Wczoraj w nocy rozświetlałam obraz - żeby przypominał niebo.
Ale...kiedy się położyłam, tak mi się zrobiło żal, że nie będzie na nim kobiety. To bardzo kobiecy zapach...
Nie spałam do czwartej rano - z powodu gonitwy pomysłów.
Nie wyobrażam sobie, jak przetrwam do wystawy. Znów zaczęły się kłopoty ze snem. Jestem bombardowana myślami, ciągle na coś wpadam.
Zapewne jesteście, Szanowni Czytelnicy, ciekawi, co to za perfumy?
Poznałam go dwa lata temu. Przez długi czas uważałam, że właściwie nie przystoi mi, wielbicielce ciężkich, esencjonalnych woni, pachnieć czymś tak uroczym i zdecydowanie mainstreamowym.
Blv II Bvlgari, bo to o nim mowa, mimo lekkości, zdecydowanie ma charakter. Zawiera w sobie wiele składników, które pozornie do siebie nie pasują - fiołki i labdanum, akcenty powietrzne i lukrecję, która lśni w nim, jak klejnocik. Dzięki temu Blv mieni się kolorami - raz jest ostry, świeży, kiedy indziej pudrowy, słodki, nawet przyprawowy.
Jeden z takich zapachów, w których czuję się młodziej i lżej. I radośniej.
Dlatego chcę, żeby obraz był efektowny.
Nogi mnie skusiły.
Wklejam, ale nie wiem, czy coś widać - proszę wysilić wzrok.
Te nogi nie są chude, jak w większości moich obrazów (może wszystkich?), ale zupełnie normalne. I dobrze.
WSZYSTKIE OBRAZY, KTÓRYCH NIE MALUJĘ NA ZAMÓWIENIE, SĄ NA SPRZEDAŻ
środa, 10 kwietnia 2013
wtorek, 9 kwietnia 2013
Ostatni obraz - niewiadoma - początek
Nie wiem, czy to z powodu rosnącej temperatury, czy zbliżającego się terminu wystawy, temperament mnie roznosi.
Co uwidoczniło się w pracy nad ostatnim obrazem.
Teraz pytanie - co dalej? Mam dwa konkurencyjne pomysły.
Które i tak są niczym w porównaniu do zamierzeń w stosunku do Łabędzia. Wszystkiego zdradzić nie mogę - powiem jedynie, że ptak zniknie.
Dawno nie wspominałam Gucia.
Robi postępy w pracach plastycznych, ale od zawsze Jego prawdziwą pasją jest elektryczność i przedmioty z nią związane.
Nieraz Gustaw pytał mnie, jak wygląda prąd?
Odpowiadałam, że wcale nie wygląda.
Otóż nie miałam racji.
Przyszedł rachunek ze Stoenu i już wiem.
Proszę - Prąd :
Szkoda, że cyferki na fakturach gaszą mój uśmiech.
To między innymi cena nocnego malowania.
Trudno.
Co uwidoczniło się w pracy nad ostatnim obrazem.
Teraz pytanie - co dalej? Mam dwa konkurencyjne pomysły.
Które i tak są niczym w porównaniu do zamierzeń w stosunku do Łabędzia. Wszystkiego zdradzić nie mogę - powiem jedynie, że ptak zniknie.
Dawno nie wspominałam Gucia.
Robi postępy w pracach plastycznych, ale od zawsze Jego prawdziwą pasją jest elektryczność i przedmioty z nią związane.
Nieraz Gustaw pytał mnie, jak wygląda prąd?
Odpowiadałam, że wcale nie wygląda.
Otóż nie miałam racji.
Przyszedł rachunek ze Stoenu i już wiem.
Proszę - Prąd :
Szkoda, że cyferki na fakturach gaszą mój uśmiech.
To między innymi cena nocnego malowania.
Trudno.
niedziela, 7 kwietnia 2013
Kobieta Buxtona - koniec!
Właśnie skończyłam przedostatni obraz na wystawę w Mon Credo.
Myślałam już wczoraj, że jest gotowy, ale dzięki wiosennemu słońcu przejrzałam na oczy i zobaczyłam, że jeszcze troszkę pracy się przyda.
