WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
niedziela, 20 października 2013
* * * * * Tata
Dziś nad ranem, po długiej i ciężkiej chorobie, zmarł mój ukochany Tato.
Miał ogromny, pozytywny wpływ na to, jakim jestem człowiekiem.
Rozumieliśmy się bez słów.
Wiem, że osobom trzecim czasem ciężko znaleźć odpowiednie słowa, mnie całkowicie wystarczy proste "Jestem z tobą".
Kiedy będzie mnie stać, napiszę, jak barwną i niezwykłą był postacią.
piątek, 18 października 2013
Nowe duftartowskie zlecenie - prapoczątek - Alien Essence
Po portrecie Angela Likierowego wpadło mi nowe zlecenie - wyzwanie.
Nie wiem, czy obrałam dobrą taktykę, ale postanowiłam nie wzbraniać się przed chęcią malowania czegoś, czego chciałabym JUŻ spróbować. Skutek może być taki, że popracuję równolegle nad dwoma obrazami - a może i trzema? Jeśli najdzie mnie pomysł.
Nowa praca to portret Aliena Essence. Znowu malutki format - 19 na 29!
Więcej o zapachu napiszę wkrótce, na razie powiem tylko, że również pełen kontrastów, choć przeważają "ciepłe" akcenty, przemieszane z syntetycznym jaśminem - całość dużej urody.
Jestem na etapie tła...
...które ma jednak duże znaczenie, nie tylko ze względu na kolorystykę, ale również pumeksowo chropowatą fakturę. Żeby ożywić kolor, na samym spodzie położyłam rozbielony, zielonkawy błękit.
Tym razem zdecydowałam podobnie, jak przy okazji Angela, że najlepiej ducha tego Aliena odda zwierzę.
Wiem, jakie, w ogóle wszystko wiem - na ile się da, oczywiście, bo zawsze występują nieprzewidziane okoliczności malarskie, przypadki prowokowane, które wykorzystuję.
Sama jestem ciekawa, czy malowanie synchroniczne wypali?
Tymczasem Gucia przetrzymałam jeszcze w domu, na wypadek, gdyby zarażał resztkami przeziębienia.
Tu naszykowany do śniadania.
Urządziliśmy sobie ucztę z herbatnikami na deser. Gustaw wziął jednego do rączki i powiedział
"O, romb!"
"A pamiętasz, że kiedyś mówiłeś TROMB?"
"Bardzo dawno temu. Teraz mam ochotę mówić "romb". Bo tak mi się bardziej podoba".
Dorastanie!
Mam oficjalną wiadomość z kuchni - zupa nylonowa to rzeczywiście rosół z kaszką manną, który opalizuje, przypominając nylony (wiekowa nazwa pończoch).
Co Państwa czeka w najbliższym odcinku - Łąka czy Alien E. - nie wiem. Zobaczę, co mi przyśle natchnienie.
Nie wiem, czy obrałam dobrą taktykę, ale postanowiłam nie wzbraniać się przed chęcią malowania czegoś, czego chciałabym JUŻ spróbować. Skutek może być taki, że popracuję równolegle nad dwoma obrazami - a może i trzema? Jeśli najdzie mnie pomysł.
Nowa praca to portret Aliena Essence. Znowu malutki format - 19 na 29!
Więcej o zapachu napiszę wkrótce, na razie powiem tylko, że również pełen kontrastów, choć przeważają "ciepłe" akcenty, przemieszane z syntetycznym jaśminem - całość dużej urody.
Jestem na etapie tła...
...które ma jednak duże znaczenie, nie tylko ze względu na kolorystykę, ale również pumeksowo chropowatą fakturę. Żeby ożywić kolor, na samym spodzie położyłam rozbielony, zielonkawy błękit.
Tym razem zdecydowałam podobnie, jak przy okazji Angela, że najlepiej ducha tego Aliena odda zwierzę.
Wiem, jakie, w ogóle wszystko wiem - na ile się da, oczywiście, bo zawsze występują nieprzewidziane okoliczności malarskie, przypadki prowokowane, które wykorzystuję.
