WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Beata - premiera


Serdecznie zapraszam na premierę dwóch Panienek, jedna dziś, druga jutro - przypominam, że w rzeczywistości jest to matka z córką.

Zacznę od Beaty - dzień przed oddaniem, nooo, powiedzmy dzień, bo dochodziła trzecia w nocy, szłam spać ze spokojem - skończyłam.
Spotkanie z B. o 14stej, więc luksusowo nie nastawiłam budzika, aż tu nagle - budzę się i mam pomysł - dotyczący Panienki, absolutnie niezbędny do zrealizowania! Rzucam okiem na zegar - 11sta, kurka wodna!
A tu Gucia do Babci wyprawić trzeba, z psem wyjść, ochędożyć się jako tako...
Wzięłam najcieńszy pędzelek i zaczęłam to niezbędne COŚ


Obraz "pracuje" w różnych oświetleniach (to już zaczyna być u mnie normą)




Skalary - moje ulubione rybki. Dziadek miał ogromne akwarium, w nim tylko skalary, wielkości małych omletów, kierujące swoje szpiczaste pyszczki w stronę mojego dziecięcego nosa przytkniętego do zimnej szyby.
Na obrazie są wolne - podobnie, jak obecna Właścicielka - wolność od świata, od hałasu...



Zdecydowałam się na zarys, niemal sugestię kostiumu, a tu Babcia zaczyna wydzwaniać, pies drapie w drzwi, a ja taka nieumalowana!
To nic, to nic - bo skończyłam - poniżej w najjaśniejszym oświetleniu (o nieba, słońce istnieje, widziałam je!)


Tu w półcieniu


I zdjęcie robione pod światło


No i tak.
Jutro, jak wspominałam - Ewa, śpieszę się, bo jakiś koń mi depcze po piętach! (Panienka Konna)

niedziela, 6 grudnia 2015

Fragmenty Panienek - przedpremierowo

Uff, dziś NIE czeka mnie nieprzespana noc, gdyż Panienki już podpisane, co oznacza ostateczny finał - ale to jutro.
Teraz - wklejam fragmenty.

Beata - tutaj ma sześć warstw - szafir, potem fiolet, miedziane złoto, odrobina klasycznego oraz biel i błękit. W praktyce oznacza to, że chęć skorygowania jakiegoś kształtu poprzez jego wytarcie skutkuje odsłonięciem wielokolorowej "dziury" - plamy, która bardzo odstaje od reszty. Dlatego wskazana jest daleko posunięta ostrożność.




Podpowiem Szanownym Czytelnikom, by nie posuwali się za daleko w ocenie, bo całość, już w rękach Zleceniodawczyni, mocno się zmieniła.

Ewa - warstwa czerni, potem czerwieni (przetarcie), i dwa rodzaje złota, chmury w beżach...


Kość słoniowa na dole - jako plaża


Tylko morze nietknięte



Uzyskanie kryjącej powierzchni beżu wymagało również paru warstw. Jak na ironię - na mokro wygląda/ło doskonale - i już zaczynałam się cieszyć, aż tu nagle na sucho wybija czerwonawo - złoty brąz spod spodu.
Oczywiście nie jestem jakąś maniaczką krycia - na tym samym obrazie sąsiadują transparentne powierzchnie, kontrastujące z nieprześwitującymi. Krótko mówiąc - zabawa wymagająca koncepcji i wyczucia.

Czemu o tym wspominam? Nie mam bowiem jednej metody na malowanie - czasem z góry wiem dość dokładnie, jak ma wyglądać gotowy obraz, wiem, jakich środków użyję. Czasem - posuwam się bardzo daleko w improwizacji, prowokuję przypadki, by zobaczyć, co z nich wyniknie i ów moment, kiedy wynik się ustala, następuje pod sam koniec PROCESU.
Dwa razy, przy okazji duftartu, szalałam przez cały czas (oczywiście nie bezładnie), a koniec nastąpił niespodziewanie - można powiedzieć więc, że decyzja o finale polegała na zostawieniu tak, jak jest.
Nie dlatego, żeby nie zepsuć - tego nie znoszę i zawsze mnie coś korci, żeby jednak posunąć się te niebezpieczne parę kroków dalej... wówczas jednak przyjmuję do wiadomości, że może się to skończyć katowaniem pumeksem lub zamalowaniem całości.
Nigdy tego nie żałuję, wierzę bowiem, że zawsze taka praca, choćby i potem zniszczona, zostaje we mnie jako cenne doświadczenie.

