Nie było łatwo wybrać, do którego zapachu mam namalować przedostatni obraz.
Najchętniej wyprodukowałabym ich jeszcze co najmniej pięć, ale czasu jest mało.
Postanowiłam dać szansę wiośnie i zilustrować Wood & Absinth Marka Buxtona.
Perfumy zostały skomponowane przez jednego z moich ulubionych "nosów". Mark Buxton, zanim zaczął wymyślać zapachy firmowane swoim nazwiskiem, pracował m.in. dla Comme des Garcons.
Jego nowoczesny i wg mnie odkrywczy sposób myślenia spowodował, że w Mon Credo niemal rzuciłam się do testowania Buxtonów.
Jednak w pamięci utkwił mi, jak dotąd, tylko jeden - właśnie Wood & Absinthe.
Wbrew nazwie nie czuję w nim za bardzo tych składników, za to uwiódł mnie wetiwer.
Jest to korzeń tataraku, niezwykle często używany w męskich perfumach (nie tylko). Dodaje kompozycjom swoistej goryczy, od zupełnie suchej, prawie trącącej spalenizną, do wytrawnej, aromatycznej, soczystej niemal zieleni.
W Wood & Absinth wetiwer Buxton podał w nowoczesny sposób. Podkreślony cytrusami, przez co zapach jest bardzo "czysty" i odświeżający, a jako przyprawy użył anyżku. Wydawałoby się, że Wood & Absinth będzie pachniał znajomo i roślinnie - a jednak całość jest - dla mnie przynajmniej - niemal abstrakcyjna, ostra i metaliczna, baaardzo aromatyczna, z odrobiną słodyczy, która powoduje, że perfumy może nie tyle się ocieplają, co nie odstają od skóry.
Zdecydowanie zaliczyłabym je do uniseksów - ale ja nie boję się męskich zapachów.
Od razu, podczas testowania, zobaczyłam obraz - kobieta, siedząca na brzegu basenu. Raczej krótkie włosy, typ sportowy.
Tak sobie myślę, że chyba jednak powinnam zmienić jej kostium, a konkretnie wycięcie na plecach i chyba - co oznacza dla mnie więcej roboty - pokazać profil.
Reszta oszczędna, niemal abstrakcyjna, wymyśliłam istotne detale, ale teraz o nich nie powiem.
I w ogóle co będę gadać - zobaczycie, Drodzy Czytelnicy, już wkrótce.
Czas goni.
WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
wtorek, 2 kwietnia 2013
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
... i po Świętach
Uff.
Przeczytałam, przyznaję się, w Super Expressie, że istnieje coś takiego jak "męska grypa". Zapadają na nią parę dni przed Świętami i zdrowieją, kiedy jest nakryty stół.
Otóż i ja mam tę przypadłość. Tyle, że nie grypa, a wysiada mi żołądek.
Dolegliwości, które objawiały się wrażeniem, jakbym zjadła parę kilo bardzo zimnych kamieni i żabę na deser, znikły, gdy oderwałam pędzel od pomalowanych ścian, czyli skończyłam ostatni świąteczny czyn.
Tak więc na Drogę Krzyżową, poruszającą się ulicami warszawskiej Starówki, poszłam już w pełni sił.
Z powodu spóźnienia leciałam zdyszana, wiedząc, że nie zdążę na pierwsze stacje, ale rzeczywistość okazała się gorsza - kościół Świętej Anny, skąd wyruszał lud, okazał się zupełnie pusty. Nie dopuszczałam do mysli możliwości, że nie zdołam odnaleźć paru tysięcy osób.
Panowie policjanci wskazali kierunek i dołączyłam do stada. Doświadczenie było dla mnie nowe i mam wrażenie, że wolę bardziej kameralne obchody, sprzyjające większemu skupieniu.
Na szczęście duchowny śpiewał czysto, ale nagłośnienie wysiadało i w paru strategicznych momentach słychać było pierdzenie. Wierni utrzymali powagę, ja, z pewnym trudem, też.