Sama jestem ciekawa, czy malowanie synchroniczne wypali?
Tymczasem Gucia przetrzymałam jeszcze w domu, na wypadek, gdyby zarażał resztkami przeziębienia.
Tu naszykowany do śniadania.
Urządziliśmy sobie ucztę z herbatnikami na deser. Gustaw wziął jednego do rączki i powiedział
"O, romb!"
"A pamiętasz, że kiedyś mówiłeś TROMB?"
"Bardzo dawno temu. Teraz mam ochotę mówić "romb". Bo tak mi się bardziej podoba".
Dorastanie!
Mam oficjalną wiadomość z kuchni - zupa nylonowa to rzeczywiście rosół z kaszką manną, który opalizuje, przypominając nylony (wiekowa nazwa pończoch).
Co Państwa czeka w najbliższym odcinku - Łąka czy Alien E. - nie wiem. Zobaczę, co mi przyśle natchnienie.
środa, 16 października 2013
Początek Łąki
Muszę od razu uprzedzić, że najprawdopodobniej będą się tutaj zdarzać przerwy (choć mam nadzieję, że nie) - bywa tak, że wszystko leci mi z rąk.
Wykorzystuję każdą poprawę, żeby coś porobić.
Ale - zaczyna się przeziębienie.
Gucio, który trzeci dzień został w domu, zmobilizował mnie do malowania i sam zażądał farb.
Oczywiście musiałam malować razem z Nim - każde swoją pracę. Tak więc wyobraziwszy sobie, że już jestem niemal w połowie obrazu (ów) i świetnie mi idzie - rozpoczęłam, na całkowitym luzie.
Mam nadzieję, że teraz już "pójdzie" - Łąka ma być poczwórnym obrazem, mającym cieszyć właścicielkę w Norwegii podczas nocy polarnej (początek 20go listopada). W myśl zasady, że kiedy jestem szczęśliwa, maluję smutne obrazy i odwrotnie, są szanse, że Łąka okaże się bardzo radosna i kojąca.
Na koniec prezentuję wykorzystanie rowerka ćwiczebnego. Zawsze lepsze od pedałowania na nim.
I tym razem bardzo, bardzo proszę o pozytywny przesył.
Wykorzystuję każdą poprawę, żeby coś porobić.
Ale - zaczyna się przeziębienie.
Gucio, który trzeci dzień został w domu, zmobilizował mnie do malowania i sam zażądał farb.
Oczywiście musiałam malować razem z Nim - każde swoją pracę. Tak więc wyobraziwszy sobie, że już jestem niemal w połowie obrazu (ów) i świetnie mi idzie - rozpoczęłam, na całkowitym luzie.
Mam nadzieję, że teraz już "pójdzie" - Łąka ma być poczwórnym obrazem, mającym cieszyć właścicielkę w Norwegii podczas nocy polarnej (początek 20go listopada). W myśl zasady, że kiedy jestem szczęśliwa, maluję smutne obrazy i odwrotnie, są szanse, że Łąka okaże się bardzo radosna i kojąca.
Na koniec prezentuję wykorzystanie rowerka ćwiczebnego. Zawsze lepsze od pedałowania na nim.
I tym razem bardzo, bardzo proszę o pozytywny przesył.
sobota, 12 października 2013
Gustaw - dawno (?) temu
Zbieram siły do następnego malowania - nie jest łatwo.
Będzie to obraz, złożony z czterech - Łąka. Każda część o innej porze dnia.
Więcej napiszę, kiedy już zacznę.
Tymczasem dzisiejszy wpis - leniwy - to zdjęcia Gustawa.
Pomyślałam, że są na tyle ładne ( w większości mojego autorstwa), że chyba nikt nie będzie mi miał za złe oddalenia się od tematu sztuki malarskiej.
A więc :
1) My po wernisażu w Cafe Nonsens, lipiec 2010. Puszczamy bańki.
