WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

niedziela, 16 września 2012

Katty - w oczekiwaniu na kolor

Malowanie postępuje, a ja biję się z myślami i zachodzę w głowę, jak zachować minimalizm kolorystyczny, wręcz monochromatyczność, a jednocześnie wprowadzić coś kontrastowego
Powiem szczerze, ze gdybym malowala obrazek na swoją ścianę, zostawiłabym tak, jak jest.


Chociaż...
aż się prosi o jakiś błysk, pomarańcz, czerwień?
Najlepiej będzie, jeżeli pójdę i posprzątam, to mi się koncepcja ułoży w głowie.
A jeśli bedzie za mało, to poćwiczę na stepperze.

A propos- muszę przykręcić śrubę, po efektów nie ma żadnych (poza tym, że chodzenie jest bardzo przyjemne).

Najlepiej zrobiłoby mi coś takiego...

No, idę.
Sprzątać. Tylko zapach wybiorę. może Escape CK?

PS. Wybrałam Piątkę Chanel Eau Premiere , żeby mieć jednak poczucie luksusu nawet w niesprzyjających okolicznościach

piątek, 14 września 2012

Wpadka

Dziś kolejny dzień, kiedy Wojtek ma zdjęcia na planie serialu.

Trochę wcześniej, kiedy włożyłam bluzę, którą miałam na sobie wczoraj wieczór, W. poskarżył się, że strasznie śmierdzi- a był to rękaw tuberozowy z Truth of Dare Madonny.
Powiedział, że to jest zapach, jaki wydają starzy ludzie, którzy po niedokładnym myciu zostawiają na sobie trochę mydła, żeby było świeżej, co daje odwrotny efekt.
Tuberoza tym samym została uznana za negatywny składnik zapachów, o których W. sądzi, że są niegodne nosić miano "perfumy". Czyli większość moich
Rozpoczęłam dyskusję (z wąchaniem), wreszcie W. musiał wyjść. Pachniał  pięknie Avignonem Comme des Garcons (kadzidło), już był na półpiętrze, kiedy powiedziałam za Nim - głośno, żeby usłyszał z oddali :
" Ale wiesz, czegoś brakuje mi u Ciebie...bardzo zmysłowego"
Zobaczyłam, ze twarz Mu poszarzała-
"Czy wiesz, co Ty w ogóle powiedziałaś???"
 On widział, a ja nie- pół piętra niżej stał majster z ekipą, oczywiście wszystko słyszeli.

Przy okazji porządków selekcjonowaliśmy zabawki Gucia. Postanowiliśmy oddać do przedszkola konika na biegunach. W. już w tej sprawie porozmawiał z p.dyrektor.
Nagle przyszło mi do głowy, że chociaż powtarzamy Gutkowi, że trzeba się dzielić, może Mu być przykro, kiedy zobaczy swojego konika w sali "Pszczółek".
Wojtek od razu miał pomysł, jak się wycofać :
"Żaden problem. Powiemy, że w koniku zalęgły się żuki".

Przy okazji- Gucio doskonale sobie radzi w przedszkolu. Tyle, ze na leżakowaniu nie śpi, tylko leży sobie i nuci. Ale sam się rozbiera i ubiera np.


 Wracając do tematyki domowej - mamy też sprzęt grający, m. in. składający się z subufera- czarnej skrzynki, która grzeje z tyłu.
W, tymczasem włożył za subufer narzutę.
"Wojtek, mówiłam, nie można kłaść niczego z tyłu!"
'Nie- niczego- tylko szmat"
"A niby co można?" zapytałam.
"Nooo...ja na przykład wrzuciłem tam dwa ogryzki i naplułem"
Aż zajrzałam- nic nie było. O, jak łatwo mnie nabrać.

Zrobiłam sobie nagrodę - poszłam do kina.
Film zapowiadał się, jak dla mnie, interesująco, ponieważ brało w nim udział tylko troje aktorów (dwie kobiety i facet).
Kategoria- psychologiczny.
Tyle, że właściwie wcale mnie nie obchodziło, co się z nimi stanie. Zastanawiałam się, dlaczego?
Powinno być inaczej- szczególnie, że mężczyzna był do złudzenia podobny do mojej licealnej miłości.
Rodzice przezwali Go "Huncwot".