Na każdej stacji (a jest ich 14) trzeba przyklęknąć i zanim się zorientowałam, zerkając na boki, że można to zrobić w powietrzu, moje kolano po paru klapnięciach w błoto ze śniegiem było już kompletnie uwalane. Akurat na tej nogawce, gdzie mam artystycznie wycięte dziury.
Po powrocie do domu okazało się, że Gucio znalazł baranka z cukru z kompletu na święconkę i mało nie wylizał mu oczek, mrucząc z zadowolenia "Ale pychota".
Następnego dnia, w sobotę, tłumaczyłam synkowi, o co chodzi w Wielkanocy, starając się uniknąć drastycznych szczegółów, aczkolwiek o śmierci powiedzieć musiałam, od razu dodając, że nastąpiło zmartwychwstanie.
"Pan Jezus odżył?"zapytał Gustaw zdziwiony
"Tak, panie poszły odwiedzić jego grób - był pusty"
"I Jezus sobie poszedł? Na nogach?"
"Tak, do nieba"
"Poleciał w kosmos? A niech to. Jezus jest magikiem?"
Po nocnej mszy nastała leniwa niedziela, czas relaksu. Na wieczór zaplanowałam sobie horror Sprzedawca Śmierci, nagrany przez Wojtka, kiedy byłam w kościele. Niestety, film denny. Skusiła mnie obsada - Max von Sydow, Ed Harris (którego kocham), tymczasem skomplikowane wątki na końcu się rozwiązały, nastąpiła niczym nie uzasadniona przemiana opętanego bohatera. Wojtek tylko mruknął z niesmakiem "Wszystko się ułożyło, bo nadeszła odpowiednia godzina".
Żal mi było tym bardziej, że Sprzedawcę Śmierci wygrał, jako nagranie, z innymi pozycjami, też strasznymi, w tym z Krwawą Zemstą Wielkiej Stopy.
O pogodzie nie wspomnę. Skandal. Na spacerze z psami na kark spadła mi poducha sniegu, częściowo do kaptura, częściowo na szyję, roztapiając się na plecach i zimnymi strumyczkami spływając do majtek.
A pod latarnią ktoś ulepił dwa wielkie, kopulujące króliki.
Przeczytałam, przyznaję się, w Super Expressie, że istnieje coś takiego jak "męska grypa". Zapadają na nią parę dni przed Świętami i zdrowieją, kiedy jest nakryty stół.
Otóż i ja mam tę przypadłość. Tyle, że nie grypa, a wysiada mi żołądek.
Dolegliwości, które objawiały się wrażeniem, jakbym zjadła parę kilo bardzo zimnych kamieni i żabę na deser, znikły, gdy oderwałam pędzel od pomalowanych ścian, czyli skończyłam ostatni świąteczny czyn.
Tak więc na Drogę Krzyżową, poruszającą się ulicami warszawskiej Starówki, poszłam już w pełni sił.
Z powodu spóźnienia leciałam zdyszana, wiedząc, że nie zdążę na pierwsze stacje, ale rzeczywistość okazała się gorsza - kościół Świętej Anny, skąd wyruszał lud, okazał się zupełnie pusty. Nie dopuszczałam do mysli możliwości, że nie zdołam odnaleźć paru tysięcy osób.
Panowie policjanci wskazali kierunek i dołączyłam do stada. Doświadczenie było dla mnie nowe i mam wrażenie, że wolę bardziej kameralne obchody, sprzyjające większemu skupieniu.
Na szczęście duchowny śpiewał czysto, ale nagłośnienie wysiadało i w paru strategicznych momentach słychać było pierdzenie. Wierni utrzymali powagę, ja, z pewnym trudem, też.
