad 20 minut reklam.
Wobec tego nabrałam apetytu na tortillę, żeby mi nie burczało w brzuchu w chwilach ciszy. Jako nadzienie wybrałam sałatkę Caprese - czyli pomidory z bazylią i mozzarellą. Trochę się zdziwiłam, że ją podgrzewają, ale więłam, nie przeczuwając kłopotów.
Usiadłam przy stoliczku czekając, aż wystygnie i rozejrzałam się dookoła. Tu fajne buty, tam kiecka, a ja...?
Pierwsza z brzegu bluzka, którą narzuciłam, nie patrząc prawie, która, miała, okazało się - rozciągnięte mankiety, rękawki wypchnięte na łokciach i jeszcze ze szwów wystawały nitki, które starałam się dyskretnie odgryźć, w drugiej ręce trzymając tortillę.
I ona tego nie wytrzymała. Na dole zrobiła się dziurka i przez nią, na sam przód bluzki, wyciekł sos, który pod wpływem temperatury się rozwarstwił.
Nagle zorientowałam się, że czas reklam już minął. Na ruchomych schodach do kina łyknęłam wystygniętą tortillę, jak indyk, udało mi się jeszcze w łazience niezbyt dużą plamę rozetrzeć na połowę przodu i zostawić bielejące smugi od papieru toaletowego.
Dość szybko po wejściu na salę, gdzie poza mną siedziała jeszcze jedna pani, zdałam sobie sprawę z tego, że owszem, zrozumiem, o co chodzi, ale być może niedługo przed końcem filmu.
I nagle jak coś nie trzaśnie, nie zaskwierczy- i cisza.
Ciemności prawie zupełne, tylko podświetlone niebieskimi diodkami schody ledwo majaczyły.
Obejrzałam się w kierunku, gdzie miałaby siedzieć pani, ale nie dobiegł mnie żaden dźwięk. Czyli to ja muszę uratować sytuację.
Wyszłam po omacku, zameldowałam, że film się zerwał.
Na dodatek zadzwonił kurier z przesyłką ("kiedy pani będzie w domu") - szybko ustaliliśmy, że najlepiej, jeśli paczkę zostawi w sklepie na rogu- Wierzejkach. Zapytał tylko, czy w dziale piekarniczym, czy mięsnym.
Oczywiście w piekarniczym.
A film puścili od początku.
Po wyjściu z sali okazało się, że moja plama jest absolutnie nie do ukrycia, mimo noszenia torby na skos i skrzyżowanych dłoni i ponieważ miałam spotkanie w sprawie zlecenia, musiałam sobie coś kupić.
Tyle, że nic ciekawego nie było.
Za to włosy od zdejmowania i ubierania iluś tam poliestrowych gór, naelektryzowały mi się i jak czułki stały pionowo w stosunku do skóry głowy. A potem trzaskały od iskier przy próbach związania w kucyk.
Ze zdenerwowania kupiłam sobie różowe kolczyki, które wyglądały jak bryłki stwardniałej, wyżutej gumy balonowej (ohyda, nigdy ich nie włożę).
Zrezygnowana poszłam do ciucheksu obok przystanku, z zamiarem znalezienia przynajmniej czegoś, co będzie czyste i w miarę pasujące- i tu los zaczął się odwracać, gdyż trafiłam szyfonową bluzkę w wzór węża skrzyżowanego z lampartem.
Spotkanie pomyślne - mam nowe zlecenie.
Odebrałam Gucia z przedszkola. Z powodu zalatania odruchowo, niestety przy pani Mirelli, zwróciłam się do Niego "Chodź, piesku". Odprowadziła mnie zdumionym spojrzeniem, a ja dla niepoznaki zaczęłam głośno wypytywać synka o jadłospis.
Na pytanie, co było na obiad, odpowiedział, że "Zupa, taka żółta i spuchnięta" (potem sprawdziłam- fasolowa).
Wieczorem już nic się nie działo - oglądaliśmy film o papugach.
Zawsze chciałam mieć papużkę.
"Wojtek, może kupimy, taką małą, falistą?"
"A ona mowi?"
"Raczej nie, naśladuje telefon komórkowy. A co, chciałbyś taką gadającą?"
"Po co. Z papugami, jak z ludźmi - ten, kto gada jak najęty wcale nie musi być mądrzejszy od kogoś, kto siedzi w kącie i się nie odzywa".