Wyobraziłam sobie, jak ten film- polegający głównie na dialogach, mógłby zrobić Woody Allen.
A tu słowa służyły jedynie do uzasadnienia akcji. nawet nie to, że nieprawdziwe- tylko żadne.

Ale i tak byłam zadowolona, po ostatnich filmach akcji. W sali obok był taki- u nas drżały fotele.

Poza tym chodzę do kina, jak do innego świata. I muszę powiedzieć, że bardzo podobają mi się wnętrza Cinema City i Multikin.




Na jednym z pieter w kinie w Złotych Tarasach znajduje się klub "35 mm". Panie powiedziały mi, ze ta nazwa nic nie znaczy, ot, tak sobie ktoś wymyślił. Tymczasem 35 mm to szerokość profesjonalnej kiedyś taśmy filmowej


Z wiadomości internetowych - nareszcie udało mi się wypisać z Citeam'u. Po kliknięciu w link "kliknij tu, jeśli nie chcesz otrzymywać wiadomości", przysłali mi jeszcze więcej ofert, pod tytułem "Zobacz, co stracisz", powtórzyłam więc, że nie chcę i dostałam komunikat "Będzie nam ciebie brakowało". I co? Smutno mi ma być, czy jak?

Maluję cały czas- ale o tym jutro.
Dostałam zlecenie na duży obraz z pieskiem. To dodatkowo mobilizuje mnie do pracy.

Lubię jesień. Najbardziej w tuberozach.

czwartek, 13 września 2012

Katty po katakliźmie

W obrazie, jak w pieszczotach, potrzebna jest czułość (umiejętności, jako rzecz oczywistą, pomijam).
Dzięki wizycie w Trójmieście mam najwspanialsze pędzelki na świecie.

Nie mogłam się doczekać, kiedy nareszcie "pany", jak fachowców od rur nazywa Gucio, opuszczą na dobre naszą kamienicę. I jak potem podłoga i sprzęty nabiorą (dzięki mojej tytanicznej pracy) znowu swoich kolorów, bo wszystkie były na jednakowo zapylone popielatą szarością.

Tym razem postanowiłam zmienić kolejność malowania. Nie zaczynam od postaci, tylko od tła.
Szczególnie, że co niego, mam koncepcję kolorystyczną, zaś do ubioru Katty- nie. Tzn. ogólnie owszem, ale Ona musi "świecić" w tym obrazku- przykuwać uwagę.


Tło również robię inaczej. Po namalowaniu kawałka brązu- jednej warstwy, zamiast, jak zwykle, pokrywać powierzchnię całkiem na kryjąco, teraz zostawiam tak, aby było widać pociągnięcia pędzla i prześwity- cieniowanie.Dzięki temu obrazek od początku żyje, jest dynamiczny, a dla mnie oznacza, że nie ma żadnych momentów w procesie malarskim, kiedy jest nudno.


Tak zapamiętale malowałam, że nie zauważyłam, że Gucio nóżkami odsunął blejtram z Łabędziami, którym przystawiam jego łóżeczko i, jak w zwolnionym tempie, zaczął się zsuwać w dół w powstałą szparę.
A wszystko dlatego, że barierka jeszcze schnie- już bodaj trzecią dobę.
Z zamarłym sercem czekałam na okrzyk przestrachu, ale On, z ukochanym misiem pod pachą, nawet się nie obudził.


Czyżby wpływ miał fakt, że, jak mówi, Łabędzie to jego "olobiony" obraz?


