WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

czwartek, 18 czerwca 2020

Wielki błękit i cześć.

No to nadszedł typowy, upalny czerwiec. Duszno, koniec dnia z początkiem dzieli chwila ciemności.
Połówka księżyca przybita do ciemnego granatu nieba.
Namalowałam niebieski obraz, pusty. Nikogo nie ma, cisza. Wschód słońca, które jeszcze się nie ukazało, tylko horyzont rozjaśniony. Chłodne, rześkie powietrze, stojące, wszystko zamarło.

Pustka jest sugestywna, ale jednak mnie męczy. Czegoś brakuje - czego? Jeszcze nie wiem. I się nie dowiem, gdyż obraz poszedł do nowego domu.



Nie będzie sam - razem z nim pozbyłam się też Żółtaszka


W ostatnich dniach moją pracownię opuściło kilkanaście obrazów.
1. Pali się
2. Dom ze światełkiem
3. Wybuchowa kobieta
4. Apollo
5. Niespokojny pejzaż
6. Aniołek w czerwonych bucikach
7. Wysypisko
8. Wielki błękit
9. Żółtaszek
10. Sosna zachodnia
11. Sosna wschodnia
13. Zamyślenie
15. Kosmiczna miłość

To jeszcze nie koniec.
Zachowuję tylko te, które chcę wystawiać. Trochę zamalowałam.


Znacie zapewne potrzebę oczyszczenia. Nie zajmuję się tym, czego nie ma. Niech cieszy innych, szczególnie, że wybieram tylko te osoby, które lubię, które okazały mi bądź okazują serce.

Czuję się zmęczona.
Obsesyjnie męczy mnie myśl, że nie zdążę pokazać w malarstwie tego, o co mi chodzi. To bardzo trudne.

czwartek, 11 czerwca 2020

Apollo gra w pollo

Nadejszła wiekopomna chwila, kiedy z pomocą Gustawa założyłam swój kanał na You Tubie.
Czekałam na odpowiedni moment, czyli na obraz przełomowy.
Nawiasem mówiąc, większość tego, co namalowałam, bym zmieniła. Czego mi żal, to sprzedaję albo się wymieniam.
Co w moim rozumieniu oznacza przemalować stary obraz?
1. zamalowuję całość, biorę zmywak i przecieram, żeby wyszło coś. Na zgliszczach
2. dodaję obraz na obrazie, traktując to, co pod spodem jako tło


3. domalowuję element, którego mi brak - taki znak czasu




W poniższej pracy, na dwóch postaciach (Apollo i pani z pupą) żywiołowo namalowałam konia - bestię. Żywioł na początku, potem zaczyna się dopieszczanie, wygładzanie, cieniowanie, bo linia to jeden z moich ukochanych środków wyrazu.



Koń! Banał nad banały, może przegrywa tylko z Jeleniem na Rykowisku.
Ale ten mój konik nie jest zwyczajny - i na tym oto filmiku dowiecie się, co miałam na myśli.


Nie będę zachęcać do "dawania łapek", jeśli możecie, dajcie znać, jak Wam się podoba. Coś na zachętę.

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Spokój pozorny - wściekły pejzaż


 Jest taki przyjemny moment, kiedy siedzę przed zagruntowaną płytą, pustą i myślę "Co by tu...?".
Wtedy idę do półki z perfumami, wybieram zapach i zamykam oczy.
Tego dnia nosiłam Dune Diora.
Kolor! Marzycielski, koralowo - pomarańczowy, spokojny, lecz energetyczny.

Linia horyzontu, cieniowane niebo. Przekonałam się - po raz kolejny, że Dune, jeden z najpiękniejszych zapachów, jest nie dla mnie. Nie mija godzina, a czuję irytację, przebranie. Zmyć z siebie Dune niełatwo. Po kąpieli i wyszorowaniu rzuciłam niechętnym wzrokiem na pejzaż.