Na każdej stacji (a jest ich 14) trzeba przyklęknąć i zanim się zorientowałam, zerkając na boki, że można to zrobić w powietrzu, moje kolano po paru klapnięciach w błoto ze śniegiem było już kompletnie uwalane. Akurat na tej nogawce, gdzie mam artystycznie wycięte dziury.
Po powrocie do domu okazało się, że Gucio znalazł baranka z cukru z kompletu na święconkę i mało nie wylizał mu oczek, mrucząc z zadowolenia "Ale pychota".
Następnego dnia, w sobotę, tłumaczyłam synkowi, o co chodzi w Wielkanocy, starając się uniknąć drastycznych szczegółów, aczkolwiek o śmierci powiedzieć musiałam, od razu dodając, że nastąpiło zmartwychwstanie.
"Pan Jezus odżył?"zapytał Gustaw zdziwiony
"Tak, panie poszły odwiedzić jego grób - był pusty"
"I Jezus sobie poszedł? Na nogach?"
"Tak, do nieba"
"Poleciał w kosmos? A niech to. Jezus jest magikiem?"
Po nocnej mszy nastała leniwa niedziela, czas relaksu. Na wieczór zaplanowałam sobie horror Sprzedawca Śmierci, nagrany przez Wojtka, kiedy byłam w kościele. Niestety, film denny. Skusiła mnie obsada - Max von Sydow, Ed Harris (którego kocham), tymczasem skomplikowane wątki na końcu się rozwiązały, nastąpiła niczym nie uzasadniona przemiana opętanego bohatera. Wojtek tylko mruknął z niesmakiem "Wszystko się ułożyło, bo nadeszła odpowiednia godzina".
Żal mi było tym bardziej, że Sprzedawcę Śmierci wygrał, jako nagranie, z innymi pozycjami, też strasznymi, w tym z Krwawą Zemstą Wielkiej Stopy.
O pogodzie nie wspomnę. Skandal. Na spacerze z psami na kark spadła mi poducha sniegu, częściowo do kaptura, częściowo na szyję, roztapiając się na plecach i zimnymi strumyczkami spływając do majtek.
A pod latarnią ktoś ulepił dwa wielkie, kopulujące króliki.
środa, 27 marca 2013
Koniec! Urwisko przemalowane - premiera obrazu do Black Jade dla Mon Credo
Proszę Państwa.
Takie niespodzianki nie zdarzają się często.
Cały dzień spędziłam głównie na bezproduktywnym snuciu się i mechanicznym, bezuczuciowym wykonywaniu prac domowych.
Nadszedł wieczór, potem noc - a ja tylko wciąż powtarzałam "Muszę dziś przemalować obraz" - i serce mi krwawiło. Z żalu - bo Urwisko, choć raj dla samobójcy, jeśli chodzi o skalę wesołości, to jednak niezły obraz.
Gucio poszedł spać, a ja nic.
Wzięłam się wreszcie na sposób, który stosuję, kiedy mam tremę przed malowaniem - wycisnęłam farby na spodeczek (paletę). I nie było wyjścia.
Od pierwszego pociągnięcia pędzlem czułam, że to jest to.
Nie wiem, jaki święty zajmuje się obrazami, ale ma u mnie świeczkę.
Zaczynam prezentację - proszę o łagodny wymiar kary (ten ktoś, do kogo mówię, wie, że to o nim).
Zmieniłam tylko radykalnie niebo i ciut rozjaśniłam całość.
Uważam, że natchnienie spowodowało, że zostawiłam chmurkę. Moją ulubioną na poprzednim, ponurym niebie.
Zaokrągliłam kanty urwiska - od razu zrobiło się łagodniej
Ale strukturę zostawiłam taką samą - poza lekkim rozjaśnieniem.
Nie chciałam, żeby pozacierały się niuanse odcieni, cieniowań.
Powiem Wam, że kocham ten obraz. Muszę go mieć!