2) Gucio Wiking, marzec 2011
3) Uszy nie przeszły - Łazienki, marzec 2011
4) Przy oknie w domu, kwiecień 2011
5) W Łazienkach, kwiecień 2011
6) Gucio tuż przed poślizgiem w fontannie we Wrocławiu i po, sierpień 2011
7) My w sali tortur w zamku, sierpień 2011
8) Gustaw po zjeździe perfumowym (lipiec 2011), obok kolacja dla piesków, zostawiona przez sąsiada zwanego Panem Mordercą (kiedyś w zimie, ten człowieczek drobnej postaci z czarnym wąsikiem, wyjechał z żoną postury trzydrzwiowej szafy, na działkę - wrócił sam, niewiastę znaleziono przy drodze nieopodal zamarzniętą. Za to Pan Morderca odżył - kupił sobie motocykl, klawisze, na których grywa wieczorami. W ich mieszkaniu jest teraz cicho - a zwykle wydobywał się stamtąd nieznośny jazgot żony śp.)
9) Wakacje na Warmii, sierpień 2011
10) A to Gucio z ostatniej chwili :
Uprzedzę zgadywanie, do kogo podobny jest synek - albo raczej ułatwię. Oto mój szanowny małżonek.
Na koniec - hit guciowy, znany już z ogólnopolskich wiadomości (jak mówi Wojtek o fb).
Dwa dni temu, przy wychodzeniu do przedszkola, dałam Guciowi bluzę.
"Mamo, czy ta bluza jest DWORNA?"
"To znaczy...?"
"To znaczy, czy mogę ją włożyć, kiedy będziemy wychodzili na dwór".
Jesli wszystko dobrze pójdzie, Wojtek wróci do nas jeszcze w październiku. Powiedziałam, że proszę Go, żeby nie jechał na południe, że ważniejsze, żeby z nami był. Ważniejsze, niż niepewna kasa.
Zastanawia się.
Będzie to obraz, złożony z czterech - Łąka. Każda część o innej porze dnia.
Więcej napiszę, kiedy już zacznę.
Tymczasem dzisiejszy wpis - leniwy - to zdjęcia Gustawa.
Pomyślałam, że są na tyle ładne ( w większości mojego autorstwa), że chyba nikt nie będzie mi miał za złe oddalenia się od tematu sztuki malarskiej.
A więc :
1) My po wernisażu w Cafe Nonsens, lipiec 2010. Puszczamy bańki.
2) Gucio Wiking, marzec 2011
3) Uszy nie przeszły - Łazienki, marzec 2011
4) Przy oknie w domu, kwiecień 2011
5) W Łazienkach, kwiecień 2011
6) Gucio tuż przed poślizgiem w fontannie we Wrocławiu i po, sierpień 2011
7) My w sali tortur w zamku, sierpień 2011
8) Gustaw po zjeździe perfumowym (lipiec 2011), obok kolacja dla piesków, zostawiona przez sąsiada zwanego Panem Mordercą (kiedyś w zimie, ten człowieczek drobnej postaci z czarnym wąsikiem, wyjechał z żoną postury trzydrzwiowej szafy, na działkę - wrócił sam, niewiastę znaleziono przy drodze nieopodal zamarzniętą. Za to Pan Morderca odżył - kupił sobie motocykl, klawisze, na których grywa wieczorami. W ich mieszkaniu jest teraz cicho - a zwykle wydobywał się stamtąd nieznośny jazgot żony śp.)
9) Wakacje na Warmii, sierpień 2011
10) A to Gucio z ostatniej chwili :
Uprzedzę zgadywanie, do kogo podobny jest synek - albo raczej ułatwię. Oto mój szanowny małżonek.
Na koniec - hit guciowy, znany już z ogólnopolskich wiadomości (jak mówi Wojtek o fb).
Dwa dni temu, przy wychodzeniu do przedszkola, dałam Guciowi bluzę.
"Mamo, czy ta bluza jest DWORNA?"
"To znaczy...?"