Pachnę Truth of Dare Madonny, oczarowana tuberozą w dawnym stylu- a zapach tegoroczny.
Przypomniało mi się, jak przyjaciółka, pracująca w służbie zdrowia, zapytała mnie "Czy znam jakieś perfumy z tuberkulozą?"
Jasne, i to ile!

wtorek, 11 września 2012

Apokalipsa

Od rana dzisiaj kucie ścian- właśnie panowie wyrwali stary pion kanalizacyjny i montują nowy. Możemy pooglądać łazienkę sąsiadów na dole i z boku, ale nie jest to jednak taka super dziura, o jakiej myślałam. Kawy się przez nią nie poda.
Wojtek się zdenerwował, bo gdy świdry poszły w ruch i cały budynek się zatrząsł, poczułam się- przez hałas- jak na wyścigach samochodowych, a wszelkie głośne (im bardziej, tym lepiej) maszyny, wprawiają mnie w stan ekscytacji.
Tymczasem W. uważa, że w obliczu kataklizmu, należy się poważniej zachowywać, a nie podskakiwać, jak dziewczynka.
A już w ogóle robić zdjęcia to obciach.


Ale czy można uznać za wiarygodną opinię człowieka, który wczoraj, pojechawszy do sklepu, zapomniał portmonetki, musiał więc po nią wrócić do domu. Potem- już przy kasie- okazało się, ze zostawił ją w samochodzie, wobec tego prosząc o zawieszenie operacji płatniczej, pobiegł do auta, ale ponieważ jakoś dziwnie Mu się biegło - spojrzał na swoje stopy i okazało się, że włożył dwa różne buty- japonki, również inne w kolorze.

Po powrocie W. wziął się za malowanie barierki do łóżka Gucia. W pewnym momencie słyszę "Co ja zrobiłem!". Użył mianowicie trującego impregnatu (co prawda zabójczego tylko dla organizmów wodnych) i na dodatek schnącego kilka dni ("właśnie się zastanawiałem, dlaczego nigdy go nie użyłem"). A ja Gucia muszę co noc zastawiać obrazem z łabędziami, żeby nie spadł.

Teraz azylem jest pracownia- wszystko w jednym- i sypialnia guciowa, i centrum internetowe, i pokój do ćwiczeń oraz psiarnia.


Ach- się nie pochwaliłam, jaka jestem zawzięta odnośnie ćwicz.ciel.
Wysłałam wczoraj Wojtka do komórki po stepper- W. przepadł na 2 godziny, zrobił tam porządek, ale steppera nie znalazł. Żadne z nas nie mogło sobie przypomnieć, czyśmy go lata temu komuś podarowali?
Zresztą dobrze, że zaginął, bo miał wymieniane linki i coś nie wyszło, eks mąż założył nowe, dłuższe, skutkiem czego człowiek chodził mniej więcej metr nad ziemią. Człowiek, czyli ja, a ja jestem bojąca (omdlenia z wysiłku np), więc postanowiłam kupić stepper używany, z odbiorem osobistym.
I mam! Z wajchami- ramionami i na dodatek obrotowy.

Pani, która go sprzedawała, nie używała ramion- powiedziała, że nie dawała sobie rady z koordynacją i ją wyrzucało z pedałów, co doprowadzało do szału jej kota.


Ale ja wczoraj już ćwiczyłam i wszystko gra.

Zastanawiam się, patrząc, ile miejsca zostało w pracowni, czy nie dałoby się zrobić ze steppera sztalug, oczywiście na czas, kiedy nie ćwiczę. A sztalugi do komórki.

niedziela, 9 września 2012

Od poniedziałku... się zmienię

Od poniedziałku- dieta. W związku z tym niedzielę spędzam leniwie, żywiąc się chlebem z salami Pick oraz malinkami Haribo, popijanymi Kinley'em.
Od jutra mam zamiar nie tylko jeść zdrowo (bez przesady jednak), ale również się ruszać. Ponieważ nie znoszę fizycznej aktywności, łatwo nie będzie. Wybrałam stepper (bo mam) i właśnie obmyślam mix muzyczny. Rainbow, Kraftwerk i Laibach (bardzo liczę na ten ostatni  http://www.youtube.com/watch?v=-zSRcFxZVAA).
Wojtek oczywiście uważa, że głupio tak chodzić na marne na steperze. Znalazł dla mnie pożyteczne zajęcie "Kiedyś był taki zawód. Mogłabyś rozchadzać buty. Kontakt z Tobą byłby w Deichmannie. A jakbyś nabrała wprawy, mogłabyś rozciągać również nie swoje numery - nawet za duże na Ciebie".