Jest w nim tyle spokoju, pogody, ale nie przesłodzonej, wieloznaczności - poza tym (co w najbliższej wystawie najważniejsze) - doskonale pasuje do Black Jade'a.
Dawno mnie nic tak nie ucieszyło, jak zostawiona chmurka.
A! Osoby nie ma, na wszelki wypadek, gdyby jej przyszło do głowy jednak skoczyć...
No, to jeszcze dwa obrazy.
Tyle, że wcale nie jest jasne, do jakich zapachów powstaną.
Waham się.
Takie niespodzianki nie zdarzają się często.
Cały dzień spędziłam głównie na bezproduktywnym snuciu się i mechanicznym, bezuczuciowym wykonywaniu prac domowych.
Nadszedł wieczór, potem noc - a ja tylko wciąż powtarzałam "Muszę dziś przemalować obraz" - i serce mi krwawiło. Z żalu - bo Urwisko, choć raj dla samobójcy, jeśli chodzi o skalę wesołości, to jednak niezły obraz.
Gucio poszedł spać, a ja nic.
Wzięłam się wreszcie na sposób, który stosuję, kiedy mam tremę przed malowaniem - wycisnęłam farby na spodeczek (paletę). I nie było wyjścia.
Od pierwszego pociągnięcia pędzlem czułam, że to jest to.
Nie wiem, jaki święty zajmuje się obrazami, ale ma u mnie świeczkę.
Zaczynam prezentację - proszę o łagodny wymiar kary (ten ktoś, do kogo mówię, wie, że to o nim).
Zmieniłam tylko radykalnie niebo i ciut rozjaśniłam całość.
Uważam, że natchnienie spowodowało, że zostawiłam chmurkę. Moją ulubioną na poprzednim, ponurym niebie.
Zaokrągliłam kanty urwiska - od razu zrobiło się łagodniej
Ale strukturę zostawiłam taką samą - poza lekkim rozjaśnieniem.
Nie chciałam, żeby pozacierały się niuanse odcieni, cieniowań.
Powiem Wam, że kocham ten obraz. Muszę go mieć!
Jest w nim tyle spokoju, pogody, ale nie przesłodzonej, wieloznaczności - poza tym (co w najbliższej wystawie najważniejsze) - doskonale pasuje do Black Jade'a.
Dawno mnie nic tak nie ucieszyło, jak zostawiona chmurka.
A! Osoby nie ma, na wszelki wypadek, gdyby jej przyszło do głowy jednak skoczyć...
No, to jeszcze dwa obrazy.
Tyle, że wcale nie jest jasne, do jakich zapachów powstaną.
Waham się.
wtorek, 26 marca 2013
Umarł obraz - niech żyje obraz, czyli pożegnanie z ponurością
No cóż.
Namalowałam piękny obraz i nie mogę się na niego napatrzeć.
Ma jednak parę wad : po pierwsze, poszłam w nastroju za daleko i niestety w Mon Credo nie ma takiego zapachu, do którego by pasował.
Druga wada - nie można z nim obcować zbyt długo. Przypomina mi się płyta u Rodziców "Joachim Grubich gra utwory organowe Bacha". Początek urzekający, niemal ekstatyczny, słuchałam jej urzeczona - a pod koniec znajdowałam się w takim stanie, że gotowa byłam zanosić się szlochem z byle powodu.
Może Łabędź spowodował, że aby bilans był na zero, powstało Urwisko?
W każdym razie decyzja zapadła - jutro rozweselam obraz.
Dodam koloru, życia, rozjaśnię.
Ale dziś - pochylmy się, proszę, nad tą wersją i uczcijmy ją chwilą milczenia.
I mój ulubiony kadr :
Przypominam sobie, że miałam obniżoną ocenę z plastycznego w podstawówce, bo malowałam za ponure obrazki. Nawet na ASP niektóre moje prace profesorstwo nazywało "monachijskimi sosami"
Jutro ma być pochmurno - a więc, skoro w pełnym słońcu powstało powyższe, jest szansa na zmianę.
