Najpierw zobaczyłam pałac w nocy. Od razu przyszło mi na myśl zatytułować zdjęcie Stacja Kosmiczna Izrael Poznański.
Piszę "pałac", ale w gruncie rzeczy jest to ogromna, kapiąca od przepychu kamienica.
Przypomniała mi się anegdota - bogaty Żyd wynajął architekta, który zapytał, w jakim stylu ma być budynek. "Daj pan wszystkie, mnie stać na wszystkie".
Ale Poznańscy postawili pałac spójny stylowo. Oczywiście, gęba się rozdziawia (jak pewnie miało być)- szczególnie monumentalna sala bankietowa i przedpokój robia wrażenie.
Fascynujące jest przechadzać się po wnętrzach, gdzie zresztą okna wychodzą m.in. na walące się kamienice przeznaczone do rozbiórki i wyobrażać sobie ludzi, którzy tam mieszkali- bywali. Wiem, wiem, banał. Trudno.
Najbardziej ujęły mnie wnętrza "prywatne", użytkowe.
W pałacu, prócz wnętrz, można zobaczyć wystawy- jedną z nich traktuję jak prezent od losu. Mistrzowie Malarstwa Polskiego- od Młodej Polski do XXstolecia międzywojennego.
I mój ukochany Eugeniusz Zak.
Jaką trzeba mieć wyobraźnię kolorystyczną, żeby światło uzyskiwać takimi środkami!
Obiekty na Jego obrazach, mam wrażenie, wewnętrznie promieniują.
Mistrz.
I wzruszająca prostota, a przy tym prawda przekazu.
Ach, wspaniała Łódź- swego czasu niezwykły tygiel, w którym rosły i upadały fortuny, a szalony rozwój w niebywale krótkim czasie bywał bardziej spektakularny od amerykańskiego.
I teraz- obserwowanie, jak z każdym rokiem niszczeje, budynków ubywa.
Ale Pałac Izraela stoi.
WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 7 sierpnia 2012
wtorek, 31 lipca 2012
Łodź-świat alternatywny
Wojtek, kiedy zobaczył, z jakim ogniem szykuję się do wyjazdu tutaj (Łódź) powiedział, że wyglądam, jakbym dostała przepustkę.
Zaczął mnie również nazywać "Justyną", co niesamowicie na mnie podziałało...Odzyskana tożsamość niemalże. "Justysiu"- tak się do mnie zwracają rodzice. Mała zmiana- wielki skutek, kto by pomyślał, że aż taki
.
Spakowałam swoje najstraszniejsze śmierdziele, najdziksze cienie do oczu i kolorowe tusze do rzęs, bluzkę w panterkę i lakierki z kokardką. Miedzy innymi, oczywiście.
Dziś padło na Muzeum Kinematografii, urządzone w zachowanym (włącznie z wnętrzami) pałacem fabrykanta.
Już przy wejściu do przejścia podziemnego - i w nim też- skorzystałam z aparatu.
Schody do nikąd
A niżej- Dżisas
Samo przejście też niezłe
W środku w Muzeum- inny świat. Przyznam się, że kiedy zrobiłam i zobaczyłam to zdjęcie, trochę mnie przeraziło. A jest to fotografia za plexi, nico pogiętym, w którym odbija się to, co z tyłu.
Projekty scenografii do filmów animowanych wydały mi się bardzo inspirujące. Lata 60te.
A na widok kadru z filmu mojego profesora, Daniela Szczechury, zrobiło mi się ciepło na sercu. To samo myślenie!
Był też fotoplastikon, do ktorego, kiedy byłam dzieckiem, w Warszawie, zabierali mnie rodzice.
Gucio poczuł się bardzo ważny, bo dostał swój bilet i nie wypuszczał go z rączek.
Potem czekała nas uczta perfumeryjno- ubraniowa.
Na ciuchach używanych kupiłam sobie spodnie. Niestety, dopiero w domu okazało się, że mają miejsce na "płeć" bądź po prostu na jaja.
I znowu miałyśmy za mało powierzchni ciała, aby wszystko, co chciałyśmy, przetestować.