A ja cieszyłam się przesyłką, która czekała na mnie w koszu z bułkami do zwrotu.
Tendre Poison.
Po odprowadzeniu Gucia, jak zwykle zasiadłam do obrazu, postanawiając w przerwie pójść do kina.
Oczywiście straciłam rachubę czasu i wrzuciwszy na siebie byle co, pognałam, wiedząc, że się spóźnię na seans. Ale - co tam - pomyślałam, i tak jest ponad 20 minut reklam.
Wobec tego nabrałam apetytu na tortillę, żeby mi nie burczało w brzuchu w chwilach ciszy. Jako nadzienie wybrałam sałatkę Caprese - czyli pomidory z bazylią i mozzarellą. Trochę się zdziwiłam, że ją podgrzewają, ale więłam, nie przeczuwając kłopotów.
Usiadłam przy stoliczku czekając, aż wystygnie i rozejrzałam się dookoła. Tu fajne buty, tam kiecka, a ja...?
Pierwsza z brzegu bluzka, którą narzuciłam, nie patrząc prawie, która, miała, okazało się - rozciągnięte mankiety, rękawki wypchnięte na łokciach i jeszcze ze szwów wystawały nitki, które starałam się dyskretnie odgryźć, w drugiej ręce trzymając tortillę.
I ona tego nie wytrzymała. Na dole zrobiła się dziurka i przez nią, na sam przód bluzki, wyciekł sos, który pod wpływem temperatury się rozwarstwił.
Nagle zorientowałam się, że czas reklam już minął. Na ruchomych schodach do kina łyknęłam wystygniętą tortillę, jak indyk, udało mi się jeszcze w łazience niezbyt dużą plamę rozetrzeć na połowę przodu i zostawić bielejące smugi od papieru toaletowego.
Dość szybko po wejściu na salę, gdzie poza mną siedziała jeszcze jedna pani, zdałam sobie sprawę z tego, że owszem, zrozumiem, o co chodzi, ale być może niedługo przed końcem filmu.
I nagle jak coś nie trzaśnie, nie zaskwierczy- i cisza.
Ciemności prawie zupełne, tylko podświetlone niebieskimi diodkami schody ledwo majaczyły.
Obejrzałam się w kierunku, gdzie miałaby siedzieć pani, ale nie dobiegł mnie żaden dźwięk. Czyli to ja muszę uratować sytuację.
Wyszłam po omacku, zameldowałam, że film się zerwał.
Na dodatek zadzwonił kurier z przesyłką ("kiedy pani będzie w domu") - szybko ustaliliśmy, że najlepiej, jeśli paczkę zostawi w sklepie na rogu- Wierzejkach. Zapytał tylko, czy w dziale piekarniczym, czy mięsnym.
Oczywiście w piekarniczym.
A film puścili od początku.
Po wyjściu z sali okazało się, że moja plama jest absolutnie nie do ukrycia, mimo noszenia torby na skos i skrzyżowanych dłoni i ponieważ miałam spotkanie w sprawie zlecenia, musiałam sobie coś kupić.
Tyle, że nic ciekawego nie było.
Za to włosy od zdejmowania i ubierania iluś tam poliestrowych gór, naelektryzowały mi się i jak czułki stały pionowo w stosunku do skóry głowy. A potem trzaskały od iskier przy próbach związania w kucyk.
Ze zdenerwowania kupiłam sobie różowe kolczyki, które wyglądały jak bryłki stwardniałej, wyżutej gumy balonowej (ohyda, nigdy ich nie włożę).
Zrezygnowana poszłam do ciucheksu obok przystanku, z zamiarem znalezienia przynajmniej czegoś, co będzie czyste i w miarę pasujące- i tu los zaczął się odwracać, gdyż trafiłam szyfonową bluzkę w wzór węża skrzyżowanego z lampartem.
Spotkanie pomyślne - mam nowe zlecenie.
Odebrałam Gucia z przedszkola. Z powodu zalatania odruchowo, niestety przy pani Mirelli, zwróciłam się do Niego "Chodź, piesku". Odprowadziła mnie zdumionym spojrzeniem, a ja dla niepoznaki zaczęłam głośno wypytywać synka o jadłospis.
Na pytanie, co było na obiad, odpowiedział, że "Zupa, taka żółta i spuchnięta" (potem sprawdziłam- fasolowa).
Wieczorem już nic się nie działo - oglądaliśmy film o papugach.