Namalowałam piękny obraz i nie mogę się na niego napatrzeć.
Ma jednak parę wad : po pierwsze, poszłam w nastroju za daleko i niestety w Mon Credo nie ma takiego zapachu, do którego by pasował.
Druga wada - nie można z nim obcować zbyt długo. Przypomina mi się płyta u Rodziców "Joachim Grubich gra utwory organowe Bacha". Początek urzekający, niemal ekstatyczny, słuchałam jej urzeczona - a pod koniec znajdowałam się w takim stanie, że gotowa byłam zanosić się szlochem z byle powodu.
Może Łabędź spowodował, że aby bilans był na zero, powstało Urwisko?
W każdym razie decyzja zapadła - jutro rozweselam obraz.
Dodam koloru, życia, rozjaśnię.
Ale dziś - pochylmy się, proszę, nad tą wersją i uczcijmy ją chwilą milczenia.
Przypominam sobie, że miałam obniżoną ocenę z plastycznego w podstawówce, bo malowałam za ponure obrazki. Nawet na ASP niektóre moje prace profesorstwo nazywało "monachijskimi sosami"
Jutro ma być pochmurno - a więc, skoro w pełnym słońcu powstało powyższe, jest szansa na zmianę.
poniedziałek, 25 marca 2013
Urwisko - początek obrazu dla Mon Credo
Szanowni Czytelnicy, proszę się nie bać.
Dziś, w zimny dzień, ale niezwykle słoneczny, zabrałam się do malowania i stworzylam podwaliny nowego obrazu do Black Jade Lubina.
Uprzedzam - wbrew warunkom atmosferycznym, powstało coś, mówiąc delikatnie, melancholijnego.
Powiało grozą? Troszeczkę?
Technika nowa dla mnie - na palecie (która jest w istocie przezroczystym spodeczkiem) maczałam pędzel w czterech oddzielnie wyciśniętych kolorach - stalowo szarym, zielonym, czarnym i białym. Nie myjąc pędzla, dzięki czemu barwy mieszały się, a ja uważnie kontrolowałam przypadek.
Nie będzie tak smutno - mam zamiar wprowadzić mgłę za pomocą nieocenionego narzędzia za 1.40, czyli wystrzępionego pędzla z Leroy Merlin. Dodam świetlistości i lekkości urwisku.
Bo na razie, gdybym tam umieściła jakąś osobę, nie byłoby wątpliwości, że za chwilę rzuci się w dół.
Żeby nie zostawiać Was przygnębionych, prezentuję pięrwszy "przedstawiający" rysunek Gustawa.
Na pytanie, co to jest, najpierw synek robi minę jak Damian z Omenu albo dziecko z Egzorcysty i - uwaga - wpływ psów (?) - warczy
A potem oznajmia, że na rysunku jest "Przekombik", elektryczny, z oczami, buziami i kablem do ziemi.
Zagadka.
Gustaw to entuzjasta elektryczności, nawiasem mówiąc.
Może wybrał własną drogę.
Dziś, w zimny dzień, ale niezwykle słoneczny, zabrałam się do malowania i stworzylam podwaliny nowego obrazu do Black Jade Lubina.
Uprzedzam - wbrew warunkom atmosferycznym, powstało coś, mówiąc delikatnie, melancholijnego.
Powiało grozą? Troszeczkę?
Technika nowa dla mnie - na palecie (która jest w istocie przezroczystym spodeczkiem) maczałam pędzel w czterech oddzielnie wyciśniętych kolorach - stalowo szarym, zielonym, czarnym i białym. Nie myjąc pędzla, dzięki czemu barwy mieszały się, a ja uważnie kontrolowałam przypadek.
Nie będzie tak smutno - mam zamiar wprowadzić mgłę za pomocą nieocenionego narzędzia za 1.40, czyli wystrzępionego pędzla z Leroy Merlin. Dodam świetlistości i lekkości urwisku.