Z pewnością wszyscy chcą wiedzieć, co zrobiłam z nogami - nie trzymam więc już w niepewności - i proszę:
Zrezygnowałam z akwarelowych efektów w zieleni, ale za to dodałam cieniowanie ołówkiem ciała nowoczesnej pensjonarki. PIERWSZY raz połączyłam rysunek (ołówek) z malarstwem. Efekt przeszedł moje oczekiwania.
Zamiast wycinanki zyskałam postać wtapiającą się w tło, trójwymiarową, na dodatek bardzo ciekawy kontrast spowodował, że obraz przestał wyglądać, jakby mu czegoś brakowało.
Wydawałoby się, że damski tyłek łatwo namalować - otóż bez uwględnienia pewnych niuansów i wprowadzenia kwadratowości pupa wygląda nieprawdziwie.
A się nakombinowałam nad nią.
W. nawet robił mi zdjęcia zadka, żebym mogła dociec, o co chodzi.
Udało się - odrobina asymetrii wystarczyła.
Skoro jest i nowoczesna pensjonarka, i pupa, to najwyższy czas na gębę.
Trochę słabo widać, ale usta mają odcień bakłażana i dojrzałej wiśni.
Czerwień wydała mi się zbyt prostacka i oczywista.
Długo myślałam, czy zamykać kompozycję od góry. Nie chciałam robić konkurencji głowie.
Dlatego - dla przeciwwagi mozaice umieściłam szarosrebrny pas.
Teraz czas zabierać się za ostatni obraz.
Z jednej strony chce mi się zilustrować jakiś perfumowy hicior o wadze Shalimara - a z drugiej największą ochotę mam na skromny, a pełen uroku Blv II Bvlgari.
Mam zapas, żeby o tym pomyśleć, byle nie za długo - bo to szkodzi.
Myślałam już wczoraj, że jest gotowy, ale dzięki wiosennemu słońcu przejrzałam na oczy i zobaczyłam, że jeszcze troszkę pracy się przyda.
Z pewnością wszyscy chcą wiedzieć, co zrobiłam z nogami - nie trzymam więc już w niepewności - i proszę:
Zrezygnowałam z akwarelowych efektów w zieleni, ale za to dodałam cieniowanie ołówkiem ciała nowoczesnej pensjonarki. PIERWSZY raz połączyłam rysunek (ołówek) z malarstwem. Efekt przeszedł moje oczekiwania.
Zamiast wycinanki zyskałam postać wtapiającą się w tło, trójwymiarową, na dodatek bardzo ciekawy kontrast spowodował, że obraz przestał wyglądać, jakby mu czegoś brakowało.
Wydawałoby się, że damski tyłek łatwo namalować - otóż bez uwględnienia pewnych niuansów i wprowadzenia kwadratowości pupa wygląda nieprawdziwie.
A się nakombinowałam nad nią.
W. nawet robił mi zdjęcia zadka, żebym mogła dociec, o co chodzi.
Udało się - odrobina asymetrii wystarczyła.
Skoro jest i nowoczesna pensjonarka, i pupa, to najwyższy czas na gębę.
Trochę słabo widać, ale usta mają odcień bakłażana i dojrzałej wiśni.
Czerwień wydała mi się zbyt prostacka i oczywista.
Długo myślałam, czy zamykać kompozycję od góry. Nie chciałam robić konkurencji głowie.
Dlatego - dla przeciwwagi mozaice umieściłam szarosrebrny pas.
Teraz czas zabierać się za ostatni obraz.
Z jednej strony chce mi się zilustrować jakiś perfumowy hicior o wadze Shalimara - a z drugiej największą ochotę mam na skromny, a pełen uroku Blv II Bvlgari.
Mam zapas, żeby o tym pomyśleć, byle nie za długo - bo to szkodzi.
czwartek, 4 kwietnia 2013
Kobieta Buxtona - ciąg dalszy
Praca nad Kobietą Buxtona posuwa się szybko, jak dotąd.
Na dobrą sprawę mogę skończyć nawet pojutrze.