Zawsze chciałam mieć papużkę.
"Wojtek, może kupimy, taką małą, falistą?"
"A ona mowi?"
"Raczej nie, naśladuje telefon komórkowy. A co, chciałbyś taką gadającą?"
"Po co. Z papugami, jak z ludźmi - ten, kto gada jak najęty wcale nie musi być mądrzejszy od kogoś, kto siedzi w kącie i się nie odzywa".
A ja cieszyłam się przesyłką, która czekała na mnie w koszu z bułkami do zwrotu.
Tendre Poison.
Pies chwilę przed premierą
Kolejne godziny przy Psie zaowocowały nowymi kolorami.
Przede wszystkim - zieleń, o której myślałam z obawą, bo najbardziej kusiły mnie liście jesienne, płomiennorude.Tymczasem po położeniu na listkach ok. pięciu warstw koloru, przetarciu i pocieniowaniu, efekt jest całkiem miły.
Brązy też wzbogaciłam o ledwie dostrzegalne rudości i popiele, psa wyodrębniłam z tła jeszcze bardziej.
Dostał też modną bródkę i brwi
Ale to jeszcze nie wszystko.
Wzmocnię światło i osłabię surowość niektórych plam.
Garść much by nie zaszkodziła...
Całości nie wklejam, bo już niewiele brakuje, a tak- pokażę już w pełni skończonego.
Teraz muszę trochę odpocząć i coś zjeść, bo zasuwam, od kiedy odprowadziłam Gucia do przedszkola- czyli od wpół do dziewiątej, tylko o kawie.
Przede wszystkim - zieleń, o której myślałam z obawą, bo najbardziej kusiły mnie liście jesienne, płomiennorude.Tymczasem po położeniu na listkach ok. pięciu warstw koloru, przetarciu i pocieniowaniu, efekt jest całkiem miły.
Brązy też wzbogaciłam o ledwie dostrzegalne rudości i popiele, psa wyodrębniłam z tła jeszcze bardziej.
Dostał też modną bródkę i brwi
Ale to jeszcze nie wszystko.
Wzmocnię światło i osłabię surowość niektórych plam.
Garść much by nie zaszkodziła...
Całości nie wklejam, bo już niewiele brakuje, a tak- pokażę już w pełni skończonego.
Teraz muszę trochę odpocząć i coś zjeść, bo zasuwam, od kiedy odprowadziłam Gucia do przedszkola- czyli od wpół do dziewiątej, tylko o kawie.
wtorek, 2 października 2012
Pies zdrajca albo nie chwal dnia przed zachodem
Po pierwsze- jeśli mój Zleceniodawca trafi na mój post, proszę, aby natychmiast porzucił tę lekturę.
Już nigdy, nigdy nie napiszę, że mi jakiś obraz dobrze idzie. Gdybym się zapomniała, proszę mnie skorygować w komentarzach.
Na szczęście teraz już wybrnęłam z kałabani, ale jeszcze dwie godziny temu prześladowała mnie przerażająca wizja, że zlecenia mogę nawet nie zrealizować, bo je wyrzucę przez okno.
Jednak- mimo późnej pory, zawsze jest prawdopodobieństwo, że uszkodzę Bogu ducha winnego przechodnia, poza tym wierzyłam, że w końcu zły los się odwróci.
Proszę wyobrazić sobie, że mając zamiar wyróżnić Psa z tła, osiągałam efekt odwrotny do zamierzonego, a z im większej palety środków decydowałam się korzystać, tym bardziej czworonóg nikł i nikł.
Ku mojemu przerażeniu.
Oczywiście, nie pierwszy raz zdarza się taka sytuacja i niby wiem, że nie należy się przejmować, tylko robić swoje. W rzadkich przypadkach daję spokój, ale z doświadczenia wiem, że lepiej dla moich obrazów, jeśli nie odpuszczam. Zawsze w końcu mogę pójść z nimi pod prysznic - albo - co nieraz się zdarzało - zamalować wszystko na równo (i potem pójść pod prysznic)
Po wielu godzinach pracy i nierównej walki, nagle między godziną 22gą a 23cią wszystko się zmieniło.
Światło!
Dzięki niemu obraz zaczął żyć.
Okienka jeszcze bardziej rozbłysną.
Sytuacja wydaje się ustabilizowana.
Ale - żeby nie zapeszyć, wklejam tylko fragmenty.