Ciągnęłyśmy za sobą długie zapachowe ogony - wybijał się Poeme Lancoma i Red D&G.
Okazało się to zbawienne przy powrocie, gdyż dwa siedzące miejsca niedaleko zajmowali panowie o spuchniętych i sinych twarzach. Mycie od dawna nie było na ich listach czynności, a z manicurem nigdy nie mieli nic wspólnego.
Przebierając się i myjąc po powrocie nie mogłam zdjąć kolczyków (oczywiście dużych i wiszących), bo pod wpływem perfum trochę się roztopiły i przywarły do włosów.
Przypomniało mi się, jak kiedyś Le Parfum Lalique'a rozpuściło mi lakier na paznokciach.
A taki niby miał być miły i przytulny zapach.
Zaczął mnie również nazywać "Justyną", co niesamowicie na mnie podziałało...Odzyskana tożsamość niemalże. "Justysiu"- tak się do mnie zwracają rodzice. Mała zmiana- wielki skutek, kto by pomyślał, że aż taki
.
Spakowałam swoje najstraszniejsze śmierdziele, najdziksze cienie do oczu i kolorowe tusze do rzęs, bluzkę w panterkę i lakierki z kokardką. Miedzy innymi, oczywiście.
Dziś padło na Muzeum Kinematografii, urządzone w zachowanym (włącznie z wnętrzami) pałacem fabrykanta.
Już przy wejściu do przejścia podziemnego - i w nim też- skorzystałam z aparatu.
Schody do nikąd
A niżej- Dżisas
Samo przejście też niezłe
W środku w Muzeum- inny świat. Przyznam się, że kiedy zrobiłam i zobaczyłam to zdjęcie, trochę mnie przeraziło. A jest to fotografia za plexi, nico pogiętym, w którym odbija się to, co z tyłu.
A na widok kadru z filmu mojego profesora, Daniela Szczechury, zrobiło mi się ciepło na sercu. To samo myślenie!
Był też fotoplastikon, do ktorego, kiedy byłam dzieckiem, w Warszawie, zabierali mnie rodzice.
Gucio poczuł się bardzo ważny, bo dostał swój bilet i nie wypuszczał go z rączek.
Potem czekała nas uczta perfumeryjno- ubraniowa.
Na ciuchach używanych kupiłam sobie spodnie. Niestety, dopiero w domu okazało się, że mają miejsce na "płeć" bądź po prostu na jaja.
I znowu miałyśmy za mało powierzchni ciała, aby wszystko, co chciałyśmy, przetestować.
Ciągnęłyśmy za sobą długie zapachowe ogony - wybijał się Poeme Lancoma i Red D&G.
Okazało się to zbawienne przy powrocie, gdyż dwa siedzące miejsca niedaleko zajmowali panowie o spuchniętych i sinych twarzach. Mycie od dawna nie było na ich listach czynności, a z manicurem nigdy nie mieli nic wspólnego.
Przebierając się i myjąc po powrocie nie mogłam zdjąć kolczyków (oczywiście dużych i wiszących), bo pod wpływem perfum trochę się roztopiły i przywarły do włosów.
Przypomniało mi się, jak kiedyś Le Parfum Lalique'a rozpuściło mi lakier na paznokciach.
A taki niby miał być miły i przytulny zapach.
niedziela, 15 lipca 2012
Łódź żywa, Łodź umierająca
Udało mi się wczoraj wyrwać samotnie na parę godzin i zapuścić w rejony Łodzi, gdzie torebkę należy nosić z przodu i pamiętać o zamknięciu, a nos lepiej mieć zatkany.
Tutaj przyklękłam pod balkonem, patrzę- jakiś napis. Dopiero, gdy się prawie położyłam na ziemi, złapałam obiektywem całość.
Okna są już martwe, ale są- jeszcze.
Na tej ścianie został tylko ślad po budynku, jakby wyparował po katastrofie jądrowej.
Chyba już nikt się tam nie zapuszcza...albo?
A potem skręt w Ogrodową i nagle jestem w innym wymiarze.