"To znaczy, czy mogę ją włożyć, kiedy będziemy wychodzili na dwór".
Jesli wszystko dobrze pójdzie, Wojtek wróci do nas jeszcze w październiku. Powiedziałam, że proszę Go, żeby nie jechał na południe, że ważniejsze, żeby z nami był. Ważniejsze, niż niepewna kasa.
Zastanawia się.
wtorek, 8 października 2013
Angel Likierowy - premiera
Szanowni Państwo,
uroczyście i z przejęciem zapraszam na premierę nowego duftartu - Angela Likierowego.
Żeby stopniować napięcie, zaprezentuję obraz w różnych rodzajach oświetlenia, w tym niemal w ciemności.
Zauważyłam, że Koń bardzo, bardzo się zmienia - od mrocznego i dzikiego poprzez spokojny i kojący do niemal wesołkowatego konika.
I tak też dzieje się z tym niezwykłym, wielowymiarowym zapachem.
Dzięki próbce od Zleceniodawczyni miałam okazję zaobserwować, jak Angel rożnie się układa.
Nie przedłużam wstępu.
Oto wersja mroczna - w dziennym świetle.
A tak wygląda w sztucznym oświetleniu tradycyjnych żarówek o niewielkiej mocy.
Poniżej - większa siła żółtawych żarówek.
I nareszcie czas na pełne dzienne światło - otwarte żaluzje. UWAGA, uwaga - wersja podstawowa.
Ale znowu inaczej przy nieco przymkniętych żaluzjach.
Zajmę się szczegółami.
Przede wszystkim skasowałam intensywność w czerwieniach i wprowadziłam złoto.
Starałam się, żeby ozdobniki nie były "specjalne", ale wynikały z formy same przez się - dzięki temu uzyskałam wrażenie zarówno żywiołowości, jak i dopracowania.
Ponadto, również dla zachowania wierności zapachowi, niezwykle ważne było dla mnie, by mimo natłoku elementów (przetarcia, plamy, cieniowania i bardzo różna grubość warstw farby) kompozycja stanowiła całość i zachowała konsekwencję w dynamice.
Na pierwszym zdjęciu - złoto. W bardzo dużym powiększeniu.
We łbie wprowadziłam więcej brązów, ocieplonych lekkim złoceniem, a przede wszystkim - oko.
Chciałam, żeby spojrzenie było jednocześnie szalone, ale też i miłe (jak perfumy).
Jestem bardzo dumna z zadu i motywu liny, po której kroczy Koń - delikatnie, ale stanowczo ją napinając.
I złote kopytka! Dzięki temu z diabelskich stały się troszkę kiczowate - ale granicy smakowitego kiczu nie przekroczyłam.
Na zdjęciu powyżej uchwyciłam błysk złotej farby.
No cóż, nieczęsto to mówię - z tym obrazkiem rozstaję się z prawdziwym żalem.
Zawarłam w nim wszystko, co chciałam. Proszę też zwrócić uwagę na to, że nie ma konturów, a linie zostały tylko tam, gdzie było to uzasadnione.
Jeszcze trochę sobie na niego popatrzę.
Bardzo jestem ciekawa, kiedy znajdę czas na namalowanie klasycznego Angela.
I czy ktoś mi go zleci, zapewne ograniczając rozmiar, czy...będę szaleć na powierzchni metr na 70 cm.
Wydaje mi się zresztą, ze w wypadku Likierowego mały rozmiar okazał się ciekawym wyzwaniem, któremu, wydaje mi się, sprostałam. Tzn. jeśli widz nie wiedziałby, że wielkość (albo małość) pracy to 19 na 29 cm, na podstawie zdjęć miałby wrażenie, że Koń jest znacznie większy. Mam rację?
No.
To teraz lecę do pracy na stroną, posiadającą już pierwszy katalog z Panienkami.
uroczyście i z przejęciem zapraszam na premierę nowego duftartu - Angela Likierowego.