Powiem Wam - malowanie to świetna sprawa.
Tym bardziej, kiedy myśli się już o nowym obrazie, następnego dnia premiera, a ja mogę sobie poczytać o perfumach, które mnie właśnie zafascynowały - lub samej napisać ich recenzję.

czwartek, 3 grudnia 2015

Panienka Ewa w złocie

Ach, jakże dziękuję za malowanie.
Za to, że mnie ratuje, że cieszy.
Beata - kolejny etap, ukaże się jutro - tymczasem Ewę częściowo ozłociłam.


Znacie ten cudowny, kojący spokój morza, kiedy powierzchnia wody zdaje się taflą, niewzruszoną. Tylko ciche uderzenia fal o brzeg przypominają o nieustannym ruchu.
W tym obrazie mam zamiar skontrastować trzy płaszczyzny - plaży, wody i nieba.
Na razie wydźwięk nastroju mi nie odpowiada - co prawda złoto daje blask, jednak to niebo zadecyduje o całym charakterze Panienki.


Ja tymczasem dźwigam się z przygnębienia, przyznam, że udane sprzątanie zawsze omijanych miejsc doskonale mi zrobiło. Satysfakcja z pokonania irytacji zakamarkami typu "nie wiadomo, co tam jest i gdzie to umieścić" wzmocniła się, bo nagle znalazłam swój baaardzo dawny rysunek.


Technika - piórko i ołówek na papierze.
Przypomniałam sobie, w jakim WTEDY, prawie 20 lat temu, byłam stanie - i co dzieje się ze mną teraz.
Co za droga.
Zarzynałam się w agencji reklamowej jako biały murzyn, wynajmowałam mieszkanie w samym centrum miasta, gdzie nigdy nie cichł jego pomruk, a za towarzysza życiowego miałam mężczyznę, który stosował metodę "cichych dni" i zamykał mi drzwi przed nosem (rozumiecie, przy moim gadulstwie, co to dla mnie znaczyło).
Ten rysunek był bodaj ostatnią pracą, jaką zrobiłam przed dłuugą, wieloletnią przerwą w tworzeniu czegokolwiek. Zaraz, nie, były czapki na szydełku, prawda.

A teraz?
Wszystko się zmieniło, wszystko.
Zawsze mogę liczyć na wysłuchanie, na serdeczność. I Gucio, i nasz piesek wesoły.
Także ten... nie jestem nawet w stanie wymienić, ile jeszcze mnie cieszy.
Malowanie, moje malowanie...
I tą zręczną klamrą kompozycyjną kończę, bo pędzel schnie.

wtorek, 1 grudnia 2015

Dwie Panienki - Beata i Ewa

Mili Państwo, wybaczcie mi przerwę w pisaniu - potrzebuję wyciszenia.
Prawdopodobnie - jak zresztą przepowiedziała mi Przyjaciółka, sprawa, na której rozstrzygnięcie czekałam od lutego i miała na szczęście szczęśliwy finał, odbija mi się teraz właśnie.
Ciągłe zmęczenie, zmiany nastrojów, dekoncentracja oraz niestety nerwy na wierzchu powodują, że trudno ze mną wytrzymać. Odnoga piekła.
Wszystkie siły chowam dla Gucia...

Malowanie - wciąż niezawodne, ratuje, jednak nie idzie łatwo.

