WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 sierpnia 2012

Pałac Izraela Poznańskiego

Najpierw zobaczyłam pałac w nocy. Od razu przyszło mi na myśl zatytułować zdjęcie Stacja Kosmiczna Izrael Poznański.


Piszę "pałac", ale w gruncie rzeczy jest to ogromna, kapiąca od przepychu kamienica.
Przypomniała mi się anegdota - bogaty Żyd wynajął architekta, który zapytał, w jakim stylu ma być budynek. "Daj pan wszystkie, mnie stać na wszystkie".
Ale Poznańscy postawili pałac spójny stylowo. Oczywiście, gęba się rozdziawia (jak pewnie miało być)- szczególnie monumentalna sala bankietowa i przedpokój robia wrażenie.




Fascynujące jest przechadzać się po wnętrzach, gdzie zresztą okna wychodzą m.in. na walące się kamienice przeznaczone do rozbiórki i wyobrażać sobie ludzi, którzy tam mieszkali- bywali. Wiem, wiem, banał. Trudno.




Najbardziej ujęły mnie wnętrza "prywatne", użytkowe.






W pałacu, prócz wnętrz, można zobaczyć wystawy- jedną z nich traktuję jak prezent od losu. Mistrzowie Malarstwa Polskiego- od Młodej Polski do XXstolecia międzywojennego.
I mój ukochany Eugeniusz Zak.
Jaką trzeba mieć wyobraźnię kolorystyczną, żeby światło uzyskiwać takimi środkami!
Obiekty na Jego obrazach, mam wrażenie, wewnętrznie promieniują.
Mistrz.




 I wzruszająca prostota, a przy tym prawda przekazu.

Ach, wspaniała Łódź- swego czasu niezwykły tygiel, w którym rosły i upadały fortuny, a szalony rozwój w niebywale krótkim czasie bywał bardziej spektakularny od amerykańskiego.
I teraz- obserwowanie, jak z każdym rokiem niszczeje, budynków ubywa.

Ale Pałac Izraela stoi.


wtorek, 31 lipca 2012

Łodź-świat alternatywny

Wojtek, kiedy zobaczył, z jakim ogniem szykuję się do wyjazdu tutaj (Łódź) powiedział, że wyglądam, jakbym dostała przepustkę.
Zaczął mnie również nazywać "Justyną", co niesamowicie na mnie podziałało...Odzyskana tożsamość niemalże. "Justysiu"- tak się do mnie zwracają rodzice. Mała zmiana- wielki skutek, kto by pomyślał, że aż taki
.
Spakowałam swoje najstraszniejsze śmierdziele, najdziksze cienie do oczu i kolorowe tusze do rzęs, bluzkę w panterkę i lakierki z kokardką. Miedzy innymi, oczywiście.

Dziś padło na Muzeum Kinematografii, urządzone w zachowanym (włącznie z wnętrzami) pałacem fabrykanta.
Już przy wejściu do przejścia podziemnego - i w nim też- skorzystałam z aparatu.
Schody do nikąd

 A niżej- Dżisas


Samo przejście też niezłe


W środku w Muzeum- inny świat. Przyznam się, że kiedy zrobiłam i zobaczyłam to zdjęcie, trochę mnie przeraziło. A jest to fotografia za plexi, nico pogiętym, w którym odbija się to, co z tyłu.


Projekty scenografii do filmów animowanych wydały mi się bardzo inspirujące. Lata 60te.



A na widok kadru z filmu mojego profesora, Daniela Szczechury, zrobiło mi się ciepło na sercu. To samo myślenie!


Był też fotoplastikon, do ktorego, kiedy byłam dzieckiem, w Warszawie, zabierali mnie rodzice.
Gucio poczuł się bardzo ważny, bo dostał swój bilet i nie wypuszczał go z rączek.