Zadzwonił telefon, zła wiadomość. Wylałam kawę, rozbolała mnie głowa.

Jaki spokój?
Czy w ogóle CHCĘ się uspokoić, a może by tak wykorzystać złość? Od razu lepiej. Pach! biorę pędzel, dochodzą krechy, linie, obraz staje się coraz bardziej "mój"


Znowu ktoś ucieka. Kto? Przed czym? A może przed kim?
Pewnie nie chce, żeby ciężka chmura spadła mu na łeb.



No i został duftart bez zapachu... ale czuję (nosem wyobraźni) szypr z brzoskwinią. Musiałby być z goryczką, przestrzenny, ostry. Może trochę retro?


 Obraz mógłby nazywać się Lęk przestrzeni. Miałam takiego kolegę, z którym lubiłam spacerować po lesie. Mimo wszystko! Zawsze wybierał chaszcze i gęstwiny, gałęzie siekały nas po twarzach. Do domku wracaliśmy młodnikiem, bo mówił, że sam wyraz "łąka" napawa go strachem. Droga z kolegą zawsze trwała dłużej, kiedy zaczynało się ściemniać, G. drżał, bo zmrok również go przestraszał. Mimo potężnej postury piszczał jak myszka na widok cienia gałęzi. Czyżbym podświadomie jego uwieczniła na moim pejzażu?


Kiedy wieje wiatr, idę pod Łazienki. Słyszę szum w gałęziach. Wyobrażam sobie, że jestem na Mojej Promenadzie. I tak będzie. Pójdę tam sama, wyjdę na środek wycinki i zapłaczę.

Kwiaty - Narcyzy - niepokój

Była okazja, dostałam kwiaty, pachnące miodowo narcyzy, ale przyjęłam to zupełnie zimno, bo wcześniej poległam w jakimś głupim starciu słownym. Głupim, bo oboje wiemy, co kto powie i w jakiej kolejności.


Narcyzy długo leżały na stalowym, zimnym blacie w kuchni, a potem powędrowały do wazonika z niebieskiego szkła. Potem przeszkadzały, zasłaniając rozmówcę przy stole i wylądowały wysoko, na regale.



Patrzyłam, jak się starzeją, płatki coraz cieńsze, jak z pożółkłego papieru, łodyżki jakby druciane, za delikatne do utrzymania uschniętych główek.
straciły całkiem zapach. Jedyne życie to pleśń na końcówkach łodyżek.
Bardzo martwa natura.



Co ciekawe, łatwiej mi ściąć kwiaty niż je wyrzucić do śmieci. A już złamać, w życiu. Położyłam trupki na wierzchu torby. W nocy, jakby ukradkiem, pozbyłam się odpadków. Rano okazało się, że parę kwiatków mi wypadło. Leżały, zdeptane, ubłocone.



Więc pamiętajmy, by się nie kłócić, szczególnie, jeśli obchodzimy jakąś okazję kwiatowo podarunkową. Chyba, że jest się malarzem, bo wtedy wszystko można wykorzystać.

Pomysł na obraz wziął się z niebanalnej formy, jaką przybrały moje kwiaty (zresztą u nas w domu znajduje się więcej takich obiektów - nie wykluczam cyklu warzywnego).

Still Life - Dead Rose

Dawno, dawno temu, po rozwodzie, zawarłam bliższą znajomość ze znajomym z pracy.
Jeszcze na studiach, pracując na wynajmowane mieszkanie, zwróciłam uwagę na tego czarującego mężczyznę. Jak się opisze w dawnych romansach, o ujmującym sposobie bycia.



Potem nasze drogi się rozeszły, aż tu nagle, widzę przygarbioną sylwetkę, smaganą deszczem i wiatrem (bo listopad był), sylwetkę dziwnie znajomą.


"Marek!" krzyknęłam - odwrócił się, podbiegł ucieszony. Pracował niedaleko, prawie przy moim rodzinnym domu, zaczęliśmy się spotykać.