Bo na razie, gdybym tam umieściła jakąś osobę, nie byłoby wątpliwości, że za chwilę rzuci się w dół.
Żeby nie zostawiać Was przygnębionych, prezentuję pięrwszy "przedstawiający" rysunek Gustawa.
Na pytanie, co to jest, najpierw synek robi minę jak Damian z Omenu albo dziecko z Egzorcysty i - uwaga - wpływ psów (?) - warczy
A potem oznajmia, że na rysunku jest "Przekombik", elektryczny, z oczami, buziami i kablem do ziemi.
Zagadka.
Gustaw to entuzjasta elektryczności, nawiasem mówiąc.
Może wybrał własną drogę.
niedziela, 24 marca 2013
Urwisko do Black Jade Lubina - początek nowego obrazu dla Mon Credo
Stało się. Zaczynam nowy obraz. Na razie tylko szkic, jutro mokra robota.
Wybrałam zapach Black Jade Lubina, na który nie zwróciłabym pewnie uwagi, gdyby nie próbka, podarowana w Mon Credo.
Nie oczekiwałam wiele - fioleczka w seledynowym kolorze, który wskazywałby na coś zwiewnego, zielonego (chociaż zielonaszek Eden może zabić ciężkością i mocą). Owszem, otwarcie lekkie, przestrzenne, ale już podszyte niepokojącą, gęstą cielesnością, potem przechodzącą w słodycz kwiatowo - pudrową. I ta dwoistość zapachu trwa przez cały czas - z pozoru świeży, pogodny, pod spodem tajemniczy, ciemny.
Całość bardzo nastrojowa, raczej do spaceru w deszczowy dzień niż uwodzicielskie perfumy na wyjście.
W obrazie chciałam się bardziej skoncentrować na drugim dnie Black Jade.
Dlatego zrezygnowałam z przedstawienia go jako plątaniny roślin, bardzo dekoracyjnej i wybrałam pejzaż.
Urwisko.
Niby nieruchome, ale mające dynamikę i dramatyzm.
Wstępny szkic wygląda tak :
Oj, chyba nic nie widać.
Może trochę.
Postawiłam na nastrój.
Tak strasznie chciałabym, żeby mi się udało! Jeśli się powiedzie, to będzie najbliższy mi obraz z malowanych dla MC.
Wybrałam zapach Black Jade Lubina, na który nie zwróciłabym pewnie uwagi, gdyby nie próbka, podarowana w Mon Credo.
Nie oczekiwałam wiele - fioleczka w seledynowym kolorze, który wskazywałby na coś zwiewnego, zielonego (chociaż zielonaszek Eden może zabić ciężkością i mocą). Owszem, otwarcie lekkie, przestrzenne, ale już podszyte niepokojącą, gęstą cielesnością, potem przechodzącą w słodycz kwiatowo - pudrową. I ta dwoistość zapachu trwa przez cały czas - z pozoru świeży, pogodny, pod spodem tajemniczy, ciemny.
Całość bardzo nastrojowa, raczej do spaceru w deszczowy dzień niż uwodzicielskie perfumy na wyjście.
W obrazie chciałam się bardziej skoncentrować na drugim dnie Black Jade.
Dlatego zrezygnowałam z przedstawienia go jako plątaniny roślin, bardzo dekoracyjnej i wybrałam pejzaż.
Urwisko.
Niby nieruchome, ale mające dynamikę i dramatyzm.
Wstępny szkic wygląda tak :
Oj, chyba nic nie widać.
Może trochę.
Postawiłam na nastrój.