Żeby stopniować napięcie, zaprezentuję obraz w różnych rodzajach oświetlenia, w tym niemal w ciemności.
Zauważyłam, że Koń bardzo, bardzo się zmienia - od mrocznego i dzikiego poprzez spokojny i kojący do niemal wesołkowatego konika.
I tak też dzieje się z tym niezwykłym, wielowymiarowym zapachem.
Dzięki próbce od Zleceniodawczyni miałam okazję zaobserwować, jak Angel rożnie się układa.
Nie przedłużam wstępu.
Oto wersja mroczna - w dziennym świetle.
A tak wygląda w sztucznym oświetleniu tradycyjnych żarówek o niewielkiej mocy.
Poniżej - większa siła żółtawych żarówek.
I nareszcie czas na pełne dzienne światło - otwarte żaluzje. UWAGA, uwaga - wersja podstawowa.
Ale znowu inaczej przy nieco przymkniętych żaluzjach.
Zajmę się szczegółami.
Przede wszystkim skasowałam intensywność w czerwieniach i wprowadziłam złoto.
Starałam się, żeby ozdobniki nie były "specjalne", ale wynikały z formy same przez się - dzięki temu uzyskałam wrażenie zarówno żywiołowości, jak i dopracowania.
Ponadto, również dla zachowania wierności zapachowi, niezwykle ważne było dla mnie, by mimo natłoku elementów (przetarcia, plamy, cieniowania i bardzo różna grubość warstw farby) kompozycja stanowiła całość i zachowała konsekwencję w dynamice.
Na pierwszym zdjęciu - złoto. W bardzo dużym powiększeniu.
We łbie wprowadziłam więcej brązów, ocieplonych lekkim złoceniem, a przede wszystkim - oko.
Chciałam, żeby spojrzenie było jednocześnie szalone, ale też i miłe (jak perfumy).
Jestem bardzo dumna z zadu i motywu liny, po której kroczy Koń - delikatnie, ale stanowczo ją napinając.
I złote kopytka! Dzięki temu z diabelskich stały się troszkę kiczowate - ale granicy smakowitego kiczu nie przekroczyłam.
Na zdjęciu powyżej uchwyciłam błysk złotej farby.
No cóż, nieczęsto to mówię - z tym obrazkiem rozstaję się z prawdziwym żalem.
Zawarłam w nim wszystko, co chciałam. Proszę też zwrócić uwagę na to, że nie ma konturów, a linie zostały tylko tam, gdzie było to uzasadnione.
Jeszcze trochę sobie na niego popatrzę.
Bardzo jestem ciekawa, kiedy znajdę czas na namalowanie klasycznego Angela.
I czy ktoś mi go zleci, zapewne ograniczając rozmiar, czy...będę szaleć na powierzchni metr na 70 cm.
Wydaje mi się zresztą, ze w wypadku Likierowego mały rozmiar okazał się ciekawym wyzwaniem, któremu, wydaje mi się, sprostałam. Tzn. jeśli widz nie wiedziałby, że wielkość (albo małość) pracy to 19 na 29 cm, na podstawie zdjęć miałby wrażenie, że Koń jest znacznie większy. Mam rację?
No.
To teraz lecę do pracy na stroną, posiadającą już pierwszy katalog z Panienkami.
sobota, 5 października 2013
Angel Likierowy - przedsmak końca
Szanowni Państwo,
nowy obraz w dziennym świetle na szczęście mnie nie rozczarował.
Drżącą ręką na nabrałam na pędzel brązową farbę i zaczęłam działać, mając na podorędziu mokrą gąbkę do wycierania ew. błędów.
Na razie bardzo, bardzo ostrożnie.
A kiedy już uspokoiłam bicie serca, namalowałam linę, na której balansuje koń, nieco grubszą od włosa (!).
Chwała wynalazcy okularów.
I to na razie wszystko, co mogę pokazać, żeby nie zepsuć oczekiwania na koniec, który, jak dobrze pójdzie, nastąpi jutro - pojutrze. Uwaga - zdjęcie ciemniejsze od oryginału.