Potem czekała nas uczta perfumeryjno- ubraniowa.
Na ciuchach używanych kupiłam sobie spodnie. Niestety, dopiero w domu okazało się, że mają miejsce na "płeć" bądź po prostu na jaja.

I znowu miałyśmy za mało powierzchni ciała, aby wszystko, co chciałyśmy, przetestować.
Ciągnęłyśmy za sobą długie zapachowe ogony - wybijał się Poeme Lancoma i Red D&G.

Okazało się to zbawienne przy powrocie, gdyż dwa siedzące miejsca niedaleko zajmowali panowie o spuchniętych i sinych twarzach. Mycie od dawna nie było na ich listach czynności, a z manicurem nigdy nie mieli nic wspólnego.
Przebierając się i myjąc po powrocie nie mogłam zdjąć kolczyków (oczywiście dużych i wiszących), bo pod wpływem perfum trochę się roztopiły i przywarły do włosów.
Przypomniało mi się, jak kiedyś Le Parfum Lalique'a rozpuściło mi lakier na paznokciach.
A taki niby miał być miły i przytulny zapach.


niedziela, 15 lipca 2012

Łódź żywa, Łodź umierająca

Udało mi się wczoraj wyrwać samotnie na parę godzin i zapuścić w rejony Łodzi, gdzie torebkę należy nosić z przodu i pamiętać o zamknięciu, a nos lepiej mieć zatkany.


Tutaj przyklękłam pod balkonem, patrzę- jakiś napis. Dopiero, gdy się prawie położyłam na ziemi, złapałam obiektywem całość.


Okna są już martwe, ale są- jeszcze.


Na tej ścianie został tylko ślad po budynku, jakby wyparował po katastrofie jądrowej.


Chyba już nikt się tam nie zapuszcza...albo?


A potem skręt w Ogrodową i nagle jestem w innym wymiarze.
Manufaktura. Ocalona od upadku. Zrewitalizowana, w pewnym stopniu zrekonstruowana.
Niby jest centrum handlowym, a tworzy oddzielny świat, nie do końca realny.


Z jednej strony tęcza, z drugiej ulewa nie daje za wygraną.




 I wreszcie droga do domu, z nowymi perfumami w torebce.
Ktoś dzwonił- ale odebrać nie można, bo pojawia się np takie coś:


I ostatni widok ulicy:


Dziś okazało się, że kupione w Manufakturze perfumy są dziwne w taki nie do końca odpowiadający mi sposób- coś jak ziołowa pasta do butów (Gucci edp, to brązowe).

 

sobota, 14 lipca 2012

Szkice z Łodzi

Pomyśleć, że za pierwszym razem, kiedy byłam w Ł., wcale mi się ona nie podobała- a nawet wydała się brzydka.
A przecież można się tu zatracić. Secesja na każdym kroku, w najdrobniejszych detalach architektonicznych. Z roku na rok coraz większy upadek, ubywa budynków.
Czasem trudno nie poddawać się przygnębieniu, tylko trwać sobie w poetycznym, dekadenckim nastroju. Ale serce się ściska.

Gdybym była bez Gucia, mogłabym spędzić całe dni na robieniu zdjęć.








Zdarzyło się nawet, że napotkałam coś, co wprawiło mnie w osłupienie.
I zachwyt.






Poza tym odwiedziłam największego Rossmanna w Europie. Jest imponujący.
Jak otumaniona błądziłam wzdłuż regału z perfumami. Niektórych już nie ma w sprzedaży.

Wybrałam zapach, którym pachnę od wczoraj- Chloe Narcisse. Z początku lat 90tych, ale w typie ejtisowych kilerów. Na początku wręcz odpychający, potem odurza, uzależnia. Bezkmpromisowy, nawet dziwaczny.
Tego mi było trzeba!
Poczuć się awangardowo- inaczej niż zwykle.

Ubrana jestem również inaczej niż zwykle- nie powiem, żeby rzeczy były nowe, ale na mnie- pierwszy raz. To łupy z ciuchów używanych.