Przypomina mi się zdarzenie sprzed lat - ja i koleżanka chodziłyśmy przed zdaniem na Grafikę na konsultacje do Profesora. Ja - ze zręcznymi, uporządkowanymi rysunkami, ona - niemal z bazgrołami, w których jednak czuło się niesamowitą energię i, jak mówią, potencjał.
Profesor zobaczył nasze prace i rzekł "Ach, gdyby to połączyć, to byłoby COŚ"

Spojrzał na mnie "Podejdź no tu, Marysiu" (zwracał się tak do wszystkich dziewcząt - a do chłopaków "Jasiu") - "Tutaj, bliżej, do stołu. Weź kartkę i podpisz się".
Podpisałam - szybko, zgrabnie, machinalnie.
"A teraz zrób to samo, TAK SAMO, ale lewą ręką" (jestem praworęczna).
Z mozołem, zmarszczonymi brwiami, nakreśliłam litery.
"Widzisz różnicę? Tak powinny wyglądać twoje rysunki".

Taaak, dobrze to sobie zapamiętałam - i powiem Wam, że czuję się tak, jakbym malowała lewą ręką. Z trudem, staraniem, wysiłkiem, poprawiając tysiąc razy.
Ale postaci są.

Beata - to moja koleżanka ze szkolnej, licealnej ławy. Zawodowo zajmuje się medycyną, przy tym posiada wielką wrażliwość artystyczną, wyczucie i umysł humanistyczny. Bardzo bogata osobowość - racjonalistka, ale i marzycielka, z sercem na dłoni.
Jej pasją - jedną z wielu - wspominałam o tym w którymś z wpisów - jest nurkowanie.
Wybrałam więc dla Niej wizerunek podwodny.


Na razie bez odzienia - prawdopodobnie zamarkuję coś w rodzaju kostiumu, może zrobionego z ciemniejszych fal? (tak, pojawią się).

Ewa - to córka Beaty. Dziewczyna niecały tydzień temu skończyła 18 lat. Piękność. Z charakterem! Ma w sobie coś ujmującego. Podobnie, jak Mama, kocha morze, ocean.


(nawiasem mówiąc, uda przeszły lifting za pomocą noża z piłkowatym brzegiem).

Gustaw powiedział, że widzi, że moje malowanie jest trudniejsze, niż robienie prac domowych "Jak ty to robisz - wcale nie wychodzisz poza linię!" - co należy traktować jako wyraz podziwu.

Beata, z ulubionym zapachem Cuir Amethyst Armani Prive (powstanie duftart do niego!), przepada za fioletami w moich obrazach - dlatego błękit powróci, ale tylko gdzieniegdzie.


Duże zmiany kolorystyczne zajdą natomiast w Ewie


No i tak to wygląda (tzn. nieprawda - w rzeczywistości obrazy są bardziej zaawansowane).

Ach, jak tęsknię za lasem! Za ciszą... za samotnią...
Do tego nieustanna senność. Ha! Ten czas niełatwy dla wielu osób, co zrobić.
Nawet Pepa wpycha się na miejscówkę, kiedy tylko zwolnię jej ulubione miejsce.


Aby do wiosny!

środa, 25 listopada 2015

Szał malarski

Dziś, proszę Państwa, pokażę szaleństwo kolorystyczne - każde z teł to początek Panienki, konkretnie cztery tu będą - a ja nie mam dość.
Na zewnątrz jak jest - wiadomo, tymczasem na przekór "zapachom zimowym" (znaczy się uznanym za takie), pławię się w wesołych cytrusach i białych kwiatach (Wojtek powiedział, że po raz pierwszy w życiu wchodzi do pracowni bez obrzydzenia) - i zużywam tubkę farby za tubką.

No i :


...tu dojdą jeszcze co najmniej dwie warstwy (a już są trzy)
Poniżej też będzie się działo :


Energia czerwieni, skontrastowana z czernią również się skomplikuje :



I oczywiście złoto. Musi być :



Wiem tylko, że w piątek będę jedną z opiekunek na szkolnej guciowej wycieczce, muszę więc zachować przytomność umysłu.
A poza tym - puszczam wodze fantazji, marzę, bujam w obłokach (również zapachowych) i dobrze mi.

niedziela, 22 listopada 2015

Panienka Konna i Wielki Błękit - prapoczątki

Mili Państwo - zaczęłam dwie nowe Panienki.
O Zleceniodawczyniach opowiem oddzielnie, teraz pokażę jedynie zarys tego, co ma nastąpić.