Dlatego, zeby Państwa zaciekawić, a nie wyjawiać wszystkiego, prezentuję wybrane fragmenty.
Jak widać, użyłam specyficznej, "buxtonowskiej" zieleni.
Z motywu basenowego jetem bardzo dumna.
Co jest najwymowniejsze w twarzy? Usta oczywiście.
I moja kobieta będzie miała usta, które nadają jej intrygującej kobiecości.
Tutaj jeszcze w ołówku - w następnej odsłonie pokażę je w kolorze. Nie byle jakim!
Na koniec - ożywczo zielony fragmencik.
Jak widać, część obrazu potraktowałam tradycyjnie dla akryli, czyli kryjąco, część - szczególnie wodna i powietrzna - do złudzenia przypomina akwarelę.
I bardzo dobrze. Inaczej byłoby monotonnie.
Jak tak dalej pójdzie, będzie czas na nowego Łabędzia
PS. Zapomniałam napisać o bardzo istotnej zmianie - zlikwidowałam kobiecie nogi i doczepiłam w innym miejscu.
Na dobrą sprawę mogę skończyć nawet pojutrze.
Dlatego, zeby Państwa zaciekawić, a nie wyjawiać wszystkiego, prezentuję wybrane fragmenty.
Jak widać, użyłam specyficznej, "buxtonowskiej" zieleni.
Z motywu basenowego jetem bardzo dumna.
Co jest najwymowniejsze w twarzy? Usta oczywiście.
I moja kobieta będzie miała usta, które nadają jej intrygującej kobiecości.
Tutaj jeszcze w ołówku - w następnej odsłonie pokażę je w kolorze. Nie byle jakim!
Na koniec - ożywczo zielony fragmencik.
Jak widać, część obrazu potraktowałam tradycyjnie dla akryli, czyli kryjąco, część - szczególnie wodna i powietrzna - do złudzenia przypomina akwarelę.
I bardzo dobrze. Inaczej byłoby monotonnie.
Jak tak dalej pójdzie, będzie czas na nowego Łabędzia
PS. Zapomniałam napisać o bardzo istotnej zmianie - zlikwidowałam kobiecie nogi i doczepiłam w innym miejscu.
środa, 3 kwietnia 2013
Wood & Absinthe - kobiety ciąg dalszy
Przy tak oszczędnym, jeśli chodzi o użyte środki obrazie, ważny staje się każdy szczegół i dlatego zdecydowałam, że ponieważ główną i jedyną postacią jest kobieta, musi być najwymowniejsza.
Przekręciłam jej głowę w bok - ukazał się profil.
Tym razem zupełnie inny typ, niż w Eau de Soir.
Postać o chłopięcym, mlodzieńczym uroku, mająca w sobie jednocześnie coś bezczelnego.
Doskonale pasuje do uniseksowego zapachu, świeżego, wyrazistego.
Całość prezentuję w formie mocno roboczej. Te paski na dole, białe, to fugi pionowe. Dojdą poziome - stworzy to powierzchnię z malutkich kafelków. Przy okazji bardzo dekoracyjną.
Zdecydowałam, że na ostatnim obrazie namaluję letnie niebo. Całkowita beztroska, ciepło, pogoda.
Trzeba jakoś prześpieszyć odejście zimy.
Przekręciłam jej głowę w bok - ukazał się profil.
Tym razem zupełnie inny typ, niż w Eau de Soir.
Postać o chłopięcym, mlodzieńczym uroku, mająca w sobie jednocześnie coś bezczelnego.
Doskonale pasuje do uniseksowego zapachu, świeżego, wyrazistego.
Całość prezentuję w formie mocno roboczej. Te paski na dole, białe, to fugi pionowe. Dojdą poziome - stworzy to powierzchnię z malutkich kafelków. Przy okazji bardzo dekoracyjną.
Zdecydowałam, że na ostatnim obrazie namaluję letnie niebo. Całkowita beztroska, ciepło, pogoda.