Mała uwaga : dzieliła nas drobna różnica wieku, 28 lat, toteż Mama przezwała Marka "wujaszkiem".


Od razu wiedziałam, że wpadł po uszy. Patrzył na mnie jak w obraz. Co za odmiana po mężu zamykającym drzwi przed nosem! Pragnęłam ciepła i opieki, bardzo chciałam się zakochać, ale serce nie sługa.
Dostawałam kwiaty bez okazji, drobne i wdzięczne, ale też pyszne i dumne pąsowe róże.



Stały wyprostowane w krysztale, aż z dnia na dzień zwieszały główki. Ratowałam, podcinałam, wkładałam do wanny z wodą - na nic.


"To znak!" stwierdziła, podnosząc palec w gorę, przyjaciółka. "Tylko nie trzymaj zwiędłych kwiatów, bo to oznacza koniec miłości". Jedna z róż wybitnie okazała, wysoka, trzymała się długo, została sama, postanowiłam ją zasuszyć.


"Wyrzuć ją, dostaniesz zaraz nowe" prosił Marek, ale nie wyrzuciłam. Stała tygodniami, długo po tym, jak powiedziałam Wujaszkowi do widzenia. Nie dam głowy, czy płatki nie leżą zasuszone gdzieś w pudełku na szafie, z innymi, nikomu niepotrzebnymi drobiazgami z przeszłości.

niedziela, 24 maja 2020

Tajemniczy Obraz w Tajemniczym Pokoju

W domu rodzinnym przez pewien czas mieszkaliśmy my, nasza trójka i zajmowaliśmy "górę", a "dół" należał do Ciotki i jej męża, który prawie nigdy się nie odzywał. Na górze znajdował się mój dziecinny pokoik w kolorze wyblakłego słonecznika i duży, nazywany pokojem z telewizorem, choć stało w nim też pianino. Na nim bezskutecznie uczyłam się grać, a w szafce pod telewizorem Mama trzymała słodycze, tam też znalazłam paczkę papierosów, chyba zapomnianą, bo leżała obok mydełek Lux. Stołeczne, ohyda. Aż mnie zemdliło, straszny syf.W pokoju wisiał też, i wisi, Tajemniczy Obraz. Właśnie w kolorach mojego Pejzażu z Niepokojem.



Przedstawiał budynek, jakby półprzejrzysty, stojący na wzgórzach w kształcie pup. Nie zwracałam na niego uwagi, dopóki pokój z telewizorem nie stal się Tajemniczym Pokojem. Ciocia się wyprowadziła, miejsca w domu przybyło, więc pokój zagarnęła tylko dla siebie Mama.
Prawie zawsze zamknięte okiennice zacieniły pomieszczenie, ledwie można było zobaczyć, że ściany mają odcień różu indyjskiego. Kiedy zapalało się światło, sączyło się ono przez wiklinowe abażury, wysmukło kielichowate. Tajemniczy Obraz z domem wydawał się drgać dzięki plamkom rozproszonego światła. Wchodziłam tam, żeby tylko popatrzeć na ten pejzaż. Kiedy zapadała ciemność, słychać było suche trzaski stygnących wiklinowych lamp.



Dawno go ni widziałam. Pokój zamknięty, Mama urzęduje na dole i zawsze mówi "Tylko nie idź na górę!". Jestem pewna, że w szufladzie są jeszcze te obrzydliwe Stołeczne.



Tak, mój Pejzaż z Niepokojem powstał z tęsknoty do morelowo - koralowych odcieni Tajemniczego Obrazu w zamkniętym, spowitym ciemnością pokoju.
Chyba muszę się tam zakraść.


Jak za dawnych lat będę stała bez ruchu i dawała się hipnotyzować obrazowi sprzed wielu dziesięcioleci.