W ramach przygotowań do jutra, robiłam porządki i znalazłam obok biletu kinowego saszetkę z Espumisanem.
Tak, tak- u bileterki dostałam "gratis" na wzdęcia, z dowcipnym napisem "Nie zostań przypadkowym bohaterem seansu". Powinni oszczędnie rozporządzać Espumisanem w kinie- nie dawać, jak leci, ale tylko wówczas, kiedy na sali jest choć 10 osób i to koło siebie. I nie na filmy akcji (te w drugiej kolejności), tylko ciche dramaty, romanse i horrory.
Tajemniczy wynalazek ten Espumisan. W reklamie dziejącej się w zatłoczonym autobusie facet stoi nadęty jak balon, wszyscy patrzą na niego z przestrachem. Łyka Espumisan i od razu z niego gazy schodzą, a otoczenie ma błogość na twarzach. Z powodu przytrucia? A może to środek na bezwonne bąki? Czy tylko niehałaśliwe? Moja Mama uważa, że lek jest magiczny i likwiduje wszystko- niczego się nie puszcza.Odpowiedziałam Jej, że słowa "magia" nadużywają ludzie, którzy nie znają się na fizyce i chemii.

Ad. bąków- Gucio jest bardzo dokładny. Niestety, jeszcze nie udało mi się Go oduczyć, żeby nie informował głośno o wiatrach. Pokazuje nawet ich liczbę na paluszkach, ale przynajmniej na początku mówi "przepraszam".
Wchodzi właśnie w wiek, kiedy zadaje się najwięcej pytań.

Ostatnio był ciekaw, skąd się wziął pępek.
W imię zasady "Obraz jest wart więcej, niż 1000 słów" wyprodukowałam rysunek poglądowy, z Guciem w środku mnie i na zewnątrz.


Wystarczyło jedynie krótkie objaśnienie, żeby zrozumiał.
Powiedział, że chciałby być znowu u mnie w brzuchu "tylko wziąłbym latarkę".

Leniwa niedziela. Panowie się pospali.


A ja już myślę nad obrazkiem inspirowanym widokiem z okna.
Ten obiekt ogromnie mi się podoba i kojarzy z Miro.


Albo ze scenografiami z lat 50tych? 60tych?
Oczywiście- najpierw Katty i Żywioły.

sobota, 8 września 2012

Katty- reaktywacja

Mam w planach nowy obrazek- do pary z Latarniami, ale nie, najpierw- zaległości.

Nie jest łatwo- na moim stanowisku pracy pachnie najbardziej przeze mnie nielubianą, zatęchłą wanilią- i nie wiem, co. Na szyi- mam wytrawny zapach, ale może łapy wytarłam po jakimś syfie- w spodnie? Czy do buta mi coś naleciało? Do obwąchiwania zatrudniłam też Wojtka, ale On sam pachnie cebulą i suszonymi pomidorami.
MAM! To zasłonka- na której sprawdzałam, czy zachować perfumy, czy wystawić. I nie pamiętam teraz, jakie. Ale nie mam ich- chyba Nuits Scherrera.

Do rzeczy- kiedy już znalazłam obrazek, ukryty na czas wymiany CO i spojrzalam na szkic Katty- przyszła refleksja. Największą ochotę mam na mnóstwo linii - a to jest akurat najtrudniejsze, gdyż zachowując szlachetną jednorodność środków, używam tylko pędzla i farb.
Z drugiej strony- dzięki serdecznej znajomej z Gdańska, mam najlepsze na świecie pędzelki, dzięki którym Latarnie gładko mi poszły.

Poza tym rezygnowanie podyktowane lenistwem nie jest w moim stylu. Dotyczy tylko malowania.

Dlatego Katty będzie miała tyle linii, ile mi się zamarzy. Najwyżej zmienię okulary na mocniejsze.