Trzeba jakoś prześpieszyć odejście zimy.
wtorek, 2 kwietnia 2013
Szkic nowego obrazu - Wood & Absinth Marka Buxtona
Nie było łatwo wybrać, do którego zapachu mam namalować przedostatni obraz.
Najchętniej wyprodukowałabym ich jeszcze co najmniej pięć, ale czasu jest mało.
Postanowiłam dać szansę wiośnie i zilustrować Wood & Absinth Marka Buxtona.
Perfumy zostały skomponowane przez jednego z moich ulubionych "nosów". Mark Buxton, zanim zaczął wymyślać zapachy firmowane swoim nazwiskiem, pracował m.in. dla Comme des Garcons.
Jego nowoczesny i wg mnie odkrywczy sposób myślenia spowodował, że w Mon Credo niemal rzuciłam się do testowania Buxtonów.
Jednak w pamięci utkwił mi, jak dotąd, tylko jeden - właśnie Wood & Absinthe.
Wbrew nazwie nie czuję w nim za bardzo tych składników, za to uwiódł mnie wetiwer.
Jest to korzeń tataraku, niezwykle często używany w męskich perfumach (nie tylko). Dodaje kompozycjom swoistej goryczy, od zupełnie suchej, prawie trącącej spalenizną, do wytrawnej, aromatycznej, soczystej niemal zieleni.
W Wood & Absinth wetiwer Buxton podał w nowoczesny sposób. Podkreślony cytrusami, przez co zapach jest bardzo "czysty" i odświeżający, a jako przyprawy użył anyżku. Wydawałoby się, że Wood & Absinth będzie pachniał znajomo i roślinnie - a jednak całość jest - dla mnie przynajmniej - niemal abstrakcyjna, ostra i metaliczna, baaardzo aromatyczna, z odrobiną słodyczy, która powoduje, że perfumy może nie tyle się ocieplają, co nie odstają od skóry.
Zdecydowanie zaliczyłabym je do uniseksów - ale ja nie boję się męskich zapachów.
Od razu, podczas testowania, zobaczyłam obraz - kobieta, siedząca na brzegu basenu. Raczej krótkie włosy, typ sportowy.
Tak sobie myślę, że chyba jednak powinnam zmienić jej kostium, a konkretnie wycięcie na plecach i chyba - co oznacza dla mnie więcej roboty - pokazać profil.
Reszta oszczędna, niemal abstrakcyjna, wymyśliłam istotne detale, ale teraz o nich nie powiem.
I w ogóle co będę gadać - zobaczycie, Drodzy Czytelnicy, już wkrótce.
Czas goni.
Najchętniej wyprodukowałabym ich jeszcze co najmniej pięć, ale czasu jest mało.
Postanowiłam dać szansę wiośnie i zilustrować Wood & Absinth Marka Buxtona.
Perfumy zostały skomponowane przez jednego z moich ulubionych "nosów". Mark Buxton, zanim zaczął wymyślać zapachy firmowane swoim nazwiskiem, pracował m.in. dla Comme des Garcons.
Jego nowoczesny i wg mnie odkrywczy sposób myślenia spowodował, że w Mon Credo niemal rzuciłam się do testowania Buxtonów.
Jednak w pamięci utkwił mi, jak dotąd, tylko jeden - właśnie Wood & Absinthe.
Wbrew nazwie nie czuję w nim za bardzo tych składników, za to uwiódł mnie wetiwer.
Jest to korzeń tataraku, niezwykle często używany w męskich perfumach (nie tylko). Dodaje kompozycjom swoistej goryczy, od zupełnie suchej, prawie trącącej spalenizną, do wytrawnej, aromatycznej, soczystej niemal zieleni.
W Wood & Absinth wetiwer Buxton podał w nowoczesny sposób. Podkreślony cytrusami, przez co zapach jest bardzo "czysty" i odświeżający, a jako przyprawy użył anyżku. Wydawałoby się, że Wood & Absinth będzie pachniał znajomo i roślinnie - a jednak całość jest - dla mnie przynajmniej - niemal abstrakcyjna, ostra i metaliczna, baaardzo aromatyczna, z odrobiną słodyczy, która powoduje, że perfumy może nie tyle się ocieplają, co nie odstają od skóry.
