WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ

czwartek, 18 czerwca 2015

Tajemnice lasu albo skutki braku nawigacji


Las...
Dla mnie ulubione okoliczności przyrody - najmilszy sposób spędzania czasu - spacery, lepiej je nazwać szybkim marszem. Spacery oczywiście dla widoków, a nie jakaś tam bieżnia za szybą, za którą widać szaleńców w różnych, szczególnie wieczornych porach. Przypominają mi chomiki biegające w kółku.

Dziś szybki marsz właściwie  stał się wyścigiem z czasem...
A las zrobił się jeszcze bardziej tajemniczy - bo nagle (co w moim tutejszym odmierzaniu czasu znaczy po pół godzinie), zorientowałam się, że nie wiem, gdzie jestem.






Jak to możliwe??? Poszłam w znane miejsce, z którego tylko ponad godzinę trwałaby droga do domu.
W takiej sytuacji pomóc może telefon do przyjaciela :
"Wojtek... zgubiłam się"
"Kochanie, a co widzisz?"
"Las!"
"No ale coś charakterystycznego...drogowskaz?"
"Jedyny, jaki widziałam w ciągu trzech dni, rozszyfrowałam,  nie sama zresztą, po roku"


"Zapytaj kogoś o drogę"
"KOGO? Jednej z osiemnastu saren, które przebiegły mi drogę? Nie spotkałam żywego ludzkiego ducha w lesie, od poniedziałku!"
"No dobrze... Powiedz mi, skąd szłaś?"
"Takie małe jeziorko, ale w zeszłym roku już nie znalazłeś go na mapie"
"W takim razie idź i jak tylko zobaczysz COKOLWIEK charakterystycznego, daj mi znać"


Dziarsko stawiałam kroki - ponieważ droga bardzo porządna, wiedziałam, że musi mnie doprowadzić w cywilizowane rejony. Ach, zaczęłam tęsknić do znajomych widoków...






I nagle - charakterystyczna rzecz!
"Wojtek, jestem na asfalcie! I słyszę kury i głosy!"
"Czekaj, asfaltowa droga...powiedz mi, skad dokąd biegnie - strony świata"
"A skąd ja mogę wiedzieć?"
"Gdzie masz słońce - po prawej, czy lewej stronie?"
"Zaraz...zaraz...lewa... to ta ręka..."
"Dobrze, ustaw się tak, żebyś miała slońce za plecami..."
"Wojtek, jedzie facet na rowerze! Łapię go!"

 Kiedy facet na rowerze kazał mi zrobić w tył zwrot - brwi uniosły mi się jak u bohaterów kreskówek
Więc się okazało, że wychodząc z jeziorowej niecki, poszłam nieco za daleko - a droga, którą wzięłam za prostą, nie dość, że biegła pod lekkim skosem, to jeszcze skręcała - i tym sposobem ja, zamiast iść do domu, raźno maszerowałam - bagatelka - 6 km, w przeciwnym kierunku. W obie strony 12 kilosów.

Wracając, już na luzie, rozkoszowałam się widokami






Brzozy! Jak ja je lubię!






I wreszcie - coraz bliżej Mojej Promenady






I ona - Promenada



I wyjście z lasu




Po lewej stronie łąki



Pogoda strasznie zmienna - ale kropla nie spadła. Sucho, wszystko chrzęści pod stopami.
I wreszcie dotarłam.
"Moje" jezioro - tutaj przy okazji wcale nie ostatniego wyjścia z domku, nad sam brzeg


 Przed jedenastą wieczorem jeszcze nie jest całkiem ciemno.
Dzięki temu wydaje mi się, że jestem tu nie cztery dni, lecz...od nie pamiętam, kiedy.
Wspaniale.


Mam w planie następny wyjazd - jeśli się wszystko uda, to wyruszymy z Wojtkiem i Guciem jeszcze w lipcu, samochodem, co oznacza, że całe malowanie wezmę ze sobą! Niedaleko stąd.
Tymczasem - piątek, sobota i niedziela w całości należą tylko do mnie.

wtorek, 16 czerwca 2015

Spokój jest święty

Muzyka!


Szanowni Państwo, po co wyjeżdżać z miasta? Po co włóczyć się godzinami po pustkowiach? Po co wdychać zapach ziemi, rozgrzanego igliwia, łapać promienie słońca a potem zatapiać się w mroku, po co stawać i słuchać szumu drzew?
Dla spokoju. To mój powód.

Zacznijmy pokaz zdjęć najbardziej wg mnie odzwierciedlających to, co chcę przekazać.



Leżenie w trawie jest bardzo wysoko notowane jako uspokajacz.
Patrzenie w niebo (może być z otwartą gębą) - również



Lecz te niewinnie wyglądające ptaszki to dzieżba srokosz, drapieżnik, potrafiący upolować nawet szczura albo kosa. A potem uprawia małe vodoo, nabijając ofiary na kolce - taki sobie, rozumiecie, zapas robi. Tym bardziej, że z "widelczyka" łatwiej się zjada.
Ha! Nagle zrobił się horror - więc wracam do uspokajaczy.


Jezioro. O ile się nie łowi, bardzo wycisza.

I powiem Wam, że mimo wielu godzin spędzonych w plenerze, ANI RAZU nie spotkałam w lesie, czy drodze do niego człowieka. Raz przejechał samochód.
Drogowskazy straciły tu sens


Ten jest jedyny, jaki spotkałam - i spotykam co wyjazd. Ciekawe, ile ma lat, bo w przeciągu ostatnich paru zachowuje niezmiennie formę.