Na roboczej wersji poniżej widać tylko część kresek.


Będą skały pełne szczelin, gałęziaste drzewa.
Przynajmniej taki jest plan. Na dziś.

I nareszcie znalazłam zapach, który budzi entuzjazm i mój, i Wojtka- Pamplelune Guerlaina. Kiedyś czułam w nim zasikane piwniczne okienko u rodziców (zasikane przez koty), a teraz- zachwyca mnie cudowny grejfrut z paczulą.
Jakże pięknie komponuje się z przedjesiennym powietrzem. Poszliśmy z Gustawem nawdychać się go w Łazienkach. Gucio był zamyślony. Na placu zabaw siadł koło mnie na ławeczce.
"Kochanie, patrz- zjeżdżalnia, karuzela, huśtawki. Idź do zabawy!"
"Nieee, jest za duży hałas" (było mnóstwo dzieci).
"I co, nie ruszysz się?"
"Nie, będę sobie siedział. Poczekam na jesień".



piątek, 7 września 2012

Nie wszystko na sprzedaż- Latarnie skończone

Zacznę od końca- czyli od nagrody za namalowanie obrazka. W jakim zapachu- to widać.
Oto oni:


                                           Pejzaż z Latarniami, akryl na dykcie, 19 na 29cm


Postanowiłam pójść do kina - właśnie w nagrodę. Ale komediodramat psychologiczny zaczął się, niestety, podczas twórczej pasji i został film akcji z doborową obsadą- Stallone, Willis, Van Damme, Lundgren, Chuck Norris, Arnold i jeszcze inni, też znani.


Recenzje doskonałe, więc choć wybuchające samochody i mordobicie nie są ulubionym motywem, zdecydowałam się na "Niezniszczalnych". Mój podtytuł- "Niestrawni".
Wyświechtane dowcipy, Norris wyglądał jak nie on.
Wojtek w ogóle nie odróżnia prawdziwego Chucka od sobowtóra i widząc reklamę banku, stwierdził, że to nie Norris, tylko "jeden gość z Pabianic, ja go znam, mieszka na Karnyszewickiej".
Godne uwagi były jednak efekty specjalne, a konkretnie fontanny krwi w dużym nasileniu, w artystycznych kształtach gwałtownych kaskad jak u Jacksona Pollocka. Ktoś się przyłożył.
No i było bardzo głośno- potem, na poczcie, musiałam przysuwać ucho do dziurki w szybce, bo pani ledwie coś szemrała do mnie.

Trudno. Obrazek zasługuje na coś lepszego.
To moje pierwsze, od czasów Akademii, malowanie dzienne.
Doszłam do wniosku, że jednak mi przeszkadza słaba widoczność latarni, wprowadziłam więc kremowo-żółty kolor, żeby dodać błysków. Użyłam go też do świateł lamp.
Potem doszło cieniowanie - ultramaryną.


Popracowałam - właściwie bardziej pomyślałam, nad "słońcem"


Nie jest okrągłe- specjalnie, gdyż kontur uzyskałam obrysowując koreczek od Edenu Cacharela, który jest lekko trójkątny.


Przy tym- w moim pojęciu zaletą- jest fakt, zmiennobarwności pejzażu. Powyżej- w świetle sztucznym.
W dziennym- inna bajka.


Nie ukrywam, że przeżyłam chwile uniesienia, kiedy po początkowych trudach i bezskutecznym poszukiwaniu odpowiednich efektów, nagle wszystko zaczęło się układać, a mnie rozpierało poczucie szczęścia.
Takie twórcze momenty zdarzają się parę razy na rok.
Nie chcę go sprzedawać.
Nie powinnam.


Tego akurat Wojtek nie rozumie. "Przecież możesz sobie namalować taki sam".
Otóż nie, nie mogę. Tak, jak nie mogę powtórzyć pierwszego pocałunku.
To już byłaby gra, udawanie.

Siedzę sobie, patrzę na Latarnie i pachnę Lou Lou.


Co tam, że dochody niepewne. Warto.