Zdecydowanie zaliczyłabym je do uniseksów - ale ja nie boję się męskich zapachów.
Od razu, podczas testowania, zobaczyłam obraz - kobieta, siedząca na brzegu basenu. Raczej krótkie włosy, typ sportowy.
Tak sobie myślę, że chyba jednak powinnam zmienić jej kostium, a konkretnie wycięcie na plecach i chyba - co oznacza dla mnie więcej roboty - pokazać profil.
Reszta oszczędna, niemal abstrakcyjna, wymyśliłam istotne detale, ale teraz o nich nie powiem.
I w ogóle co będę gadać - zobaczycie, Drodzy Czytelnicy, już wkrótce.
Czas goni.
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
... i po Świętach
Uff.
Przeczytałam, przyznaję się, w Super Expressie, że istnieje coś takiego jak "męska grypa". Zapadają na nią parę dni przed Świętami i zdrowieją, kiedy jest nakryty stół.
Otóż i ja mam tę przypadłość. Tyle, że nie grypa, a wysiada mi żołądek.
Dolegliwości, które objawiały się wrażeniem, jakbym zjadła parę kilo bardzo zimnych kamieni i żabę na deser, znikły, gdy oderwałam pędzel od pomalowanych ścian, czyli skończyłam ostatni świąteczny czyn.
Tak więc na Drogę Krzyżową, poruszającą się ulicami warszawskiej Starówki, poszłam już w pełni sił.
Z powodu spóźnienia leciałam zdyszana, wiedząc, że nie zdążę na pierwsze stacje, ale rzeczywistość okazała się gorsza - kościół Świętej Anny, skąd wyruszał lud, okazał się zupełnie pusty. Nie dopuszczałam do mysli możliwości, że nie zdołam odnaleźć paru tysięcy osób.
Panowie policjanci wskazali kierunek i dołączyłam do stada. Doświadczenie było dla mnie nowe i mam wrażenie, że wolę bardziej kameralne obchody, sprzyjające większemu skupieniu.
Na szczęście duchowny śpiewał czysto, ale nagłośnienie wysiadało i w paru strategicznych momentach słychać było pierdzenie. Wierni utrzymali powagę, ja, z pewnym trudem, też.
Na każdej stacji (a jest ich 14) trzeba przyklęknąć i zanim się zorientowałam, zerkając na boki, że można to zrobić w powietrzu, moje kolano po paru klapnięciach w błoto ze śniegiem było już kompletnie uwalane. Akurat na tej nogawce, gdzie mam artystycznie wycięte dziury.
Po powrocie do domu okazało się, że Gucio znalazł baranka z cukru z kompletu na święconkę i mało nie wylizał mu oczek, mrucząc z zadowolenia "Ale pychota".
Następnego dnia, w sobotę, tłumaczyłam synkowi, o co chodzi w Wielkanocy, starając się uniknąć drastycznych szczegółów, aczkolwiek o śmierci powiedzieć musiałam, od razu dodając, że nastąpiło zmartwychwstanie.
"Pan Jezus odżył?"zapytał Gustaw zdziwiony
"Tak, panie poszły odwiedzić jego grób - był pusty"
"I Jezus sobie poszedł? Na nogach?"
"Tak, do nieba"
"Poleciał w kosmos? A niech to. Jezus jest magikiem?"
Po nocnej mszy nastała leniwa niedziela, czas relaksu. Na wieczór zaplanowałam sobie horror Sprzedawca Śmierci, nagrany przez Wojtka, kiedy byłam w kościele. Niestety, film denny. Skusiła mnie obsada - Max von Sydow, Ed Harris (którego kocham), tymczasem skomplikowane wątki na końcu się rozwiązały, nastąpiła niczym nie uzasadniona przemiana opętanego bohatera. Wojtek tylko mruknął z niesmakiem "Wszystko się ułożyło, bo nadeszła odpowiednia godzina".
Żal mi było tym bardziej, że Sprzedawcę Śmierci wygrał, jako nagranie, z innymi pozycjami, też strasznymi, w tym z Krwawą Zemstą Wielkiej Stopy.