Tymczasem, chcąc oderwać się od natrętnego oblegania przez pomysły twórcze, wybrałam się do kina. Film Labirynt okazał się jednym z lepszych, widzianych w tym roku. Z Jackmanem i Gylenhaalem. Świetnie poprowadzone postaci - zmieniające się w miarę postępującej akcji. Niełatwa pozycja w odbiorze, a mnie jeszcze dodatkowo przeszkadzał fakt, że tuż przed wyjściem nabalsamowałam się specjalistycznym kosmetykiem odchudzającym 3D z "efektem rozgrzewającym".
Najpierw wydawało mi się, że partie mojego ciała, przeznaczone do "wyrzeźbienia", zostały oblężone przez maleńkie istotki, rozpalające mikroogniska. A potem, jak przy wypalaniu trawy, ogniem zajmowały się coraz większe obszary, by wreszcie, mniej więcej w połowie filmu, żarzyło się uporczywie pod skórą na zadku. Cieszyłam się, że na sali mało kto się znajduje, gdyż wierciłam się energicznie i dyskretnie drapałam po tyłku i udach - prawdopodobnie dlatego nie do końca zorientowałam się w intrydze.
Gustaw dziś bardzo się ucieszył, bo (jako ulubiony klient) dostał w sklepie Wierzejek balonik z okazji 30stolecia piekarni Putka. I jak zwykle, kiedy ma coś, co Go cieszy, bierze to do snu.
Kiedyś spał z perfumami White Musk, które sobie wybrał z mojego zbioru - wyciągnęłam Mu je ciepłe spod brzucha.
A ja mam nastrój nasycony tęsknotą - za Wojtkiem, w którego zdjęcie się wpatruję, za niezapomnianymi miejscami, odwiedzonymi w wakacje dwa lata temu.
Muszę tam wrócić, może w przyszłym roku, jeśli mój mąż nie będzie zmuszony do śpiewania za granicą.
Tymczasem ma w planie przeniesienia się z Niemiec do Francji i Włoch, co oznacza, że nie przyjedzie do nas w październiku.
Smutno.
PS. Zapomniałam dodać - przed położeniem Gustawa do snu zapytałam Go, czy pamięta swoją obietnicę (zjeść jutro pomidorka i owoce). "Pamiętasz?"
Pokręcił głową "Mój mózg już śpi, wszystko mi powypadało"
nowy obraz w dziennym świetle na szczęście mnie nie rozczarował.
Drżącą ręką na nabrałam na pędzel brązową farbę i zaczęłam działać, mając na podorędziu mokrą gąbkę do wycierania ew. błędów.
Na razie bardzo, bardzo ostrożnie.
A kiedy już uspokoiłam bicie serca, namalowałam linę, na której balansuje koń, nieco grubszą od włosa (!).
Chwała wynalazcy okularów.
I to na razie wszystko, co mogę pokazać, żeby nie zepsuć oczekiwania na koniec, który, jak dobrze pójdzie, nastąpi jutro - pojutrze. Uwaga - zdjęcie ciemniejsze od oryginału.
Tymczasem, chcąc oderwać się od natrętnego oblegania przez pomysły twórcze, wybrałam się do kina. Film Labirynt okazał się jednym z lepszych, widzianych w tym roku. Z Jackmanem i Gylenhaalem. Świetnie poprowadzone postaci - zmieniające się w miarę postępującej akcji. Niełatwa pozycja w odbiorze, a mnie jeszcze dodatkowo przeszkadzał fakt, że tuż przed wyjściem nabalsamowałam się specjalistycznym kosmetykiem odchudzającym 3D z "efektem rozgrzewającym".
Najpierw wydawało mi się, że partie mojego ciała, przeznaczone do "wyrzeźbienia", zostały oblężone przez maleńkie istotki, rozpalające mikroogniska. A potem, jak przy wypalaniu trawy, ogniem zajmowały się coraz większe obszary, by wreszcie, mniej więcej w połowie filmu, żarzyło się uporczywie pod skórą na zadku. Cieszyłam się, że na sali mało kto się znajduje, gdyż wierciłam się energicznie i dyskretnie drapałam po tyłku i udach - prawdopodobnie dlatego nie do końca zorientowałam się w intrydze.