Tak strasznie chciałabym, żeby mi się udało! Jeśli się powiedzie, to będzie najbliższy mi obraz z malowanych dla MC.
sobota, 23 marca 2013
Zapowiedź nowego obrazu i takie tam
Najpierw powiem, że zastanawiam się, dlaczego Łabędź, delikatnie rzecz ujmując, nie wzbudził entuzjazmu. Ponieważ nie mam za wielu informacji zwrotnych - chyba komentarze piszą tylko ci, którzy nie boją się/nie chcą mnie zmartwić, czyli mają coś miłego do oznajmienia, mogę się tylko domyślać.
I - moja refleksja brzmi : czy Łabędź to udany obraz? TAK
Ale czy jest - przepraszam za wyrażenie - CZADOWY? NIE!
A miał być.
Jeśli zostanie mi trochę czasu do wernisażu, to może coś z nim zrobię.
Już i tak muszę do jednego obrazu domalować mechanicznego pieska made in China, ze świecącymi oczami.
Dziś, by złapać oddech przed następnym dziełem, wybrałam się z rodziną na targi ekologiczne.
Miejsce w bardzo moim stylu - nieczynna, ogromna hala fabryczna, może magazyn?
Surowe, betonowe ściany, wielkie okna złożone z niedużych szybek (niektóre powybijane), tajemnicze, techniczne oznakowania. I stoiska, głównie z "naturalną" żywnością.
Wojtek skusił się na spróbowanie "domowego" ciasta i tak Go zgaga złapała, że wrócił do straganu ze słodkościami i zapytał o składniki.
"My jajek nie dodajemy, na sodce rośnie"
Oczywiście wszystko droższe ze cztery razy niż w sklepie (ale W. kupił rewelacyjne ogórki kiszone Dobrodziej i świetne nabiały) - więc wyprawę w tak straszny mróz, z Guciem oderwanym od domowych zajęć, można byłoby uznać za bezsensowną, gdyby nie towarzystwo, jakie się tam zebrało.
Nie wiem, czy można ich nazwać hipsterami, nie chcę popadać w schematy, ale mało było "normalnie" wyglądających osób.
Obowiązywała zasada, żeby ubiór kompletnie nie podkreślał płci, w najmniejszym stopniu. Buty typu trapery, workery, bezkształtne kurtki, najczęściej parki, torby typu wór i obowiązkowo czapka od czapy - uszatka albo rozciągnięta pończochowa, noszona z tyłu głowy na krasnoluda. Ogólnie wszystko pozornie niedbałe, ale chyba mocno przemyślane. Fryzury damskie, jeśli długie, to skołtunione włosy związane w węzeł, jeśli krótkie - to z nienormalną grzywką albo dwucentymetrową albo do połowy czoła.
O, już wiem, wszystkie te stylizacje sygnalizowały "Mnie nie zależy na wyglądzie, jestem wolny i swobodny/a".
Przecież parę lat studiowałam na ASP, ale tam było barwniej, też niedbale, ale trochę punkowo, dziwacznie, kolorowo, przebierankowo.
Tu kolory służyły do wyzywająco brzydkich zestawień - typu cytrynowa brudna żółć ze sraczkowatym brązem. Nie, to nie był grunge. Trudno mi określić.
Właściwie zbiorowość ta miała charakter dość jednolity, jednak parę indywiduów zwracało uwagę nawet osobników w najosobliwszych czapkach.
Nie mogę zapomnieć faceta, na widok którego chciało się wykrzyknąć "Chrystus zmartwychwstał!", choć miał on sporą domieszkę Rasputina (młodego).
Najdziwniejsze jednak wrażenie sprawiał on razem z żoną (?) - normalnie wyglądający chłopczyk zwracał się do nich per mamo i tato. Synka nie narysowałam - nie było powodu.
W drodze do domu powstało parę koncepcji nowego obrazu, potem upadły - została tylko jedna.
Opowiedziałam o niej Wojtkowi.
Mianowicie - kobieta, stojąca na urwiskiem, wydźwięk ekspresyjny, dramatyczny.
W. wysłuchał.
"Ale gdzież tam dramatyzm. Znam znacznie bardziej dramatyczną sytuację. Kobieta przed drzwiami właśnie zamkniętego sklepu."