Przewidując pytania "Co to jest?" na temat obiektu na zdjęciu poniżej, informuję : ścieżka ze żwirkiem.
Teraz (oczywiście nie dosłownie, bo na razie gorzej widzę na jedno oko) czeka mnie wprowadzenie zieleni i wyproszenie u Pana Krzysztofa pozwolenia na odrobinę fioletu w brązach.
Takie ledwie muśnięcia, a dadzą duży efekt.
Ponieważ przypuszczam, że Pan Krzysztof doczytał "do tutaj", więc... z tym wyproszeniem to żart.
Dojdą (oprócz zieleni) jeszcze srebrne szarości i może trochę czerni.
Mam nadzieję, że zgodnie z zasadą "bilans musi być na zero" - jutro okaże się mniej emocjonujące twórczo.
Już nigdy, nigdy nie napiszę, że mi jakiś obraz dobrze idzie. Gdybym się zapomniała, proszę mnie skorygować w komentarzach.
Na szczęście teraz już wybrnęłam z kałabani, ale jeszcze dwie godziny temu prześladowała mnie przerażająca wizja, że zlecenia mogę nawet nie zrealizować, bo je wyrzucę przez okno.
Jednak- mimo późnej pory, zawsze jest prawdopodobieństwo, że uszkodzę Bogu ducha winnego przechodnia, poza tym wierzyłam, że w końcu zły los się odwróci.
Proszę wyobrazić sobie, że mając zamiar wyróżnić Psa z tła, osiągałam efekt odwrotny do zamierzonego, a z im większej palety środków decydowałam się korzystać, tym bardziej czworonóg nikł i nikł.
Ku mojemu przerażeniu.
Oczywiście, nie pierwszy raz zdarza się taka sytuacja i niby wiem, że nie należy się przejmować, tylko robić swoje. W rzadkich przypadkach daję spokój, ale z doświadczenia wiem, że lepiej dla moich obrazów, jeśli nie odpuszczam. Zawsze w końcu mogę pójść z nimi pod prysznic - albo - co nieraz się zdarzało - zamalować wszystko na równo (i potem pójść pod prysznic)
Po wielu godzinach pracy i nierównej walki, nagle między godziną 22gą a 23cią wszystko się zmieniło.
Światło!
Dzięki niemu obraz zaczął żyć.
Okienka jeszcze bardziej rozbłysną.
Sytuacja wydaje się ustabilizowana.
Ale - żeby nie zapeszyć, wklejam tylko fragmenty.
Przewidując pytania "Co to jest?" na temat obiektu na zdjęciu poniżej, informuję : ścieżka ze żwirkiem.
Teraz (oczywiście nie dosłownie, bo na razie gorzej widzę na jedno oko) czeka mnie wprowadzenie zieleni i wyproszenie u Pana Krzysztofa pozwolenia na odrobinę fioletu w brązach.
Takie ledwie muśnięcia, a dadzą duży efekt.
Ponieważ przypuszczam, że Pan Krzysztof doczytał "do tutaj", więc... z tym wyproszeniem to żart.
Dojdą (oprócz zieleni) jeszcze srebrne szarości i może trochę czerni.
Mam nadzieję, że zgodnie z zasadą "bilans musi być na zero" - jutro okaże się mniej emocjonujące twórczo.
sobota, 29 września 2012
Psie oczy i Cyganie
Przed wyjściem do przedszkola Gucio spojrzał na Pieska
"O... Czemu on nie ma oczek?" rzekł zmartwiony.
"Namaluj mu oczka, ja proszę, proszę, proszę... Dwa oczka"
Taki zresztą był plan.
Nie powiem, oczy zawsze mnie wiele kosztują - starań i niepewności. Nie od razu mi się udało - w robocie była gąbka (tym razem nie zamieniłam artystycznej z kuchenną). Kiedy już myślałam, że Gustaw wróci z przedszkola i zapyta z wyrzutem, gdzie są oczy - Pies spojrzał na mnie wesoło.
Zaaferowana pracą nie spostrzegłam, że pod naszymi oknami cygańska sekcja dęta wygrywa w najlepsze melodie sprzed stu lat z okładem, co dziwniejsze, nawet całkiem nieźle im szło.
Szybko włożyłam pieniądze w kopertę bąbelkową, w której przyszła przesyłka do mnie (oczywiście pachnąca) i rzuciłam z okna, za co solista posłał mi ukłon z uśmiechem pobłyskującym złotymi zębami i zaordynował walc z czasów wojny rosyjsko- japońskiej Na Sopkach Mandżurii.