Pierwszy obraz - znowu mam pełne pole manewru. Z racji zainteresowań B. postanowiłam oddać hołd Jej pasji, której nie doświadczyłam, choć nie powiem, bym nie marzyła... spróbować chociaż raz.
Wielki błękit - podwodny. Nurkowanie. Lekkość.


Wiele się zmieni - o ile nie jestem pewna samej formy, o tyle wiem, że błękitów - od szafiru po turkus wystąpi tu wiele, fiolety również. Teraz wygląda bardzo secesyjnie - jednak nic sobie nie zakładam, poddam się natchnieniu.
A że znowu wracam do domu, po spacerze z Pepą, z pakuneczkiem z kupą, którą w zamyśleniu zapominam wyrzucić - to wiadomy znak nadchodzących twórczych zmagań (może niekoniecznie twórczej męki tym razem, ale kto to wie?).

Druga Panienka - czyli Konna. Już jest inaczej - w stosunku do reszty Panienek. Kompozycja (nie widać, bo we fragmencie) pozioma - postać damska na drugim planie. A na pierwszym :



Z pewnością poszaleję fakturowo - lecz co do kolorystyki, mam parę pomysłów, z których ten właściwy wyłoni się po rozpoczęciu "mokrej roboty".
I również - o Zleceniodawczyni wspomnę w najbliższym wpisie.

Na koniec dodam, że SPRAWA, która dręczyła mnie od lutego i swój malarski efekt zyskała w obrazie z napisem "WTF" wplecionym w szczegóły, wyjaśniła się pozytywnie. Jestem więc lżejsza o wielki, ciężki kamień, który spadł mi nie tylko z serca, ale i z głowy i w ogóle ze wszystkiego.
Czym zaowocuje ta wolność?
Na razie chce mi się, chce mi się wszystkiego, i choć pogoda, delikatnie rzecz ujmując, niewesoła, energii przybyło mi za dwóch, a może i za trzech. O.

środa, 18 listopada 2015

Pantera - premiera!

Mili Państwo, naprawdę resztką sił zamieszczam dziś obraz, z którego jestem baaaardzo zadowolona - Panterę mianowicie.
Muzyka!


Zgodnie z nauką, by nie pisać o tym, co na zdjęciach, powiem tylko, że efekt, który widzicie, poprzedziły zmagania, których ślady widać w końcowym efekcie - i jest to zamierzone (zawczasu uprzedzam, że nie udało mi się nie skomentować zdjęć - to tak, jakby ktoś opowiedział dowcip, ale musiał się upewnić, czy aby wszystko zostało zauważone i zrozumiane)
Pantera najpierw miała zielone tło. W zamyśle gąszcz, dżungla i tym podobne sprawy... tym czasem im więcej dodawałam / ścierałam / dodawalam, tym gorzej dla obrazu.
ALE ciut zieleni zostało



Nie, no muszę wspomnieć - widzicie fakturę? toż to niemal płaskorzeźba jest.
Udało się zachować niebieskawą aksamitność czerni



Cętko - kropki - to również zostało z moich zamalowanych trudów. Tło, jak przekładaniec - 8 warstw - na przemian miedzianozłote i stare złoto. Ale, kurczę, to już nie są dwa obrazy w jednym, lecz ileś - tam, w zależności od kąta i oświetlenia.

W całości - proszę :





Wiecie, co? Wgapiam się w nią, jak w klejnot.
Bursztynowy wisior czy coś.



Nie dam sobie głowy uciąć, że nie powtarzałam zdjęć - wybaczcie. Z przemęczenia zawieszam się, niestety. Ale podczas malowania nie czuję senności ani głodu - potem nagle kończę jako wrak Justyny Neyman.
I ten wrak oznajmia, że resztką sił zamierza się solidnie najeść i położyć spać, wrak bardzo usatysfakcjonowany.

Po nabraniu sił czekają na mnie nowe obrazy - trzy Panienki i Impresja Kosmiczna. Zgubiłam gdzieś kartkę z notatką PILNE, co mnie nie dziwi, gdyż również zaginęły kapcie, gdzieś ze 30 łyżeczek i tradycyjnie skarpety. Ale cóż to znaczy w obliczu twórczego rozpędu. Nic.