No może.
Zależy, przed jakim sklepem.
I - moja refleksja brzmi : czy Łabędź to udany obraz? TAK
Ale czy jest - przepraszam za wyrażenie - CZADOWY? NIE!
A miał być.
Jeśli zostanie mi trochę czasu do wernisażu, to może coś z nim zrobię.
Już i tak muszę do jednego obrazu domalować mechanicznego pieska made in China, ze świecącymi oczami.
Dziś, by złapać oddech przed następnym dziełem, wybrałam się z rodziną na targi ekologiczne.
Miejsce w bardzo moim stylu - nieczynna, ogromna hala fabryczna, może magazyn?
Surowe, betonowe ściany, wielkie okna złożone z niedużych szybek (niektóre powybijane), tajemnicze, techniczne oznakowania. I stoiska, głównie z "naturalną" żywnością.
Wojtek skusił się na spróbowanie "domowego" ciasta i tak Go zgaga złapała, że wrócił do straganu ze słodkościami i zapytał o składniki.
"My jajek nie dodajemy, na sodce rośnie"
Oczywiście wszystko droższe ze cztery razy niż w sklepie (ale W. kupił rewelacyjne ogórki kiszone Dobrodziej i świetne nabiały) - więc wyprawę w tak straszny mróz, z Guciem oderwanym od domowych zajęć, można byłoby uznać za bezsensowną, gdyby nie towarzystwo, jakie się tam zebrało.
Nie wiem, czy można ich nazwać hipsterami, nie chcę popadać w schematy, ale mało było "normalnie" wyglądających osób.
Obowiązywała zasada, żeby ubiór kompletnie nie podkreślał płci, w najmniejszym stopniu. Buty typu trapery, workery, bezkształtne kurtki, najczęściej parki, torby typu wór i obowiązkowo czapka od czapy - uszatka albo rozciągnięta pończochowa, noszona z tyłu głowy na krasnoluda. Ogólnie wszystko pozornie niedbałe, ale chyba mocno przemyślane. Fryzury damskie, jeśli długie, to skołtunione włosy związane w węzeł, jeśli krótkie - to z nienormalną grzywką albo dwucentymetrową albo do połowy czoła.
O, już wiem, wszystkie te stylizacje sygnalizowały "Mnie nie zależy na wyglądzie, jestem wolny i swobodny/a".
Przecież parę lat studiowałam na ASP, ale tam było barwniej, też niedbale, ale trochę punkowo, dziwacznie, kolorowo, przebierankowo.
Tu kolory służyły do wyzywająco brzydkich zestawień - typu cytrynowa brudna żółć ze sraczkowatym brązem. Nie, to nie był grunge. Trudno mi określić.
Właściwie zbiorowość ta miała charakter dość jednolity, jednak parę indywiduów zwracało uwagę nawet osobników w najosobliwszych czapkach.
Nie mogę zapomnieć faceta, na widok którego chciało się wykrzyknąć "Chrystus zmartwychwstał!", choć miał on sporą domieszkę Rasputina (młodego).
Najdziwniejsze jednak wrażenie sprawiał on razem z żoną (?) - normalnie wyglądający chłopczyk zwracał się do nich per mamo i tato. Synka nie narysowałam - nie było powodu.
W drodze do domu powstało parę koncepcji nowego obrazu, potem upadły - została tylko jedna.
Opowiedziałam o niej Wojtkowi.
Mianowicie - kobieta, stojąca na urwiskiem, wydźwięk ekspresyjny, dramatyczny.
W. wysłuchał.
"Ale gdzież tam dramatyzm. Znam znacznie bardziej dramatyczną sytuację. Kobieta przed drzwiami właśnie zamkniętego sklepu."
No może.
Zależy, przed jakim sklepem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