Gustaw dziś bardzo się ucieszył, bo (jako ulubiony klient) dostał w sklepie Wierzejek balonik z okazji 30stolecia piekarni Putka. I jak zwykle, kiedy ma coś, co Go cieszy, bierze to do snu.
Kiedyś spał z perfumami White Musk, które sobie wybrał z mojego zbioru - wyciągnęłam Mu je ciepłe spod brzucha.
A ja mam nastrój nasycony tęsknotą - za Wojtkiem, w którego zdjęcie się wpatruję, za niezapomnianymi miejscami, odwiedzonymi w wakacje dwa lata temu.
Muszę tam wrócić, może w przyszłym roku, jeśli mój mąż nie będzie zmuszony do śpiewania za granicą.
Tymczasem ma w planie przeniesienia się z Niemiec do Francji i Włoch, co oznacza, że nie przyjedzie do nas w październiku.
Smutno.
PS. Zapomniałam dodać - przed położeniem Gustawa do snu zapytałam Go, czy pamięta swoją obietnicę (zjeść jutro pomidorka i owoce). "Pamiętasz?"
Pokręcił głową "Mój mózg już śpi, wszystko mi powypadało"
czwartek, 3 października 2013
Crazy Angel L. - bliżej niż dalej (?)
Proszę Państwa,
dziś słów będzie mniej, a anegdotek wcale.
Czekają mnie modyfikacje kolorystyczne, żeby "portret" Angela wierniej odwzorowywał zapach, ale generalnie stworzyłam (ale jeszcze nie koniec) to, co zamierzałam.
Fotografia w sztucznym świetle - ale jaką na to wziąć poprawkę, nie wiem, bo obrazek słońca jeszcze nie widział.
Pozwolę sobie wkleić w miniaturce - proszę zauważyć, jak wtedy widać "rytm" obrazu.
Jako kobieta (zawsze) i fotograf (czasem) pochwalę się swoim portretem "odczuwanym" (znaczy się tak właśnie się widzę).
Szkoda tylko, kurka wodna, że nie umyłam lustra - nie miałabym smarka na czole (proszę nie wycierać monitorów).
I żeby nie zakłócać odbioru, pożegnam się uprzejmie.
PS. Będzie więcej nt procesu twórczego, ale nie dziś, kiedy wstrzymuję oddech, zadając sobie pytanie - dobry jest ten obraz, czy tylko na gorąco mi się tak wydaje?
dziś słów będzie mniej, a anegdotek wcale.
Czekają mnie modyfikacje kolorystyczne, żeby "portret" Angela wierniej odwzorowywał zapach, ale generalnie stworzyłam (ale jeszcze nie koniec) to, co zamierzałam.
Fotografia w sztucznym świetle - ale jaką na to wziąć poprawkę, nie wiem, bo obrazek słońca jeszcze nie widział.
Pozwolę sobie wkleić w miniaturce - proszę zauważyć, jak wtedy widać "rytm" obrazu.
Jako kobieta (zawsze) i fotograf (czasem) pochwalę się swoim portretem "odczuwanym" (znaczy się tak właśnie się widzę).
Szkoda tylko, kurka wodna, że nie umyłam lustra - nie miałabym smarka na czole (proszę nie wycierać monitorów).
I żeby nie zakłócać odbioru, pożegnam się uprzejmie.
PS. Będzie więcej nt procesu twórczego, ale nie dziś, kiedy wstrzymuję oddech, zadając sobie pytanie - dobry jest ten obraz, czy tylko na gorąco mi się tak wydaje?
Subskrybuj:
Posty (Atom)








