Obraz nie jest skończony - będzie jeszcze na nim coś małego :)

środa, 20 maja 2020

Hardkorowa pocztówka z przeszłości

Nigdy nie byłam nieśmiała, prawdopodobnie z powodu wrodzonego gadulstwa. U nas w domu, jeśli nie przerwało drugiej osobie, traciło się prawo głosu.
Ciche dni? A w życiu. Lubiliśmy rozmawiać. Z naszego tria został duet, mój i Mamy i nasz dwugłos nie stracił na dynamice.


Na szczęście w moim obecnym rodzinnym domu to się nie zmieniło i każde z nas dostaje ex aequo pierwsze miejsce, no, może Pepa przoduje, gdyż jest psem, który musi wszystkich poinformować o tym, że dozorczyni zmywa podłogę albo wchodzi listonosz.
A jednak jest w moim życiu pasmo wielu lat, kiedy byłam zgłuszona i brakowało mi zwykłego animuszu. Nie wszystko pamiętam. Tylko smugę. Aż się sama dziwię, jak mogę mieć aż takie dziury w życiorysie. Jak się postaram, to tak, składa się rok do roku, przeszłość, dawne sprawy, które, jak mawiał Tato, rzucają długie cienie. Długie, ale nie nieskończone, tym niemniej od czasu do czasu robi się ciemnawo.


Gdyby kogoś zapytać, jaka byłam wtedy, pewnie powiedziałby "nieśmiała". Wtedy były ciche dni i tygodnie, ale w najgorszych chwilach dostrzegałam komizm sytuacji. Pierwsze małżeństwo trwało 10 lat, bardzo długich lat, kiedy dawaliśmy sobie wzajemnie do wiwatu. Już po rozwodzie, kiedy byłam związana z moim obecnym mężem, Witek utrzymywał ze mną, z nami, kontakt.
Pamiętam, byłam już w ciąży z Wojtkiem, ze śmiechem powiedziałam do byłego męża :
"Jak ja mogłam wyjść za ciebie za mąż???"
"To jeszcze nic!" - odrzekł "Jak ja mogłem się z tobą ożenić?"
Naprawdę się cieszył, że jestem szczęśliwa, że maluję, myślę, że kamień spadł mu z serca
"Przecież mówiłem ci, że będzie drugie rozdanie!" - to fakt. Wojtek i ja, oboje po rozwodzie.


Witek podarował Guciowi, jeszcze nienarodzonemu, pierwszy wózek, bo nasi synowie są w podobnym wieku.
Pewnie poznałabym tego chłopca, Leona, ale kontakt z Witkiem nagle się urwał.
Kiedy byłam w 9-tym miesiącu ciąży, zadzwonił telefon. Wojtek odebrał, byłam w sąsiednim pokoju. "Kto dzwonił?" zapytałam (dzwonili z telewizji z programu Uwaga)
"Usiądź"
"Co się stało?"
"Witek nie żyje. Został zamordowany"



Stare sprawy rzucają długie cienie.



Paradoksalnie, kiedy moje pierwsze małżeństwo się skończyło, wróciłam, po latach (!) do twórczości. Kiedy było mi źle, malowałam wesołe obrazy. Bajkowe zwierzęta.



Teraz... widzę to, co przeszło, ale się nie oglądam. Chyba, że to do czegoś potrzebne. Gdyby można było wziąć z bagażu lat to, co najlepsze, a resztę odrzucić. Melancholia i energia idą w parze, co jednak mocno spowalnia prędkość, za to przebyta w ten sposób droga jest bardzo cenna. Może się tylko usprawiedliwiam?




Obraz jest o zmianie, która wciąż zachodzi, o przepoczwarzaniu, bo nie osiągnęłam jeszcze swojego celu ale bardzo na niego pracuję.



 Ale też o współistnieniu smutku i radości, gwałtowności i spokoju. Ten obraz miał ilustrować mój sen o zaczarowanym ogrodzie, tymczasem zdominowała go rzeczywistość.


Chyba, że jeszcze go przemaluję.