Słońce wyszło i Piesek (jeszcze nie skończony) ukazał się w całej krasie. Mam zamiar "wyróżnić" go z tła, bo na razie przegrywa w konkurencji z drzewami. Już wiem, co zrobię.
Orkiestrę tymczasem przepędziła grubiańska hołota, dla której ich gra była po prostu niespodziewanym hałasem.
Może jeszcze kiedyś przyjdą pod moje okno?
środa, 26 września 2012
Pies bez koloru
Tak, jak przypuszczałam, Pies maluje się przyjemnie i jakby bez wysiłku.
Kiedyś takie sytuacje obrazkowe mnie niepokoiły, gdyż funkcjonuje przeświadczenie, że bez wypruwania flaków i żył na czole nie powstanie żadne wartościowe dzieło.
Ale teraz, kiedy już nie jestem uczennicą, tylko malarką pełną gębą, cieszę się, jeśli proces twórczy jest łatwy i daje efekty.
W wypadku Pieska jeszcze za wcześnie mówić o efektach, ale ... dobrze się zapowiada i "żyje".
Tytuł roboczy- Od Drzewa do Drzewa.
Oczywiście w sferze fakturowej będzie się jeszcze więcej działo, bo na razie przypomina komiks- wycinankę.
Chciałoby się wprowadzić trochę rudości, ale mam zakaz. Jednak przemycę nieco ciepła w odcieniach.
I zieleń! Zielony liść- jak u kogoś początkującego.
I okienka będą też.
Powiem szczerze, że nie mam do końca planu, co jeszcze dodam.
Sytuacja jest dynamiczna- jak (mam nadzieję) ten obrazek.
Kiedyś takie sytuacje obrazkowe mnie niepokoiły, gdyż funkcjonuje przeświadczenie, że bez wypruwania flaków i żył na czole nie powstanie żadne wartościowe dzieło.
Ale teraz, kiedy już nie jestem uczennicą, tylko malarką pełną gębą, cieszę się, jeśli proces twórczy jest łatwy i daje efekty.
W wypadku Pieska jeszcze za wcześnie mówić o efektach, ale ... dobrze się zapowiada i "żyje".
Tytuł roboczy- Od Drzewa do Drzewa.
Oczywiście w sferze fakturowej będzie się jeszcze więcej działo, bo na razie przypomina komiks- wycinankę.
Chciałoby się wprowadzić trochę rudości, ale mam zakaz. Jednak przemycę nieco ciepła w odcieniach.
I zieleń! Zielony liść- jak u kogoś początkującego.
I okienka będą też.
Powiem szczerze, że nie mam do końca planu, co jeszcze dodam.
Sytuacja jest dynamiczna- jak (mam nadzieję) ten obrazek.
Don't get me wrong, Baby, I don't swallow
Zmęczona całodziennym malowaniem, oderwałam się od Pieska Pana Krzysztofa i udałam się na perfumowe testy do Horn & More'a.
Szczególnie pociągają mnie klimaty syntetyczne, kontrasty i wszelkie dziwadła.
Oczywiście zawsze za mało ma się skóry na testowanie, więc musiałam się ograniczyć do trzech zapachów na każdej ręce i wybrania najważniejszego na szyję. A i tak dużo za dużo.
Jak już pisałam, motto Horna to "Sexy people love sexy objects". To zobowiązuje.
Nie chciałam, przy wąchaniu perfum o nazwie "Don't get me wrong, Baby, I don't swallow" wyglądać na panią, która myśli, że chodzi o przeziębione gardło.
Niestety, z powodu pracy nad obrazem do ostatniej chwili, stać mnie było jedynie na zmodyfikowanie fryzury z gładkiej na strzępiastą i wyczyszczenie twarzy z popielatej farby.
Ale to nic, bo zatraciłam się w wąchaniu Dziewicy i Torreadora oraz Ukrytego Geja i Kleju i zapomniałam o Bożym świecie. Na test naszyjny wybrałam niezwykły zapach firmy Blood Concept AB - w zamierzeniu stworzonym dla osób noszących tę grupę krwi.
Niesamowity- metaliczny, chłodny, dla wielu trudny i odpychający, dla mnie uwodzicielski. Podoba się Wojtkowi! Czuje w nim kadzidło. No i bardzo dobrze.