O pogodzie nie wspomnę. Skandal. Na spacerze z psami na kark spadła mi poducha sniegu, częściowo do kaptura, częściowo na szyję, roztapiając się na plecach i zimnymi strumyczkami spływając do majtek.
A pod latarnią ktoś ulepił dwa wielkie, kopulujące króliki.
Przeczytałam, przyznaję się, w Super Expressie, że istnieje coś takiego jak "męska grypa". Zapadają na nią parę dni przed Świętami i zdrowieją, kiedy jest nakryty stół.
Otóż i ja mam tę przypadłość. Tyle, że nie grypa, a wysiada mi żołądek.
Dolegliwości, które objawiały się wrażeniem, jakbym zjadła parę kilo bardzo zimnych kamieni i żabę na deser, znikły, gdy oderwałam pędzel od pomalowanych ścian, czyli skończyłam ostatni świąteczny czyn.
Tak więc na Drogę Krzyżową, poruszającą się ulicami warszawskiej Starówki, poszłam już w pełni sił.
Z powodu spóźnienia leciałam zdyszana, wiedząc, że nie zdążę na pierwsze stacje, ale rzeczywistość okazała się gorsza - kościół Świętej Anny, skąd wyruszał lud, okazał się zupełnie pusty. Nie dopuszczałam do mysli możliwości, że nie zdołam odnaleźć paru tysięcy osób.
Panowie policjanci wskazali kierunek i dołączyłam do stada. Doświadczenie było dla mnie nowe i mam wrażenie, że wolę bardziej kameralne obchody, sprzyjające większemu skupieniu.
Na szczęście duchowny śpiewał czysto, ale nagłośnienie wysiadało i w paru strategicznych momentach słychać było pierdzenie. Wierni utrzymali powagę, ja, z pewnym trudem, też.
Na każdej stacji (a jest ich 14) trzeba przyklęknąć i zanim się zorientowałam, zerkając na boki, że można to zrobić w powietrzu, moje kolano po paru klapnięciach w błoto ze śniegiem było już kompletnie uwalane. Akurat na tej nogawce, gdzie mam artystycznie wycięte dziury.
Po powrocie do domu okazało się, że Gucio znalazł baranka z cukru z kompletu na święconkę i mało nie wylizał mu oczek, mrucząc z zadowolenia "Ale pychota".
Następnego dnia, w sobotę, tłumaczyłam synkowi, o co chodzi w Wielkanocy, starając się uniknąć drastycznych szczegółów, aczkolwiek o śmierci powiedzieć musiałam, od razu dodając, że nastąpiło zmartwychwstanie.
"Pan Jezus odżył?"zapytał Gustaw zdziwiony
"Tak, panie poszły odwiedzić jego grób - był pusty"
"I Jezus sobie poszedł? Na nogach?"
"Tak, do nieba"
"Poleciał w kosmos? A niech to. Jezus jest magikiem?"
Po nocnej mszy nastała leniwa niedziela, czas relaksu. Na wieczór zaplanowałam sobie horror Sprzedawca Śmierci, nagrany przez Wojtka, kiedy byłam w kościele. Niestety, film denny. Skusiła mnie obsada - Max von Sydow, Ed Harris (którego kocham), tymczasem skomplikowane wątki na końcu się rozwiązały, nastąpiła niczym nie uzasadniona przemiana opętanego bohatera. Wojtek tylko mruknął z niesmakiem "Wszystko się ułożyło, bo nadeszła odpowiednia godzina".
Żal mi było tym bardziej, że Sprzedawcę Śmierci wygrał, jako nagranie, z innymi pozycjami, też strasznymi, w tym z Krwawą Zemstą Wielkiej Stopy.
O pogodzie nie wspomnę. Skandal. Na spacerze z psami na kark spadła mi poducha sniegu, częściowo do kaptura, częściowo na szyję, roztapiając się na plecach i zimnymi strumyczkami spływając do majtek.
A pod latarnią ktoś ulepił dwa wielkie, kopulujące króliki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























