Zaryzykuję i z niecierpliwości pokażę od razu - prosz!
Mam nadzieję, że są Państwo ciekawi, jak do tego doszło - pozwólcie, że wtajemniczę Was w proces twórczy, obfitujący w spektakularne zwroty akcji.
Ale najpierw - dla nastroju - proponuję COŚ pasującego
A teraz już - zaczynam.
Pierwsze rozmowy na temat Pantery zaczęły się w listopadzie zeszłego roku i Zleceniodawczyni uprzejmie ustępowała miejsca w kolejce nie cierpiącym zwłoki zleceniom.
ALE - jak wspomniałam kiedyś mimochodem, wcieliłam projekt Podwójne Życie - tak więc co jakiś czas, dla odpoczynku, zaglądałam do Pantery.
Zazwyczaj mazałam ją po całości ciemnofioletową farbą i zmywałam, eksperymentując z czasami schnięcia. Ach, i jeszcze jakieś złoto rzuciłam od niechcenia.
Aż tu nagle, pewnego dnia (wiecie, jak to jest, kiedy coś wisi w powietrzu), wzięłam największy pędzel (rozmiar ma znaczenie), nonszalancko rozprowadziłam farbę, i - nie czekając w ogóle, aż wyschnie - przycisnęłam do niej kawałek pociętej na szmatki koszulki Wojtka.
Położyłam na podłodze i porządnie przedeptałam.
Efekt dziwny, ale obiecujący - wobec czego postanowiłam ten sukces powtórzyć. Tym bardziej, ze powierzchnia podkoszulków W. pozwala na swobodę, gdyż W. to mężczyzna okazały.
Nałożyłam więcej farby, położyłam obrazek na podłodze, narzuciłam koszulkę i odtańczyłam trepaka z przytupem (aż mąż z drugiego pokoju przyszedł upewnić się, czy wszystko dobrze).
Ach, i to drżenie pamiętam, i wstrzymany oddech, kiedy zdjęłam materiał - i oto, co się ukazało.
Ponieważ wcześniej naniesiony rysunek ołówkiem nie przetrzymał owej próby - zaczęłam nowy
Już czułam, poznawałam po tym, jak mi się prowadzi ręka, że powstaje coś dla mnie znaczącego.
I śmiem twierdzić, że się nie myliłam.
Na zdjęciach w dwóch różnych oświetleniach
Właściwie Panterę poprowadziłam kreską (kojarzącą mi się ze wstęgą Moebiusa), która rozwija się nielogicznie, a jednak tworząc spójną, choć nie dopowiedzianą całość.
Zawsze stosuję zasadę - jeśli zawieram wiele dowolności w przedstawieniu, wybieram jakiś fragment i staram się, by definiował resztę.
U Pantery - oczywiście oczy.
Na zdjęciu powyżej niemal o zmierzchu.
Podobnie, jak Artyści od naskalnych fresków, malowałam również palcami, zostawiąjąc zapewne gdzieniegdzie linie papilarne.
Włosie pędzla znakomicie się utrwaliło, jak sierść dzikiego zwierza.
W ogóle zadbałam o to, żeby widać było wiele panterzych cech charakterystycznych - poza oczami - wygięcie grzbietu, ogona
No i cóż - teraz wypada już się pożegnać - na do widzenia wklejając Zwierzę w jeszcze innym oświetleniu.
.
Czy było mi żal się z nią rozstawać?
Owszem.
Ale teraz nie będę się roztkliwiać, ukradkiem ocierając łzę - lecę do prania, do pakowania, bo się jeszcze wcale nie przygotowałam do naszego pojutrzejszego wyjazdu (dziś dzień z Edytą, jutro planuję też Mary).
No i jak, no i jak?



