Ważne, by w lesie unikać wszelkich ortalionów, kreszów i niestety doskonale sprawdzających się w niepogodę materiałów. Bowiem kiedy się idzie, nie słychać nic poza szelestem - prawa - szast - lewa szast, ruch rąk - szszszsz... Zwierzyna się rozbiega - i nawet tętentu się nie zarejestruje.
A tymczasem w polarku, po cichutku, można spotkać się z kimś takim :


Patrzeć, jak ja lubię patrzeć. Nie wiem, jak mają inni, ale ja wciąż rejestruję rzeczywistość, bardziej lub mniej świadomie myśląc o niej jak o tworzywie, wykorzystanym potencjalnie w moich pracach


Patrzeć... (to selfi przypłaciłam bólem ramienia - żeby nie było widać, że to samoróbka)


Teraz już pora spać - taki mam widok prze okienko w kuchni


A jutro - znowu w drogę - pieszo. Najlepsze tempo jak dla mnie.



Mam w planie daleką wyprawę - a stopy, jakbym w szpilkach chodziła. Niestety. Koleiny, nierówności - a codziennego chodzenia koło ośmiu godzin. Bo chcę odwiedzić wszystkie bliskie mi miejsca.
I Wam również życzę spokoju - o ile akurat go potrzebujecie.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Moje miejsce na Ziemi

Mili Państwo, stał się cud - tak to odbieram - i znowu ruszyłam tutaj, do mojego wymarzonego miejsca, w którym czuję się bardziej domowo, niż... w domu, w Warszawie.
Zdecydowanie nie jestem osobą stworzoną do życia w mieście. Tak, ono oczywiście ma swoje zalety, ale las, cisza, zieleń i głusza - to mnie koi, uskrzydla.
Od razu przepraszam za egzaltację (może się nasilić). Tutaj zmieniam się w Anię z Zielonego Wzgórza, choć nie mam jej wdzięku. Nic na to nie poradzę - tak mi dobrze.

Pierwszy raz w tę okolicę, między Nidzicą a Olsztynkiem, przyjechałam mając 15 wiosen, czyli, o ile dobrze liczę, 31 lat temu. Zaczynałam liceum, byłam beznadziejnie (bo platonicznie) zakochana w ciemnowłosym przystojniaku, którego imienia nawet nie pamiętam. Wśród przebojów królowało Lady in Red (nie przepadałam zresztą).

Muzyka!


Tak więc, wracając do dzisiejszego dnia, tzw. dobra dusza (Ulu!) zawiozła mnie pod sam domeczek do Pani Wiktorii, a ja czym prędzej porzuciłam bagaże i delektując się każdym szczegółem tak dobrze znanej drogi, poszłam na Moją Promenadę.




Jest to po prostu wycinka w lesie - z jednej strony wyspy - kępy wysokich sosen, po drugiej - brzózki, już wyższe ode mnie.
Ileż to razy, w najtrudniejszych chwilach, zamykałam oczy i przenosiłam się tu. W zimowe szarugi, w beznadziejnym zmęczeniu, mówiłam sobie - "Ale przecież JEST Moja Promenada, dwie godziny drogi samochodem..." - i to przywracało mi równowagę, choć bywało, że łzy spływały mi po policzkach "bo mnie tam nie ma".

Teraz powróciłam - i czuję się tak, jakbym przekroczyła jakieś wrota do raju (no mówiłam, że może być pretensjonalnie). Jakbym znajdowała się w innym energetycznie świecie - w którym wszystkie potrzeby są zaspokojone, nic nie muszę, wypełnia mnie tylko wielka, wielka wdzięczność. Za to, że patrze, widzę, wącham, że jestem.


 I siaduję sobie na "swoim" słupku, gapię się przed siebie, słucham szumu drzew.
Że nie myślę - niestety nie mogę powiedzieć - ale w końcu to pierwszy dzień. Z siedmiu.


 Spokój. Tak.




I jeszcze na koniec powiem, że na dodatek Sosna ma nowy dom (obraz), mało tego, duftart do Eau de Soir również. Huuurrraaa!!!!





A w moim domku taki widok za oknem :


Czego chcieć więcej? Odpowiedź brzmi : niczego!

sobota, 13 czerwca 2015

Antylopa - początek

Ponieważ pojutrze wyjeżdżam, przez pewien czas wszystko będę mieć porozpoczynane - przyczynek do kombinowania w leśnej głuszy.

Zaczęło się wczoraj - tuż po skończeniu Panienki nagle na stole wylądowała dykta (z gotowym tłem), ręka powędrowała po pędzel - i to odpowiedni - no i zobaczcie. Najpierw - szkic kredą.



Potem - doprecyzowanie linii





(już w tym momencie działanie w farbie)

I stan na teraz :


Przyznam się, ze zainspirowalo mnie Chergui Lutensa - ale żeby obraz stał się wierny zapachowi, wymaga pewnych zabiegów kolorystycznych. Dodania fioletu, odrobinę miodowego, może brązu - ale w minimalnych ilościach.

Tak czy inaczej udaje mi się realizować duftart w sposób zamierzony - czyli zwiększenie wielowarstwowości, większa umowność, zmienność kolorystyczna - to już było w niektórych z poprzednich obrazów, ale tym razem - pogłębiam.

A jeszcze nie widzieliście szkicu do Dune! To dopiero coś (innego).
I tym razem nie zamierzam likwidować rysunkowych elementów. Wszystko w jednym. A co.
Ciąg dalszy nastąpi - jutro.