Z Horna wyszłam w upojeniu i nie wyobrażałam sobie, żeby znaleźć się w domu inaczej, niż piechotą (wytracić energię).
Obwąchiwałam się jak uradowany pies, który wytarzał się w odpadkach, zostawiałam za sobą ogon z Kleju, Boskiego Dziecka (skóra, marschmallow i tytoń), Nie Połykania (słodziak) oraz AB- te pachniały najintensywniej.
Po drodze trafiłam na otwarty kiosk z sympatycznym panem i chociaż kupowałam tylko gazetę, mogłam zapłacić kartą, co mnie bardzo ucieszyło, bo do bankomatu daleko.
"Jak dobrze, że ma pan wszystko na miejscu!" i zaczerwieniłam się po uszy, zdając sobie sprawę z dwuznaczności słów.
"Jak miło, że pani tak pięknie pachnie!"
"Naprawdę? Bardzo dziękuję. Sprawdzam perfumy, żeby się dowiedzieć, czy je chcę"
"Ja bym je chciał, ale razem z panią"- uśmiechnął się rubasznie.
A ja, odruchowo, dygnęłam, jak mała dziewczynka.
Wszystko przez dużą ilość sexy objects'ów, jakie miałam na sobie.
Wojtkowi nie udzielił się entuzjazm- zapachy z mojej lewej reki skwitował : mydło z chemią, a z prawej :słodki syf oraz kozaki z juchtowej skóry noszone w lipcu.
Jedynie AB zaakceptowane.
Szczególnie pociągają mnie klimaty syntetyczne, kontrasty i wszelkie dziwadła.
Oczywiście zawsze za mało ma się skóry na testowanie, więc musiałam się ograniczyć do trzech zapachów na każdej ręce i wybrania najważniejszego na szyję. A i tak dużo za dużo.
Jak już pisałam, motto Horna to "Sexy people love sexy objects". To zobowiązuje.
Nie chciałam, przy wąchaniu perfum o nazwie "Don't get me wrong, Baby, I don't swallow" wyglądać na panią, która myśli, że chodzi o przeziębione gardło.
Niestety, z powodu pracy nad obrazem do ostatniej chwili, stać mnie było jedynie na zmodyfikowanie fryzury z gładkiej na strzępiastą i wyczyszczenie twarzy z popielatej farby.
Ale to nic, bo zatraciłam się w wąchaniu Dziewicy i Torreadora oraz Ukrytego Geja i Kleju i zapomniałam o Bożym świecie. Na test naszyjny wybrałam niezwykły zapach firmy Blood Concept AB - w zamierzeniu stworzonym dla osób noszących tę grupę krwi.
Niesamowity- metaliczny, chłodny, dla wielu trudny i odpychający, dla mnie uwodzicielski. Podoba się Wojtkowi! Czuje w nim kadzidło. No i bardzo dobrze.
Z Horna wyszłam w upojeniu i nie wyobrażałam sobie, żeby znaleźć się w domu inaczej, niż piechotą (wytracić energię).
Obwąchiwałam się jak uradowany pies, który wytarzał się w odpadkach, zostawiałam za sobą ogon z Kleju, Boskiego Dziecka (skóra, marschmallow i tytoń), Nie Połykania (słodziak) oraz AB- te pachniały najintensywniej.
Po drodze trafiłam na otwarty kiosk z sympatycznym panem i chociaż kupowałam tylko gazetę, mogłam zapłacić kartą, co mnie bardzo ucieszyło, bo do bankomatu daleko.
"Jak dobrze, że ma pan wszystko na miejscu!" i zaczerwieniłam się po uszy, zdając sobie sprawę z dwuznaczności słów.
"Jak miło, że pani tak pięknie pachnie!"
"Naprawdę? Bardzo dziękuję. Sprawdzam perfumy, żeby się dowiedzieć, czy je chcę"
"Ja bym je chciał, ale razem z panią"- uśmiechnął się rubasznie.
A ja, odruchowo, dygnęłam, jak mała dziewczynka.
Wszystko przez dużą ilość sexy objects'ów, jakie miałam na sobie.
Wojtkowi nie udzielił się entuzjazm- zapachy z mojej lewej reki skwitował : mydło z chemią, a z prawej :słodki syf oraz kozaki z juchtowej skóry noszone w lipcu.
Jedynie AB zaakceptowane.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