Manufaktura. Ocalona od upadku. Zrewitalizowana, w pewnym stopniu zrekonstruowana.
Niby jest centrum handlowym, a tworzy oddzielny świat, nie do końca realny.
Z jednej strony tęcza, z drugiej ulewa nie daje za wygraną.
Tutaj przyklękłam pod balkonem, patrzę- jakiś napis. Dopiero, gdy się prawie położyłam na ziemi, złapałam obiektywem całość.
Okna są już martwe, ale są- jeszcze.
Na tej ścianie został tylko ślad po budynku, jakby wyparował po katastrofie jądrowej.
Chyba już nikt się tam nie zapuszcza...albo?
A potem skręt w Ogrodową i nagle jestem w innym wymiarze.
Manufaktura. Ocalona od upadku. Zrewitalizowana, w pewnym stopniu zrekonstruowana.
Niby jest centrum handlowym, a tworzy oddzielny świat, nie do końca realny.
Z jednej strony tęcza, z drugiej ulewa nie daje za wygraną.
I wreszcie droga do domu, z nowymi perfumami w torebce.
Ktoś dzwonił- ale odebrać nie można, bo pojawia się np takie coś:
I ostatni widok ulicy:
Dziś okazało się, że kupione w Manufakturze perfumy są dziwne w taki nie do końca odpowiadający mi sposób- coś jak ziołowa pasta do butów (Gucci edp, to brązowe).
sobota, 14 lipca 2012
Szkice z Łodzi
Pomyśleć, że za pierwszym razem, kiedy byłam w Ł., wcale mi się ona nie podobała- a nawet wydała się brzydka.
A przecież można się tu zatracić. Secesja na każdym kroku, w najdrobniejszych detalach architektonicznych. Z roku na rok coraz większy upadek, ubywa budynków.
Czasem trudno nie poddawać się przygnębieniu, tylko trwać sobie w poetycznym, dekadenckim nastroju. Ale serce się ściska.
Gdybym była bez Gucia, mogłabym spędzić całe dni na robieniu zdjęć.
Zdarzyło się nawet, że napotkałam coś, co wprawiło mnie w osłupienie.
I zachwyt.
Poza tym odwiedziłam największego Rossmanna w Europie. Jest imponujący.
Jak otumaniona błądziłam wzdłuż regału z perfumami. Niektórych już nie ma w sprzedaży.
Wybrałam zapach, którym pachnę od wczoraj- Chloe Narcisse. Z początku lat 90tych, ale w typie ejtisowych kilerów. Na początku wręcz odpychający, potem odurza, uzależnia. Bezkmpromisowy, nawet dziwaczny.
Tego mi było trzeba!
Poczuć się awangardowo- inaczej niż zwykle.
Ubrana jestem również inaczej niż zwykle- nie powiem, żeby rzeczy były nowe, ale na mnie- pierwszy raz. To łupy z ciuchów używanych.
A przecież można się tu zatracić. Secesja na każdym kroku, w najdrobniejszych detalach architektonicznych. Z roku na rok coraz większy upadek, ubywa budynków.
Czasem trudno nie poddawać się przygnębieniu, tylko trwać sobie w poetycznym, dekadenckim nastroju. Ale serce się ściska.
Gdybym była bez Gucia, mogłabym spędzić całe dni na robieniu zdjęć.
Zdarzyło się nawet, że napotkałam coś, co wprawiło mnie w osłupienie.
I zachwyt.
Jak otumaniona błądziłam wzdłuż regału z perfumami. Niektórych już nie ma w sprzedaży.
Wybrałam zapach, którym pachnę od wczoraj- Chloe Narcisse. Z początku lat 90tych, ale w typie ejtisowych kilerów. Na początku wręcz odpychający, potem odurza, uzależnia. Bezkmpromisowy, nawet dziwaczny.
Tego mi było trzeba!
Poczuć się awangardowo- inaczej niż zwykle.
Ubrana jestem również inaczej niż zwykle- nie powiem, żeby rzeczy były nowe, ale na mnie- pierwszy raz. To łupy z ciuchów używanych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















